wilk
Warszawa
avatar

Informacje

  • Wszystkie kilometry: 302151.84 km
  • Km w terenie: 837.00 km (0.28%)
  • Czas na rowerze: 550d 16h 43m
  • Prędkość średnia: 22.74 km/h
  • Więcej informacji.
baton rowerowy bikestats.pl

Zaprzyjaźnione strony

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wilk.bikestats.pl

Archiwum

Linki

Wpisy archiwalne w kategorii

Canyon Exceed 2022

Dystans całkowity:3237.60 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:185:43
Średnia prędkość:17.39 km/h
Maksymalna prędkość:77.90 km/h
Suma podjazdów:41917 m
Liczba aktywności:30
Średnio na aktywność:107.92 km i 6h 24m
Więcej statystyk
Sobota, 6 sierpnia 2022Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon Exceed 2022, Ultramaraton
Poland Gravel Race 2022

Trasę PGR po raz pierwszy miałem okazję jechać w 2020 roku, ale wówczas była to jazda nieoficjalna, zdecydowanie bardziej turystyczna - tak żeby ograniczyć do minimum jazdę nocą i nie tracić pięknych widoków. Trasa mi się zdecydowanie spodobała i postanowiłem na nią wrócić tak by pojechać bardziej sportowo i na optymalniejszym pod ten typ wyścigu rowerze (HT zamiast fulla, na którym jechałem 2 lata temu). Moim planem sportowym na imprezę jest próba zejścia poniżej 40h, co oznacza jazdę non-stop, bez spania; plan ambitny, ale w przypadku dobrej jazdy do osiągniecia.

Tuż przed startem wyścigu tradycyjnie upał, dojazd koleją z przesiadką w Łańcucie, gdzie już było widać jakie opóźnienia łapią pociągi jadące z Krakowa.


W naszym przypadku kilku osób jadących rano z Warszawy jeszcze nie było źle, opóźnienie rzędu 1h, ale ludzie dojeżdżający wieczorem mieli już ponad 4h w plecy, Byczys dojechał coś koło 2 w nocy i jak pamiętam nocował gdzieś w parku ;). Ale to jest właśnie cała "otoczka" przedwyścigowa, można oczywiście dojechać wygodnie samochodem, ale traci się w ten sposób niepowtarzalny klimat, bo PKP nawet największych weteranów podróży koleją jest w stanie czymś nowym zaskoczyć :)). W Przemyślu odbieram pakiet, później razem z Krzyśkiem Dąbrowskim idziemy zatankować do pełna kalorie przed jutrzejszą trasą, pizza XL robi robotę. 


Jak to tradycyjnie na PGR - upał jest niewąski, podobna pogoda zapowiada się na jutro i budzi nasze spore obawy, bo trasa jest wystarczająco wymagająca i bez tego co doda od siebie pogoda. Spałem powiedzmy tak sobie (ze względu na upał w pokoju), ale pomimo że startuję w jednej z ostatnich grup wstałem wcześniej i już trochę po 7 byłem na starcie by poobserwować starty innych zawodników i spotkać iluś znajomych z tras ultra; bo ten start z urokliwego centrum Przemyśla ma w sobie dużo uroku. Też zawsze na mnie robi wrażenie kontrast pomiędzy czyściutkimi zawodnikami i idealnie wypucowanymi rowerami na starcie w porównaniu do tego co będzie za 24h :)).


Czas na starcie przyjemnie mija, aż nadchodzi 8.25 i startuje moja grupka. Tradycyjnie PGR zaczyna ostry podjazd uliczkami Przemyśla, podjazd który od razu oddziela chłopców od mężczyzn, bo nie brakuje takich co już na dzień dobry muszą wpychać ;). Na szczycie spotykam kibicującego zawodnikom Waldka Chodania (tym razem sam nie jedzie), a kawałek dalej zaczyna się szuter, na którym jacyś pechowcy już łatają kapcia. Z mojej grupki startowej zostaliśmy na szczycie we dwóch, ale Stefan Wu, jadący w białym stroju był ode mnie mocniejszy, więc szybko odpuściłem by jechać własnym tempem, bo przy tym upale zarżnąć można się bardzo szybko. Pierwsza setka jest najbardziej górzysta na całym PGR, podjazdów jest całe multum. Ale na początku trasy wchodzą jak bułki paryskie, a morale jest bardzo wysokie. Startując pod sam koniec stawki mijam wielu zawodników z wcześniejszych grupek i ma to sporo uroku - można chwilę pogadać i cały czas coś się dzieje, niemal ciągle widać kogoś na horyzoncie. Pierwszą część maratonu kończy bardzo szybki i widokowy zjazd przez Gruszową, dojeżdża się do doliny Wiaru, który za parę kilometrów przekraczamy brodem. Widać od razu, że w tym roku poziom wody jest niski, długi okres suszy zrobił swoje, ale dzięki temu dalej mam suche buty.

Za brodem długa seria podjazdów, najpierw szutrem, a później już asfaltem do Arłamowa, tutaj mijam pierwszą znajomą, czyli Marzenę Szymańską startującą ponad godzinę przede mną, jadąc zaledwie 2h odrobiłem już godzinę, ale Marzena bagażu jak zwykle wzięła ze 3 razy tyle co ja, próbowałem ją przekonywać na tylu wspólnych maratonach; ale ni prośbą ni groźbą z Kota się ultralajtowca nie da zrobić ;)). Za Arłamowem ekstra zjazd tuż przy samej ukraińskiej  granicy, jeden z najładniejszych kawałków PGR, zupełnie odludzie. Po tym dobrze znany z MRDP wymagający szosowy podjazd do Kwaszeniny, na którym słońce pali do żywego (są już 32-33 stopnie). Niektórzy zawodnicy już przeginają jadąc lewą stroną drogi by się załapać na trochę cienia; jak jest widoczność to jeszcze można tak jechać, ale przed szczytem wzniesienia to już ryzykowna zabawa, też trochę głupia sytuacja gdy wyprzedzam taką osobę jadącą po lewej stronie, a między nami samochód i słusznie zirytowany kierowca .Za Jureczkową seria 3 podjazdów po takim "bywszym" asfalcie, ale fajnie bo sporo cienia, z tego odcinka wylatuje się na szosę do Ropienki, gdzie od razu po zakręcie warto wrzucić najlżejszy bieg, bo wita nas rzeźnicka 14% ściana. Zjazd na drugą stronę góry atomowy, wyciągam 77,9km/h, cięższe osoby spokojnie są tu w stanie złamać 8 dyszek; na góralu z szerokimi oponami i świetnymi hamulcami przy takich prędkościach czuję się sporo stabilnej niż na rowerze szosowym.

Kawałek dalej spotykam Krzyśka, który bardzo sprawnie i rozsądnie jedzie, nie podpalił się jak sporo osób do mocnego szarżowania na początku imprezy, tylko mądrze gospodaruje siłami, wiedząc, że ze słońcem nie ma żartów. Pojechaliśmy parę kilometrów razem, m.in. świetny szutrowy zjazd na którym daje się przekroczyć 60km/h. Po przekroczeniu krajówki do Krościenka niespodziewanie spotykam mocnego Tomka Wyciszczaka w stroju MPP, który nie przepada za jazdą w takie upały, ale to zawodnik z kategorii tych co w każdych warunkach dadzą sobie radę ;)). Na postój staję dopiero w Czarnej na 100km, czuć już duże zmęczenie, na takiej trasie kilometry zupełnie inaczej się liczy niż na szosie, a na tej setce było ponad 2000m w pionie, do tego słońce już tak od 11 skutecznie niszczy. Właśnie ze względu na pogodę zdecydowałem się na jazdę z izotonikami (na które była zniżka dla uczestników PGR), choć normalnie zdecydowanie preferuję jazdę na czystej wodzie.

Zakupiłem wodę, odpocząłem trochę (spotkałem też Byczysa, który planował coś zjeść w knajpie) i po 20min ruszyłem dalej. Za Czarną jest jeden łatwiejszy i dwa wymagające podjazdy, w tym jeden długo się ciągnący i wjeżdżający na blisko 800m daje zdrowo w kość. Zjazd kamienisty, ze sporą liczbą przepustów odprowadzających wodę, które to przepusty zbierały spore żniwo kapci, na tym odcinku spotkałem parę osób robiących gumy, w tym Górala Nizinnego, jadącego na swoim trekingu, na oponach 32mm z przodu i 35mm z tyłu ;)). Góral miał spore problemy, już drugą gumę złapał i do tego uszkodził zapasową dętkę przy wentylu, jak pamiętam musiał kupować dętki od spotkanych turystów, ale rozmiar nie do końca pasował, więc miał z tym nie lada zabawę. Na takich właśnie odcinkach rower MTB zyskuje, ja mogłem jechać dość szybko, choć na przepustach i na góralu da się załatwić oponę. Na drugim podjeździe spotykam Marka Matulewicza z Białegostoku, z którym jechaliśmy pociągiem z Warszawy, wspólnie zaliczamy wymagający podjazd i dojeżdżamy do Kalnicy, gdzie jak większość zawodników stajemy na zakupy, bo sklepów to na tej trasie wielu nie ma. W Kalnicy też robię popas ze 20min, pod sklepem nie brakuje zawodników z PGR i ciągle dojeżdżają nowi. Część zatrzymuje się na obiad w Smereku, bo jest tam kilka knajpek, a pora w sam raz na obiad, bo jest już godzina 17.

Ale ja nie planowałem tutaj postoju obiadowego, więc jadę dalej - za Kalnicą jest długi odcinek jazdy dość łatwymi stokówkami, na tym etapie wyścigu mam już izotoników serdecznie dosyć, usta całe zalepione i już zaczynają piec od kwaskowatego smaku izo, a czara goryczy się przelała, gdy jadłem żela i opakowanie od niego się przedziurawiło, w efekcie czego zalepiłem całe ręce, od rąk kierownicę, a nie miałem czystej wody by to doprowadzić do porządku. Kolejny mój eksperyment z izotonikami na trasie ultramaratonu zakończył się więc (jak zawsze!) spektakularną porażką, miałem już tego po dziurki w nosie. Wiele osób nie ma z tym problemu i powszechnie stosuje to na takich maratonach, w moim przypadku nie sprawdza się to zupełnie, po kilkunastu godzinach jazdy nie mogę już na to patrzeć. W międzyczasie dostałem informację, że Krzychu miał sporo większe problemy - na tych zjazdach nad Sanem przeciął oponę na przepuście i rozszczelnił mu się system bezdętkowy, przecięcie było przy samym rancie, wiec nie do załatania. Dętka jaką miał w zapasie okazała się wadliwa, więc Krzysiek miał nie lada problem; jak się okazało nawet tubelessowe opony MTB da się rozwalić na trasie PGR. 

Za Cisną jest odcinek łatwego asfaltu w stronę przełęczy nad Roztokami (którą pokonywałem w tym roku na RTP), potem solidny podjazd, na tym kawałku bardzo zależało mi by dojechać do pierwszego z trzech odcinków specjalnych pod Balnicą (po nasypie bieszczadzkiej kolejki wąskotorowej) jeszcze za dnia - i to się udało. Nastawiony byłem na pchanie, ale ku mojemu zdziwieniu dało się cały odcinek przejechać, tylko kilka razy musiałem przenieść rower z boku nasypu na środek torów i vice versa. Niemniej ten krótki kawałek solidnie zmasakrował mi będące dotąd w dobrym stanie siedzenie, które czułem potem ładnych parę godzin, bo jazda po podkładach kolejowych nie należy do specjalnie wygodnych. Ale coś za coś, frajda pokonania tego odcinka w siodle była warta trochę niedogodności. Zmierzchać zaczyna na długim podjeździe na przełęcz Żebrak, tak więc do słynnych czterech brodów na Osławie docieram już po ciemku. Jazda tutaj po zmroku miała sporo uroku, bałem się że zamoczę buty i całą noc będę musiał jechać z mokrymi stopami, ale okazało się, że poziom wody w Osławie jest na tyle niski, że dało radę przejechać ten kawałek suchą stopą. 

Za brodami krótka soczysta ścianka i docieram do Komańczy, gdzie witają mnie rytmy disco-polo ;). Spotykam tutaj lotny serwis mechanika rowerowego z Krosna, który pomógł wielu zawodnikom PGR, nawet dzwoniłem do Krzyśka by go o tym poinformować, ale okazało się, że Krzysiek ma już zupełną masakrę z rowerem. Udało mu się dostać od jednego z zawodników dętkę, ale to była węższa dętka od gravela i nie bardzo się komponowała z oponą MTB do tego jeszcze uszkodzoną na rancie. Złapał kolejną gumę, załatać tego sensownie się nie dało, bo klej wulkanizacyjny nie chwytał ubabranej w uszczelniaczu dętki, tak więc Krzysiek musiał jechać na prawie flaku, co chwilę to dopompowując, niemal cały czas na stojaka - jednym słowem męka nie jazda. Do Cisnej udało mu się w ten sposób doturlać dopiero koło 23 i już miał wszystkiego serdecznie dosyć, bo sprzęt odebrał całą przyjemność z jazdy, a też i jazda turystyczna tylko na ukończenie nie bardzo go interesowała, więc zdecydował się na wycof.

W Komańczy robię popas na przystanku, izotonikiem mam już solidnie wypalone usta i mam go tak dosyć, że żeby mnie nie kusiło zostawiam cały pozostały zapas (obliczony na całą trasę) na przystanku, może się przydał któremuś z innych zawodników, nawet daje się torebki z moim izo zauważyć na filmie Przemyslava, który kimał na tym samym przystanku :))
https://youtu.be/lbb0Rc-kJBc?t=2407

Za Komańczą zmienia się wyraźnie pogoda, już pod koniec dnia zrobiło się pochmurno, a teraz robi się zimno i przede wszystkim zaczyna wiać zimny wiatr z północy. A tak się akurat układało, że za Komańczą trasa PGR prowadzi dużo na północ, więc wiatr skutecznie niszczył, a wkrótce musiałem założyć wszystkie ubrania jakie miałem, z buffem i czapką zimową włącznie. Generalnie trasa na tym odcinku jest niezła na nocną jazdę, bo jest tu spory procent asfaltów, ale przez ten wiatr zupełnie nie szła mi jazda i zacząłem siadać psychicznie, nawet zrobiłem postój na przystanku, w sumie nie wiadomo po co, bo aż tak to mnie nie muliło. Kawałek dalej gdy coś poprawiałem w rowerze dogonił mnie Tomek Wyciszczak i kawałek pojechaliśmy wspólnie, rozmową wybijając się z monotonii nocnej jazdy. Za Wisłoczkiem ostry podjazd szutrowy - tutaj jest największy ból, że jedziemy nocą, bo widoki z tego podjazdu na masyw Chyrowej to ekstraklasa na PGR, taki można powiedzieć znak firmowy Beskidu Niskiego. Jeszcze kilka ścianek i w okolicach 2.30 docieram do Dukli i zjeżdżam na Orlen, chwilę po mnie dociera Tomek. Tu już zmęczenie było duże, ale pozbyłem się wreszcie tego nieszczęsnego izotonika zamieniając go na wodę, niemniej już do końca trasy camelback trzymał jego posmak ;)).

Po ponad pół godzinie ruszam dalej, ale kryzys dalej trzyma, wiatr cały czas zdecydowanie przeszkadza, generalnie jakoś nie idzie ta jazda. Robię dwa postoje bez większego sensu na takie próby odmulenia, w tym jeden pod zabytkowym drewnianym kościółkiem w Chyrowej (kiedyś cerkwią), w międzyczasie dojeżdża Tomek, chwilę dalej się zjeżdżamy i wspólnie jedziemy spory kawałek - i to najlepiej wyrwało mnie z tego kryzysu, a w Krempnej wreszcie zaczęło świtać. do tego trasa maratonu skręciła na południe i wiatr zrobił się korzystniejszy. Z Wyciorem zawsze się fajnie jedzie, można się sporo nauczyć, bo Tomek ma mnóstwo świetnych patentów, tym razem uratował mnie dając mi spray na ból gardła, bo przez ten zimny wiatr przez całą noc już zaczynałem mieć problemy z oddychaniem.

Jak to często bywa - wraz ze świtem wraca motywacja i pojawiają się nowe siły. Z Tomkiem rozjeżdżamy się w rejonie Wyszowatki, ten kawałek też bardzo klimatyczny, taka kwintesencja Beskidu Niskiego, czyli chwilowe przeniesienie się 50 lat w tył. Trasa PGR prowadzi między innymi obok byłego PGR-u (jakby to zabawnie nie zabrzmiało ;)), a ów klimat najlepiej podkreśla wielkie stado krów blokujące całą drogę, trzeba było nieźle kombinować by przez nie przejechać, niestety tego co zostawiły na drodze już się nie dało ominąć i opony były całe w krowich plackach ;)). Kawałek dalej drugi OS - Hawrań, czyli singielki w lesie, z solidnymi podjazdami, dwa lata temu tutaj fragmentami musiałem prowadzić, ale w tym roku było bardziej sucho, a i rower lepszy na taką trasę i udało się w całości wjechać, choć podjazdy już tak na granicy równowagi. Z OS-u wylatuje się na urokliwą przełęcz Małastowską, tutaj zaczyna się można powiedzieć "zagłębie podjazdów" ciągnące się aż do Krynicy. Prawie nie ma płaskich odcinków, z jednej ściany wlatuje się w drugą, a im bliżej do Krynicy tym bardziej wymagające się te ściany robią, z kulminacją na wyjeździe z Wysowej, gdzie trzeba pokonać 19% piłę, na szczęście na asfalcie. Ale najcięższy na tym kawałku jest kolejny podjazd za Ropkami, bo tam jedzie się mocno nachyloną drogą z kamulcami i koleinami, znowu na granicy równowagi, ale udało się to wciągnąć. 

Za tą ścianą od Krynicy oddzielają mnie już dwa podjazdy - Izby, czyli chamskie płyty betonowe, w paru miejscach z wystającymi zbrojeniami (oponę da się na tym załatwić jak się nie uważa) oraz ładny widokowo ostry podjazd szosowy z Mochnaczki. Po wjeździe na szczyt wreszcie dostajemy zasłużony odcinek wypoczynkowy - ponad 15km jazdy w dół, najpierw szybki zjazd do Krynicy, później łagodnie niebrzydką ścieżką rowerową przez Krynicę aż do Muszyny. Do Krynicy docieram w okolicach godziny 11, powoli zaczyna się robić pogoda, bo pierwsza część dnia była dość ponura i chłodna jak na sierpień, teraz wychodzi słońce i robi się koło 20 stopni, niemniej zimny wiatr cały czas wieje. W Krynicy spotykam Stefana Wu, który ruszał z mojej grupy startowej, okazało się, że wyładowała mu się bateria w Di2, a jako, że nie zabrał ładowarki to miał z tym duży problem, ale w Krynicy udało mu się to podładować. Moja bateria w sramowskim Etapie wytrzymała ok. 360km tej trasy, co było wynikiem sporo lepszym niż oczekiwałem i niż notowałem na tegorocznej wyprawie, bo system bezprzewodowy jednak zżera baterię sporo szybciej niż przewodowe Di2; na wszelki wypadek miałem 2 baterie zapasowe, ale wystarczyła tylko jedna.

W Krynicy długo oczekiwany popas na Orlenie. Tutaj to jest stacja na pełnym wypasie - kanapy, ładowarki, szeroki wybór w menu, a nie takie dziadostwo jak było w Dukli, gdzie trzeba było siedzieć na betonie na chłodzie. Zjadłem dobrego hamburgera, zregenerowałem się jako-tako i ruszyłem na dalszą trasę do Muszyny. Pogoda elegancka, zrobiło się ponad 20 stopni, więc przed początkiem podjazdu na Wierchomlę przebrałem się na krótko. Ale skręcając na Wierchomlę trasa robi zakręt równo na północ - i natychmiast zaczął mnie wywiewać zimny wiatr. Pierwsza część podjazdu to łagodnie nachylony asfalt na którym wiatr mnie strasznie niszczył, jak już dobiłem wreszcie do terenu to musiałem się znowu przebrać na długo, tak byłem przemarznięty. Od Krynicy trasa zmienia charakter - stosunkowo krótkie i ostre podjazdy interwałowe zastępują długie góry, ale po których następują równie długie zjazdy. Pierwszy to Wierchomla, gdzie wjeżdża się na ponad 900m (z 450m), generalnie podjazd łatwy, jedynie w samej końcówce trzeba mocniej depnąć. Z Wierchomli chyba najdłuższy odcinek wypoczynkowy na całym PGR - do kolejnego podjazdu czeka aż 25km. Najpierw szybki zjazd, a następnie przyjemna jazda doliną Popradu do Rytra. Na tym odcinku spotykam poznanego na RTP Wojtka Bystrzyckiego, który kręcił po okolicy i czekał na jadącego kawałeczek za mną Karola Kamyczka z Poznania. Przejechaliśmy przyjemnie rozmawiając z 10km, po czym Wojtek zawrócił by spotkać Karola. 

W Rytrze zatankowałem wodę i już się szykowałem psychicznie na największą rzeźnię PGR, czyli podjazd na przełęcz Żłobki. Podjazd niszczy zarówno długością (prawie 800m w pionie) jak i nachyleniem (druga połowa trzyma większość czasu w okolicach 10-12%, z maksami w okolicach 16-17%). Dało w kość niewąsko, ponad godzina niezłej orki, ale wjechałem dość sprawnie; na szczycie wita szeroki widok i perspektywa 20km zjazdu do Szczawnicy ;)). Na zjeździe w pewnym momencie trafia się leżące w poprzek drogi duże drzewo - za dnia to nie problem, ale w nocy można się nieźle załatwić na czymś takim, nie wiem co za mózgi pracujące przy wycince coś takiego mogły zrobić, organizatorzy gdy się o tym dowiedzieli od pierwszych zawodników wysyłali sms do będących przed tym miejscem zawodników. Rejon Szczawnicy i Krościenka w niedzielne słoneczne popołudnie w sierpniu - kto był ten wie czego można się spodziewać, taki doskonały kontrast w porównaniu z wieloma kilometrami pustki przez jakie prowadzi PGR. A trasa idzie tu głównie ścieżkami rowerowymi, które napchane są po brzegi pieszymi oraz rekreacyjnie jadącymi rowerzystami, czy dzieciakami potrafiącymi nagle zakręcić na drugą stronę ścieżki . Z ulgą osiągam Orlen w Krościenku, gdzie robię krótki popas. 

Kolejnego odcinka trasy nie znałem, bo w 2020 PGR prowadził przełomem Dunajca i dalej asfaltami przez Słowację. Kawałek okazał się eleganckim, moim zdaniem trasa sporo lepsza niż stary wariant, bo przełom Dunajca choć piękny jest w sierpniu nabity ludźmi niemożebnie. A tutaj mamy spokojne asfalty w rejonie Grywałdu, następnie soczysty podjazd po solidnych kamulcach na zbocza góry Wdżar, gdzie znajduje się mała stacja narciarska. Ten terenowy odcinek widokowo ekstraklasa, kapitalnie widać jezioro Czorsztyńskie, też przyjemny i szybki szutrowy zjazd. Spod stacji narciarskiej zjeżdżam nad jezioro Czorsztyńskie i tam wjeżdżam na profesjonalnie wykonaną asfaltową drogę rowerową poprowadzoną samym brzegiem jeziora. Wydawało mi się, że to będzie łatwizna, ale kawałek pomimo, że generalnie płaski to jest bardzo interwałowy, bo jest tu mnóstwo ostrych zakrętów przy których trzeba mocno wyhamowywać, do tego i rowerzystów tłumy, więc podobnie jest przy wyprzedzaniu. A po prawie 500km typowo górskiej trasy w nogach takie interwały dają popalić.

Zmęczenie czuję już więc bardzo mocne, za jeziorem Czorsztyńskim na fajnym szutrowym kawałku na jakieś 10min stanąłem odpocząć. Na postoju zorientowałem się, ze wodę mam już na wykończeniu, myślałem, że na Podhalu nie będzie problemu z zakupem, a tu się okazało, że w Nowej Białej i Krempachach o 18.30 w niedzielę wszystkie sklepy są już pozamykane, a do większych Łapszy to już nie było szans się wyrobić przed 19. Za Krempachami piękny odcinek Szlakiem Wokół Tatr do Dursztyna, a następnie ostatni OS Grandeus z pięknym podjazdem zielonymi halami, przy dobrej widoczności pięknie widać stąd Tatry. Zjazd ze sporą ilością kolein, przy mokrej pogodzie byłoby tu ciężko, ale na szczęście jest sucho, a przy końcu zjazdu szczęście się do mnie uśmiechnęło - znajduję czynną bacówkę, gdzie udało mi się kupić wodę, bo bardzo górska końcówka bez wody zupełnie mi się nie uśmiechała. W międzyczasie minął mnie Karol Kamyczek, którego doganiam kawałek dalej i rozmawiając wspólnie pokonujemy Łapszankę, na której już powoli zaczyna zmierzchać. Ale końcówka to już same asfalty, więc nie stanowi to problemu. Po Łapszance czeka nas jeszcze jeden duży podjazd, czyli ciężkie Brzegi i już łatwiejsza końcówka na Głodówkę. Czując już zew mety docisnąłem mocniej i na Głodówce melduję się o 20.45, z łącznym czasem 36h20min, co dało 16 miejsce na 281 zawodników, którzy stanęli na starcie.

.
Podsumowanie

Satysfakcja z ukończenia wielka, udało się zrealizować sportowy plan pokonania trasy PGR poniżej 40h i to z dużą nawiązką, przy optymalniejszej jeździe i mniejszej liczbie postojów nawet złamanie 35h byłoby realne, nie spodziewałem się, że to aż tak dobrze pójdzie. Do tego pierwszy raz w życiu przejechałem longiem (bez spania) trasę o przewyższeniu ponad 10 000m, to już się w nogach mocno czuje, na drugi dzień ledwo łaziłem ;)). Ale przede wszystkim ta trasa dała mi wielką frajdę, całość udało się przejechać bez żadnego pchania; to jest po prostu kawał przygody, niezależnie od tego na jaki czas jedziemy. I to jest wielka zaleta PGR - że ta trasa jest naprawdę przejezdna, w przeciwieństwie do niejednej imprezy gravelowej, gdzie z tym różnie bywa, tutaj ten flow z jazdy jest naprawdę duży. Organizatorzy nie wpakowują na siłę niepotrzebnych terenowych odcinków, które na gravelu byłyby dla większości nieprzejezdne - dzięki temu jazda tej trasy daje mnóstwo frajdy i z chęcią na PGR wrócę, bo bardzo lubię te tereny.

Trasa pozwala zobaczyć spory wycinek polskich Beskidów, w tym wiele urokliwych szutrowych odcinków. Osobiście jechałem na rowerze MTB - bo po pierwsze nie mam gravela, a po drugie rower MTB daje mi większy fun na zjazdach i ogólnie komfort, tu się nie trzeba ograniczać. A i na podjazdach zakres miękkich biegów bardzo się przydaje, bo ostrych ścianek nie brakuje. Rower gravelowy IMO będzie na takiej trasie niewątpliwie szybszy ze względu na znaczący procent asfaltów, ale kosztem mniejszego komfortu w terenie i możliwości zjazdowych, po przejechaniu tej trasy wydaje mi się, że najoptymalniejszym sprzętem na PGR jest gravel z szerokimi oponami i nieco zmodyfikowanym napędem.

Klika zdjęć (ze startu i mety, bo w czasie jazdy nie fotografowałem)




Dane wycieczki: DST: 545.80 km AVS: 17.72 km/h ALT: 10216 m MAX: 77.90 km/h Temp:19.0 'C
Piątek, 1 lipca 2022Kategoria Canyon Exceed 2022, Gruzja 2022
GRUZJA
XVI dzień - Tetri Tsklebi - Gombori Pass (1630m) - Tbilisi

Ostatni dzień wyprawy to dojazd do Tbilisi, skąd planowaliśmy pociągiem dojechać do Kutaisi na jutrzejszy lot powrotny do Polski. Dzień ulgowy, bo do zrobienia mieliśmy tylko koło 60km, z czego po podjeździe na mierzącą 1630m przełęcz Gombori na samym początku większość była w dół. Jechało się całkiem fajnie do momentu wjazdu na główną drogę z Tbilisi do azerbejdżańskiego Baku, za dużo by trzeba było nadrabiać klucząc bocznymi drogami by tę szosę ominąć. Jednym słowem był to dość hardkorowy kawałek, w sam raz dla miłośników egzotycznych klimatów spod znaków szeroko rozumianego Wschodu; nie ma to jak wjazd do stolicy drogą o 3 pasach w każdym kierunku ;)


Ale to była dopiero niewinna przygrywka do tego co było w samym Tbilisi, w bardziej antyrowerowym mieście to chyba jeszcze nie byłem, tam to już jest czysta wolna amerykanka na drogach, a ruch potężny, bo w tym mieście i jego aglomeracji mieszka ponad 1/3 mieszkańców Gruzji, a nam tak ułożyły się sprawy, że Tbilisi musieliśmy "pozwiedzać" sporo więcej niż byśmy na to mieli ochotę ;)). Na początek kierujemy się oczywiście na dworzec kolejowy, co wymagało przebicia się przez spory kawałek miasta.

Na dworcu jesteśmy jak dzieci we mgle, do niczego nie jesteśmy w stanie dojść, informacje na tablicach jedno, w kasie zupełnie co innego, obsługa jedynie niezrozumiale duka po angielsku. Z tego co ustaliliśmy to nie ma już miejsc na pociąg do Kutaisi, postanawiamy, więc jechać na dworzec autobusowy. A ten (jakżeby inaczej!) jest w zupełnie innej części miasta. Więc nie mając innego wyjścia znowu wsiadamy na rowery i w wielkim upale tłuczemy się na drugi koniec tego piekielnego miasta. Tam znowu klęska - nie ma żadnego autokaru, którym moglibyśmy pojechać z rowerami do Kutaisi. Zaczynało to już wyglądać coraz bardziej dramatycznie, bo jutro mieliśmy przecież wykupione loty do Polski i to w porannych godzinach. Zaczęliśmy więc rozważać rozpaczliwe opcje alternatywne, jak jazda całą noc na rowerach do Kutaisi (koło 250km i 3000m  w pionie), ale to wymagałoby jazdy samymi głównymi drogami, co choćby po dzisiejszych doświadczeniach z Tbilisi nam się zupełnie nie uśmiechało; był też wariant wypożyczenia samochodu.

W końcu poszukując różnych opcji w internecie Byczysowi udało się rozgryźć stronę kolei gruzińskich, gdzie okazało się, że jednak da radę zakupić bilety na pociąg do Kutaisi. Pozostało tylko przebicie się kolejny raz przez połowę Tbilisi, tym razem jechaliśmy wschodnim brzegiem wielkiej rzeki Kura i wpakowaliśmy się do blisko 2km tunelu, to już było coś tylko dla miłośników naprawdę ciężkiego hardkoru - ruch po prostu wściekły, samochody lecą na dużych prędkościach, hałas nieziemski, w tunelu dziury jak cholera, w tym kanałki głębokie na 20-30cm, a cisnęliśmy tam na maksa, żeby się jak najszybciej wydostać z tunelu


Po tych mocnych wrażeniach i dotarciu na dworzec kolejowy wreszcie mamy trochę spokoju, o dziwo z załadunkiem do pociągu nie było żadnych numerów, tyle że musieliśmy kupić dodatkowo bilety na rowery, choć dedykowanych miejsc na rowery nie było, ale to nikogo tam specjalnie nie ruszało ;))


Do Kutaisi dojeżdżamy późnym wieczorem, niestety rozpadało się solidnie, Rozbijamy się na szybki nocleg koło dworca (położonego jakieś 2km od lotniska), rano sprawnie się zbieramy, odbieramy nasze pudła na rowery od taksówkarza, który je przechowywał i już bez przygód wracamy do kraju.

Podsumowanie

Wyprawa udała się elegancko, Gruzja jest świetnym miejscem na trasę o charakterze mocno terenowym; natomiast na wyprawę typowo asfaltową bym już tego kraju nie polecał, bo ze względu na specyficzne ukształtowanie terenu (pas równin w środku kraju, a wysokie góry na północy i południu) bardzo trudno jest omijać niektóre ruchliwe szosy. A na drogach Gruzji obowiązują wschodnie standardy jeżdżenia, czyli w skrócie kto ma większy pojazd ten więcej znaczy, a przepisy drogowe istnieją raczej jako zbiór wytycznych, a nie prawo, które jest przestrzegane ;).

W przypadku terenowej wyprawy kluczową sprawą jest pogoda. My wybraliśmy wariant jazdy w czerwcu, dzięki temu wysoko w górach mieliśmy piękną wiosnę - kwitnące łąki, soczyście zielone hale. Ale miało to swoje zauważalne minusy, w czerwcu pogoda nie jest tak pewna jak w lipcu czy sierpniu, a deszcze potrafią bardzo utrudnić lub wręcz uniemożliwić jazdę. Mieliśmy dwa poważne załamania pogody, w Kaukazie Małym nasza droga zamieniła się w rzekę błota, więc musieliśmy z tego odcinka zrezygnować. Natomiast w dolinie Korshy to już była regularna powódź, po silnych opadach główna rzeka doliny na tyle wezbrała, że niszczyła wszystko na swojej drodze, włącznie z asfaltową szosą. Termin lipcowo-sierpniowy daje większą szansę na uniknięcie takich załamań, ale ceną tego będą bardzo wysokie temperatury na nizinnych odcinkach, no i w górach nie będzie już tak pięknej zieleni jaką my mieliśmy okazję zobaczyć. 

Kilak słów odnośnie śladu Cacasus Crossing, którym jechaliśmy. Generalnie ślad jest bardzo sensownie wytyczony, pozwala zobaczyć wiele naprawdę pięknych miejsc, jest też dobrze "zdywersyfikowany" pomiędzy różne rejony Gruzji, w skrócie tak po 1/3 wypada na Swanetię, Kaukaz Mały i Tuszetię. Natomiast trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że autorzy śladu są takimi można powiedzieć zakamieniałymi zwolennikami terenu, bardzo nie lubiącymi chodzić na asfaltowe kompromisy. Dlatego ślad jest najeżony wieloma zupełnie niepotrzebnymi "ujebami", które nic do trasy ciekawego nie wnoszą i są wstawione jedynie na zasadzie by nie było asfaltu. To są często jakieś odbicia w bok, na zasadzie, ze jest np. równoległa droga do asfaltu, nie brakuje też absurdów typu skracanie asfaltowych serpentyn terenem. I w efekcie taki skrót daje tyle, ze jest to najczęściej pchanie roweru, albo podjeżdżanie na tętnie maksymalnym i granicy utrzymania równowagi, więc sumarycznie asfaltową serpentyną będzie po prostu szybciej. Jadąc wiele kilometrów w ten sposób szybko nauczyliśmy się "czytać" ten ślad i część takich zupełnie niepotrzebnych terenowych "plomb" omijać. 

Natomiast są odcinki, których ominąć się nie da, gdzie jest już ciężka terenowa orka, gdzie są dłuższe odcinki pchania roweru. Ale w górach takie odcinki jednak dużo wnoszą, za to pchanie dostajemy wspaniałe widoki i piękne terenowe drogi (jak np. zjazd do Gori). Trzeba także zdawać sobie sprawę, że na śladzie wjazd do Tuszetii jest puszczony typowo pieszą, wysoką na 3500m przełęczą Atsunta, gdzie tego pchania będzie już bardzo dużo, a gdzie do tego droga może być zamknięta (po obu stronach przełęczy są posterunki wojskowe) - tak było w tym roku, w czerwcu przełęcz jeszcze była zamknięta ze względu na śnieg i wojsko nie puszczało turystów. Tak więc te 97% "rideable" podane na stronie Bikepacking,com to między bajki można włożyć. Bo też trzeba pamiętać, że czym innym jest "rideable" pod względem liczby kilometrów, a czym innym pod względem czasu. Czasem głupie 3km pchania roweru pod górę potrafi zająć ładnych parę godzin. Właśnie dlatego my zrezygnowaliśmy z Atsunty i do Tuszetii wjechaliśmy przez bardzo widowiskową przełęcz Abano (wymaga to powrotu tą samą drogą)

Generalnie oceniając stopień trudności tego śladu - trzeba sobie zdawać sprawę, że jest to trasa trudna, zdecydowanie pod dość zaawansowanych rowerzystów. Przede wszystkim jest tu mnóstwo ciężkich podjazdów, stosunek liczby przewyższeń do dystansu jest bardzo znaczący (na 1550km wyszło nam blisko 27tys w pionie), a i część dróg jest trudna, byłem bardzo zadowolony, że zdecydowałem się zabrać typowo terenowe opony Nobby Nic z solidnym klockiem zamiast czegoś szybszego, mającego lepsze osiągi na asfalcie. Bo w górach było sporo wody, ileś błota i tam opony o świetnym gripie robiły robotę. 
Zdjęcia Tuszetia
Dane wycieczki: DST: 96.70 km AVS: 22.58 km/h ALT: 858 m MAX: 68.00 km/h Temp:27.0 'C
Czwartek, 30 czerwca 2022Kategoria >100km, Canyon Exceed 2022, Gruzja 2022
GRUZJA
XV dzień - Khiso - Abano Pass (2850m) - Kvemo Alvani - Telawi - Tetri Tsklebi

Dzisiaj, podobnie jak dwa dni temu naszym głównym "daniem dnia" była prawie trzytysięczna przełęcz Abano. Ale oczywiście od strony Tuszetii nie jest to tej samej klasy wyzwanie, co wjeżdżając ją z Kachetii - bo podjazd zaczyna się nie z poziomu zaledwie 400m, a z wysokości 1700m, więc w pionie mamy do zrobienia 1100m, a nie grubo ponad 2000m. Niemniej nie ma co tego lekceważyć, podjazd jest bardzo wymagający, prawie cały czas jest ciężkie nachylenie, a nam poprzeczkę znacznie podniosła jeszcze pogoda. W nocy niestety zaczęło popadywać, tak więc zwijaliśmy obóz już na mokro. Ale podstawowym problemem był stan drogi, przede wszystkim na tym odcinku tuż przy rzece, bo fragmentami była solidnie zabłocona, tak więc już po krótkim kawałku mieliśmy rowery mocno usyfione.


Na szczęście wyżej droga była w lepszym stanie i dawało się utrzymywać przyczepność nawet na mocno nachylonych odcinkach. Podjazd bardzo ciężki i mocno dał w kość, ale przełęcz Abano jest jedyna w swoim rodzaju i widoki rekompensują wszystko. U samej góry już chwilami wjeżdżaliśmy w chmury, mijaliśmy liczne płaty śniegu, jednym słowem dawała ta jazda mnóstwo frajdy. A wizja 40-kilometrowego zjazdu z przewyższeniem prawie 2500m od razu dodawała sił na podjeździe :))


Na przełęczy zimno (8-10'C) i solidny wiatr, ale im niżej zjeżdżaliśmy tym szybciej pogoda zaczynała się poprawiać. Po drodze, na wysokości jakieś pewnie 2100m jest idealna miejscówka na popas, z takimi widoczkami to każde jedzenie wchodzi jak w najlepszej restauracji ;)). 


Im niżej zjeżdżamy tym cieplej się zaczyna robić, niestety na najtrudniejszym, środkowym odcinku, gdzie było najwięcej kamieni znowu łapię gumę w tylnym kole. Tym razem to nie było już dobicie, bo oponę specjalnie mocno dopompowywałem przed zjazdem, by zmniejszyć ryzyko kapcia, ale i tak go nie uniknąłem. I znowu powtarza się wczorajsza zabawa, znowu są duże problemy z naciągnięciem opony, znowu tylko dzięki Byczysowi udaje się ta operacja, bo ja z tymi dłońmi po RTP nie dałbym rady. Dalej już na szczęście bez przebojów i sprawnie meldujemy się na samym dole, gdzie już jest piekarnik i temperatury powyżej 30 stopni. Zjazdem z Abano zakończyliśmy terenową część wyprawy, został nam już tylko asfaltowy dojazd do Tbilisi.

W Kvemo Alvani robimy większe zakupy, a popas pod sklepem wykorzystujemy by przesuszyć zamoczone przy składaniu obozowiska namioty, w tej temperaturze to schną błyskawicznie. Na drodze do Telawi przekonujemy się co potrafią gruzińscy kierowcy, trafiliśmy na kolesia, który jadąc z naprzeciwka, nagle z ogromnym wyciem silnika i na mocnym przyspieszeniu wjechał na nasz pas, musieliśmy uciekać na pobocze. O ile Gruzja jest świetnym krajem na terenową jazdą, bo jest tu całe mnóstwo terenowych dróg z minimalnym ruchem, to na wyprawę asfaltową bym tego kraju nie polecał ;)).

Od Tbilisi dzieliła nas jeszcze jedna większa przełęcz, wysoka na ponad 1600m, postanowiliśmy więc większą część podjazdu zrobić już dzisiaj, tak by jutro bez nerwów wcześnie dojechać do Tbilisi i w spokoju załatwić transport na lotnisko do Kutaisi. Wjeżdżamy więc powyżej 1200m, z miejscówkami na tym podjeździe niestety było bardzo marnie, więc ostatni biwak wyprawy nie wypadł nam okazale, do tego była kupa komarów.
Zdjęcia - Tuszetia
Dane wycieczki: DST: 102.70 km AVS: 15.29 km/h ALT: 2060 m MAX: 42.70 km/h Temp:20.0 'C
Środa, 29 czerwca 2022Kategoria Canyon Exceed 2022, Gruzja 2022
GRUZJA
XIV dzień - Omalo - Górne Omalo - Dartlo - Omalo - Khiso

Dzisiejszego dnia planowaliśmy zrobić traskę po Tuszetii, były różne możliwości, także i dość solidnej, terenowej pętli. Ale po wczorajszej ciężkiej przeprawie dziś zwyciężyła wizja zrobienia sobie bardziej ulgowego dnia i spokojnej turystyki bez presji czasu i rowerowych osiągów. Jako cel dzisiejszej trasy postawiliśmy sobie wioskę Dartlo uznawaną za najładniejsza osadę w Tuszetii.

Pierwsze kilometry to podjazd do Górnego Omalo, w którym elegancko prezentuje się twierdza Keselo wybudowana na wysokim wzgórzu panującym nad okolicą, a po drugiej stronie majestatyczne, 4-tysięczne szczyty Kaukazu, biegnąca nimi grań wyznacza granicę z rosyjskim Dagestanem.




W drodze do Dartlo trzeba było zaliczyć dwie większe górki, wjeżdżając na przełęcz 2300m, drogi są terenowe, ale sensownej jakości, a jako, ze mamy świetną pogodę to po drodze robimy sobie dłuższy popas w miejscu z dobrym widokiem na Keselo, teraz już od nas spory kawałek oddalonym. Z przełęczy 2300m do Dartlo (położonego na 1800m) jest długi zjazd, wykorzystując to, ze jadę na górskim rowerze lubię sobie poszaleć, więc prędkości na kamienistej drodze przekraczały 40km/h. W pewnym momencie uderzam w jakiś większy kamień i powietrze z tylnej opony momentalnie schodzi. Używałem systemu tubeless, ale poszukiwania dziury nic nie dały, nie byliśmy w stanie stwierdzić, którędy powietrze ucieka oraz uszczelnić systemu. Dopiero po powrocie do Polski okazało się, że lekko naruszona została taśma na obręczy; niestety troszkę za dużo spuściłem powietrza z koła dla lepszej trakcji w terenie i dobiłem obręczą ową taśmę uszkadzając.

Nie było więc wyjścia - trzeba było zakładać dętkę i okazało się to nie lada wyzwaniem. Opony TL są bardzo dopasowane do obręczy, więc założenie ich na obręcz nie jest wcale proste i trzeba bardzo uważać, by nie przyciąć dętki. A jako, że wyprawę jechaliśmy miesiąc po majowym RTP - jeszcze nie odzyskałem pełni sił w dłoniach zmasakrowanych i odrętwiałych na wyścigu i sam nie byłbym w stanie tej opony na obręcz naciągnąć, bo to właśnie wymaga sporej siły w dłoni; na szczęście Marcelemu udało się tego dokonać, bo inaczej byłoby krucho ;)). To jeszcze raz nam pokazało, że system tubeless to świetne rozwiązanie, ale tylko do momentu, gdy się nie rozszczelni, chwila roboty z tym zakładaniem dętki i już włosy na nogach mieliśmy zalepione bardzo klejącym uszczelniaczem.

Po naprawieniu koła kończymy zjazd do Dartlo, wioseczka rzeczywiście bardzo urokliwa i z tych, które mieliśmy okazję widzieć w Tuszetii zdecydowanie najładniejsza, wiele kamiennych domów wybudowanych na wysokim zielonym wzgórzu; można powiedzieć - pocztówkowa.


W Dartlo skusiliśmy się na obiad w knajpce (spotykając tu kolejny raz ekipę bogatych ruskich, która nas wczoraj mijała na podjeździe na Abano). Knajpka bardzo klimatycznie ulokowana w kamiennym domu, z pasującym do kamienia drewnianym wystrojem; niestety jedzenie to była porażka - drogie, mało i niesmaczne.


Wracamy do Omalo tą samą drogą, ale krajobrazowo jest na tyle pięknie, że wcale nam nie przeszkadza powtarzanie tego kawałka. Natomiast na nocleg postanowiliśmy pojechać dalej, tak by jutro mieć krótszy odcinek i mniej gór do przejechania na Abano, więc zaliczamy jeszcze górki z Omalo do rzeki Alzani. Na całej drodze na Abano jest bardzo mało miejsc, gdzie można sensownie biwakować, więc postanowiliśmy się rozbić kawałek przed właściwym podjazdem, trafiło się niezłe miejsce przy samej rzece
Zdjęcia - Tuszetia

Dane wycieczki: DST: 49.50 km AVS: 11.79 km/h ALT: 1472 m MAX: 43.40 km/h Temp:20.0 'C
Wtorek, 28 czerwca 2022Kategoria Canyon Exceed 2022, Gruzja 2022
GRUZJA
XIII dzień
- Achmeta - Pschavelli - Abano Pass (2850m) - Omalo

Dzisiejszego dnia czeka nas kawał wyzwania - czyli wjazd na bardzo wysoką przełęcz Abano, z poziomu zaledwie 400m musimy się wspiąć aż na 2850m. Pierwsze kilometry wróżą niezłą patelnię, gdy ruszamy temperatura już przekracza 25 stopni i szybko rośnie. Pierwszy kawałek jeszcze ulgowy, po asfalcie; w większym miasteczku Pschavelli robimy większe zakupy, bo nie wiedzieliśmy czego się można spodziewać odnośnie zaopatrzenia w Tuszetii, więc nie ryzykowaliśmy i postanowiliśmy wziąć tyle jedzenia by móc się obejść bez zakupów; nie ma to jak się mocno obładować przed rzeźnickim podjazdem ;)). Pierwsze kilometry podjazdu jeszcze dość ulgowe, asfalt kończy się mniej więcej na wysokości ok. 700m, tutaj też wykorzystujemy dzisiejszy upał i robimy sporą przepierkę, w temperaturach powyżej 30 stopni ciuchy rowerowe schną bardzo szybko, a te założone na ciało, po 15min są suche.

Tak powyżej 700-800m podjazd zaczyna się na dobre, tutaj dolina się mocno zwęża, a nachylenie drogi zdecydowanie rośnie. Droga na Abano z pewnością zasługuje na miano epickiej - z jednej strony podjazd od strony widokowej jest fenomenalny, z drugiej od strony typowo kolarskiej daje w kość straszliwie, jeden z najcięższych podjazdów jakie miałem okazję zaliczać w swoim rowerowym życiu. Przewyższenie tej drogi jest ogromne, więc podjazd trwa wiele godzin, a zdecydowana większość drogi to duże nachylenia. Najtrudniejszy jest środkowy odcinek, tak do wysokości mniej więcej 1500m, tam droga ostro wrzyna się w zbocze krótkimi serpentynami, jest ileś kawałków z solidnymi kamulcami, są odcinki, gdzie drogą płyną potoki i to wszystko przy nachyleniach solidnie powyżej 10%, fragmentami dochodzącymi pod 15-16%; więc pomimo tego, ze dysponowaliśmy odpowiednimi przełożeniami to chwilami jechało się na granicy równowagi.




Także i dla samochodów droga jest dużym wyzwaniem (jeżdżą tu tylko samochody na napędem 4x4), jest tu mnóstwo ciasnych zakrętów, nieraz trzeba jechać skrajem urwiska; nieraz zdarzały się tu wypadki, mijamy m.in. pomnik upamiętniający wypadek z 2019 roku, gdy Kamaz wiozący 7 ludzi runął w przepaść, wszyscy zginęli.

Pierwszy popas robimy na wysokości 1500m, od tego miejsca rzekę zostawiamy poniżej i długą serią serpentyn wyjeżdżamy ponad granicę lasu, na poziomie ok. 2000m zaczyna się bardzo widowiskowy trawers zielonym zboczem, widoki wbijają w siodełko. Dociągnęliśmy na ok. 2200m, tam przy płacie lodowym i bocznym strumieniu spływającym do głównej doliny robimy drugi popas, zmęczenie już mocno daje się we znaki. Końcowy odcinek na przełęcz to na coraz miększych nogach robiłem, z trudem nadążając za Byczysem, ale fantastyczne widoki rekompensowały wszystko.


W końcówce podjazdu zepsuła się pogoda, zaszło słońce, a temperatura mocno spadła, do zaledwie 10'C, niezły kontrast w porównaniu z 35 stopniami na dole; ale w końcu było to blisko 3000m. Na przełęczy Abano wita nas kamienna kapliczka, po północnej stronie przełęczy panuje zupełnie inny mikroklimat, jest dużo chłodniej, widać tu jeszcze dużo płatów śniegu.

Zjazd z Abano na góralu to była czysta przyjemność, trafił się też i solidnie rwący strumyczek, na którym już niewiele brakowało bym fiknął w lodowatą wodę ;)). Ostry zjazd jest mniej więcej do wysokości 2100m, tutaj dojeżdżamy do rzeki i kontynuujemy jazdę obniżającą się doliną. Na odcinkach, gdzie rzeka zbliża się do drogi jest sporo błota, tak więc rychło jesteśmy nieźle usmarowani. Ale pojawiają się widoki na pierwsze wioseczki Tuszetii. Całą Tuszetię niejako "robi" jej odosobnienie, potwierdza się stara prawda, że świat, gdzie nie dochodzi asfalt wygląda zupełnie inaczej, żyje się tam ciągle jak przed co najmniej 50 laty, nie ma wszechobecnej komerchy i innych wątpliwych zdobyczy cywilizacji. A do Tuszetii nie tylko nie dochodzi asfalt, ale jedyna prowadząca tutaj droga jest otwarta przez ledwie kilka miesięcy w roku i jest dostępna tylko dla samochodów terenowych, do tego wymaga sporego doświadczenia od kierowców, a jej pokonanie zajmuje ładnych parę godzin. To wszystko powoduje, że pomimo swojego piękna Tuszetia jest ciągle nieskażona masową stonką turystyczną, bo dostać tutaj jest się na tyle trudno, że tłumy tu nie docierają. Dlatego bardzo zadowoleni byliśmy z tego, że zdecydowaliśmy się jednak wybrać Tuszetię zamiast dużo bardziej skomercjalizowanego rejonu Kazbegu.

Co najlepiej charakteryzuje Tuszetię? Moim zdaniem przede wszystkim soczysta zieleń, fantastycznie prezentują się małe wioseczki na tych zielonych halach, a w tle wysokie na 4000m szczyty Kaukazu; chwilami aż trudno uwierzyć, ze w takich miejscach mogą żyć ludzie.


Mamy tutaj rozległe zielone hale i łąki, mieszkańcy żyją więc przede wszystkim z wypasu owiec i bydła; jest tu także dużo więcej koni niż w innych rejonach Gruzji. Na drodze do Omalo przez niemal 10 km towarzyszy nam całkiem spore stado koni, leciały z nami zarówno na zjazdach jak i podjazdach - po takie atrakcje to tylko do Tuszetii! Także i miejscowe budownictwo jest bardzo charakterystyczne, dominują budowle z wąskich kamiennych płyt pozyskiwanych w okolicy,  w paru miejscach są tu dobrze zachowane tzw. "koszti" - charakterystyczne budowle obronne, coś można powiedzieć w rodzaju małego zamku lub fortecy, najczęściej ulokowane w naturalnie obronnym miejscu.


Do nieoficjalnej stolicy Tuszetii, czyli wioski Omalo trzeba jeszcze zaliczyć solidny podjazd, docieramy tutaj już pod wieczór. Okazało się, że w miasteczku jest całkiem sensownie zaopatrzony sklepik, a ceny jeszcze do przełknięcia, były tutaj nawet chleby puri, tak więc okazało się, ze niepotrzebnie wieźliśmy aż tyle zapasów, co nie pomagało na bardzo wymagającym podjeździe pod Abano. Wyjeżdżamy kawałek za miasto i znajdujemy całkiem fajną miejscówkę z widokiem na góry, o to zresztą w większej części Tuszetii nietrudno, bo ludzi mało, a rozległych łąk całe mnóstwo. 

Był to jeden z najpiękniejszych dni tej wyprawy (jak nie najpiękniejszy). Niby tylko niecałe 90km, ale dało w kość dużo bardziej niż 200km na asfalcie, średnia ledwie 12km/h dużo mówi o tym jak wymagającym podjazdem jest Abano. Ale po takie właśnie dni, po takie widoki, po takie przygody jechaliśmy do Gruzji, to że po wielu wahaniach w końcu zdecydowaliśmy się pojechać do Tuszetii było strzałem w dziesiątkę.
Zdjęcia - Tuszetia
Dane wycieczki: DST: 88.30 km AVS: 12.26 km/h ALT: 2676 m MAX: 45.90 km/h Temp:27.0 'C
Poniedziałek, 27 czerwca 2022Kategoria >100km, Canyon Exceed 2022, Gruzja 2022
GRUZJA
XII dzień
- Korsha - Tianeti - Achmeta

Po tym jak upadł pomysł dojechania górami pod Kazbek znowu mieliśmy zgryz jak zaplanować pozostałe dni wyprawy. Jedną z opcji był dojazd pod Kazbek - ale asfaltem. Wymagałoby to cofnięcia się prawie do Tbilisi i później jazdy Gruzińską Drogą Wojenną do Kazbegi (Stepancmindy), co nam się nie uśmiechało bo ta droga nie ma dobrej sławy, jest na niej duży ruch, a co potrafią gruzińscy kierowcy już mieliśmy okazję się przekonać. Zdecydowaliśmy się wiec pojechać do Tuszetii, ale nie tak jak prowadził nasz ślad, przez pieszą przełęcz Atsunta, a jedyną drogą (szutrową, ale przejezdną dla samochodów z napędem 4x4) prowadzącą do tego rejonu Gruzji, czyli przełęcz Abano (2850m). Minusem tego rozwiązania było to, że jak wspomniałem jest to jedyna droga prowadząca do Tuszetii - czyli wracać musieliśmy także i ją. Ale uznaliśmy, że zobaczenie odciętej od świata Tuszetii będzie sporo ciekawsze niż tłuczenie się ruchliwą szosą pod Kazbeg (bo na ewentualne wejście na górę i tak by nam już nie starczyło czasu)

Po smacznym gruzińskim śniadaniu ruszamy w trasę (pogoda na szczęście się wyklarowała) - i od razu przekonujemy się jak potężne spustoszenia uczyniły wczorajsze gwałtowne ulewy. Cała wielka dolina Korshy jest odcięta od świata, jedyna droga prowadząca do doliny została zniszczona w wielu miejscach przez nieokiełznany żywioł i dla samochodów jest nieprzejezdna.


Mijamy liczne podmycia drogi, miejsca gdzie błoto z kamieniami spłynęło z gór blokując drogę, mijamy zerwane i leżące na ziemi linie napięcia, wreszcie są kawałki, gdzie rzeka rozwaliła drogę na całej szerokości, rowerami cudem się przebiliśmy, przechodząc skrajem podmywanego przez wodę urwiska. I takie obrazki mamy na odcinku dobrych 30km, to nam udowodniło jak na dłoni jak ludzie z całą swoją techniką dalej są malutcy wobec siły żywiołu.


Po wyjechaniu z doliny Korshy zaliczamy spory asfaltowy podjazd z 800m na ok.1200m, natomiast  zjazd był ciekawszy, bo po szutrze. Ale generalnie dzisiejszy dzień to taka dojazdówka bez większej historii, poza tym kawałkiem zjazdu całość po asfalcie. W Achmecie zatrzymujemy się na obiad, nie tyle samo jedzenie było naszym celem co podładowanie już mocno nadwyrężonej elektroniki. Ale obiad okazał się smaczny, jedliśmy gruziński przysmak, czyli pierożki Chinkali, które bardzo nam podeszły.

Na nocleg rozbijamy się kawałek za Achmetą, miejscówka prima sort - na zielonej łące, po jednej stronie widać masyw Kaukazu Wysokiego, po drugiej stronie łańcuch Gombori.


Zdjęcia - Tuszetia
Dane wycieczki: DST: 109.70 km AVS: 22.54 km/h ALT: 1143 m MAX: 63.60 km/h Temp:25.0 'C
Niedziela, 26 czerwca 2022Kategoria Canyon Exceed 2022, Gruzja 2022
GRUZJA
XI dzień 
 - Ghelisvake - Korsha

Większość nocy mocno padało, pada również i rano. Zjedliśmy śniadanie, a po sprawdzeniu prognoz i radarów pogodowych postanawiamy poczekać w namiotach do około 10, bo wtedy na radarach widać było koniec opadów. Niestety nic z tego się nie zmaterializowało, tak odnośnie dokładności takich wynalazków - to mieliśmy sytuację, że radar pokazywał brak opadów, a lało jak z cebra, do tego (jak się później okazało) opad trzymał wiele godzin. Nie było więc wyjścia - składamy namioty przy solidnie padającym deszczu i ruszamy w górę jak na ścięcie. Bo w tych warunkach pokonywanie 3-tysięcznej przełęczy (jaką trzeba było przekroczyć w drodze pod Kazbeg) zupełnie nam się nie uśmiechało. Ujechaliśmy może ze 2km pod górę - i drogę zagradza nam potężnie rwąca rzeka.


Niby nie była jakaś bardzo szeroka, ale jak to w górach bywa - przy mocnych opadach woda wezbrała szybko i nurt jest bardzo silny. Próbowaliśmy ją przejść, ale po 2-3 krokach siła nurtu była taka, że była poważna obawa, że nie utrzymamy się na nogach i nurt może nas porwać w dół. Zaraz po naszym przyjeździe rzekę przejechał terenowy samochód, więc postanawiamy czekać na kolejne auto i poprosić kierowcę by nas przewiózł na drugą stronę rzeki. Ale kierowcy kolejnych aut terenowych, które się pojawiały - już się bali zaryzykować, bo woda rwała tak, że wcale nie było pewne czy rzeka nie porwie nawet samochodu. Czekaliśmy sumarycznie tak z 1,5h, przemarzliśmy do szczętu, bo lało cały czas mocno, a temperatura na wysokości ok. 1850m oscylowało koło 8 stopni.

Nie mieliśmy więc wyboru, w tych warunkach pchanie się do góry było już głupotą, bo nawet jeśli mocno ryzykując jakoś przeprawilibyśmy się przez tę rzekę - to wyżej mogły być kolejne. Odpuszczamy więc i zjeżdżamy do szosy w dolinie Korshy. Zjazd fragmentami ekstremalny, bo niżej drogą płynęły już małe rzeki, do szosy docieramy cali przemoczeni, trzęsąc się z zimna. W tych warunkach jedyną sensowną decyzją było szukanie noclegu pod dachem - i na szczęście dość szybko udało się nam znaleźć bardzo przyzwoitą kwaterę w Korshy. Niestety nie było prądu - okazało się, że gwałtowne ulewy, które nam uniemożliwiły przebicie się pod Kazbeg zerwały linie napięcia w całej okolicy, do tego właścicielka kwatery powiedziała nam, że i jedyna droga do doliny Korshy została zerwana przez rwącą rzekę; tak więc z podładowania elektroniki nic nie wyszło. 

Ale sama kwatera elegancka, można powiedzieć w stylu retro, z kamienną podłogą, sporo obrazów i rzeźb, bo właściciele są uzdolnieni artystycznie. Obiad spożywany przy świetle świec i ognia w kominku miał mnóstwo klimatu


Zdjęcia - Tuszetia
Dane wycieczki: DST: 15.50 km AVS: 15.76 km/h ALT: 203 m MAX: 40.00 km/h Temp:8.0 'C
Sobota, 25 czerwca 2022Kategoria >100km, Canyon Exceed 2022, Gruzja 2022, Wyprawa
GRUZJA
X dzień - Tbilisi - Saguramo - Kubriantkari - Korsha - Ghelisvake (1750m)

Po zakończeniu drugiego etapu naszej wyprawy, czyli przejechaniu przez Mały Kaukaz mieliśmy mocny zgryz co robić dalej. Bo ślad Caucasus Crossing, wg którego dotąd z grubsza jechaliśmy dalej za Tbilisi prowadził do Tuszetii. Ale było tutaj jedno ogromne ALE - ślad prowadził przez wysoką na 3520m przełęcz Atsunta, przełęcz zdecydowanie pieszą. Z opisów autorów śladu, a także wielu innych źródeł można się było dowiedzieć, że jest to ciężki, typowo pieszy szlak, gdzie trzeba m.in. iść po skałach, forsować głębokie strumienie. Pewien odcinek oczywiście można tak przejść, bo pchanie pod górę to niestety nieodłączna część jazdy MTB w górach - ale tutaj było wiadomo, ze tego pchania to będzie pewnie więcej niż cały dzień, a to nam się zupełnie nie uśmiechało. Do tego jechaliśmy w czerwcu i wcale nie było pewne, czy nie będzie śniegu na wysokiej na 3500m przełęczy Do tego jeszcze była inna kwestia - z obu stron przełęczy Atsunta są posterunki wojskowe i jeśli Gruzini oficjalnie przełęczy nie otworzą to wojsko nie puszcza turystów. A sprawdzić czy przełęcz jest otwarta nie było jak, trzeba było pojechać ponad 200km, do tego zaliczyć kolejną wielką przełęcz, wysoką na 2600m. Jednym słowem było to tak mocne "ale", że uznaliśmy, że to nie ma sensu i zdecydowaliśmy, ze pojedziemy do Korshy, a później górami przebijemy się do Kazbegi (Stepancmindy), a tam w zależności od warunków pogodowych może wypożyczymy sprzęt do turystyki pieszej i (jako plan maksimum) spróbujemy wejść na pięciotysięczny Kazbeg. I jak przyszłość pokazała - była to świetna decyzja, bo już wracając do Polski natrafiliśmy na informację na jakimś forum poświęconym Gruzji, że turyści w tym okresie odbili się od posterunków wojskowych przed Atsuntą, która ze względu na śnieg była jeszcze zamknięta, a żołnierze nie puszczali turystów pieszych. Gdybyśmy tam pojechali - stracilibyśmy tylko kupę czasu i odbilibyśmy się od checkpointu.

W nocy przechodziły spore burze, więc ze spaniem było tak sobie. Wyjazd z doliny Tbilisi na północ jest bardzo wredny, bo dolina jest tu bardzo wąska i jedyną alternatywą dla autostrady było wejście ok. 300m w pionie na wzgórza nad doliną, tak też prowadził nasz ślad. Tyle, że bardzo szybko okazało się, że nocne burze spowodowały, że gliniasta gleba w okolicy zamieniła się w lepiące błoto, króciutki kawałeczek przeprawy tym błotem mocno zalepił nam rowery, do tego bardzo trudno było wpychać rowery pod górę, bo już się ślizgać zaczynaliśmy.


Uznaliśmy, więc że w tych warunkach nie ma to sensu, zeszliśmy więc do głównej szosy i radzi, nieradzi pojechaliśmy autostradą Tbilisi - Batumi, czyli główną arterią transportową Gruzji :P. To jest wielka zaleta bardziej egzotycznych krajów, że tutaj nikogo takie numery nie ruszają; niemniej nie było to przyjemne, bo Gruzini jeżdżą po prostu fatalnie i na ruchliwych drogach nie jest bezpiecznie.


 Ale wiele tej autostrady na szczęście nie było, parę kilometrów i odbijamy do Saguramo, gdzie w przydrożnej piekarni kupujemy świeżutkie, jeszcze gorące gruzińskie chleby puri, Kawałek za miastem zgodnie ze śladem odbijamy w teren, trochę mając wątpliwości, czy znowu autorzy śladu nie wpakują nas w klasyczne "ujeby". I tak właśnie było, można to było wygodnie objechać szosą, a my wrąbaliśmy się w trudny terenowy kawałek, gdzie było dużo wody po wczorajszych ulewach, do tego jeszcze wredny strumień do forsowania. Na tym odcinku było też sporo krótkich interwałowych ścianek, gdy jechałem akurat kawałek z przodu dostałem telefon od Marcelego, że ma awarię. Gdy dojechałem do Byczysa - to mnie zmroziło; okazało się, że na ostrej ściance tylna przerzutka złapała szprychy i wkręciła się w koło.


Z początku wydawało się, że w najlepszym razie czeka nas powrót do Tbilisi, gdzie też nie było takie pewne czy dostaniemy przerzutkę Srama pod 11 rzędów. Ale mocno kombinując w końcu udało nam się to naprawić, trzeba było jeszcze raz naciągnąć sprężynę przy haku przerzutki, która się przekręciła w starciu z kołem, także i samo koło wymagało centrowania. Optymalnie nie było bo Byczys nie miał dwóch najlżejszych biegów (później to w miarę wyregulował i brakowało tylko jednego) - ale ważne, ze dało się jechać; wyszliśmy niejako spod katowskiego topora ;)).

Dalsza część dnia to żmudna jazda w górę doliny Korshy, prawie całość po asfalcie, dopiero w końcówce pojawiały się krótkie odcinki terenu. Pogoda niespecjalna - zachmurzenie, chwilami popadywało, do tego pewne obawy budził poziom wody w dość mocno rwącej rzece w dolinie, na pewnych fragmentach to już niewiele brakowało do przelania. Kawałek przed Korshą odbijamy krótki kawałek w bok do wioski Barisakho na zakupy, dziura po prostu fenomenalna, a sklepik wyglądał jak z lat 70-tych w PRL-u. Ale najważniejsze, że sensownie zaopatrzony, a najlepszym dowodem na to jak uniwersalny jest bikepackingowy bagaż niech będzie fakt, że nawet jajka kupiliśmy i bezpiecznie je dowieźliśmy na nocleg ;)). 

Kawałek za Korshą odbijamy na górską drogę do Roshki, tutaj już jest bardzo ciężko, zaczęło padać, drogą płyną całe strumienie wody, a nachylenie sporymi odcinkami przekracza 10%. Powyżej małej wioseczki Ghelisvake robi się już sensowniejsza droga, dojeżdżamy na ok. 1750m i mamy jeden z najładniejszych noclegów tej wyprawy; choć pogoda optymistycznie nie nastraja...


Zdjęcia - Tuszetia

Dane wycieczki: DST: 105.80 km AVS: 16.57 km/h ALT: 1872 m MAX: 46.50 km/h Temp:16.0 'C
Piątek, 24 czerwca 2022Kategoria >100km, Canyon Exceed 2022, Gruzja 2022
GRUZJA
IX dzień - Khidistavi - Kaloubani - Saskhori - Didgori Battle Memorial (1620m) - Tbilisi 

Pierwsza część dzisiejszego dnia to przejazd przez gruzińskie "lowlands", czyli takimi można powiedzieć nizinami, pomiędzy dwoma wysokimi masywami górskimi. Jedzie się zarówno bocznymi asfaltami, jak i szutrami, bardzo mi ten odcinek przypadł do gustu - mija się małe wioseczki, krajobrazy są szerokie, przy tym doskonała pogoda. Oczywiście troszkę hopek na tym odcinku jest, bo w Gruzji naprawdę płaskich odcinków to jest co kot napłakał.


W Saskhori robimy zakupy i popas pod sklepem, między innymi wcinamy smaczne i tanie gruzińskie lody, zaczyna nas niepokoić upał, bo zaraz czeka nas główne danie dzisiejszego dnia, czyli podjazd na 1600m, czyli aż 1000m w pionie za jednym zamachem. Nie byliśmy też pewni jak to będzie wyglądać pod kątem nawierzchni, ale z mapy zapowiadało się raczej na asfalt (i tak było w całości). Podjazd, choć asfaltowy to bardzo wymagający, było tu wiele odcinków ze sporymi nachyleniami, do tego jechaliśmy na patelni, wystawieni na słońce, a prażyło mocno, w okolicach 33-34'C. Byczys mocno docisnął, ja przez pewien czas jeszcze powalczyłem, żeby się utrzymać, ale uznałem, że w tych warunkach nie ma się co za mocno żyłować, bo przy upale odcięcie może nastąpić bardzo szybko. Podjazd zdrowo dał w kość, ale dzięki mocnemu tempu dość szybko go zaliczamy, całość jadąc praktycznie bez przerw. Na szczycie znajduje się spory pomnik upamiętniający zwycięską bitwę z Turkami seldżuckimi pod Didgori z 1121roku, kluczową dla gruzińskiej państwowości, taki można powiedzieć gruziński Grunwald. Pomnik zbudowano dla uczczenia 900 rocznicy bitwy, już po odzyskaniu przez Gruzję niepodległości. Obecnie to miejsce ważne patriotycznie, odbywają się tu np. przysięgi wojskowe, a teraz trafiliśmy akurat na jakieś ćwiczenia oddziału komandosów, z kamuflażem na twarzach.


Spod monumentu odbijamy w teren, w stronę Tbilisi, szlak okazuje się bardzo wredny do jazdy, co rusz trzeba zsiadać z rowerów i przepychać, a na licznych zacienionych odcinkach jest dużo błota. Najgorsza była pierwsza, dość wysoko położona część, później już coraz więcej było odcinków, gdzie dawało się sensownie jechać, a także nie brakowało miejsc, gdzie otwierały się szerokie widoki.


Na poziomie 1200m dojeżdżamy do asfaltu i zaczynamy zjazd do wielkiej doliny Tbilisi. Widok na miasto otwiera się już z wysokości ponad 1000m, widać dość wyraźnie kolejną różnicę w krajobrazie - po zielonym Małym Kaukazie okolice Tbilisi wyglądają zdecydowanie bardziej pastelowo, bardziej w pustynnych kolorach; ten rejon Gruzji jest zdecydowanie cieplejszy i suchszy niż wysokie góry.


Tbilisi to też mocne zderzenie z cywilizacją, wjeżdżamy do miasta akurat od strony, gdzie jest organizowany jakiś ogromny koncert, więc ruch na drogach jest dotkliwy, do tego miasto jest wielkie, więc przebijanie przez nie to wiele kilometrów. W centrum zaczyna nas to już przytłaczać, jest akurat popołudniowy szczyt, samochodów mnóstwo, są i 6-pasmowe ulice, a kierowcy jeżdżą tu raczej we wschodnim stylu, przepisami się specjalnie nie przejmując. Mieliśmy plan stanąć na obiad w jakiejś lokalnej knajpce, ale nic sensownego nie byliśmy w stanie namierzyć, więc wracamy do starej i sprawdzonej metody wyszukując Maca. To była prawdziwa oaza normalności w tym zwariowanym mieście ;))

Wyjazd z miasta też dostarczył mocnych wrażeń, przebijamy się na północ główną drogą wzdłuż rzeki Kura, w chwilami wściekłym ruchu, raz żeśmy źle skręcili i przejście na drugą stronę drogi było nie lada wyzwaniem. Spieszyliśmy się też, bo chmury zaczynały wyglądać coraz bardziej burzowo, w końcu docieramy na wzgórza okalające dolinę Tbilisi od północy i tam się szybko rozkładamy, miejsce może nie za specjalne, namioty trochę krzywo rozbite, ale mieliśmy idealny "timinig", bo zaraz po ich rozstawieniu mocno lunęło.
Zdjęcia - Mały Kaukaz
Dane wycieczki: DST: 108.30 km AVS: 16.53 km/h ALT: 2032 m MAX: 64.80 km/h Temp:26.0 'C
Czwartek, 23 czerwca 2022Kategoria >100km, Canyon Exceed 2022, Gruzja 2022
GRUZJA
VIII dzień - Nardevani - Jezioro Calka - Tejisi - Biisi - Khidistavi 

Po starcie kończymy wczorajszy zjazd nad położone na wysokości ok. 1500m jezioro Calka (Tsalka), tutaj dużym problemem było znalezienie jakiegoś sklepu, bo reszta dnia zapowiadała się mocno bezludnie i warto było kupić zaopatrzenie na cały dzień, bo z tym co mieliśmy to byłoby mocno na styk. W większej wiosce Tikilisa nic nie znaleźliśmy, ale niespodziewanie w kolejnej wioseczce były aż 2 sklepy, gdzie zrobiliśmy zakupy na dzisiejszy dzień. 

W kolejnej wiosce Tsintskaro zabawna sytuacja - przy dość wąskiej gruntowej drodze, którą jechaliśmy stała duża przyczepa z ulami. Takie przenośne ule są bardzo popularne w Gruzji, bo wiosna w różnych rejonach kraju przychodzi w różnym terminie, więc pozwala to przewozić pszczoły na tereny, gdzie jest w danej chwili najwięcej kwitnących roślin. W tej przyczepie było kilkanaście takich uli i duża chmura pszczół na całą szerokość drogi, więc żeby się przez to przebić rozpędziliśmy się na maksa, głowa w dół - i dało radę ;)). Do tego okazało się, że dalej droga była nieprzejezdna ze względu na duże błoto, więc musieliśmy wrócić, znowu koło tych pszczół, na szczęście odbyło się bez ukąszeń ;)


Za wioską wjeżdżamy na sensowną drogę wzdłuż jeziora, z której mamy ładne widoki na okolicę i wielkie jezioro Calka i tak jedziemy ponad 10km. Dzisiaj pogodę mamy słoneczną, ale mocno wieje z zachodu, więc na postój za jeziorem stajemy w miejscu dobrze osłoniętym od wiatru - wtedy jest wręcz gorąco, ale jak tylko się wyjdzie na ten wiatr to wychładza szybko. Po postoju kończy się ulgowa część dzisiejszego dnia i zaczynamy podjeżdżać pod masyw gór oddzielających nas od głównej doliny Gruzji i Gori. W tym rejonie bardzo obawialiśmy się błota, bo tutaj ten spotkany wczoraj Kanadyjczyk miał z nim bardzo wymagającą przeprawę. Ale my jechaliśmy 2-3 dni później, więc i 2-3 dni po tych gwałtownych burzach z wielką ilością opadów. I dzięki temu nie było tragedii, były odcinki błota, ale jeszcze do przejechania (z krótkimi fragmentami pchania), były rozlewiska na polach, ale jeszcze do pokonania. Ale jazda tędy krótko po opadach byłaby bardzo trudna, bo grunt jest tu taki, że szybko rozmięka, zamieniając się w głębokie błoto. Po pierwszej serii mokrego przejazdu przez pola dojeżdżamy do wygodniejszej gruntówki, którą dociągamy do Tejisi; za tą wioską już kończy się definitywnie cywilizacja i wjeżdża się w szlaki piesze, a przed nami wyrasta ściana gór wysoka na ok. 2100-2200m, na którą musimy wjechać/wspiąć się z poziomu ok. 1700m


Najpierw jedziemy przez pola do stóp masywu, tutaj spotykamy Niemca jadącego na fullu, podobnie jak my podrużującego śladem Caucasus Crossing, który nocował tu niedaleko; trochę go zaskoczyło, że my robimy koło 100km dziennie, bo on mówił, że jedzie koło 50km. Był w długiej podróży jadąc tu aż z Niemiec, bodajże, że 4 już miesiąc, a wybierał się do Indii, choć po drodze zatrzymywał się tu i tam na dłuższe odpoczynki. Niemiec pojechał do przodu, a my zrobiliśmy sobie popas nad strumieniem, bo miejsce było piękne i co ważne dobrze osłonięte od wiatru. Masyw przed nami nie wyglądał na wjeżdżalny, dojechać dało się tylko do jego stóp, dalej już trzeba było pchać i był to ciężki wypych, z dłuższym fragmentem mocno nachyloną skalną szyją. I gdy myśleliśmy, że to już koniec - wyłoniła się przed nami kolejna góra ;). Tam krótkimi kawałkami w pierwszej części dało się jechać, ale generalnie było to głównie pchanie. Na szczycie (2135m) wiatr urywał głowę, ale okolica była przepiękna, bo w partiach szczytowych pojawiły się wapienne skały. Ale prawdziwa widokowa ekstraliga to był zjazd na drugą stronę - tu dawało się normalnie jechać, a cały górny odcinek prowadził drogą między wapiennym skałami.


Niżej było krótkie starcie z psami pilnującymi większego stada owiec; dobrze jechało się tak mniej więcej do poziomu 1500m. Niżej zaczął się najbardziej wymagający dzisiaj odcinek - czyli taka mini-dżungla; jechało się tu chwilami solidnie zarośniętą drogą, było m.in. sporo barszczy Sosnowskiego. Do tego dochodziło wiele ostrych podjazdów i zjazdów, na których często trzeba było zsiadać z rowerów. Ale kawałek, choć bardzo wymagający - miał też mnóstwo uroku, bo odludzie było całkowite, zero zasięgu komórkowego, a i po stanie drogi było widać, że za często nie jest używana. Dopiero kawałek dalej mijamy kilka wiosek, a raczej czegoś co było na mapie zaznaczone jako wioski, bo faktycznie były to pojedyncze chałupy, do tego wyglądając bardzo biednie. 


Zaliczamy kilka bardzo ostrych i długich ścian, musieliśmy też forsować całkiem głęboki strumień z solidnym nurtem; jednym słowem prawdziwie "przygodowy" odcinek. Za strumieniem pojawia się nieco lepsza droga, obu nam zaczynają mocno szwankować napędy - okazało się, że to przeprawa przez strumień niosący sporo osadów tak je urządziła, wysuszając je całkowicie. Po solidnym nasmarowaniu wszystko jest w porządku i kontynuujemy podjazd, na poziom ok. 1800m, później jeszcze jedna solidna dokrętka. Ściany bardzo wymagające, ale wjeżdżalne. Z ostatniej hopki wreszcie zaczyna się zjazd - bardzo długi, aż na poziom 1100m, tutaj wypuściłem się szybciej, bo na moim rowerze wygodniej i szybciej się zjeżdżało niż na gravelu Marcelego; po drodze udało mi się dogonić naszego Niemca, którego jak mi opowiadał bardzo zmotywowała nasza informacja, że jedziemy po 100km dziennie, więc postanowił dzisiaj mocniej docisnąć ;)).

Od 1100m wraca wygodniejsza droga do Gori, chwilami jest to asfalt, chwilami szuter, ale jedzie się już sprawnie i w zdecydowanej większości w dół, bo zjeżdżamy do głównej doliny Gruzji. Też i pod względem klimatu okolica wygląda inaczej niż ostatnie 2 dni, gdzie jeździliśmy na dość dużych wysokościach, przed Gori jest dużo cieplej, rośnie tu dużo winnic. W Khidistavi robimy zakupy, do samego Gori w końcu zdecydowaliśmy się nie wjeżdżać, bo wymagałoby to nadrobienia ponad 10km, a byliśmy już mocno wyjechani, po chyba najcięższym dniu wyprawy. Gori to miejsce urodzenia Iosifa Dżugaszwiliego (bardziej znanego jako Józef Stalin), jego główną atrakcją jest muzeum poświęcone Przyjacielowi Dzieci. Z jednej strony niecodzienna atrakcja, z drugiej strony upamiętnianie największego zbrodniarza w historii ludzkości; więc uczucia trochę mieszane. Wyjeżdżamy więc kawałek za Khidistavi i nocujemy w odchodzącym od drogi bocznym wąwozie.
Zdjęcia - Mały Kaukaz
Dane wycieczki: DST: 101.10 km AVS: 14.51 km/h ALT: 1594 m MAX: 68.10 km/h Temp:19.0 'C

Blogi rowerowe na www.bikestats.pl