wilk
Warszawa
avatar

Informacje

  • Wszystkie kilometry: 302151.84 km
  • Km w terenie: 837.00 km (0.28%)
  • Czas na rowerze: 550d 16h 43m
  • Prędkość średnia: 22.74 km/h
  • Więcej informacji.
baton rowerowy bikestats.pl

Zaprzyjaźnione strony

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wilk.bikestats.pl

Archiwum

Linki

Wpisy archiwalne w kategorii

Canyon 2021

Dystans całkowity:11409.70 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:465:33
Średnia prędkość:24.51 km/h
Maksymalna prędkość:78.90 km/h
Suma podjazdów:74517 m
Liczba aktywności:93
Średnio na aktywność:122.68 km i 5h 00m
Więcej statystyk
Wtorek, 14 września 2021Kategoria >100km, Canyon 2021, Wycieczka
Po maratonie Północ-Południe była tak piękna pogoda, że pomimo 1000km w nogach nie mogłem sobie odmówić powrotu na kołach do Krakowa ;)
Dane wycieczki: DST: 118.70 km AVS: 24.99 km/h ALT: 1061 m MAX: 61.30 km/h Temp:21.0 'C
Sobota, 11 września 2021Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2021, Ultramaraton
Maraton Północ - Południe 2021

Mój tegoroczny start w MPP stał pod dużym znakiem zapytania, bo ukończony ledwie niecałe 2 tygodnie wcześniej MRDP kosztował sporo zdrowia, przede wszystkim problemem były solidnie zdrętwiałe dłonie, choć i mięśniowo wiadomo, że pełnej "świeżości w kroku" (słynny komentarz o biegu Ireny Szewińskiej) nie było... Ale prognozy na MPP były bardzo zachęcające, wyglądało, że będzie głównie słonecznie - a to coś czego na MRDP zdecydowanie zabrakło i odebrało sporo frajdy z jazdy. A że ten maraton i jego klimat (jazda znad Bałtyku w Tatry) bardzo lubię; startowałem we wszystkich edycjach, więc kusiło to na tyle mocno, że postanowiłem zaryzykować!

W piątek dojeżdżam na Hel, w przepełnionym pociągu do Gdyni jedzie już spora grupka maratończyków, jest wesoło, szczególnie, gdy mały dzieciak zwrócił swój posiłek na podłogę ;). Na Helu pogoda perfekcyjna, rower zostawiam w hotelu, a sam ruszam na tradycyjny przed tym maratonem spacer nad morze. Warunki idealne, pod latarnią odbieram pakiet startowy, rozmawiam z wieloma znajomymi, dowiaduję, że podobno jutrzejsze delikatne opady mają nas ominąć (haha!) i przez las najeżony bunkrami z okresu II wojny światowej ruszam nad morze. Praktycznie w ogóle nie wieje, są nawet ludzie kąpiący się w morzu; robię sobie dłuższy spacer plażą docierając do Początku Polski.


Po spacerze czas na solidne uzupełnienie kalorii przed startem, razem z Lucjanem Kornickim wybieramy się na dobry obiad do sprawdzonej restauracji. Miło się gadało, gdy kończymy biesiadować jest już ciemno, pora na ostatnie zakupy na jutro - i wracam do hotelu. Spałem dobrze, rano wypasione śniadanie w hotelu i jadę na start maratonu, gdzie roi się już od zawodników i ich rowerów ;)). W tym roku kolejny rekord frekwencji - sumarycznie wystartowały aż 122 osoby, choć z zapisanych ok. 160 blisko 40 nie pojawiło się na starcie. Startujemy punktualnie o 9.00, do Władysławowa tradycyjnie jedziemy w policyjnej eskorcie, jadę na samym przodzie; przez pierwszą część, gdy przed nami jechał samochód z Bartkiem Pawlikiem, fotografem wyścigu było na poziomie 25-27km/h, ale gdy samochód zjechał i zostały same motocykle policyjne to już skoczyło do poziomów sporo powyżej 30km/h, chwilami dochodząc do 38km/h ;). Tym razem udało mi się ten odcinek przejechać bez przerwy na sikanie; pod koniec Mierzei Helskiej czołówka wyścigu przesunęła się do czoła peletonu - i za Władysławowem od razu mocno wyrwali do przodu. 

Ja zgodnie z planem jechałem swoim równym tempem, nastawiając się głównie na jazdę solo, a dołączając się do grupek wtedy gdy tempo było na zbliżonym do mojego poziomie. Za największym kaszubskim podjazdem nad jeziorem Żarnowieckim na znanym z wcześniejszych edycji przystanku (już chyba 3 razy tu stawałem) przebieram się i przepakowuję, niepotrzebnie wziąłem plecak na dodatkową wodę, mniej zachodu i czasu straci się na jej kupienie na trasie niż bujanie się z niewygodnym plecakiem. Przestawiam też trochę pozycję w rowerze, bo niestety z dłońmi nie jest dobrze, są zauważalne problemy z hamowaniem w górnym chwycie, a górek jest tutaj mnóstwo. W czasie postoju minęło mnie sporo zawodników pozdrawiając, ruszam z animuszem by ich podgonić, na chwilkę podłączam się do grupki Oli i Zdzisia Piekarskich, którzy jadą razem z Vukim.


Pogoda jest świetna, więc humory dopisują. Ale wszystko do czasu, już w okolicach 120km zaczyna popadywać, a rychło przechodzi w gwałtowną burzę. Przebrałem się i ruszam dalej, niestety jazda już nie taka przyjemna, szybko mam mokre siedzenie, bo miałem z tyłu małą podsiodłówkę, za krótką  by robić za skuteczny błotnik, na takie warunki lepsze są dłuższe torby.

Ale przede wszystkim coś w ogóle nie widać sensownych przejaśnień, a wg prognoz to miały być jedynie ok. 2h opady i to raczej w rejonie Kwidzyna, do którego jest jeszcze spory kawałek. Szybko okazało się, że wróżbici od prognoz jak zwykle "deczko" się pomylili, co mnie ostro wkurzyło - bo nie tak to miało być, pisałem się na słoneczko, a tu była powtórka z MRDP, choć tyle dobrego, że te parę stopni więcej, niemniej te 15 stopni to wypasu nie robiło, tak więc cały ten odcinek kląłem na synoptyków na czym świat stoi. Przed Egiertowem większą grupkę łapie szlaban kolejowy, tu cyka nas też Ania Młotek; towarzysząca nam samochodem całą trasę; po czym ruszamy na większy podjazd do skrzyżowania z DK 20, gdzie jest Orlen na którym sporo zawodników się zatrzymuje, jest nawet jeden optymista co się bierze za czyszczenie roweru, bo chwilowo nie pada ;). Widzę tutaj jak źle jest z dłońmi - mam duże problemy z odkręceniem butelki, także i z otwieraniem batoników są duże problemy. Za Egiertowem spotykam się z Żubrem, jedziemy spory kawałek, albo razem, albo w bliskim zasięgu, Piotrek ma spory problem, bo tuż przed startem zresetowała mu się pamięć w Garminie i nie ma śladu trasy, więc stara się jechać z innymi ludźmi, licząc, że może na punkcie w Sierpcu da radę coś z tym zrobić. Cały czas jest mokro, co jakiś czas popaduje. Wkrótce dołącza do nas Łukasz Drągiewicz i spory kawałek jedziemy w takiej forumowej ekipie. Po pewnym odcinku widząc, że jak to tak dalej będzie z tymi dłońmi to maratonu nie ukończę, bo nie będę w stanie utrzymać kierownicy postanawiam coś z tym zrobić. Na przystanku robię większy fitting, poprawiając lemondkę, czekam też z utęsknieniem na koniec górek, bo wąskie kaszubskie drogi z interwałowymi podjazdami, choć bardzo fajne do jazdy akurat na taką kontuzję nie są dobre, liczę, że na płaskim będzie z tym lepiej.

Ciągle irytuje pogoda, powtarza się schemat z MRDP, gdy tylko człowiek wyschnie - to zaraz pojawia się coś nowego na horyzoncie. Ucieszyłem się jak za Starogardem wjechałem wreszcie na suche asfalty, licząc, że to koniec zabawy z deszczem, a tu dosłownie 2-3km dalej, gdy wjeżdżałem na wiadukt nad A1, pojawia się na horyzoncie sina chmura i już było widać, że musi z tego ostro walnąć. No i walnęło zaraz za Gniewem, zjeżdżam na bardzo kiepski przystanek by się przebrać, zaraz po mnie ładują się trzy sakwiarki, które kawałek wcześniej wyprzedzałem, tak więc już w ogóle nie ma miejsca. Leje ostro, ale że już i tak jestem mokry to mi to większej różnicy nie robi więc jadę, mijając sporą ekipę z MPP okupującą kolejne przystanki ;))


Do mostu na Wiśle jechałem w burzy, pioruny waliły gęsto, a że tam się jedzie spory kawałek zupełnie płaskim i odkrytym terenem to zastanawiałem się ile jest prawdy w opowieściach jak to karbon przyciąga pioruny :P. Podobnie i przejeżdżając Wisłę mostem z wielkimi pylonami myślałem, czy jak walnie w pylon (w końcu najwyższy punkt w okolicy) to piorun zejdzie do podłoża po wodzie i czy izolacja z gumy opon wystarczy ;)). Do Kwidzyna docieram już nocą i mocno przeczesany, jeszcze do reszty mnie wkurzył zapchany na deszczu wysokościomierz w Garminie, to jest zawsze taka kropelka przelewająca czarę goryczy ;).

Robię dłuższy postój na Orlenie, jedząc m.in. hot-doga, odzipnąłem trochę, postawiło mnie to nieźle na nogi, więc szybko ruszam dalej, bo po wyjściu z ciepła od razu trząść zaczęło. Na podjeździe za Kwidzynem spotykam Remka Siudzińskiego, który jedzie zupełnie na krótko i który mówi, że jest mu ciepło i tak jechał cały dzisiejszy dzień - prawdziwy podziw! Remek to prawdziwy twardziel, pomimo tego, że sporo przytył w tym roku, to głową i przygotowaniem logistycznym mnóstwo nadrabia do innych ludzi; trochę niższą prędkość jazdy w pełni niwelując krótszymi postojami. Widząc jak jedzie w warunkach, które wiele osób rozkładały byłem pewien, że bez problemu dotrze na metę w limicie i się nie pomyliłem. Pierwszy nocny odcinek idzie OK, bardzo motywująco na psychikę działa to, że zaczynam widzieć, że zmiana pozycji przyniosła wyraźny skutek i z dłońmi robi się coraz lepiej. Na Lotosie w Kisielicach, gdzie spotykam Lucjana jeszcze krótka poprawka bloku i ruszam dalej, wkrótce spotykając ekipę Żubra i Łukasza oraz Darka Janeczka, którzy robią gumę na zupełnym zadupiu. Wkrótce się wszyscy razem zjechaliśmy i większość nocnego odcinka pokonywaliśmy wspólnie, choć oczywiście rozmaitych tasowań nie brakowało. Odcinek wredny, dużo dziur, sporo podjazdów, dopiero na jakieś 20-30km przed Sierpcem poprawiają się drogi oraz wyraźnie się wypłaszcza.

Punkt w Sierpcu z dużym wypasem, można zjeść na ciepło zupki, wypić herbatę czy kawę, mi idealnie podeszły świetne kanapki, doskonałe na zmianę smaku po licznych słodyczach. Obsługa perfekcyjna, od razu widać, że jak taki punkt robią ludzie sami jeżdżący ultra - to wypada to najlepiej. Żubrowi udało się wgrać do Garmina ślad, niestety przed Sierpcem zaczął go już łapać mocny kryzys żołądkowy, który jak się okazało za Płockiem zmusił go do wycofu, niestety z nawalającym żołądkiem nie sposób zrobić tak trudnej trasy. U mnie z kolei jedno z ogniw do lampki okazało się wadliwe, na szczęście udało mi się pożyczyć ogniwo od Łukasza, który miał wystarczający zapas (choć sumarycznie okazało się, ze starczyło to co miałem).

Za Sierpcem jadę kawałek z Marcinem Kabałą, który również jechał w tegorocznym MRDP, dojeżdżamy w rejon gigantycznej rafinerii Orlenu w Płocku, nocą robi to duże wrażenie. Już samotnie przejeżdżam przez jeszcze zupełnie pusty Płock i przekraczam Wisłę, świtać zaczyna kawałek przed Gąbinem, na krótkich podjazd znad doliny Wisły, mgły na wzgórzach wyglądają malowniczo. Zaczynają się płaskie równiny Mazowsza, wiatr na większości tego odcinka przeszkadza (choć na szczęście nie jest silny); dla wielu zawodników ten odcinek był trudny ze względu na monotonię i sporo przeciwnego wiatru. Ja wręcz przeciwnie, jako rodowity mieszkaniec Warszawy, trenujący często na Gassach, byłem doskonale przyzwyczajony do mazowieckich realiów i przeleciałem ten odcinek jak dzik po żołędzie ;). A mazowieckie równiny ciągną się blisko 200km, aż pod rejon Przysuchy, gdzie wjeżdża się już na Wzgórza Koneckie. W Przysusze robię sobie postój na jedzenie, za miastem zaczynają się fajne interwały na krótkich ściankach, a kawałek dalej, podobnie jak w zeszłym roku spotykam Transatlantyka, który wyjechał mi na spotkanie. Bardzo fajnie było pogadać z Markiem, wspólnie pokonujemy długi podjazd na Hutę, żegnając się na szczycie.


Pagóreczki dalej trzymają, aż do Łopuszna jest ileś krótkich ścianek, też bardzo wredny kawałek po DK74, gdzie pomimo niedzieli jest wielki ruch. Ale to tylko parę km. Jako, że w nogach już ponad 700km zastanawiam się co tu robić z noclegiem, bo oceniam, że jazda drugiej nocy nie ma sensu, a ciśnienia na wynik nie mam, jadę dla przyjemności i góry chciałbym robić za dnia. Ogarniam nocleg w agroturystyce w Lelowie, odcinek z Łopuszna w miarę szybki, bo dość płaski, jedynie jedna większa hopka na trasie. Na Orlenie w Koniecpolu (już nocą) jeszcze ostatni postój, kolejny raz spotykam się tutaj z Krzyśkiem Szczeckim i Tomkiem Jakubcem, z którymi dzisiaj sporo się tasowaliśmy. Zostało jeszcze 10km do Lelowa i przed 21 jestem już na kwaterze.

Postój noclegowy (w przeciwieństwie do zeszłego roku, gdy oka zmrużyć nie mogłem) wypadł elegancko, spałem 3h jak drewno, po tym jak alarm mnie wybudził ze snu, ze 2min nie wiedziałem gdzie jestem ani co się dzieje ;). Ruszam przed 2 w nocy, w sumie na postój poleciało 5h, ale dobrze się zregenerowałem. Od razu po wjechaniu na trasę maratonu spotykam Bartosza Kalisza, kawałek wspólnie jechaliśmy, ale wkrótce zaczęły się jurajskie górki, więc każdy pojechał swoim tempem. Dobrze przespana nocka robiła swoje i dogoniłem kilku zawodników, którzy jechali bez snu, lub podsypiając na przystankach. Pogoda natomiast kiepska - mokre drogi, dużo wilgoci w powietrzu, od czasu do czasu lekko pokapuje; dopiero na mecie dowiedziałem się, że ludzie co jechali, gdy ja spałem mieli solidne burze na Jurze, więc na noclegu tym razem mocno wygrałem. Początek idzie jeszcze dość topornie, w mokrych warunkach nocą jeździ się kiepsko, ale wizja zbliżającego świtu była bardzo zachęcająca. Już kawałek za Olkuszem powoli zaczyna się rozjaśniać, a w Krzeszowicach jest właściwie widno. Trasę na metę i wszystkie podjazdy dobrze znałem i wiedziałem czego się spodziewać, po przejechaniu Wisły zaczynały się już solidnie górki, na przywitanie Marcyporęba z 13% nachyleniem, potem do Kalwarii Zebrzydowskiej jeszcze łatwiejszy odcinek, a potem już długa seria podjazdów za Kalwarią, Zachełmna (z której elegancko było widać położoną na szczycie innego grzbietu Lanckoronę) i wreszcie Makowska.


Na Makowskiej mocno się wkurzyłem - to bardzo wąska droga i mijanie samochodem roweru trzeba robić z wielką uwagą i na  małej prędkości, bo nie ma tu miejsca, a rowerem na takim nachyleniu łatwo może bujnąć na bok. A tymczasem baba zjeżdżająca z góry w ogóle nie zwolniła, minęła mnie na 30cm, a przez okno widziałem, że w jednym ręku trzyma kubek z napojem, kierownicą na tak trudnej drodze kręcąc jedynie jedną ręką! Niestety małopolscy kierowcy to jest dramat, dla mnie najgorsi w całej Polsce, a im bliżej Podhala tym z tym gorzej... Ale pomimo tego zajścia udało się wciągnąć Makowską bez stawania, a do łatwych ten podjazd nie należy, szczególnie, gdy ma się już 900km w nogach ;). Za Makowską nowy odcinek na MPP, czyli krajówkę do Jordanowa zastąpiły boczne drogi przez Wieprzec, Skomielną Czarną i Łętownię, co oczywiście dodało do trasy sporo wymagających podjazdów. Niestety taki był układ tych dróg, że pod górę z reguły były dość dobre nawierzchnie, natomiast na zjazdach sporo dziur, w ogóle trochę Małopolska rozczarowała pod tym względem, trochę tu było dziurawych odcinków. Ale wiele to nie przeszkadzało, bo ten dzień "zrobiła" pogoda, po zejściu porannych mgieł zrobiło się słonecznie, wkrótce dało się już jechać na krótko - właśnie na coś takiego tu liczyłem i dlatego zdecydowałem się jechać pomimo MRDP w nogach.

Zmęczenie w nogach coraz większe, ale i meta już coraz bliżej. Ostatni postój robię na Orlenie w Rabce, niestety kiepskim, ze słabym wyborem asortymentu; a miałem ochotę na dużego burgera ;). Za Rabką ciężki podjazd na Obidową, z którego widać już Tatry (niestety tym razem w chmurach). Z Obidowej zjazd zakopianką do Klikuszowej (nocą Adam Szczygieł zderzył się na tym kawałku z psem, który nie wiadomo skąd wziął się na tak głównej drodze). Od Klikuszowej, po zjechaniu z zakopianki mijałem bardzo długi korek z przeciwnej strony, stojący na światłach na zakopiankę. Później sanktuarium w Ludźmierzu, Szaflary - i można się szykować na deser MPP, czyli podjazd na Gliczarów. Ściana sroga 22-23%, już ponad 1000km w nogach, ale dałem radę wciągnąć, nawet nieco mniej mnie to styrało niż zazwyczaj. Tam to już byłem w domu - piękny grzbiet Gliczarowa, pokonany ostrym tempem ostatni podjazd na Głodówkę i o 14.57, z czasem 53h57min melduję się na mecie! Dało to nadspodziewanie wysoką pozycję, bo 18 miejsce, jedynie raz, w 2018 roku byłem wyżej na MPP; tak więc pomimo, że nie jechałem tutaj na wynik udało się uzyskać całkiem dobrą pozycję.


Tegoroczna edycja okazała się nadspodziewanie wymagająca, załamanie pogody na Kaszubach przeczesało sporo zawodników, przez co stracili sporo czasu i zamulali w nocy, później na mazowieckim płaskim odcinku wiatr przeszkadzał, a końcówka była najcięższa w historii MPP; więc sumarycznie aż 47 osób (38%) ze 122 co stanęły na starcie wycofało się lub dojechało po limicie.

Ale przede wszystkim ten maraton to kawał przygody, uwielbiam to uczucie, gdy staje się na tym symbolicznym Początku Polski pod latarnią na Helu i siłą własnych mięśni trzeba przejechać w Tatry, w tak krótkim czasie przejeżdżając przez tyle rozmaitych krain geograficznych naszego pięknego kraju. Na mecie tradycyjna integracja, dzielenie się opowieściami i przygodami  z trasy z innymi zawodnikami, oklaskiwanie tych którzy właśnie docierają i zamawianie do jedzenia wszystkiego co się da, po takiej wyrypie te trzy obiady da radę zmieścić ;)). Z dłońmi na mecie nastąpił prawdziwy "cud domu brandenburskiego" - były w lepszym stanie niż na starcie; jak to mawiał Ferdynand Kiepski "są na świecie rzeczy o których się fizjologom nie śniło" ;)).

W ogóle fizycznie dość dobrze zniosłem ten maraton, obyło się bez kontuzji, te 3200km z MRDP zaprocentowały pod kątem wytrzymałości; tak więc sumarycznie byłem bardzo zadowolony, że zdecydowałem się pojechać MPP. A we wtorek pogoda była niemal perfekcyjna, słonecznie, ze 22-24 stopnie; tak więc zdecydowałem się pojechać rowerem do Krakowa na pociąg, a gdy na trasie mijali mnie organizatorzy jadący busem do Warszawy i zaproponowali zabranie się z nimi - nawet nie miałem pokusy by im nie odmówić ;)). Jechało się świetnie, tym razem już bez presji czasowej, z długimi odpoczynkami, bo do pociągu miałem duży zapas; góry mają mnóstwo klimatu, a jazda w takiej pogodzie to czysta przyjemność.

Podziękowania dla organizatorów - impreza jak zwykle świetnie zorganizowana, trasa bardzo wymagająca, ale i równie ciekawa; a meta na Głodówce to już swoista Mekka ultrasów, za rok z chęcią kolejny raz tam wrócę!

Zdjęcia z maratonu
Dane wycieczki: DST: 1014.00 km AVS: 24.10 km/h ALT: 8545 m MAX: 67.10 km/h Temp:17.0 'C
Piątek, 10 września 2021Kategoria Canyon 2021, Użytkowo
Po Helu
Dane wycieczki: DST: 1.20 km AVS: 24.00 km/h ALT: 1 m MAX: 27.60 km/h Temp:31.0 'C
Środa, 8 września 2021Kategoria Canyon 2021, Wycieczka
Przez Wilanów
Dane wycieczki: DST: 16.10 km AVS: 27.60 km/h ALT: 40 m MAX: 45.80 km/h Temp:16.0 'C
Poniedziałek, 30 sierpnia 2021Kategoria Canyon 2021, Użytkowo
Powrót z Jastrzębiej Góry do Władysławowa, nóżki lekko przeczesane ;)
Dane wycieczki: DST: 7.10 km AVS: 19.36 km/h ALT: 42 m MAX: 32.80 km/h Temp:16.0 'C
Sobota, 28 sierpnia 2021Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2021, MRDP 2021, Ultramaraton
MRDP - dzień 7

Po zaledwie godzinie snu budzę się, chwilę jeszcze leżę, ale nie mogę już zasnąć. Uznaję więc, że trzeba ruszać, bo rywale tuż za plecami, a jest realna szansa na podium MRDP; spanie to będzie na mecie. Perspektywa jazdy 1050km z Międzylesia na metę z ledwie godziną snu w Gubinie mnie przerażała, ale: 


Wychodząc z hotelu spotykam Pawła Sojeckiego, który się tu właśnie melduje, podobnie jak ja przejechał brukowane odcinki nocą, a Kuba Szumański, który spał w Zgorzelcu też już się mocno zbliżył do Gubina. Jadę więc na prom Połecko, na tym kawałku to już ostatnie odcinki lubuskich bruków. Przy promie czeka Tomek Ignasiak, pogoda wczesnym porankiem była elegancka, nad Odrą przez chmury zaczynało przeświecać słońce, do tego wypasione kanapki Tomka - jednym słowem to było najlepsze śniadanie na całym wyścigu, podziękowania dla Tomka za tak bezinteresowną inicjatywę!


Po wjeździe na krajówkę do Słubic zaczyna się elegancka jazda, o tej godzinie jeszcze nie ma wielkiego ruchu, a sama droga całkiem przyjemna do jazdy - szerokie przestrzenie, łagodne pagóreczki i sporo zieleni. Za Słubicami już niestety nie jest tak przyjemnie bo zaczyna coraz mocniej przeszkadzać wiatr, a odcinek do Kostrzyna jest mocno odkryty i płaski, więc wiatr ma gdzie tu hulać. W Kostrzynie robię zakupy, też się przebieram bo wreszcie zrobiła się fajna pogoda, a temperatura wskoczyła na dawno niewidziane poziomy czyli 18-20 stopni ;). Za Kostrzynem zaczynają się fajne zachodniopomorskie tereny, gęstość zaludnienia w tym rejonie niewielka, do Sarbinowa jeszcze spory ruch, a po zjeździe z krajówki w Mieszkowicach już pustki. Ten odcinek ma dla mnie mnóstwo uroku - jazda na najbardziej na zachód wysunięty fragment Polski, głównie przez lasy, a od Gozdowic wzdłuż Odry. W Siekierkach mija się wielki cmentarz wojskowy, przejeżdżając tutaj zawsze mi się przypomina odcinek Czterech Pancernych "Zakład o śmierć" i scena forsowania Odry


Za Cedynią powoli zaczyna mnie łapać znużenie, zaczynają się niepotrzebne postoje, a to na to, a to na tamto i w efekcie czas ucieka. Za Widuchową robię z półgodzinny odpoczynek, gdy ruszam to na odkrytej przestrzeni łapie mnie mocne uderzenie deszczu (który dotąd dziś nie dawał znaków życia), zanim dojechałem na przystanek by się przebrać zdążyłem przemoknąć. Od Gryfina jazda do niczego, zaczyna się aglomeracja Szczecina i duży ruch na drogach, do tego pogoda już wróciła do normy, czyli co chwilę pada. Na tym odcinku zaczynam też mocno odczuwać ból stóp, gdy zdejmuję buty i skarpetki okazuje się, że skórę na stopach mam całkowicie rozmoczoną - to efekt jazdy od niemal tygodnia w mokrych butach. Kupiłem jeszcze worki foliowe, by zobaczyć czy to coś zmieni, ale było jeszcze gorzej. No ale co było robić - musiałem z tym jechać dalej, ale na te wszystkie postoje zleciało sporo czasu i jadący za mną Kuba Szumański zbliżył się na odległość ledwie 20-30min, a to już żadna przewaga. W Goleniowe robię postój zaopatrzeniowy przed nocą, gdy wyjeżdżam z tego miasta jest już ciemno.

Pierwsza część odcinka za Goleniowem sensowna, po starej "trójce" - puściutko i z dobrym asfaltem. Niestety długo to nie potrwało, wkrótce lunęło mocno, a drogi się pogorszyły, doszło też trochę małych górek, na których trzeba było mocno uważać, bo było bardzo ślisko. Za Parłowem wjeżdża się na trasę BBT, czyli już na trójkę, ale z pełnym ruchem samochodów, do tego jest mokro i bardzo syfnie. Tak więc odcinek do Międzyzdrojów jechało się mocno nieciekawie, tutaj dociera do mnie niespodziewana wiadomość, że prowadzący Paweł Pieczka, którego też sieknęły te nocne ulewy idzie spać do rana. Motywacja od razu skoczyła mocno do góry, choć oczywiście w to że Paweł będzie spać aż do świtu bardzo ciężko mi było uwierzyć; ale wykluczyć tego też nie można było, więc trzeba było spróbować powalczyć o zwycięstwo. I co się dzieje w takiej chwili, gdy człowiek łapie duży zastrzyk motywacyjny? Na jednym ze zjazdów na Wolinie łapię kapcia i cała motywacja schodzi ze mnie jak powietrze z tej dętki ;). Koła wytrzymały liczne dziury, góry i bruki, a poległy na równiutkim asfalcie w takim momencie! Biorę się za tę naprawę, modląc się by nie było z wymianą jakiś problemów, bo warunki do naprawy były trudne, a jak wiadomo gówno chodzi po ludziach...

Naprawiałem to na deszczu, na syfnym poboczu, będąc już mocno zmęczony i niedospany, a wtedy bardzo łatwo o błędy typu przycięcie dętki, czy złe ułożenie opony. Do tego ileś piasku mi naleciało do środka opony, pomimo, że robiłem to uważnie i dokładnie. Zeszło się na to z pół godziny - ale na całe szczęście naprawiłem to skutecznie i nie było powtórki z tematu za parę kilometrów. Przed Dziwnowem znowu lunęło mocno, tutaj miałem taką komiczną sytuację z policją, która podjechała do mnie mówiąc, że na ścieżce rowerowej bezpieczniej. A była 1 w nocy, na drogach zupełnie pusto, lało jak z cebra, a po tej gumie to jazda po badziewiu z kostki była tym o czym tylko marzyłem ;)). Na szczęście zrozumieli moją argumentację i nie czepiali się. Za Dziwnówkiem mijam śpiącego na przystanku Pawła Pieczkę i zostaję tymczasowym liderem wyścigu. Ale dochodziłem już do ściany swoich możliwości, skrajnie zmęczony organizm coraz mocniej zaczynał dopominać się o sen. Trochę jeszcze powalczyłem, ale za Trzebiatowem zrozumiałem, że trzeba będzie spróbować choć chwilę się przespać, bo zbliżałem się do granicy mikro-utraty przytomności, a to jest taka dość wyraźna granica bezpieczeństwa, której przekroczenie na ultra może mieć bardzo poważne konsekwencje.

I znowu zaczęły się proste i głupie błędy wynikające ze zmęczenia - najpierw próbowałem zasnąć na betonowym przystanku bez ławek, ale było za zimno od podłoża, a następnie kawałek dalej próbowałem spać na przystanku, tutaj doszedł mnie dużo świeższy Paweł Pieczka (który oczywiście do świtu nie zamierzał spać :)). Nie wiem czy coś w ogóle pospałem, jeśli już to były to mikro-drzemki po parę minut. Sumarycznie na to wszystko poleciała ponad godzina; coś to mnie zregenerowało, więc krótko przed świtem ruszyłem dalej, warunki dalej do niczego, przed Kołobrzegiem znowu lać zaczęło, w mieście zajeżdżam na Orlen, gdzie regenerował się Paweł Pieczka. Dalej jeszcze mnie trzymało zmęczenie i zamulenie, straciłem tu blisko godzinę, stopy bolą już potwornie, w ogóle nie jestem w stanie normalnie chodzić, muszę stawać na piętach lub chodzić bokiem. W międzyczasie nadjechał też Kuba Szumański, który wiele tu nie stał i ruszył z 10min przede mną.

To mnie wreszcie zmobilizowało do zebrania się w sobie i ruszyłem solidnym tempem dalej, za Kołobrzegiem na kiedyś bardzo ruchliwej DK11 teraz spokojnie, bo sporą część ruchu wzięła ekspresowa "szóstka". Kubę doganiam kawałek przed Mielnem, Pawła nawet nie próbowałem dalej gonić, bo wiedziałem, że to poza moimi możliwościami. Z Kubą jechaliśmy spory kawałek albo w bliskiej odległości, albo obok siebie, próbował mnie kilka razy zerwać, ale mieliśmy bardzo podobny poziom rowerowy, więc udawało mi się nadrobić. Za Mielnem kiedyś trzeba było jechać odcinek po chamskich betonowych płytach, teraz wzdłuż niego wybudowano asfaltową drogę rowerową, więc jechało się bardzo sprawnie. Tutaj zatrzymałem się na przebieranie się, bo już się cieplej zrobiło, a deszcz odpuścił. Ledwie ujechałem parę kilometrów goniąc Kubę - i znowu lunęło, do Darłowa wjechaliśmy w kolejnym oberwaniu chmury i znowu trzeba było się przebierać. Odcinek do Ustki bardzo męczący - do deszczu dołączył silny przeciwny wiatr, na tym odcinku z Darłowa ze dwa razy mnie mocno zlało - to był na całe szczęście już ostatni deszcz na MRDP. W Ustce także i ostatni postój zaopatrzeniowy na wyścigu, na metę zostało jeszcze 130km. I ciągnęły się nam te kilometry mocno, szczególnie odcinek bezpośrednio za Ustką był wredny - czołowy wiatr nieźle dawał popalić, sporo kiepskich nawierzchni, a muliło mnie już strasznie, bo deficyt snu miałem ogromny. Po odbiciu w głąb lądu i wjeździe na DW213 nieco poprawiły się warunki wietrzne, wiatr dalej przeszkadzał, ale nie wiało tak mocno jak w pasie nadmorskim, asfalty też sporo lepsze niż za Ustką.

Na 80km przed metą zmuliło mnie już na tyle mocno, że umawiamy się z Kubą (z którym od Mielna jechaliśmy w bliskiej odległości i tak bardzo luźno ustaliliśmy, że raczej ścigać się nie będziemy i wjedziemy razem na metę na drugim miejscu), że on pojedzie nieco wolniej, a ja stanę na parę minut. Posiedziałem z 8-10min z zamkniętymi oczami, coś tam minimalnie pomogło i ruszyłem mocniejszym tempem by dogonić Kubę. Cisnąłem solidnie, ale gdy odpaliłem monitoring to zorientowałem się, że wcale się nie zbliżam, a wręcz jeszcze oddalam. Wiadomo, że to wyścig i każdy chce powalczyć o swoje, więc takie umawianie się na cokolwiek trzeba traktować ze sporym dystansem. Ale był wielki plus tej sytuacji - dostałem ogromny zastrzyk adrenaliny, senność mnie całkiem opuściła i ruszyłem już na maksa swoich możliwości. Kubę udało mi się dogonić po jakichś 20km, ale będąc w mocnym gazie nie zmniejszyłem tempa, tylko cisnąłem ile fabryka dała. Odcinek na metę jest dość wymagający, to najbardziej pagórkowaty odcinek wybrzeża, na tych ostatnich 80km było 550m w pionie, więc ten finisz kosztował dużo sił, bo oczywiście Kuba nie odpuszczał; ale z drugiej strony na górkach łatwiej kogoś urwać niż na płaskim. Udało mi się go zerwać dopiero na górkach przed Gniewinem, ale oczywiście dalej nie odpuszczałem, bo przewaga była niewielka, na zjeździe nad jezioro Żarnowieckie już przesadziłem, bo powyżej 60km/h załapałem mocne podmuchy bocznego wiatru, dobrze że udało się sensownie z tego wyhamować. Kawałek dalej ostry podjazd znad Żarnowca, ostatnia większa górka na MRDP i pozostaje 20km, które jechałem już na ostatnich nogach. W Karwii wyjeżdżają mi naprzeciw Rafał Jędrusik i Rysiek Herc, którego ostatnio widziałem, gdy musiał się wycofać pod Prudnikiem - i w tej asyście honorowej wjeżdżam na metę o 16.45, kończąc MRDP na drugim miejscu z czasem 8dni 4h 45min!


Satysfakcja z ukończenia MRDP na pudle ogromna, zrealizowałem swój plan maksimum poprawiając o blisko 10h swój rekord trasy z 2013, pomimo, że tegoroczna edycja była dłuższa o ok. 4h, do tego z bardzo wredną pogodą. A dodatkowej satysfakcji dostarczyła tak niezwykła końcówka, bo takie finisze na ultra nie są często spotykane, już nawet nie chodzi o to, że tym razem udało mi się ów finisz wygrać, a o samą walkę, podziękowania dla Kuby za rywalizację na końcówce! To też mi pokazało jak niezwykłe możliwości drzemią w ludzkim organizmie. Na tej końcówce byłem już skrajnie niedospany i wypruty, a pomimo tego znalazłem w sobie jakieś nadzwyczajne rezerwy na długi 80km finisz. Na ostatnim segmencie miałem najlepszy czas z wszystkich zawodników, a pomiar mocy (na większości wyścigu bezużyteczny) pokazał, że ostatnie 65km pokonałem z NP 210W, czyli poziomem jaki nieczęsto miewałem na 2h treningach pod domem zupełnie na świeżo; nawet pierwszego dnia będąc wypoczęty i zregenerowany jechałem wolniej.



Podsumowanie

MRDP to przede wszystkim kawał przygody, w tym roku niestety fatalna pogoda odebrała sporo frajdy z jazdy, bo lało praktycznie cały tydzień, co w sierpniu należy do rzadkości, również i temperatury jedynie pierwszego dnia były w okolicach 20 stopni. Natomiast jazda w czubie wyścigu zrekompensowała mi to co odebrała pogoda, bo jednak takie ściganie daje sporo frajdy i mnóstwo motywacji, bez rywalizacji z innymi ludźmi nawet nie ma co marzyć by się zmobilizować do tak wielkiego wysiłku. Tegoroczna trasa była pod względem trudności i ilości gór najbardziej wymagająca w historii imprezy - najdłuższy dystans i najwięcej gór, szczególnie zmiana trasy w rejonie Gorlic oraz Starego Sącza podniosła skalę trudności bo doszło sporo trudnych podjazdów. Natomiast poprawiło się znacznie pod kątem nawierzchni - w tym roku asfalty w porównaniu do 2013 i 2017 były sporo lepsze, wiele dziurawych dróg wyremontowano i to co kiedyś było zmorą tego wyścigu obecnie nie jest już problemem, został jedynie dłuższy odcinek dziur pod Zosinem i trochę sporo krótszych w różnych innych miejscach, które już nie stanowią większego wyzwania.

Tegoroczną imprezę ukończyło (czyli przejechało w limicie) 26 z 49 (53%) zawodników jadących w kategorii Solo oraz zaledwie 3 z 17 z kategorii Open (18%) i żaden z dwójki jadących w pobocznej kategorii Support, widać po tym dość dobrze, że w takich imprezach opłaca się jeździć samotnie, jazda z kimś oczywiście też może zaprocentować (szczególnie w przypadku par damsko-męskich) ale wymaga to już wielkiego zgrania.

Strategia jazdy - tym razem postawiłem na noclegi pod dachem. Czy to była dobra decyzja, ciężko ocenić. Z jednej strony nocleg pod dachem daje lepszą regenerację, szczególnie przy słabej pogodzie, z drugiej mocno ogranicza mobilność na trasie, trzeba koniecznie gdzieś dociągnąć i to mi bardzo mocno doskwierało na tegorocznej trasie. Miałem dwie solidne wpadki z noclegami, zarwanie ostatniej nocy w Gubinie kosztowało mnie jazdę na metę na bardzo dużym długu sennym, co oczywiście musiało się odbić na dyspozycji, w Piwnicznej też niewiele brakowało do poważnej wpadki. Po tych doświadczeniach IMO najlepszym rozwiązaniem jest system mieszany, spanie zarówno na kwaterach jak i na dziko. Gdy dobrze nam pasuje i potrzebujemy lepszej regeneracji - to spać na kwaterze. A gdy senność nas łapie nagle - to wioząc sprzęt noclegowy możemy iść spać gdzie chcemy. I takie rozwiązanie stosował zwycięzca, czyli Paweł Pieczka, dzięki czemu sporo zyskał, dużo więcej niż stracił na tym co musiał dodatkowo wieźć.

Każdemu miłośnikowi długich dystansów polecam ten typ wyścigu, czyli imprezę wielodniową, trwającą ponad tydzień. To jest zupełnie inna bajka niż jeżdżenie klasycznych ultramaratonów 500-1000km, tutaj aspekt przygodowy zaczyna mocno dominować nad czysto sportowym, po 2 dniach jazdy waty, tętna, kadencje odpływają gdzieś daleko, a człowiek przestawia się na zupełnie inne tory. Wymaga to całkowitego wyłączenia się z życia zewnętrznego, żadne tam fejsy, insty, stravy - liczy się tylko rower i my, jak pisałem już we wstępie jest to taki prywatny film drogi. I taki reset we współczesnym świecie, szczególnie od wirtualnych aktywności bardzo się przydaje ;))

Zdjęcia z wyścigu
Dane wycieczki: DST: 665.50 km AVS: 24.13 km/h ALT: 3021 m MAX: 64.60 km/h Temp:14.0 'C
Piątek, 27 sierpnia 2021Kategoria >100km, >200km, >300km, Canyon 2021, MRDP 2021, Ultramaraton
MRDP 
VI dzień - Międzylesie - Głuszyca - Świeradów-Zdrój - Zgorzelec - Gubin

Spałem dobrze, startuję koło 5 rano, przed wyjazdem sprawdzając sytuację w wyścigu. Prowadzący Paweł Pieczka już skończył Kotlinę Kłodzką, więc jest 8-10h z przodu, z niewielką stratą Paweł Sojecki, ale z dnia na dzień zaczynający tracić swoją przewagę z pierwszej fazy wyścigu, a w nocy na trzecie miejsce przesunął się jadący bardzo równo Adam Kałużny, ze mną w tym samym hotelu w Międzylesiu spał Paweł Chwała (ale on jedzie w kategorii Open), a ok. godzinę za mną jadą Jakub Szumański i Adam Szczygieł, a za nimi jakieś 1-2h Jacek Kozioł, Przemek Kijak i Śruba. Jednym słowem w czołówce bardzo ciasno i w dwie-trzy godziny to się może wszystko zmienić.

Na pierwszym podjeździe za Międzylesiem zaczyna już dnieć, tutaj również niewielka zmiana trasy, dzięki której fatalne dziury przez Gniewoszów zostały zastąpione równiutkim asfaltem przez Niemojów. Już na pięknej drodze granicznej prowadzącej puściutką Doliną Orlicy wyprzedza mnie Paweł Chwała, który ruszył z Międzylesia tuż po mnie. Ale wyprzedza to mało powiedziane, łyknął mnie jak Ferrari wyprzedzające Poloneza, jadąc dobre 5km/h szybciej i szybko znikając na horyzoncie. Nie podjąłem rękawicy, w ogóle mnie to nie zdeprymowało, bo wiedziałem, że Paweł w ten sposób cisnąc musi jechać na duży kredyt, bo gdyby to było jego normalne tempo to byłby co najmniej dobę z przodu. Na takim wyścigu trzeba jechać swoje, mocne podpalanie się i jazda "ponad stan" łatwo może wyeksploatować organizm, a na metę zostało jeszcze ponad 1000km.

Cały odcinek wzdłuż granicy w zimnie, 5-7 stopni ledwie, ale miało to mnóstwo klimatu - puściutka droga wzdłuż Orlicy, nawet Zieleniec jak wymarły, parujące jeziorka, mgła na łąkach. Bałem się, że mocno mnie wytelepie na zjeździe do Kudowy - bo to najdłuższy zjazd całego MRDP (500m różnicy poziomów na raz), do tego i bardzo szybki, udało mi się w końcu przekroczyć 70km/h. Ale w sumie źle nie było, wiele nie zmarzłem, a na dole w Kudowie było już parę stopni cieplej i nawet wyszło słońce. Robię tu popas śniadaniowy pod Żabką, niestety to były miłe złego początki bo na podjeździe pod Karłów Drogą Stu Zakrętów już zaczęło padać, powróciła dobrze już poznana na MRDP klasyka, czyli opady konwekcyjne, co chwile opad, przerwa, opad i tak bez końca.


Przez mokrą drogę zjazd spod Szczelińca słabiutki, trzeba było jechać dość asekuracyjnie. Sprawnie przejeżdżam ostrą ściankę przed Tłumaczowem i jedną wielką dziurę, czyli Krajanów (na szczęście większość dziur jest na podjeździe, zjazdu tylko krótkie fragmenty). Po wjeździe na szosę wojewódzką do Głuszycy podjechała z przodu zupełnie sina chmura, niesamowicie było to z góry obserwować jak schodziła w dół do Głuszycy. Byłem już psychicznie przygotowany, że walnie na maksa, ale tym razem się ufarciło - gdy zjechałem na dół to co prawda cała Głuszyca była zalana, a drogą płynęła mała rzeka, ale na mnie nic nie spadło ;)

W Głuszycy krótkie spotkanie ze poznanym na Pierścieniu Jankiem Wosiem, który wyjechał na trasę pokibicować zawodnikom, szkoda, że nie było czasu dłużej pogadać. Na podjeździe za Głuszycą kolejne zaskoczenie - dramatyczne dziury na odcinku paru kilometrów zastąpił nowiutki asfalt, a jeszcze w maju, gdy jechałem tędy na Zlot na tym odcinku straszyły wielkie kratery. Kawałek bardzo fajny, lubię tędy jeździć, ale pogoda nie odpuszcza, co chwilę wali deszcz, do tego cały czas utrzymuje się dość niska temperatura, w okolicach 10 stopni; piękny mamy sierpień w tym roku... Ulewa złapała mnie między innymi na przełęczy za Mieroszowem i do Chełmska już zjeżdżałem na mokro, też i na Kowarskiej padało, choć już nie tak intensywnie. Ale pomimo tego dzisiaj jedzie mi się sprawnie, sporo lepiej niż wczorajszego dnia, gdy było dużo mniej gór. Od Kowar mocno ruchliwy odcinek, za Podgórzynem staję na hot-dogi w Żabce, sprawdzam też monitoring - i okazuje się, że jestem drugi, Paweł Sojecki nieoczekiwanie spał w dzień, a gdzieś na trasie minąłem Adama Kałużnego i Pawła Chwałę, który rano z takim animuszem cisnął; ale nie było to za rozsądne, bo doprowadziło do poważnej kontuzji uda, w efekcie musiał znacznie zwolnić i poświęcić więcej czasu na regenerację. Gdy kończyłem postój właśnie nadjechał Adam Kałużny (którego ostatnio widziałem gdzieś pod Bartoszycami), szybko wskoczyłem na rower i dogoniłem Adama na światłach przed krajówką. Fajnie było z kimś chwilkę pogadać, na ostrym podjeździe na Zakręt Śmierci Adam pojechał trochę szybciej, ale spotykamy się na górze (gdzie znowu zaczęło padać) - był tam lotny punkt Tomasza Karbowniczaka (dozwolony przez dyrektora wyścigu), kolejna fajna inicjatywa! Ale stałem tylko chwilkę, żeby nie zmarznąć, bo dobra termika na długim zjeździe do Świeradowa to podstawa ;))

W Świeradowie krótka wizyta na Orlenie - i wjeżdżam na ostatnią solidniejszą górę MRDP, czyli ściankę do Czerniawy. U góry łapię duży zastrzyk motywacyjny, całe góry przejechane, a i załamania pogodowe na płaskim nie będą tak dotkliwe jak w górach, nawet chwilowo znowu zaczęło słońce przebłyskiwać. Taki SMS wysłałem na wyścigową relację:
"Koniec z górami – ruszam do tych magicznych krain, gdzie bywa 25 stopni, gdzie jest bezchmurne niebo i gdzie dziewczyny chodzą w bikini! Takie krainy musza gdzieś istnieć, choć łatwo o tym zapomnieć, gdy człowieka zlewa z 7 razy na dzień w 8-10 stopniach".

Na odcinku do Zgorzelca kolejne duże zaskoczenie in plus - zamiast kilkunastokilometrowego odcinka bardzo chamskiego asfaltu znanego z poprzednich edycji teraz jest kolejna idealna droga, trzeba przyznać, że pod względem asfaltów w tym roku jest prawdziwy wypas, naprawdę dużo dziurawych dróg naprawiono, co znacznie zwiększa płynność i wygodę jazdy MRDP. W Zgorzelcu mocno główkuję co tu robić, czy iść od razu spać, czy też jechać dalej. Jest dopiero 20, więc trochę wcześnie na spanie, ale z kolei za Zgorzelcem jest zupełna pustynia z miejscami noclegowymi. Jako, że czułem się w miarę OK - postanawiam zaryzykować i rezerwuję nocleg aż w Gubinie, co będzie wymagało prawie całej nocy na siodle, najbardziej obawiałem się nocnej jazdy po słynnych lubuskich brukach. Za Zgorzelcem łapie noc, na leśnym odcinku do Ruszowa też sporo nowych asfaltów, natomiast wyzwaniem robi się coraz gęstsza mgła, co wjedzie się na odcinek przez łąki to widoczność spada drastycznie, a temperatura bardzo szybko leci w dół.

W Ruszowie zaczynają się pierwsze bruki, jeszcze dość równe, w Gozdnicy na stacji kolejna zmiana mostka na krótszy, kiepski to był koncept ta jazda na dwa mostki. Ale prawdziwa zabawa to się zaczyna za Gozdnicą, tu już nie ma przeproś, zaczynają się autentyczne hitlerowskie bruki.


Widać, że za Fuhrera to budowali solidnie, nie taka chała jak obecnie, gdzie po 5 latach droga się do remontu nadaje; te bruki to 80 lat bez remontu wytrzymały ;). Od Gozdnicy zamiast nocnego zamulania nieoczekiwanie złapałem fenomenalny szwung, bruki których się tak obawiałem nawet mi sporo przyjemności sprawiły, miała niesamowity nastrój ta nocna jazda. Odludzie totalne, jeden samochód na godzinę się spotyka i mokre, mocno wyślizgane, błyszczące w świetle lampki bruki. Trochę te opady utrudniły jazdę, bo na sucho niektóre fragmenty bruków daje się objechać po poboczu, które teraz było solidnie rozmięknięte i z kałużami, dzięki czemu dobrze było widać wąski ślad opony Pawła Pieczki, który tu jechał parę godzin wcześniej ;). Ale tam gdzie się dało to zabawiłem się w przełajowca, nawet kilka większych kałuż szosówką sforsowałem. Tak więc główny odcinek bruków do PK w Nowych Czaplach przejechałem nadspodziewanie sprawnie. Ale do Gubina był jeszcze spory kawał, także w rejonie Brodów były niezłe zabawy z nawierzchniami, do bruków i dziur doszedł kawałek błotnistego szutru zakończonego kapitalnym widokiem podświetlonej wielkiej bramy miejskiej w Brodach.


Końcówka już na siłę, na równinach przed Gubinem zaczął wiatr wywiewać, a w samym Gubinie jeszcze trochę zakołowałem szukając hotelu. Po drodze przez puściutkie miasto przejeżdżałem obok Orlenu, nie planowałem tam stawać - a tu słyszę, że ktoś mnie woła! Okazało się, że to niezawodny Tomek Ignasiak (organizator punktu przed promem Połęcko) czeka tu na zawodników, myślał że będę jechać objazdem przez Krosno Odrzańskie, ale gdy dowiedział się, że planuję spać w Gubinie to umawiamy się na poranne spotkanie przed promem. Mój hotel był jakieś 2km poza śladem, ale nie to było problemem. Gdy już mocno wypruty i niedospany dojeżdżam tam po 3 w nocy okazuje się, że są kłopoty z moją rezerwacją, której nie ma w systemie, a miałem ten nocleg już nawet z góry opłacony podczas rezerwowania. Wkurzające to było niesamowicie, najpierw gościu chodził to sprawdzać do innego komputera, później rower do jakiegoś garażu wstawiałem, później jeszcze zapomniałem z roweru zabrać powerbanka, którego musiałem naładować i gdy po niego zszedłem to nie umiałem tego garażu otworzyć i musiałem iść po recepcjonistę, jednym słowem prawdziwy koncert życzeń ;). Sumarycznie była to wtopa z noclegiem na całego, w łóżku się znalazłem dopiero ponad godzinę od przyjazdu.

Ale cały dzień zdecydowanie na duży plus, dziś w porównaniu do wczorajszego dnia jechało mi się dużo lepiej, góry pomimo beznadziejnej pogody przejechałem sprawnie, a nocną jazdę od Zgorzelca wytrzymałem nadspodziewanie dobrze, bez poważniejszego kryzysu sennego. Dzięki temu w rywalizacji w wyścigu byłem już na drugim miejscu, mając ze 2h przewagi nad kolejnym Pawłem Sojeckim. Ale wiadomo było, że tu decydująca będzie końcówka, a te 660km pozostałe na metę będzie niesłychanie trudno zrobić bez spania.
Zdjęcia z wyścigu
Dane wycieczki: DST: 402.50 km AVS: 21.20 km/h ALT: 4343 m MAX: 70.80 km/h Temp:10.0 'C
Czwartek, 26 sierpnia 2021Kategoria >100km, >200km, Canyon 2021, MRDP 2021, Ultramaraton
MRDP 
V dzień - Wisła - Cieszyn - Głubczyce - Prudnik - Złoty Stok - Międzylesie

Za dużo czasu mi się zeszło w hotelu i ruszam na trasę dopiero koło 6. Przez ten późny start już się zaczął poranny ruch i odcinek wyjazdowy z Wisły (wiecznie w remoncie) już jechałem w dużym ruchu. Przed Cieszynem robię zakupy w spożywczaku i jem śniadanie, w międzyczasie zaczyna padać, po wczorajszej poprawie pogody nie ma śladu. Już w deszczu jadę do Cieszyna, w tym rejonie jeszcze kilka sporych górek, po czym przed Zebrzydowicami się wypłaszcza, pada przelotnie, raz mocniej, raz słabiej, a to przestaje, a to znowu pokapuje. 

W tym rejonie trasa MRDP prowadziła Żelaznym Szlakiem Rowerowym, wybudowanym na śladzie dawnej linii kolejowej. Szlak dobrej jakości i dzięki niemu omijało się spory kawałek ruchliwych dróg Śląska. Droga zrobiona z wypasem, dobry asfalt, krótkie tunele, punkty wypoczynkowe. Choć przy szybszej jeździe trzeba było uważać, bo nie brakuje tu skrzyżowań z drogami dla samochodów, gdzie trzeba było wyhamowywać do zera, też ze względu na mokrą drogę było bardzo ślisko, bo szlak na sporym kawałku prowadzi przez las i ileś liści, szyszek itd. spadło na drogę. Szlak kończy się po 15km w Godowie, krótki kawałeczek dalej w Gorzyczkach był dostępny dla wszystkich uczestników maratonu punkt wsparcia zorganizowany przez Romana Kaczmarczyka. Świetna inicjatywa, punkt ze sporym wypasem, są nawet materace ze śpiworami, z czego kilku zawodników skorzystało, podziękowania dla Romana i jego syna, który nas obsługiwał, gdy tata był w pracy. Gdy dojeżdżam na punkt właśnie zaczyna się zbierać Rysiek Herc, który wczoraj nocą pociągnął dalej (mówił, że za górami znacznie się ociepliło, dzięki czemu nocna jazda była dużo przyjemniejsza niż to co mieliśmy w rejonie Istebnej) i nocował właśnie na punkcie u Romana. Zjadłem gęstą, ciepłą zupę, która mi bardzo smakowała i dobrze rozgrzała po deszczowym odcinku. Wyjeżdżając z punktu zostawiłem pokrowiec wodoodporny na telefon, zorientowałem się dopiero po 2km, więc musiałem się wrócić, bo ten gadżet na deszczu sporo wnosił, bez niego obsługa dotykowego ekranu telefonu była bardzo upierdliwa.

(fot. R. Kaczmarczyk)

Za Gorzyczkami przekraczam Odrę i wjeżdżam na Opolszczyznę, niestety pogoda fatalna, ze dwie silne ulewy mnie tu przeczesały, do tego tracę dużo czasu na przebieranie się, musiałem też zmienić z powrotem mostek na krótszy, bo na płaskich odcinkach słabo się z tym dłuższym jechało. Dogonił mnie Rysiek, chwilami jechaliśmy razem, lub w niewielkiej odległości. Gdzieś za Głubczycami pogoda zaczęła się poprawiać, można się było rozebrać z deszczowych ciuchów, ale za to z kolei wiatr coraz mocniej wieje i oczywiście z kierunków zachodnich, bo jakżeby inaczej ;). Jest to odcinek teoretycznie płaski, taki łącznik pomiędzy Beskidami i Sudetami, ale na płaski to wygląda na profilu całego MRDP, bo małe podjazdy chowają się na profilu wysokościowym przy tych wysokich. Natomiast w praktyce to wcale tak płasko tu nie jest, szczególnie w rejonie Głubczyc trasa obfituje w pagórki, od Odry do Złotego Stoku na 150km jest 900m w pionie, więc sporo więcej niż na nizinnych rejonach Polski, gdzie to wychodzi ok. 300m na 100km.

Za Głubczycami zaczyna mi coraz mocniej strzelać w suporcie, oglądając to dokładniej orientuję się, że korba kręci się z solidnym już oporem. Zdołowało mnie to mocno, bo jeśli padł suport to jest dla mnie po wyścigu. Nalałem w rejon suportu smaru do łańcucha, ale oczywiście nic to nie dało, musiałem się więc zatrzymać na dłuższą naprawę. Gdy zdjąłem korbę z suportu odpadła blaszka zabezpieczająca łożysko, a dotykając samego łożyska widać, że kręci się z oporami, nie tak jak powinno. Wkurzyło mnie to na maksa, bo nowiutki, do tego wysokiej klasy suport Ninja Token zakładałem na wiosnę, a ten już wysiadkę zrobił, podczas gdy używane wcześniej tanie press-fity od Shimano wytrzymywały po 50tys w każdych warunkach. Przypomniałem sobie też rozmowę z Przemkiem Kijakiem w Bieszczadach, który mi mówił, że właśnie suport Ninja Tokena padł mu podczas jednego Kórnickiego Maratonu Turystycznego, jak mu powiedzieli w serwisie od deszczu (choć dojechał wtedy jeszcze przed główną zlewą); najwyraźniej te suporty mają bardzo kiepskie uszczelnienie. Ale co tu można zrobić z taką awarią na trasie? Przetarłem ile się dało, założyłem na luźno blaszkę która odpadła i skręciłem z powrotem korbę, dość ostrożnie ją dokręcając. Jakoś na tym dojechałem do mety, chwilami mocno trzeszczało, później na długie godziny się uspokajało, w każdym bądź razie suportów od Tokena nie polecam...

Na wyjeździe z Prudnika nieoczekiwanie znowu spotykam Ryśka Herca, myślałem, że już sporo odjechał do przodu, gdy ja naprawiałem rower. A tymczasem Rysiek pokazuje mi solidnie opuchniętego achillesa i mówi, że musi się wycofać. Wielka szkoda Ryśka, ale mówił, że tak go już kłuje, że nie jest w stanie jechać na swoim normalnym poziomie, a do mety jeszcze ponad 1000km i długi górski odcinek. Dobrze rozumiałem Ryśka, gdy mówił, że samo dojechanie do mety go nie interesuje, ukończył MRDP w 2017, a w tym roku jechał zdecydowanie na wynik. Przed chwilą dokładnie nad tym samym się zastanawiałem odnośnie suportu, tracąc długie godziny, może bym gdzieś był w stanie go wymienić (zakładając że jakiś sklep miał by pasujący rozmiarem press-fit). Ale wtedy cały ogromny i wielodniowy wysiłek, który włożyłem w dotychczasową jazdę wyścigu poszedłby na marne, a psychicznie z tym bardzo trudno się pogodzić.

Żegnam się z Ryśkiem i jadę dalej, cały dalszy odcinek do Złotego Stoku idzie bardzo topornie. Pogoda znowu się psuje, zaczyna to już niszczyć psychicznie - co człowiek wyschnie, co liczy, że wreszcie normalnie pojedzie to na horyzoncie pojawia się kolejna czarna chmura i za 15min zabawa zaczyna się od nowa ;). Do Złotego Stoku dojeżdżam już wypruty, na ławce robię sobie popas, ogarniam nocleg, a przy okazji nieźle zmarzłem, bo temperatura spadła już poniżej 10 stopni. Ale za Złotym Stokiem już się zaczynają góry, więc można się rozgrzać. Podjazd na Jaworową idzie sprawnie, spotykają mnie tutaj Ania i Darek Młotek, którzy wyjechali na trasę pokibicować zawodnikom. O zjeździe do Lądka, że poszedł sprawnie niestety już się nie dało powiedzieć, droga na tym kawałku od długich lat jest solidnie rozryta i jazda tego przy mokrych szosach i o zmierzchu do przyjemnych doświadczeń nie należała. 

(fot. Anna EM)

Nocleg miałem ogarnięty w Międzylesiu, psychicznie byłem przygotowany na jeszcze jeden solidny wycisk, czyli długi podjazd na Puchaczówkę. Góra zacna, ale weszła w miarę sprawnie, bardziej dał mi popalić zjazd, znowu kupa wilgoci i słaba widoczność, więc bardzo się pilnowałem by się nie rozpędzić za bardzo, cały czas na mocno zaciśniętych hamulcach. Ale najbardziej mnie zniszczył kawałek z Idzikowa do Międzylesia, bo już miałem głowę zaprogramowaną na to, że po Puchaczówce jestem w domu, a tymczasem doszło jeszcze z 15km solidnie pagórkowatej drogi i do czasu wjazdu na krajówkę po słabych drogach. Jeszcze zakupy na Orlenie i dopiero koło 23.30 docieram do hotelu w Międzylesiu, a jeszcze z pół godziny się zeszło zanim się zameldowałem, rower trzeba było dać na dół do piwnicy itd.; a właściciel był przekonany, że to dojechał jadący kawałek za mną Paweł Chwała, bo już długo o tym konferował z jego żoną ;). To jest jedna z głównych różnic pomiędzy kategoriami Open i Solo, w tej pierwszej można korzystać z pomocy rodziny czy znajomych w organizacji logistyki na wyścigu, w Solo trzeba wszystko robić samemu, co oczywiście kosztuje więcej czasu.

To był mój najsłabszy dzień na MRDP, pomimo, że wczoraj dojechałem na nocleg o sensownej godzinie to nie dałem rady nawet 300km wycisnąć, choć mocno górska była tylko końcówka. Ale nic dzisiaj nie szło jak powinno - dużo postojów na trasie, awaria roweru, fatalna pogoda i mnóstwo deszczu, tempo też nie było oszałamiające; czasem bywa i tak...
Zdjęcia z wyścigu
Dane wycieczki: DST: 286.00 km AVS: 21.00 km/h ALT: 2755 m MAX: 60.10 km/h Temp:11.0 'C
Środa, 25 sierpnia 2021Kategoria >100km, >200km, Canyon 2021, MRDP 2021, Ultramaraton
MRDP 
IV dzień - Piwniczna-Zdrój - Zakopane - Zawoja - Wisła

Przez wczorajszy bardzo późny dojazd i cyrki z hotelem ruszam dopiero koło 7, z mocnym postanowieniem by dzisiaj wcześniej zakończyć dzień, choć dojechanie po północy i ruszanie za dnia, a nie nocą to spory bonus, bo omija się najzimniejszą część dnia, ale jakoś nie mogłem się przełamać do nocnych końcówek. Pogoda w miarę przyzwoita, sucho, są przejaśnienia. Początek to 15km jazdy krajówką do Sącza, odcinek dobrze znany, natomiast kawałek za Rytrem trasa MRDP zjeżdża na boczne drogi, do Zabrzeży jedzie się nowym wariantem przez góry, zamiast starą wersją, czyli doliną Dunajca. W starym rozwiązaniu cały długi odcinek pomiędzy Muszyną a Krościenkiem to był ulgowy przejazd i odpoczynek przed wymagającym tatrzańskim odcinkiem MRDP. Natomiast obecny wariant dorzuca do tego dwie góry, pierwsza jeszcze nie tak długa i szybko wchodzi. Natomiast drugi podjazd, czyli Wierch Bystre - to już straszna piła, podjazd z dużym przewyższeniem i bardzo ostry, z długim odcinkiem nachyleń dochodzących pod 20%, mocno trzeba się tu było nażyłować, żeby to wjechać bez pchania; dobrze, że podjazd był na początku dnia; obecnie to najcięższa góra na całym MRDP. Zjazd bardzo wredny, wąziutka kręta droga z równie dużymi nachyleniami jak z drugiej strony.

Na przystanku nad Dunajcem krótki popas i ruszam dalej. Łykam tradycyjnie nieprzyjemny odcinek do Krościenka, sprawnie wjeżdżam na przełęcz Osice i kapitalnym zjazdem zasuwam nad jezioro Sromowieckie z doskonałym widokiem na czorsztyńską tamę. Póki co jazda idzie całkiem sprawnie, pogoda wreszcie sensowna, choć chłodno. Następny punkt programu to Łapszanka, niestety dzisiaj z pięknej panoramy Tatr nici, natomiast mocno mnie zniesmaczyła góralska pazerność - na pięknym, zielonym grzbiecie Łapszanki jakiś miejscowy góral postawił budę z żarciem, a do tego parking; co mocno psuje część tej panoramy; nawet tak urokliwemu miejscu nie darują, nawet to musieli zepsuć w tak ordynarny sposób. Niestety Podhale ostatnimi laty to siedlisko największego chyba w Polsce kiczu, wszędzie komercha, a na każdej chałupie banery reklamowe. A wielka szkoda, bo to piękne tereny z ogromny potencjałem, niestety masowa turystyka odebrała tym rejonom mnóstwo uroku.


Z Łapszanki kolejny szybki zjazd - i zaczyna się ostry podjazd na Brzegi, większa część już wyremontowana, jedynie dolny kawałek jeszcze rozwalony, wreszcie coś tu poprawili bo ta droga długo straszyła dziurami. Kawałek przed Głodówką wyjeżdża mi na spotkanie dwójka kolarzy z Grupetta, którzy tu akurat spędzają urlop - okazuje się, że jeden z nich to Tadeusz Baranowski, który w tym samym miejscu wyjechał mi spotkanie 8 lat temu, podczas edycji 2013! Miłe spotkanie, a i w pamięci odświeżyłem sobie tamten wyścig, gdy na Głodówkę wjeżdżało się w chmurach, w dzień z dużym załamaniem pogody. Chłopaki odprowadzili mnie do Zakopanego, dzięki za miłe spotkanie! W Zakopanem popas w centrum, niby pogoda dobra, ale jak na sierpień to wypasu nie ma; na Głodówce ledwie 7 stopni, w Zakopcu też poniżej 10'C, ale sporo lepsze to niż opady.


Za Zakopanem dłuższy odcinek ruchliwych dróg na Czarny Dunajec i Jabłonkę, ale po zaliczeniu podjazdu w Kirach już niemal tylko w dół, więc jedzie się szybko; na drodze do Jabłonki nawet wyszło słońce i odsłonił się elegancki widok na masyw Babiej Góry.


Za Jabłonką dobrze znana droga na Krowiarki, obecna na większości maratonów w tym rejonie, od czasu jak wyremontowali drogę jedzie się tu świetnie, bo podjazd dość łatwy, a zjazd w obie strony można jechać prawie bez hamowania, bo jest tu dużo prostych, więc grzeje się przyjemnie. Jeszcze krótka i ostra ścianka na przełęcz Przysłop, która słynie z atomowego zjazdu do Stryszawy, bo jest tam spory odcinek prostej 13%. Tylko jest "mały" haczyk, że kończy się to ostrym zakrętem, więc z nadmiernym rozpędzaniem się nie ma co przesadzać, tak więc już lekko po przekroczeniu 60km/h dałem po heblach, bo tam i 80km/h da radę pociągnąć. A wspominam o tym, bo dzień później właśnie w tym miejscu, nie mieszcząc się w zakręcie rozbił się Krzysztof Cecuła, na szczęście skończyło się tylko na złamanym obojczyku i końcu marzeń o ukończeniu MRDP, bo tam jak się przeszarżuje to można i pojechać w dużo dalszą podróż...

Dotąd jechało mi się bardzo przyzwoicie, ale za Stryszawą łapie mnie już coraz większy kryzys, ilość gór robi swoje, na tatrzańsko-beskidzkim odcinku MRDP jest więcej przewyższeń w stosunku do dystansu niż na bieszczadzkim. Zgodnie z porannym postanowieniem decyduję się na wcześniejszy nocleg, bo te przeciągane nocne końcówki przez ostatnie dni mocno mnie wymęczyły, ogarniam więc nocleg w Wiśle tak by mieć już cały górski odcinek w Beskidach za sobą. Kawałek za Stryszawą łapie mnie zmrok, do Węgierskiej Górki są jeszcze dwa solidne podjazdy po 200m w pionie, dopiero tam po wjechaniu na krajówkę jest kawałek luzu. Za Milówką spotykam Rafała Koconia, który wyjechał na spotkanie maratończykom, kolejne miłe spotkanie. Na tym kawałku jest kultowa na MRDP rzeźnicka ścianka na Szare, 20% po płytach ażurowych, mając już 250km górskiej trasy w nogach nie byłem pewny czy dam radę to wjechać, ale oczywiście nie było przeproś i musiałem powalczyć. Zaciąłem się i z dużą satysfakcją wciągnąłem to w korbach; Rafał żartował, że trzask moich kolan rozszedł się po całej dolinie ;).

Na górze chwilę odzipnąłem i po pożegnaniu z Rafałem ruszyłem dalej. Tutaj też nowy kawałek na MRDP, stara wersja jechała szosą wojewódzką na Istebną, teraz jedziemy przez Laliki i Jaworzynkę. Rafał mówił, że na obu wariantach będzie podobna ilość gór, ale faktycznie nowy wariant okazał się sporo bardziej górzysty, wyszło 360m w pionie zamiast 150m na starym kawałku. Na już dużym zmęczeniu ciągnęła się ta końcówka mocno, do tego szybko bardzo nisko spadła temperatura, przed Istebną już ledwie 2 stopnie; to była najzimniejsza noc na całym wyścigu. Też był to kawałek po wąskich bocznych drogach, za dnia pewnie świetny do jazdy, ale nocą na zjazdach trzeba było jechać dość asekuracyjnie. W Jaworzynce spotykam ubierającego się Ryśka Herca, też mu się zimno dało we znaki i bał się załatwienia kolan na zjazdach; dowiaduję się też o przygodach Ryśka z minionej nocy, którą przez brak noclegu w rejonie Piwnicznej musiał spędzić na rowerze, dociągnął do Zakopanego, gdzie spał w dzień, ale za dobrze się nie wyspał. Niestety wiele nie pogadaliśmy, bo akurat teraz kucnęła mi bateria w Di2 i musiałem wyciągać schowaną gdzieś na dnie bagażu ładowarkę do tego, co na tej zimnicy przyjemne nie było. Ale już wiele nie zostało, jeszcze zasysający cale ciepło z człowieka zjazd z Istebnej, podjazd na Kubalonkę i zjazd do Wisły, ale za Kubalonką już się lekko ociepliło. Jeszcze na zjeździe przegapiłem skręt do hotelu, musiałem krótki kawałek wracać - i trochę po północy z ulgą wchodzę do cieplutkiego hotelu.

Dzień udany, dałem radę przejechać do końca Beskidy, dystans wyszedł co prawda lekko poniżej 300km, ale to wynikało z tego, że świadomie zdecydowałem się na wcześniejszy nocleg, bo już mnie wymęczyły te nocne końcówki. Do tego był to jedyny dzień przerwy od deszczu, gdy pogoda nieco odpuściła. Na wyścigu ciągle byłem w samym czubie, przede mną oprócz Ryśka, który pojechał dalej byli jeszcze tylko Paweł Sojecki i Paweł Pieczka z dużą już przewagą. Także i lekką przewagę nad swoim rekordowym wynikiem ciągle utrzymywałem, pomimo tego, że tegoroczna trasa na już przejechanym górskim odcinku była dłuższa o jakieś 4h.
Zdjęcia z wyścigu
Dane wycieczki: DST: 287.60 km AVS: 19.61 km/h ALT: 4528 m MAX: 64.10 km/h Temp:10.0 'C
Wtorek, 24 sierpnia 2021Kategoria >100km, >200km, >300km, Canyon 2021, MRDP 2021, Ultramaraton
MRDP 
III dzień -
Przemyśl - Ustrzyki Górne - Krempna - Piwniczna-Zdrój

Pobudka niełatwa, przed wyruszeniem na trasę (przy okazji orientuję się, że przybyło kilka rowerów, bo po mnie do hotelu dojechali kolejni zawodnicy) jeszcze dłubię przy rowerze zmieniając mostek na dłuższy, idea była taka, żeby w górach odciążyć siedzenie, ale jak się później okazało był to bardzo kiepski pomysł, tak poważnych zmian jednak nie można robić w trakcie imprezy. Ale na tamtą chwilę, gdy na odcinku do Zosina siedzenie mocno oberwało obawiałem się sporo większych problemów. Ruszam jeszcze nocą, jedzie się do niczego, miasto całe mokre, wilgoć wszędzie, chwilami lekko popaduje. Na wyjeździe z Przemyśla powoli zaczyna dnieć, ale ten świt specjalnym optymizmem nie nastraja ;). Ale zawsze plus, że póki co nie pada, a za Przemyślem zaczynają się już prawdziwe góry. Na pierwszy ogień idą Aksamanice, solidny podjeździk, na mokrym i krętym zjeździe trzeba bardzo uważać. 

Kawałek dalej na długim podjeździe pod Arłamów spotykam Waldka Chodania, który narzeka, że tyłek ostro mu się daje we znaki. Pierwszą noc jechał, drugiej spał na kwaterze razem z innym zawodnikiem, który tak strasznie chrapał, że ledwie godzinę pospał, a ostatnią noc spędził w całości na rowerze. Do tego jeszcze na tych deszczach rozwalił mu się suwak w torbie pod ramą, gdzie miał całą elektronikę, przez co mu ją częściowo zalało. Pamiętam jak Waldek mocno mi wtedy zaimponował - widać było, że jest już mocno przeczesany; ale jednocześnie było widać, że nic go nie jest w stanie rozwalić, że jest niezniszczalny. Pomimo tylu przeciwności, zalanej elektroniki, gównianej pogody, tyłka już do krwi startego i mocnego niedospania - nawet przez myśl mu nie przeszedł wycof, jechał twardo naprzód, prawdziwy Człowiek ze Stali (Waldek jest ze Stalowej Woli). Po tym co zobaczyłem byłem pewien, że ukończy wyścig (przez ukończenie rozumiem przyjechanie w limicie 10 dni) i się nie pomyliłem. Mocna głowa to jest podstawa na takiej imprezie, a im trudniejsze warunki się robią, im większe zmęczenie - tym rola psychiki rośnie; osoba z mocną głową na takim wyścigu zawsze objedzie sporo silniejszego fizycznie, ale psychicznie miękką bułę. Wielu ludzi jak nie idzie to zaczyna szybko wymiękać, szuka pretekstów by odpuścić, a tacy jak Waldek co na nich nie spadnie - to zawsze jadą, tu żaden The Art of DNF nie przejdzie.

Chwilę po naszym spotkaniu zaczęło się ostre uderzenie pogody, na podjeździe znad ukraińskiej granicy za Kwaszeniną walnęło z całą siłą, a to zupełnie odkryty podjazd, już nawet kapoty od deszczu nie zdążyłem włożyć, a tak nawalało, że wolałem torby nie otwierać by w czasie tej operacji nie zamoczyć suchych rzeczy w środku. Dopiero jak zmarzłem, a deszcz deczko odpuścił to już na szczycie dołożyłem kurtkę od deszczu i te nieszczęsne ochraniacze, z kolei po zjechaniu na drugą stronę szybko się ociepliło i znowu trzeba było się przebierać. Mijaliśmy się na tym odcinku z Waldkiem kilka razy, w pobliżu jechał też Rafał Szyszka. Za Ustrzykami Dolnymi trasa doskonale znana z BBT, w Czarnej robię sobie postój śniadaniowy pod sklepem, a na podjeździe przed Lutowiskami dogania mnie Przemek Kijak, który wystartował z Przemyśla trochę po mnie. Z kultowego punktu widokowego nad Lutowiskami całkiem elegancka panorama, nieźle się prezentowały kłębowiska chmur nad Bieszczadami.


Zjeżdżamy się wszyscy (Przemek, Waldek i Rafał) na postoju oczywiście w Caryńskiej, chłopaki wzięli ciepłe jedzenie, ja tylko przebierałem się i robiłem poprawki w rowerze, a zjadłem jedynie kanapkę ze sklepu w Czarnej, co było błędem, który wkrótce odczułem, trzeba było zjeść coś porządnego, bo za Cisną było sporo słabiej z zaopatrzeniem. Przemek pocieszał nas, że podobno prognozy są już optymistyczne, że już na radarach fajnie to zaczyna wyglądać i najgorsze za nami; mając teraz wiedzę co się działo do samego końca MRDP - mogę się jedynie szeroko uśmiechnąć :)) . Ale chwilowo pogoda odpuściła, popaduje co prawda co jakiś czas, ale nie za mocno. Zaliczam przełęcze Wyżniańską i Wyżną, ta druga to jedna z ładniejszych dróg w Polsce, serpentyny z szerokim widokiem.


Tutaj dogania mnie Paweł Pieczka, który miał długi nocleg za Przemyślem i teraz ruszył pełną parą; Paweł dobrze to rozegrał, bo większość załamania, włącznie z tym porannym spędził pod dachem i na długim noclegu wyspał się do oporu dobrze się regenerując, co zaprocentowało na dalszej trasie; podczas, gdy prowadzący Paweł Sojecki, choć jadąc w nocy zrobił sporą przewagę to zapłacił za to wysoką cenę, bo organizm dopomniał się o swoje.

W miarę sprawnie jadę przez Bieszczady, na przełęczy za Cisną gdy zmieniałem baterię w czujniku znowu zaczęło padać, tutaj mija mnie Przemek Kijak. Kawałek dalej udało mi się go dogonić, co mnie zaskoczyło, bo Przemek normalnie jeździ sporo mocniej ode mnie, w tym roku wygrał bardzo trudnego Beskidzkiego Zbója. Ale okazało się, że jedzie z kontuzją kolan i siedzenia; niestety trasa MRDP zbiera duże żniwo, a dużo deszczu jeszcze sprawę pogarsza. Mnie odpukać na razie kontuzje oszczędzają, w górach po wczorajszej kontuzji achillesa nie ma śladu, udało mi się ją skutecznie przyhamować. Jechaliśmy blisko siebie do Komańczy, tu na chwilkę stanąłem, robiąc  obowiązkową fotkę ;))


Dalszy odcinek, czyli przejazd przez Beskid Niski mocno upierdliwy - jedzie się tu odkrytym terenem, zielonymi łąkami, normalnie to ekstra kawałek, ale teraz zaczęło mocno wiać z zachodu i na tych bezleśnych odcinkach zaczęło wycinać. Do tego pogoda mocno w kratkę, chwilami się przejaśnia niemal całkowicie, są już przebłyski słońca i gdy człowiek już łapie nadzieję na koniec załamania pogody - to znowu uderza deszcz. Ale tendencja tych zmian jest wyraźnie zniżkowa, coraz mniej przejaśnień, coraz więcej deszczu ;). Za Tylawą zrąbało się już całkowicie, zaczęło solidnie padać, temperatura spadła na poziom ok.8 stopni, a wiatr niszczył. Przed Krempną apogeum złej pogody, na większej górce przed miasteczkiem znowu zjechaliśmy się z Przemkiem, na dojeździe do samej Krempnej już ostro lało i wywiewało. Tak więc do Krempnej dojechaliśmy mocno wypruci, tam robimy dłuższy postój pod małym sklepikiem, w czasie którego dogonił nas ostro cisnący Rysiek Herc. Z Ryśkiem na maratonach zawsze jest wesoło, zawsze ma też sporo ciekawych patentów, także i teraz stosował nietypowe, ale bardzo skuteczne nakrycie głowy ;).


Chłopaki na przełęcz Hałbowską ruszyli chwilę przede mną, pogoda dalej do niczego, co chwilę pada i mocno wieje. Ale podjazd spokojnie wciągnąłem, natomiast zjazd był tragiczny, jeden z dwóch najgorszych na całym maratonie. Zjeżdżało się dość odkrytym terenem i strasznie mocno tam wiało i to głównie z boku, przy kołach stożkowych potrafiło rzucić rowerem na ponad metr w bok, a do tego na mokrej drodze było bardzo ślisko; chwilami to już musiałem do poziomu 15-20km/h wyhamowywać i to na prostej. Po jeszcze jednej górce wjeżdżam na szosę do Gorlic, w tej edycji trasa na tym odcinku jest dużo trudniejsza w porównaniu do wcześniejszych lat. Wtedy jechało się przez Gorlice, gdzie było w miarę płasko i był dobry punkt zaopatrzeniowy z wypasionymi stacjami, a teraz trasa na tym kawałku jest najeżona podjazdami, do tego jedzie się zadupiami, gdzie na nic więcej niż wiejskie spożywczaki nie ma co liczyć. Po zjechaniu z szosy do Gorlic zaczyna się ściemniać, omyłkowo ogarniam nocleg aż w Piwnicznej (pomyliła mi się z rejonem Krynicy). Na tym kawałku znowu mocno walnął deszcz, tutaj też wyjechał do mnie na rowerze kibic z Gorlic, który potowarzyszył mi z 10km, duży szacunek, że w takich warunkach chciało mu się wyjeżdżać na trasę!

Przed Małastowską już nie wyrobiłem i w końcu założyłem spodnie od deszczu, nie cierpię w tym jeździć, dlatego dopóki mogłem to unikałem jazdy w tym worku (na całym MRDP spodnie od deszczu to może 2-3 razy założyłem i to na krótkich odcinkach), na szczęście przed samym podjazdem się uspokoiło i mogłem je zdjąć. Jako, że dostaję sporo pytań o strój na jazdę w takich warunkach, takie krótkie wyjaśnienie. IMO nie ma strojów skutecznych na duży deszcz, nie wierzę w wodoodporność w takich warunkach, ciuchami można jedynie trochę zniwelować niedogodności jazdy na mokro, nawet te najdroższe puszczą, kwestia ilości opadów i czasu ekspozycji na deszcz. Tak więc to niestety zupełnie tak nie działa, że wydając grubą kasę na stroje zapewnimy sobie komfortową jazdę; w takich warunkach decyduje przede wszystkim osobista odporność na deszcz, na zimno. Moim zdaniem dużo więcej tu daje mocna głowa niż super ciuchy, nieraz widziałem ludzi co na poważnych załamaniach spokojnie wyrabiali z ciuchami na najtańszym decathlonowym poziomie.

Podjazd na Małastowską bardzo specyficzny, u góry mnóstwo mgieł, chwilami tak gęstych, że światełko lampki zupełnie się w tym rozpraszało. Ale podjazd to jeszcze było pół biedy, bo zjazd z przełęczy to był właśnie drugi z tych dwóch najgorszych. Widoczność przez te mgły i masę wilgoci w powietrzu była bardzo słaba, w skrócie ciemno jak w d. u Murzyna; nawet lampka na 800 lumenach nie starczała by skutecznie oświetlić drogę; do tego zjazd z przełęczy jest bardzo kręty, jest tu ileś zakrętów po 180 stopni, na których na bardzo śliskiej drodze trzeba było wyhamowywać niemal do zera, a obręczowe hamulce na karbonowych obręczach słabo hamują na mokro. Tak więc zakończyłem ten zjazd z dużą ulgą, później jeszcze była jedna fatalna ścianka, bardzo duże nachylenie na wąziutkiej, bocznej dróżce, zjazd tez wredny, ale już sporo krótszy niż z Małastowskiej.

Kawałek dalej spotykam ponownie Przemka, który właśnie skończył naprawiać oświetlenie, jak pamiętam w głównej lampce miał problemy ze stykami i musiał zainstalować zapasową, która optymalna do takiej jazdy nie była. Jechaliśmy obok siebie odcinek do Krynicy, Przemek podobnie jak Waldek mocno mi zaimponował na tym odcinku, pomimo solidnych problemów z kolanami wciągnął bez pchania bardzo ostre podjazdy na Banicę i Piorun; było widać, że to zawodnik co nie odpuści i nawet bardzo ciężkie warunki go nie zatrzymają. Po zaliczeniu Pioruna czekał nas długi odcinek zjazdu do Muszyny, kawałek przed Muszyną Przemek zjeżdża na nocleg, a ja przez to, że się pomyliłem przy załatwianiu noclegu jeszcze musiałem dymać ponad 20km do Piwnicznej, ale już po względnie płaskim terenie. Jak na mój stopień wyprucia to nawet całkiem dobrze ten ostatni odcinek wszedł, miała klimat ta nocna rajza nad Popradem po zupełnie pustej drodze. Ale generalnie byłem już strasznie ujechany, 360km i 4600m w pionie, w fatalnej pogodzie, pod wiatr i w deszczu potrafi skutecznie zniszczyć; poza ostatnim to był mój najcięższy dzień na tegorocznym MRDP.

Dojechałem do Piwnicznej dopiero po 1 w nocy, w hotelu, gdzie miałem nocleg recepcja była tylko do 24, ale byłem umówiony, że mam przedzwonić do właściciela i przyjedzie mi otworzyć. Dzwonię więc - a tam nikt nie odbiera, a hotel zamknięty na głucho. Rozwaliło mnie to zupełnie, wypruty byłem całkowicie, kolejnej nocy na rowerze to bym nie wyrobił, a sprzętu do spania w takich temperaturach też nie miałem. Innych opcji noclegowych w tym rejonie nie było, poza hotelem za 500zł. Bez specjalnej nadziei nawalałem telefonem do oporu i jakimś cudem za którymś razem gościu odebrał i przyjechał, niemniej blisko godzina poleciała zanim znalazłem się w pokoju. To też jak na dłoni pokazało mi minusy systemu spania po kwaterach. To dobrze działa jak się dojeżdża o normalnej godzinie, ale na wyścigach tego typu to mocno ogranicza, bo mało kto kończy dzień koło 20-22, często dojeżdża się w środku nocy i wtedy nieźle można się załatwić licząc na nocleg, nawet w takiej sytuacji jak ja, gdy właściciel wiedział jak późno dotrę. Przykładowo Rysiek Herc, który dotarł do Piwnicznej godzinę przede mną - nie znalazł nic i musiał jechać całą noc po górach, znajdując nocleg dopiero w Zakopanem, już za dnia; a z takim bagażem kilometrów w nogach nie była to efektywna jazda.
Zdjęcia z wyścigu
Dane wycieczki: DST: 363.30 km AVS: 20.33 km/h ALT: 4665 m MAX: 60.30 km/h Temp:11.0 'C

Blogi rowerowe na www.bikestats.pl