wilk
Warszawa
avatar

Informacje

  • Wszystkie kilometry: 302151.84 km
  • Km w terenie: 837.00 km (0.28%)
  • Czas na rowerze: 550d 16h 43m
  • Prędkość średnia: 22.74 km/h
  • Więcej informacji.
baton rowerowy bikestats.pl

Zaprzyjaźnione strony

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wilk.bikestats.pl

Archiwum

Linki

Wpisy archiwalne w kategorii

Ultramaraton

Dystans całkowity:48116.26 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:2046:38
Średnia prędkość:22.77 km/h
Maksymalna prędkość:79.10 km/h
Suma podjazdów:399431 m
Suma kalorii:54880 kcal
Liczba aktywności:100
Średnio na aktywność:481.16 km i 20h 40m
Więcej statystyk
Sobota, 8 czerwca 2024Kategoria >500km, >300km, >200km, >100km, Canyon 2024, Ultramaraton
Maraton Podróznika 2024

Maraton Podróżnika to obowiązkowa pozycja w moim kalendarzu startów, jak dotąd udało mi się zaliczyć wszystkie 10 edycji (na dystansie 500km), więc i na jedenastej nie mogło mnie zabraknąć. W tym roku Podróżnik jedzie po Jurze, więc to świetna okazja do spotkania z Markiem Dembowskim i Zbyszkiem, przed maratonem nocuję u Marka w Ogrodzieńcu (podziękowania dla Uli i Marka za gościnę!), wstajemy wcześnie rano przed 5 i zbierając po drodze Zbyszka autem dojeżdżamy do bazy maratonu w Siedlcu.

Dystans 300km w którym startują chłopaki rusza wcześniej, więc z tego powodu przepisałem się do pierwszej grupy startowej, by nie czekać długo na starcie. Okazało się, że jedzie w niej Ania Kopytowska poznana na zimowym maratonie WOŚP z Tyczyna do Warszawy, razem z Michałem Matlą strzelamy sobie fotkę klubu "Chorych Pojebów" ;))


Pierwsze kilometry po starcie od razu pokazują, że łatwo to dzisiaj nie będzie, tempo jest ostre od samego początku, żeby się utrzymać w grupie trzeba walczyć na każdej górce. Bo jak to na Jurze - trasa jest wybitnie interwałowa, nie ma wielkich podjazdów, ale małe górki, nierzadko całkiem solidnie nachylone są cały czas. Ania tradycyjnie niszczy psychikę facetom na podjazdach, z łatwością nam odjeżdżając na każdej hopce, stopniowo urywając z grupki kolejne osoby, tak że po jakiś 40-50km jedziemy już tylko w czwórkę.

fot. Koło Ultra

Tempo było dla mnie zabójcze, po 350-400W na każdym podjeździe, więc już ledwo się trzymałem na tych górkach, bojąc się by znowu nie naciągnąć mięśnia jak to miało miejsce na RTP. I w takim 4-os składzie dojeżdżamy do Wolbromia (ok.100km), tutaj reszta ekipy decyduje się na pierwszy postój, dla mnie jeszcze było na to za wcześnie, więc już samotnie ruszam dalej. Trochę uspokajam tempo, już tak nie szarżując pod górę, ale dalej staram się jechać dość mocno, póki są siły. Dojeżdżam w ten sposób do Krzeszowic na ok. 160km, tutaj zgodnie z planem staję na pierwszy postój i tankowanie, bo jako że zrobiło się ciepło woda zaczyna szybko schodzić. 

Od Krzeszowic zaczyna się najtrudniejszy fragment Podróżnika, aż do Miechowa są to niekończące się podjazdy, płaskiego prawie nie ma, tylko co chwilę 100m w górę i w dół. W rejonie dolinek podkrakowskich na trasie jako kibica spotykam Jędruchę z dzieciakami, bardzo miłe spotkanie! Maraton prowadzi między innymi przez Ojcowski Park Narodowy, wczesnym sobotnim popołudniem jest tu mnóstwo turystów, ale droga dość szeroka, więc nie stanowiło to problemu. Starałem się dociągnąć na postój na 290km do Książa Wielkiego, ale już pod Miechowem skończyła mi się woda, więc robię tam szybki postój na tankowanie, a 20km później w Książu (po drodze nieoczekiwane parę kilometrów szutru, ale po RTP to weszło bez mrugnięcia okiem ;)) staję na właściwy postój pod Żabką, Źle to rozegrałem, nie sprawdziłem dobrze lokalizacji, bo okazało się że do Żabki trzeba było zjechać ze 300m z trasy, no ale już trudno. 

fot. Koło Ultra

Za Książem wreszcie kończą się górki, moja strategia jazdy z małą ilością postojów zdecydowanie zaprocentowała, przeglądając na postoju monitoring okazało się, że jadę w okolicy 7 miejsca, co oczywiście zwiększyło moją motywację by dalej pocisnąć. Na płaskich odcinkach jechało mi się przyzwoicie, zmierzch łapie mnie w okolicach Pińczowa, na tym fragmencie trasy kilka razy mijamy się z Tomkiem Górniakiem i Kamilem Partyką, którzy gdzieś tak od okolic Chęcin zaczęli jechać wspólnie, trzymając trochę większe tempo od mojego. Przed Włoszczową tracę jeszcze głupio z 5min wymieniając baterię w lampce, zapomniałem przygotować zapasowe ogniwo, musiałem szukać tego po ciemku w bagażu, a chłopaki w tym czasie odjechały, a te migające z przodu lampki to jest zawsze świetny motywator do jazdy. Więc już trochę odpuściłem, ale gdy za Włoszczową sprawdziłem monitoring okazało się, ze chłopaki stanęli tam na stacji, a do tego, co już było dla mnie sporym zaskoczeniem mocno zbliżyłem się do zajmującego trzecią pozycję Jarosława Piekarza. Więc choć już byłem wypruty naprawdę solidnie - postanawiam spróbować powalczyć o pudło, bo o takim wyniku przed startem nawet nie marzyłem.

Tak więc końcówka na metę to już jazda na bardzo dużym zmęczeniu, Jarka Piekarza w końcu udało mi się dogonić kawałek za Koniecpolem, akurat wtedy gdy dorwała nas zapowiadana burza, od dobrych dwóch godzin błyskało cały czas na niebie, aż w końcu lunęło. Była to totalna ściana deszczu, jadąc ciemną nocą na zupełnie odkrytym terenie miało to swoisty urok, na szczęście nie aż tak długo to potrwało, ze 20-30min może, tak więc nawet nie zakładałem kapoty przeciwdeszczowej, bo było w miarę ciepło. By zająć trzecie miejsce Jarka Piekarza nie wystarczyło wyprzedzić, musiałem jeszcze nadrobić 5min ze startu - co na szczęście się udało, ale na metę wjechałem już na bardzo miękkich nogach ;))


Ale było warto, satysfakcja z zajęcia trzeciego miejsca bardzo duża, zupełnie nie spodziewałem się takiego wyniku, tym bardziej, że 400km jechałem samotnie. Do tego trasy typu interwałowego nigdy nie były moją specjalnością, ale najwyraźniej zaprocentował przejechany niecałe dwa tygodnie wcześniej RTP, a przede wszystkim wytrzymałość. Bo kluczem do dobrego wyniku był mój czas postojów, zaledwie 51min, tak mało na samowystarczalnym maratonie 500km to jeszcze nigdy mi się nie udało osiągnąć. Trasa mi się podobała - zaprojektowana przez Żubra z dużym znawstwem terenu, było mnóstwo ciekawych jurajskich ścianek, też dobrym rozwiązaniem było wstawienie na noc znacznie bardziej płaskiego odcinka, w zdecydowanej większości z dobrymi asfaltami.
Zdjęcia z maratonu

Dane wycieczki: DST: 526.79 km AVS: 26.99 km/h ALT: 5431 m MAX: 68.40 km/h Temp:19.0 'C
Poniedziałek, 27 maja 2024Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Ultramaraton
RTP - część druga
Relacja
Dane wycieczki: DST: 631.63 km AVS: 19.11 km/h ALT: 9110 m MAX: 68.18 km/h Temp:15.0 'C
Sobota, 25 maja 2024Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2024, Ultramaraton
RTP - część pierwsza
Relacja
Dane wycieczki: DST: 826.04 km AVS: 22.66 km/h ALT: 9935 m MAX: 69.67 km/h Temp:16.0 'C
Sobota, 25 maja 2024Kategoria Canyon 2024, Ultramaraton
Race Through Poland 2024, czyli dżihad w oczach!

Jadąc RTP rok temu postawiłem zdecydowanie na bardzo spontaniczną jazdę, taki system został niejako został wymuszony popołudniowym starem wyścigu, była z tym masa zabawy i totalna improwizacja. W tym roku postanowiłem natomiast spróbować czegoś zupełnie innego, podejść do imprezy jako do wyzwania stricte sportowego i wreszcie rozprawić się z nieosiągalną dla mnie na dotychczasowych trzech ukończonych RTP barierą 100h. Przygotowywałem się do imprezy bardzo rzetelnie, choć w zupełnie nieortodoksyjny dla trenujących wg utartych schematów kolarzy, żadnych tam watów, stref mocy i tej całej treningowej profeski, która szybko odbiera mi frajdę z jeżdżenia. Zima i wiosna upłynęły mi na częstych jazdach ultra na dystansach w zakresie 350-650km ze świetną ekipą "Chorych Pojebów" Marty Gryczko (wielkie dzięki za możliwość wspólnych tras!).Dało mi to masę pozytywnej energii od strony motywacyjnej, regularne cotygodniowe trasy na dystansach ultra z innymi fanatykami roweru były czystą frajdą. I to właśnie Marta z jej ekstremalnym, czysto męskim podejściem do wyścigów (klasyczny dżihad w oczach, żadne tam kolarstwo romantyczne, żadnych fotek, wyścig to ma być tylko i wyłącznie zapieprz na wynik) mocno mi zaimponowała i spowodowała, że i we mnie obudził się demon sportowej rywalizacji. I postanowiłem że na tej edycji nie biorę jeńców, tak więc standardowy tekst maratonowych francuskich piesków "zapłacone za 7 dni to jadę 7 dni" zastępuję frazą:


O ile pod względem motywacji te nasze liczne dystanse ultra zrobiły doskonałą robotę, to czułem, że od strony fizycznej to nie jest optymalny typ przygotowań do RTP, jeździliśmy głównie po płaskim, a trasy powyżej 400km zawsze siłą rzeczy oznaczają mniejsze lub większe zajechanie organizmu i mniejszą efektywność takiej jazdy; uważam, że 3x200km dzień po dniu w kontekście wyścigu jak RTP więcej wniesie niż 1x600km, a przede wszystkim trudno zrobić nogę na górski wyścig jeżdżąc głównie po płasko-Polsce. W okresie kwiecień - maj postawiłem więc na to co kocham na rowerze najbardziej, czyli wyprawy rowerowe, coś mocno niedocenianego w środowisku szosowym i często traktowanego z dużym lekceważeniem. Ale w moim przypadku wyprawy w góry zawsze świetnie się sprawdzały jako forma przygotowań, nie inaczej wyszło tym razem. Uważam, że to forma jazdy bardzo bliska wielodniowemu wyścigowi jak RTP i dlatego zdecydowałem się na wyjazdy na Ukrainę i bardzo wymagającą trasę w Alpach. 

Przed startem rozbawiłem znajomych wrzucając zdjęcie mojego setupu wyścigowego, bo trzeba uczciwie przyznać, że nie ma na rynku gorzej wyglądającej torby podsiodłowej niż w pełni wyładowany duży Ortlieb :P


Trochę humoru przed startem nigdy nie zaszkodzi, nieźle się bawiłem czytając te komentarze o jeździe z maczugą Herkulesa; ale oczywiście była to forma żartu, chcąc się ścigać nie można jechać z taką cegłą; a zdjęcie przedstawiało torbę, którą nadawałem jako przepak na metę; natomiast docelowy setup na wyścig prezentował się tak, czyli klasycznie - "połówka" w ramę i mała podsiodłówka z tyłu:


W tym roku start RTP był jak lubię - czyli poranny, choć wściekle wcześnie o 5 rano. Ale Zakopane to mocno turystyczna miejscówka, więc kwaterę miałem tuż koło miejsca startu, tak by rano nie marnować czasu. Udało się bardzo sensownie jak na mnie wyspać (ponad 6h!), więc na starcie byłem w doskonałym humorze. Ruszamy od razu pod górę, czyli wjazd na Gubałówkę mocno nachyloną drogą z płytami ażurowymi, były też odcinki z wyślizganym piaskiem. Droga była wąska, a nie wszyscy dawali radę jechać na nachyleniach chwilami ponad 15%, sam mało nie leżałem, cudem w ostatniej chwili dając radę odbić w bok i utrzymać się na rowerze, gdy jadąca tuż przede mną Marta bez ostrzeżenia nagle się zatrzymała na stromiznie. Tak więc teraz jesteśmy kwita za te wszystkie wspólne jazdy na których jako nieuleczalny solowiec zapominałem ostrzegać przed dziurami czy wstawaniem z siodła! :)). Za to na grzbiecie Gubałówki mamy w nagrodę przepiękne widoki - ostre poranne słońce oświetlające Tatry, wyglądało to zjawiskowo, to jedna z tych chwil, gdy człowiek nie ma najmniejszych wątpliwości po co to robi.

Cała dalsza część segmentu startowego to przepiękna jazda po Podhalu, na drogach jeszcze dość pusto, doskonała pogoda - rower po prostu sam jedzie.

@fot. Bite of Me
Ale łatwo nie było, segment był najeżony podjazdami jak dobra kasza skwarkami, a jego kulminacyjnym punktem był słynny Gliczarów z 23% nachyleniem. I to był ten moment, gdzie dostałem silny zastrzyk motywacyjny, oczywiście wjeżdżałem Gliczarów nieraz, ale zawsze to była ciężka walka i bardzo siłowe przepychanie na granicy utrzymania równowagi. A tym razem weszło to zadziwiająco lekko, jednym słowem poczułem, że jest forma. Dodatkowym bonusem był fakt, że po kilku wyjazdach z pełnym bagażem, po miesiącu jazdy na rowerze w setupie wyprawowym, z wyprawowymi kołami - teraz odczuwałem wyraźny dodatkowy bonus z jazdy na leciutkim sprzęcie w wyścigowej konfiguracji, można powiedzieć takie wirtualne 30 watów więcej ;)). 

Za przełęczą Zdziarską kończy się segment startowy, odtąd każdy jedzie po samodzielnie zaplanowanej trasie (powiedzmy, bo znam takich, którym to robią koledzy...). Zdecydowana większość zawodników wybiera powrót do Polski, jak się rychło okazało jazda przez Słowację była kiepskim pomysłem kosztującym znaczne straty czasowe, nie zabrakło osób, które w ten sposób wtopiły. Po zaliczeniu przełęczy Osice wjeżdżam do doliny Dunajca i aż do Nowego Sącza jadę mało przyjemną, ale płaską i szybką DW 969. Tutaj strzela pierwsza setka, pojawiają się też pierwsze niedogodności z siedzeniem, które sporo dadzą mi do wiwatu na tym maratonie. Nowy Sącz mijam bokiem zaliczając ostrą ściankę po płytach, kawałek dalej spotykam Jędruchę (Jędrka Gąsiorowskiego), którego widok daje mi kolejnego kopa motywacyjnego, bo jest to zawodnik sporo ode mnie mocniejszy, który w pierwszej fazie maratonu zawsze mocno mi odjeżdżał, a tym razem daję radę się utrzymywać w jego okolicy. 

Robi się coraz cieplej, po płaściutkim odcinku wzdłuż Dunajca czeka mnie seria górek w rejonie Grybowa i Gorlic, wjeżdżając do Grybowa wizualizuję sobie powrót z maratonu, zastanawiając się w jakim wtedy będę stanie, bo właśnie tutaj miałem w planach jechać z mety na pociąg, jeszcze te bagatelka 1300km - i będziemy się witać z gąską. W Gorlicach robię pierwszy popas pod Żabką, jest już całkiem gorąco, woda zaczyna szybko schodzić. Za Gorlicami na drodze do Nowego Żmigrodu są znaki informujące o zamkniętej drodze, wiedząc że w remoncie jest most zaryzykowałem i na tym wygrałem, bo remont był już na ukończeniu i mostem dało się przejechać, kilka osób wybrało objazd tego odcinka nadrabiając z 5km. W rejonie Tylawy mam na trasie pierwszy z wielu "odcinków specjalnych", by objechać ponad kilometrowy odcinek krajówki, czyli nazywając rzeczy po kolarsku - klasyczny terenowy ujeb. Wjeżdżamy na niego razem z Tomkiem Madzią, rychło robi się wesoło, gdy droga się kończy. Na szczęście kobieta z pobliskiej posesji krzyczy do nas by iść przez ogrodzone pole i tamtędy się przebijamy. Był tu też kamienisty bród, ale jako, że na maraton założyłem opony aż 32mm to uznałem, że nie honor przez niego przechodzić i go po prostu przejechałem jak na MTB, ale by się nie wyglebić trzeba było na tyle mocno kręcić, że i tak zamoczenia butów nie uniknąłem, choć było na tyle ciepło, że nie stanowiło to problemu i buty szybko przeschły.

Dalej jest ładny i widokowy odcinek szos Beskidu Niskiego do Komańczy, znany mi doskonale z tras MRDP czy PGR,

@fot. Adrian Crapciu

Natomiast za Komańczą zaczyna się długi obowiązkowy segment na CP1, którego znakiem firmowym są brody na Osławie. Ku mojemu zdziwieniu sprawiły wielu ludziom problemy, było kilka gleb, a mnóstwo osób wolało je przechodzić zamiast jechać. Wywrotkę zaliczył m.in. jeden z głównych faworytów imprezy, czyli Paweł Pieczka, mocno rozcinając łokieć. Paweł nie chciał ryzykować dalszej jazdy z babrzącą się raną, więc  dojechał taksówką do szpitala na zszycie rany, po czym wrócił na trasę w tym samym miejscu, zajęło to zaledwie koło 2h - wielkie brawa za pomysłowość i nieustępliwość! Osobiście znałem dobrze te brody z trasy PGR, wiedziałem w którym miejscu wjeżdżać w rzekę, poziom wody był niski i na dobrze trzymających oponach 32mm nie stanowiły problemu, jeśli się jechało z wyczuciem, udało się nawet nie zamoczyć butów.

@fot. Bite of Me
Zaraz za brodami zaczyna się długi podjazd pod przełęcz Żebrak, tutaj łapie mnie krótka burza, przez pewien czas padało dość intensywnie, ale było widać, że długo to nie potrzyma, a parę piorunów, które walnęły dość blisko urozmaiciło jazdę, jazda w burzy ma swój niekłamany urok i swoistą magię. Zjazd do Baligrodu bardzo słaby z kupą dziur, bo droga na tym odcinku choć asfaltowa jest prawnie drogą leśną, a nie publiczną - co widać w kiepskim utrzymaniu i licznych przepustach wody ją przecinających. Za Baligrodem poczułem, że zaczynam słabnąć, było to już koło 300km w nogach, a jadąc cały dzień na słodyczach bardzo już tęskniłem za normalnym jedzeniem. Ku mojemu zaskoczeniu w Wołkowyi trafiłem na Zajazd Kuźnia, gdzie po rozmowie z bardzo uczynnym właścicielem okazało się, że można w miarę szybko zjeść obiad, zamówiłem więc pomidorową i pierogi z jagodami. 

I to był strzał w 10, dzięki temu od razu lepiej się poczułem i nabrałem energii potrzebnej na najbardziej górzystą końcówkę pierwszego segmentu. W tym rejonie układ trasy był taki, że zawodnicy, którzy już zaliczyli CP1 wracali tą samą drogą przez przełęcze Wyżniańską i Wyżną, więc jadąc na punkt spotykam liderów wyścigu jadących już w przeciwnym kierunku. Zmrok łapie mnie w rejonie przełęczy Wyżniańskiej, Wyżną wjeżdżam już po ciemku, asfalty w Bieszczadach generalnie nie wymiatają. Na punkt w Wołosatem docieram o 21.25 po 16h20min jazdy z Zakopanego. Okazuje się, że zajmuję 13 pozycję, co było dla mnie dużym zastrzykiem motywacyjnym, bo o ile w drugiej części tego typu wyścigów z reguły przesuwałem się do przodu, to pierwszego dnia zawsze sporo traciłem, a tym razem udało mi się świetnie pojechać również i pierwszy dzień.

Po krótkim postoju (spotkanie z Jędruchą) i z dodatkową energią ruszam w dalszą trasę o spaniu w ogóle nie myśląc (będąc wiernym zasadzie, że szosa to przecież nie jakiś tam za przeproszeniem gravel i pierwszej nocy spać się po prostu nie godzi :)). A poważniej - to procentowało odwalanie zimą i na wiosnę wielu pełnych nocek w klubie "Chorych Pojebów" wraz z Martą i Rafałem, organizm wtedy się dobrze przyzwyczaił do dużo dłuższych zimowych nocy, więc krótka i ciepła majowa nocka nie stanowiła dla mnie żadnego problemu. Teraz z kolei ja mijam mnóstwo osób dojeżdżających na CP1, co rusz na drodze pojawiają się światła rowerowych lampek i tak jest aż do Cisnej, gdzie zjeżdżam z obowiązkowego segmentu. Coraz gorzej jest z siedzeniem, które tradycyjnie przy dość ciepłym dniu w górach coraz mocniej dalej popalić. Dalszą trasę na Słowację wybrałem przez przełęcz Radoszycką i myślę, że to był optymalny wybór, bo kilometrowo krótsza droga przez przełęcz Nad Roztokami oznaczała zjazd z przełęczy brukiem, a później konieczność czasochłonnego lawirowania w Sninie. Na tym kawałku mijamy się z Tomkiem Madzią i Piotrkiem Gdowskim i wszyscy zjeżdżamy się na całodobowej stacji w Humennem, dojechał też Jędrucha jadący przez przełęcz Nad Roztokami i narzekający na terenowe przeprawy w Sninie. Zaraz za Humennem zaczyna świtać, z typowego porannego zamulenia bardzo skutecznie wybijają mnie starcia z mocnymi ekipami sierściuchów z mijanych cygańskich osiedli - podziękowania dla naszych czworonożnych przyjaciół za trochę rozrywki wybudzającej z monotonii jazdy ;)).

Od węgierskich równin oddzielała mnie jeszcze jedna większa góra, czyli przełęcz Herlańska (660m) w Górach Tokajsko-Slańskich, podjazd solidny, ale co najważniejsze na szczycie zaczęło się nowe województwo i asfalt był nówka-sztuka nieśmigana - tak więc zjazd to był cud, miód malina, do tego wiatr pomagał, więc cięło się naprawdę szybko i z dużą przyjemnością, do tego stan tyłka po dłuższym płaskim odcinku na Słowacji wyraźnie się poprawił, a szanse dojechania na CP2 na godzinę 20 były całkiem spore (do tej godziny miała być czynna recepcja i restauracja na CP2, gdzie z drogi zarezerwowałem sobie nocleg). I to był ten moment, gdy opanowało mnie nieodparte przekonanie, że jest zwyczajnie za dobrze i że to po prostu MUSI się spierdolić... No i oczywiście szósty kolarski zmysł mnie nie zawiódł, tą magiczną granicą było przejechanie obok tabliczki ze znakiem "Magyarorszag", tam nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenieśliśmy się tak mniej więcej 50 lat w tył. Pogranicze słowacko-węgierskie od madziarskiej strony w tym rejonie stan asfaltów ma jak po nalocie dywanowym, nawet Ukraina przy tym wysiada, tak mniej więcej wygląda typowa droga w tym rejonie ;))


Do tego pełno tu osiedli cygańskich, których mieszkańcy patrzą na mnie jak na kosmitę; na tym odcinku kilka razy mijaliśmy się z Pawłem Miłkowskim, którego dobry humor i optymizm są zaraźliwe. Pierwszą poważniejszą wpadkę z trasą notuję w rejonie Błotnego Wzgórza Śmierci (copyright Krystian Jakubek ;)) w miasteczku Meszes, widząc jak wygląda początek tej drogi nie zdecydowałem się nią jechać i to myślę, że był mój spory błąd. Bo szukając na szybko objazdu nie zauważyłem na Garminie krajówki i w efekcie musiałem wjechać w teren wzdłuż rzeki na trasie do miasteczka Perkupa. Tam już był dramat z błotem, co chwilę odcinki głębokich kałuż i gliniaste, lepkie gówno doszczętnie zalepiające cały napęd; ileś razy musiałem go przepychać patykami, nawet robić zdjęć nie miałem żadnej ochoty. Jednym słowem - straciłem tylko czas na objeżdżaniu tego wzgórza, bo moja droga wcale nie była lepszej jakości, a odcinek terenowy był dłuższy, do tego dojazd do miejsca połączenia z moją planowaną trasą (dobre 20km) okazał się mocno górzysty, jednym słowem takie są konsekwencje zmieniania na kolanie zaplanowanej trasy, można się na tym przejechać.

W międzyczasie zrobiło się gorąco, więc gdy namierzyłem jakiś otwarty lokalny sklepik (a dziś była niedziela) zrobiłem sobie popas, w czasie którego wyprzedzili mnie Tomek Madzia i Paweł Pieczka. Tutaj już jechało mi się niespecjalnie, do mocnego poirytowania tym błotnistym kawałkiem i średnio trafioną korektą trasy dochodziło coraz większe zmęczenie, bo już miałem ponad 650km w nogach przejechane na jeden strzał. Po powrocie na Słowację jest lepiej, ale nie jest to długi odcinek i rychło wracam na Węgry wjeżdżając na obowiązkowy segment prowadzący CP2. Tutaj przeżywam duże zaskoczenie połączone z niezłym wkurzeniem, bo na RWGPS obowiązkowy segment choć bardzo górzysty był zaznaczony jako asfaltowy, a tymczasem okazuje się, że to pic na wodę i fotomontaż, część dróg którymi trzeba jechać z asfaltem nie miało nic wspólnego, po prostu programy do planowania totalnie rozryte asfalty (nieporównanie gorsze do jazdy od sensownych szutrów) klasyfikują jako "drogi utwardzone" i zrównują z normalnymi szosami. Do tego akurat w rejonie Kekeszu przechodziły burze i właśnie w czasie burzy wrąbałem się na taką terenową drogę po której płynęły potoki wody i błota, tak wyglądał ten "asfalt"; na sporym nachyleniu już fragmentami koła buzowały w błocie.


Ale to była dopiero przygrywka, bo prawdziwa zabawa zaczęła się za Batonyterenye po wjechaniu na leśne stokówki prowadzące pod Kekesz. Było to dobre 35km fatalnej jakości dróg, głównie pod górę, ale i odcinków w dół nie brakowało. Ten kawałek absolutnie nic do trasy nie wnosił, żadnej frajdy z rowerowania ta jazda po ciężkich ujebach nie dawała; do tego widoki zerowe, bo niemal cały czas jechało się w lesie, może 2-3 razy otwierały się szersze widoki na mniej więcej 10 sekund, to był IMO zdecydowanie najsłabiej zaprojektowany segment wyścigu. W ogóle IMO to wstawienie Węgier na RTP Pawłowi Puławskiemu nie bardzo wyszło, można powiedzieć, że cały węgierski odcinek był czystą antyreklamą tego kraju. I nie jest to tylko moje zdanie, z kim z uczestników nie rozmawiałem to był zaskoczony jak słabo stoi ten rejon, ludzie się zastanawiali czy to efekt długich rządów Orbana, czy cały kraj równie kiepsko wygląda. 

Był to też moment mojego największego kryzysu na wyścigu, tak obrazowo ujmując to męczyłem się na tym obowiązkowym segmencie równie ciężko jak aktorzy filmów pornograficznych w czasie scen dialogów :)). Rychło stało się też jasne, że nie ma szans wyrobienia się na godzinę 20 na CP2. Problem recepcji czynnej do 20 na szczęście udało się rozwiązać dzięki uprzejmości wolontariuszy RTP na punkcie którzy zgodzili się wziąć na siebie rejestrację i wydawanie kart hotelowych zawodnikom, którzy mieli tu zaklepany nocleg - wielkie dzięki!. Natomiast nie było już szans na obiad w restauracji na który liczyłem, a i ze sklepami była nędza, mały Orlen, który mijałem na dole przed wjechaniem na te nieszczęsne stokówki był już "wyczesany" przez zawodników przede mną, a wyżej jechało się już poza cywilizacją. Na obiad i śniadanie zostałem więc z pięcioma 7-daysami (których nie cierpię, ale poza którymi nic sensownego nie było); ale w końcu jazda ultra to sztuka improwizacji, a w odżywianiu się na wyścigu jakość jedzenia nie ma żadnego znaczenia, liczy się tylko ilość ;). Dojechałem na punkt już mocno skatowany, w okolicach godziny 21, z bagażem 825km i 10tys m w pionie w nogach. W tym stanie obowiązkowy wjazd na Kekesz postanowiłem przełożyć na jutro rano, na punkcie  szybka rejestracja u naszych wolontariuszy (jeszcze raz dziękuję za pomoc w ogarnięciu hotelowej rejestracji po 20!), pieczątka - i udaję się do swojego pokoju na długo wyczekiwany odpoczynek. Ale pomimo tego całego kryzysu moja sytuacja na wyścigu nie wyglądała wcale źle, bo przesunąłem się już na 10 pozycję, ja cierpiałem, ale jak widać innym trasa dała popalić jeszcze mocniej.
Statystyki pierwszego i drugiego dnia:
Dystans - 826,1km
Prędkość średnia - 22,7km/h
Suma przewyższeń - 9 935m

W moich przedwyścigowych planach był to w założeniu jedyny odpoczynek na wyścigu, stąd planowałem jechać już longiem na metę; ale wiadomo, że papier jest cierpliwy i takie plany realia na trasie szybko potrafią zweryfikować. Dlatego właśnie zdecydowałem się wziąć tu pokój w hotelu, bo chciałem mieć porządną regenerację, mieć możliwość prysznica (tyłek po tym węgierskim segmencie był w opłakanym stanie) i niezakłócanego przez innych zawodników snu, zamiast robić krótkie drzemki jak część osób na podłodze. Mój plan nieźle wypalił, bo przespałem 4h jak drewno i sensownie się zregenerowałem (choć oczywiście zwleczenie się z wyrka i powrót na trasę wymagał nie lada siły psychicznej :)). Niemniej udało się i już 10min po 3 jestem z powrotem na trasie, a o 3.40 melduję się na najwyższym szczycie Węgier - Kekesu (1014m) obserwując pierwsze poranne zorze. Podjazd na Kekes bardzo przyjemny - tak powinien wyglądać cały węgierski segment.

Niestety szybko mamy powrót do węgierskich realiów, czyli by sensownie wydostać się z Węgier trzeba było zaliczyć kolejne ponad 10km fatalnej leśnej stokówki. Dalej też są niezłe przeboje, by ominąć krajówkę trzeba jechać polem, ale to wszystko traci znaczenie wobec absolutnie zjawiskowego wschodu słońca jaki mam okazję obserwować na trasie. To są na wyścigach ultra chwile prawdziwej magii, gdy przestaje mieć znaczenie nawet największe zmęczenie, gdy z mięśni znika ból długich godzin pedałowania, gdy cała irytacja zmagań z fatalnymi drogami opuszcza człowieka błyskawicznie, bo stajemy przed CZYSTYM PIĘKNEM. Starałem się uchwycić tę chwilę na zdjęciu, ale najistotniejsze w pięknie jest to czego nie odda żaden obraz... 


"Jak pięknie jest rano,
gdy jeszcze nie wszystko się stało,
i wszystko może się stać,
tylko brać."...

W Salgotarjan robię popas na Shellu, stąd do granicy słowackiej jechałem odpowiednikiem naszej drogi wojewódzkiej, ale moje nadzieje z tym związane szybko prysły jak bańka mydlana i aż do samej granicy był to obraz nędzy i rozpaczy, prowadząc mnie do konkluzji, że Węgry to po prostu stan umysłu, bo jak może być normalnie w kraju, gdzie nawet policja (w dziesiątkach języków posiadająca bardzo zbliżoną nazwę) nazywa się  za przeproszeniem "Rendorseg" :)).

Po wjeździe na Słowację jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko się zmieniło i aż do Zvolenia była to bardzo przyjemna jazda, w większości po świetnych asfaltach, zrobiło się też naprawdę gorąco, chwilami ponad 30 stopni. Wiedziałem, że ten odcinek będzie kluczowy dla moich losów na wyścigu, bo na tym fragmencie kumulowały się terenowe objazdy zakazanych szos krajowych, sieć drogowa w tej części Słowacji jest taka, że nie ma innych szos niż krajowe, więc by je omijać trzeba było ciąć terenem. Wariantów możliwych do wybrania było sporo, ale to wszystko była jazda palcem po mapie i prawie nikt nie wiedział jak w realu będzie wyglądać zaplanowana przez niego trasa. Do Kremnicy dojechałem sprawnie asfaltem, zaliczając duży podjazd do Nevolne (który w tym upale dał w kość), udało się trafić źródełko przy trasie w którym od razu zamoczyłem koszulkę i czapkę, ale już po 10min są zupełnie suche. Za Kremnicą pierwszy odcinek szutrów, jeszcze całkiem sensowny, aczkolwiek grupujący sporo ostrych ścianek pod 15%, ale clou tego odcinka było przebicie się do Sklene. I tu już tak wesoło nie było, przeżywam prawdziwą huśtawkę nastrojów, najpierw przebijam się na szagę przez zarośniętą łąkę, później okazuje się, że drogi, która miała być nie ma, później z radością dojeżdżam do szutrówki bardzo sensownej jakości.


Następnie przeżywam chwilę mocnego załamania, gdy ta zamienia się w błotnistą drogę rozrytą przez ciężki sprzęt do zwózki drewna, a wreszcie euforię, gdy błoto się kończy i droga przechodzi w kiepską szutrówkę, którą jednak daje się jechać. Wiedziałem z układu poziomic na mapie, że będzie tu ostry zjazd i rzeczywiście było po 20%, ale najważniejsze, ze wszystko dało się przejechać; ozdobą tego odcinka było spotkanie z wielkim borsukiem, który wyskoczył z krzaków na drogę dosłownie pół metra przede mną ;)).

Z wielką ulgą wracam na asfalt do Sklene - na fragmencie za miasteczkiem wylewają właśnie nowy asfalt, trzeba przejść kawałek bokiem, ale za to dalej mam nowiutki asfalt i to bez samochodów. Odcinek dojazdowy do początku segmentu CP3 całkiem przyjemny, płaski, z szerokimi widokami na masyw Małej Fatry. Powoli robiłem się coraz głodniejszy (nic dziwnego zważywszy wczorajszy obiad :), początkowo planowałem obiad w schronisku na punkcie CP3, ale uznałem, że jechanie tego ciężkiego segmentu na głodno się nie opłaci, do tego nie było pewności, że się wyrobię przed zamknięciem kuchni. Zrobiłem więc popas żywnościowy przed sklepem, w czasie którego wyprzedziło mnie aż trzech zawodników (Piotrek Gdowski, Paweł Miłkowski i Holender Gerrits) - taki żywy dowód na potwierdzenie starej maratonowej prawdy, że wyścigi wygrywa się czasem postojów. Ale posiliłem się konkretnie i z nowymi siłami wjeżdżam na segment CP3. O ile wstawienie samej Kriżavy uważam za dobry pomysł, bo to jeden z największych i najtrudniejszych podjazdów Słowacji to pierwsza część segmentu wyszła trochę przekombinowana i zaprojektowana na siłę, między innymi kilka szutrowych dróg, w tym takie rozwiązania jak podjazd po dobrym asfalcie, a zjazd ujebami, gdzie trudno było przekroczyć 20km/h, "flow" z jazdy czymś takim znikomy. Natomiast był tu jeden ekstra kawałek - podjazd po wąskiej ścieżce rowerowej, to mi mocno przypadło do gustu. Głównym daniem tego segmentu był największy podjazd tego wyścigu, czyli wspinaczka na Kriżavę (1467m) - ponad 1000m w pionie na raz, do tego bardzo wymagające nachylenie, średnio koło 9-10%. Asfalt z solidnymi dziurami, ale to jednak był asfalt, nie ujeby jak na węgierskich stokówkach, na podjeździe wiele to nie przeszkadzało.

Jechało mi się nieźle, mijałem się tutaj z młodziutkim Holendrem Gerritsem, który jak to wielu młodych zawodników łatwo się podpalał, bo doganiany przeze mnie przyspieszał i uciekał, później znowu słabł; takie interwały tempa na tym etapie wyścigu to tylko niepotrzebna strata sił, ja jechałem po prostu swoim równym tempem. Natomiast problemem było to, że na punkt dojechałem koło 20, w okolicach zachodu słońca, więc później niż to kalkulowałem ruszając spod Kekesza, za dużo poleciało czasu na pokonywanie terenowych wstawek. A był to problem, bo z Kriżavy planowałem zejście szlakiem pieszym na Żylinę, którego pokonywanie nocą zupełnie mi się nie uśmiechało. Na punkcie więc spędziłem jedynie parę minut, by móc wykorzystać resztkę światła dziennego. Końcówka podjazdu na Kriżavę, powyżej punktu CP3 już w fatalnym stanie, też i nachylenie większe, więc by utrzymać się w siodle trzeba było mocno cisnąć, co poskutkowało kontuzją kostki, której ból stopniowo się zwiększał aż do końca wyścigu, na szczęście jeszcze w stopniu, który dawało się wytrzymać. 

Na wierzchołek Kriżavy docieram razem z Piotrkiem Gdowskim, tutaj wjeżdżamy na szlak pieszy. Piotrek wolał rower prowadzić, ja kawałkami próbowałem jechać, ale niewiele było odcinków, gdzie było to możliwe. Za to widokowo przepięknie, ze Skałki ekstra było widać światła Żyliny położonej 1000m niżej.


Od Skałki zejście jest już bardzo wymagające, chwilami są stromizny takie, że nie da się już sensownie prowadzić roweru, wygodniej było go wziąć na plecy, do tego są krótkie kawałki z wyrębem lasu, ale już na wysokości 1000m pojawia się dobrej jakości asfalt. Zjazd tym leśnym asfaltem klimatyczny, mnóstwo saren i jeleni spotkałem, jedne wychodziły na drogę, innych widziałem tylko świecące oczy w świetle mojej czołówki, którą sobie doświecałem na krętej drodze. Po zjechaniu na sam dół opanowuje mnie duża euforia, że tak sprawnie ten odcinek zaliczyłem, bo nie miałem pojęcia jakie będą realia tego terenowego skrótu, zaryzykowałem i sporo na tym wygrałem. Bo sumarycznie ten wariant trasy zdecydowanie się opłacił, wypadło to dużo korzystniej niż zjazd na Martin i długi podjazd szutrami w stronę Żyliny, co wielu zawodników wybrało, tracąc ładnych parę godzin. Do tego odcinek na początek kolejnego segmentu CP4 dobrze znałem w całości, więc wiedziałem, że tu będzie dobra i szybka jazda.

Na fali tej euforii postanawiam więc ostro pocisnąć nocą. I był to świetny pomysł, bo wkrótce zrobiło się naprawdę zimno (okolice 3-4 stopni), co wraz z intensywną jazdą spowodowało, że nie miałem problemów z sennością. Warunki pogodowe były wymagające, na zjeździe do Oravskiej Leśnej temperatura spadła na poziom zaledwie 1-2 stopni i tak trzymała ładnych parę godzin. Ale jazda w wymagającej pogodzie zawsze była moim atutem na takich wyścigach, więc niewiele mnie to ruszyło (przy załamaniu jakie miałem w tym roku na wyprawie w Dolomitach to nie było nic specjalnego), o dziwo nawet w stopy nie było mi zimno, wiec nie musiałem wyciągać z bagażu ochraniaczy na buty, które miałem ze sobą. Natomiast mocno brakowało mi buffa, którego zgubiłem gdzieś na Węgrzech (w moim przypadku długi maraton bez zgubienia czegoś się nie liczy!). Bo jechałem mocno, więc oddychałem głównie przez usta, musząc wdychać bezpośrednio zimne powietrze, więc gardło obrywało. Świtać zaczyna na wjeździe do Polski, znowu piękne poranne widoki na Tatry; choć pieruńsko zimno, cały odcinek do Nowego Targu wśród licznych mgieł. Za tym miastem wjeżdżam na Velo Dunajec (to był sporo sensowniejszy i szybszy wariant niż jazda przez Szaflary, Falsztyn i Niedzicę, co część osób wybrała), bardzo klimatycznie wyglądała mocno parująca rzeka. Podjazd na Knurowską wchodzi gładziutko, wreszcie położono tam nowiutki asfalt od południowej strony. Poranek jest piękny, a ta droga słynie z widoków, więc pomimo całego wyścigowego zelotyzmu nie mogłem się powstrzymać od kilku postojów na zdjęcia. Z przełęczy na początek segmentu CP4 zostaje już tylko 25km zjazdu, na którym zasuwałem mocno; tutaj fajną fotkę cyknął mi Mateusz Birecki; świetnie oddaje klasyczny wyścigowy "berserker mode" (copyright Marta Gryczko) w jakim wówczas jechałem.

@fot. Mateusz Birecki

Z tego odcinka Race Through Poland jestem naprawdę zadowolony, dałem tutaj z siebie wszystko, pomiędzy CP3 a CP4 wykręcając drugi czas spośród wszystkich zawodników (tylko zwycięzca Philipp Hanneck przejechał go szybciej), dzięki czemu awansowałem na 5 miejsce. Kolejny raz zaprocentowały wyprawy, na których zakończenie ostatniego dnia robiłem dystanse ultra, właśnie by się przygotować do jazdy na dużym wypruciu.

Za Zabrzeżą wjeżdżam na segment CP4 i od razu na dzień dobry dostaję piekielną ścianę, czyli Paproć, wg Stravy 209m różnicy poziomów i 16% średniego nachylenia, a maksy ponad 30%, jednym słowem przy tej rzeźni Gliczarów to podjazd dla miękkich siusiaków ;)). Zaskoczyło mnie to zupełnie, bo pomimo dobrze objeżdżonego tego rejonu Beskidów nie znałem tego kawałka. Walka była straszna, ale z ogromną satysfakcją i jako jednemu z nielicznych zawodników RTP udało mi się wciągnąć tę ekstremalną ścianę i to ze średnią 287W na 11,5min, czyli parametrami na codzień dla mnie nieosiągalnymi - w tym roku na Stravie mam najlepszy czas, a przecież miałem już ponad 1300km w nogach. To taki doskonały przykład na to jak ważna jest głowa na takich wyścigach i co dzięki odpowiedniej motywacji da się wycisnąć z organizmu
https://www.strava.com/segments/15868807

Cały segment CP4 był rzeźnicki, było tam w sumie aż 7 podjazdów i każdy miał sekcję nachylenia +15%, na zaledwie 55km było upchnięte aż 1700m w pionie. Na drugiej ściance na samym dole czuję jak mnie zaczyna łapać skurcz w prawej nodze, po prostu mięsień odmówił współpracy. Przestraszyłem się mocno, stanąłem, zacząłem rozciągać nogę, na szczęście po tym dało się jechać, niestety już nie na tym poziomie intensywności na jakim bym chciał, bo przy każdym wejściu na moc powyżej 200W czułem podchodzący skurcz. I z taką nogą już musiałem jechać do mety, na CP4 stwarzało to spore problemy, bo na nachyleniach rzędu 15% nie da się jechać lekko, więc musiałem jeszcze ileś razy stawać, krótko odpoczywać i rozciągać mięsień. Ale wszystkie 6 asfaltowych podjazdów tego segmentu wjechałem w całości, generalnie segment bardzo mi się podobał, Paweł zebrał do kupy masę ciekawych ścianek w tym rejonie (słynącym z takich pił); choć na sam koniec wyścigu taka ilość ostrych podjazdów zakrawała na czysty sadyzm ;)). Mięsień naciągnąłem najpewniej na tym pierwszym, ekstremalnym podjeździe pod Paproć, choć też możliwe, że był to efekt mocnego ciśnięcia przez całą noc. Z punktu widzenia rozsądku pewnie lepiej było odpuść i rower podprowadzić, ale nie żałowałem - zawsze lubiłem walkę z ostrymi ścianami i na asfalcie bez walki nie odpuszczam, będąc wiernym jakże prawdziwemu w kontekście ultra przesłaniu:



Finałowy podjazd segmentu była to Cyrla, to już był podjazd terenowy, w większości po płytach ażurowych i kamieniach, do tego bardzo mocno nachylony tutaj już odpuściłem (wjeżdżając tylko asfaltowy początek) i odcinki dużego nachylenia wprowadzałem, na terenowych podjazdach wpychanie to już żaden obciach, szczególnie na szosowym rowerze. Wiele sensu wstawienie tego kawałka nie miało, bo ani pod górę, ani w dół się sensownie jechać nie dawało, w skrócie to był jeden, wielki ujeb, ale takie są już uroki RTP ;)).

Na CP4 docieram już mocno skatowany, tutaj zrobiłem koło 30min popasu, zjadłem żurek i pierogi, po czym ruszyłem w dół. Zjazd do niczego, niby całość zjechałem, ale 20km/h to chyba nie przekroczyłem, w dolnej części spotykam Krystiana Jakubka idącego pod górę. W planowaniu trasy do Nowego Sącza popełniłem drobny błąd puszczając ją ścieżką rowerową na prawym brzegu Popradu i było tam ze 2km szutru i trochę górek, lepiej było jechać lewą stroną, gdzie był asfalt i płasko. Zaliczam ostrą ściankę w Sączu (tę samą, którą robiłem pierwszego dnia wyścigu), łapie mnie już potężne zamulenie (w końcu przez blisko 80h spałem tylko 4h), próbowałem więc się przespać na polu, ale nic z tego nie wyszło, nie byłem w stanie zasnąć, straciłem tylko 20min. I to było dość kluczowe 20min, bo okazało się że Krystian Jakubek świetnie zaplanował trasę z CP4 i nie jechał przez Sącz, tylko zszedł z Cyrli terenem na drugą stronę, zyskując blisko godzinę. Zorientowałem się więc że moja dość spora przewaga nad Krystianem stopniała praktycznie do zera, zacząłem dość mocno jechać, ale z tym naciągniętym mięśniem nie było mowy o ciśnięciu na pełen regulator, do tego do Florynki jechałem takim wrednym łagodnie nachylonym podjazdem czołowo pod wiatr. Nasze drogi spotykają się w Polanach i dosłownie 100m przede mną widzę jak wjeżdża tam Krystian ;). Próbowałem chwilkę jeszcze mocniej pociągnąć, ale rychło odpuściłem, z Krystianem nie dałbym rady i z pełną sprawnością, a co dopiero z solidnie naciągniętym mięśniem - brawo za świetnie zaplanowany ten odcinek trasy, dobre zaprojektowanie trasy to istotna część jazdy wyścigów jak RTP czy TCR. Tak na marginesie - wielu zawodników jadących po nas próbowało powtórzyć wariant Krystiana, ale prawie wszyscy z nich tylko stracili czas zamiast zyskać. Bo ten wariant zejścia pieszym szlakiem z Cyrli opłacał się tylko wtedy, gdy jak Krystian jechało się później wzdłuż krajówki na Krynicę. A większość osób schodzących terenem do Cyrli później odbijała do drogi na Florynkę, którą jechałem ja - i wtedy ten wariant wcale się nie opłacał, był dłuższy czasowo o blisko godzinę w porównaniu do mojego przez Sącz; a szczególnie dotyczyło to osób co zdecydowały się na schodzenie z Cyrli nocą.

Gdy Krystian odjechał na metę zostało mi niecałe 60km finiszowego segmentu i ten odcinek ciągnął się jak gumka w starych gaciach, zmęczony i niedospany byłem już potężnie, a i motywacji do szybkiej jazdy nie miałem, bo kolejni zawodnicy za mną byli kilka godzin. W skrócie poziom tej końcówki to miałem tak wysoki jak kret na Żuławach, parę razy stawałem próbując przymknąć oczy i turlałem się powolutku. A segment naprawdę ładny, boczne i puste drogi Beskidu Niskiego, a sama końcówka to drogi znane z PGR, w tym przełęcz Małastowska. Przed samą metą w Radocynie jest parę kilometrów wrednego, kamienistego szutru. I jako, że w sporej części był to zjazd na którym dawało się nieźle rozpędzić - trzeba było bardzo uważać, by na sam koniec nie złapać kapcia; mnóstwo zawodników na tym odcinku przebiło opony, część już na tyle blisko mety, że bardziej opłacało się iść/biec z rowerem niż naprawiać. Mnie szczęście nie opuściło do samego końca, mój rower nawet jadąc chwilami powyżej 40km/h po tych kamulcach wytrzymał i o 18.29 melduję się na mecie w Radocynie, z czasem łącznym 85h29min, co daje mi doskonałą 6 pozycję, a trzecie miejsce wśród polskich zawodników po Jędrku Gąsiorowskim i Krystianie Jakubku. 


Statystyki 3 i 4 dnia:
Dystans - 631,6km
Prędkość średnia - 19,2km/h
Suma podjazdów - 9 110m

Od strony sportowej - wyścig wypalił mi w 100%, uzyskałem wynik dużo powyżej oczekiwań, swój najlepszy czas z RTP poprawiłem o blisko 15h. Niecodzienna forma przygotowań do wyścigu w postaci dużej ilości jazd ultra w klubie "Chorych Pojebów" połączona z wyprawami w góry "zrobiła" mi doskonałą formę fizyczną. A to w połączeniu z sensowną strategią, mocną głową i dobrze zaplanowaną trasą zaowocowało zdecydowanie najlepiej przejechanym przeze mnie RTP spośród tych 4 w których miałem przyjemność startować.

Sama trasa wyścigu - w tym roku była zdecydowanie najbardziej szutrowa w historii, odcinków ujebów było naprawdę dużo, zarówno na obowiązkowych segmentach, jak i tych planowych samodzielnie, co wynikało z układu dróg na Węgrzech czy przede wszystkim Słowacji. Osobiście nie jestem entuzjastą napychania szutru i terenu do wyścigów szosowych, ale taki jest już urok RTP i stając na linii startu trzeba być gotowym na to, że nie jest to wyścig stricte szosowy, bardziej należałoby go sklasyfikować jako wyścigu typu "adventure". Więc nie ma co tu wielce narzekać, trzeba zaakceptować realia. Osobiście choć nie lubię takich terenowych odcinków to raczej na nich zyskuję niż tracę w porównaniu do wielu zawodników, bo mam trochę doświadczenia z jazdy w terenie, było nie było jestem jednym z niewielu szosowców co mają na koncie ukończoną Carpatię Divide, czyli jedyny w Polsce ultramaraton MTB - więc jakoś sobie tam radzę na takich kiepskich drogach. Też w tym roku jechałem na rowerze z tarczami i możliwością założenia szerszych opon i to sporo wnosi na tego typu trasie, wreszcie przestałem tracić do innych zawodników z powodu sprzętu. Mój rower nie zawiódł, nie miałem żadnych problemów technicznych, pomimo tylu fatalnych dróg nawet kapcia nie złapałem

Natomiast pogoda na tegorocznej edycji trafiła się niemal idealna, jakieś króciutkie burze i jedna bardzo zimna noc to wszystko z czym musiałem się zmagać, pod tym kątem było wiele lepiej niż w poprzednich latach, gdzie nie brakowało wielogodzinnych deszczów w 10 i mniej stopniach.

Jednym słowem polecam Race Through Poland każdemu miłośnikowi ultra - jest to kawał wspaniałej pogody, taka nie inna formuła zmusza zawodników do mocnego wyjścia ze sfery własnego komfortu, zmusza do mocnej improwizacji i daje masę frajdy oraz wielką satysfakcję na mecie, że się to wytrzymało. W swojej relacji skupiałem się na parametrach sportowych, bo w sportowym stylu tegoroczną edycję jechałem, ale jest to tylko taka licentia poetica - czas jaki uzyskamy nie jest tu taki ważny, liczą się przede wszystkim przeżycia i frajda z jazdy, a to nie zależy od tego jakie miejsce zajęliśmy i jaki czas wykręciliśmy.

Zdjęcia z wyścigu
Dane wycieczki: DST: 0.00 km AVS: km/h ALT: m MAX: 0.00 km/h Temp: 'C
Sobota, 9 września 2023Kategoria Ultramaraton, Canyon Disc 2023, >500km, >300km, >200km, >100km
Maraton Północ - Południe 2023

Początek września to tradycyjnie pora na MPP, który wraz z RTP uważam za najciekawsze szosowe imprezy ultra w Polsce; więc nie mogło mnie zabraknąć na starcie. Uczestnictwo w tej imprezie to już swoisty rytuał - dojazd koleją najpierw do Gdyni, tam przesiadka na pociąg na Hel (gdzie zawsze jest wesoło z kwestią zabierania rowerów ;). Razem z Wyciorem i wieloma innymi kolarzami nocujemy w Cassubii, hotel przeszedł w ostatnim czasie remont, poprawił się standard, ale wraz z tym obsługa wyraźnie zhardziała i zaczęli zabraniać zabierania rowerów do pokoju, z czym we wcześniejszych latach nie było najmniejszego problemu. Na dzień dobry notuję więc starcie z nieuprzejmą babą z recepcji (której podpadłem już tym, że poprosiłem o długi formularz meldunkowy, żebym go wypełniał w czasie gdy obsługiwała osobę przede mną), ale łatwo się nie dałem, więc byłem jednym z nielicznych, którym udało się wstawić rower do pokoju.

Kolejny element rytuału to spacer nad morze, a warunki ku temu są doskonałe - pogoda po prostu perfekcyjna, ciepło, praktycznie zerowy wiatr; doszedłem plażą do Początku Polski; następnie idziemy wraz z Wyciorem, Maćkiem Orszulskim i Tomkiem Iwankiem (z którymi jechaliśmy sporo na tegorocznym Podróżniku) na dobry obiad, gdzie tankujemy do pełna. Noc udało mi się przespać sensownie, a to istotna sprawa przed takim maratonem, szczególnie w kontekście próby jazdy "na jeden strzał", co wymaga dwóch pełnych nocy na rowerze..

Rano przed helską latarnią są już tłumy rowerzystów - w tym roku doskonałe prognozy pogody spowodowały rekordową frekwencję, sumarycznie wystartowało aż 155 osób, do tego obsada jest bardzo mocna. MPP to jeden z nielicznych maratonów, gdzie start jest wspólny, a nie w grupach, więc 150-osobowy peleton robi duże wrażenie.


Tradycyjne wspólne odliczanie przed startem - i o godzinie 9 ruszamy na trasę! Odcinek do Władysławowa, który jedziemy w eskorcie policji okazał się nadspodziewanie szarpany, chwilami było ledwo powyżej 20km/h, chwilami dużo szybciej. Z kolei w drugiej części tego kawałka poszło już bardzo mocne tempo pod 40km/h, z tego co słyszałem podobno jeden z zawodników jadących z przodu wyskoczył mocno przed eskortę policyjną by się wysikać i nie tracić dystansu, na co owa eskorta mocno przyspieszyła.

Maraton circa 1000km można tradycyjnie podzielić na 3 fazy, to się sprawdza na niemal każdej tego typu imprezie:

I faza (0 - 300/400km) - CIŚNIEMY lub jak wolą inni NAKURWIAMY :))
Tę fazę maratonu dobrze określa tekst - "jadę na 110%, wiem że za to beknę, ale i tak nie mogę przestać" 

Od Władysławowa zaczyna się prawdziwe ściganie, z przodu od razu formują się mocno cisnące grupki, ja również staram się jechać szybko jak na swoje możliwości, trzymając się blisko Tomka Wyciszczaka, który wygrał tegorocznego Podróżnika. Pierwsze górki dość szybko robią selekcję w peletonikach, ale przy tak dużej liczbie startujących składy grupek mieszają się co chwilę. Widać to szczególnie dobrze na najcięższym kaszubskim podjeździe znad jeziora Żarnowieckiego - tam część osób odpada z wolniejszych grupek, część przesuwa się do przodu.


Generalnie jedzie mi się nadspodziewanie dobrze, w tym roku ledwie 2 razy udało mi się zrobić na trasach pod domem średnie koło 30km/h, a tu daję radę jechać mniej więcej te 30km/h w pagórkowatym terenie; co budzi u mnie pewne obawy co do owej metafory o 110% ;)). Jednak wyścig to zupełnie inny stopień motywacji, nie ma żadnego porównania do jakiś tam nudnych treningów pod domem czy prywatnych wyjazdów, tutaj motywacja jest na zupełnie innym poziomie i pozwala wycisnąć z siebie sporo więcej, zgodnie z kolejną kultową metaforą z Batmana :)
http://www.youtube.com/watch?v=Ldfvw5xAbZ4

Pogoda jest dokonała - słonecznie, a wraz z upływem dnia wręcz ciepło, w okolicach 28 stopni; dla niektórych osób robi się już za gorąco, mi jeszcze ten poziom wiele nie przeszkadza; wiatr przeciwny, ale na tyle symboliczny, że prawie go nie czuć. Koło 70km muszę już stanąć na sikanie odpuszczając fajną grupkę, odtąd jadę z reguły samotnie, choć dalej "zagęszczenie" zawodników jest na tyle duże, że wystarczy postać parę minut by co najmniej kilka osób przejechało. Koło 100km jadę kawałek z Radkiem Rogóżem, co znowu budzi moje obawy czy nie przeginam. 

Na pierwszy postój staję na stacji w Egiertowie, tutaj jeszcze jeść mi się wielce nie chciało, więc jedynie uzupełniłem wodę i zjadłem trochę ciastek, na trasę wracając razem z Wyciorem, który tutaj jadł na ciepło. Następnie kawałkami jedziemy wspólnie, po ok. 200km kaszubskie górki odpuszczają i  wyraźnie się wypłaszcza. Zaczynają się stopniowe zjazdy w stronę Wisły, przejeżdżamy przez Starogard Gdański, następnie Pelplin na wyjeździe z którego stajemy parę minut na przejeździe kolejowym, gdzie dogania nas ekipa Maćka Orszulskiego i Tomka Iwanka, a jednego z zawodników podczas zsiadania z roweru łapie silny skurcz uda. Kawałek dalej wjeżdżamy na ok.10km na DK91, z drogi widać zamek krzyżacki w Gniewie. Następnie, już po zjechaniu z krajówki jest kapitalny widok na dolinę Wisły i charakterystyczny most pod Kwidzynem, którym wkrótce przekraczamy rzekę.


W Kwidzynie miałem w planach dłuższy postój przed nocą na Orlenie, ale postanawiam iść bardziej na żywioł i stanąć na dłużej dopiero za blisko 100km w Golubiu; niemniej z 15min się zeszło pod Żabką na uzupełnienie płynów i krótkie odzipnięcie. Na wyjeździe z Kwidzyna dogania mnie Żubr, kawałek dalej stajemy na sikanie, a wtedy mija nas Tomek Wyciszczak, więc mobilizujemy się i go doganiamy i dłuższy kawałek jedziemy wspólnie. Coraz bardziej zaczyna mnie też męczyć żołądek, Tomek, który jak zwykle jest przygotowany na każdą ewentualność ratuje mnie proszkami na ból żołądka, które na pewien czas przynoszą ulgę, wielkie dzięki! Ten odcinek bardzo klimatyczny - nadwiślańskie równiny oświetlone zachodzącym słońcem, pachnące lasy sosnowe. Wraz z zachodem słońca jazda się nieco psuje bo zaczyna się bardziej dziurawy odcinek i takich dróg jest sporo na kawałku do Golubia-Dobrzynia. Na krótkim postoju, gdy Tomek coś tam poprawiał Żubr nam odjeżdża i pomimo, że sporo cisnęliśmy to już do Golubia nie udało nam się go dogonić, po tym zakupie Grizla zrobiła się z niego prawdziwa maszyna :)).

Do Golubia docieramy koło 22.20, tutaj pierwszy raz spotykam Tadka Baranowskiego, który już się zbiera do wyjazdu, a chwilę po nas dojeżdża ekipa z którą dojechałem do Kwidzyna. Robię tu dłuższy postój, jem zapiekankę, wracam na trasę trochę po Tomku. Odcinek do Włocławka monotonny, wrześniowa noc długo się ciągnie, do tego kiepskich nawierzchni tutaj też nie brakuje. Spotykam tu Joannę Rumińską-Pietrzak, jedną z trzech bardzo mocnych dziewczyn, które jechały na tegorocznym MPP; ta rywalizacja wśród kobiet była bardzo ciekawa i dość dokładnie ją śledziłem na monitoringu, bo jechałem mniej więcej w przedziale 1-2h od czołówki kobiecej, a na monitoringu dziewczyny miały pomarańczowe kropki, przez co od razu rzucała się w oczy ich pozycja. Ale widać od razu, że to nie był dzień Asi, mocno narzekała na problemy z żołądkiem i jak się okazało później we Włocławku odpuściła dalszą jazdę wycofując się z wyścigu. Na wjeździe do Włocławka dogania mnie ekipa Maćka i Tomka, razem przejeżdżamy brukowanymi uliczkami przez centrum i dojeżdżamy na Orlen, gdzie spotykam starych znajomych, czyli Wyciora i Żubra.

II faza - (300/400-700/800km) - PLANY ZACZYNAJĄ SIĘ SYPAĆ
czyli jak to dystans wyciska swoje piętno na zawodnikach ;)

We Włocławku robię tylko krótki postój zaopatrzeniowy i ruszam parę minut po Tomku postanawiając go dogonić. Ostro się nażyłowałem,, ale udało mi się dojechać i spory odcinek jedziemy wspólnie, a to rozmawiając, a to jadąc w zasięgu światełek. Noc jest bardzo wilgotna, przez co muszę jechać bez okularów, robi się też coraz chłodniej, więc w pewnym momencie decyduję się zatrzymać na przebranie się na długo i tutaj chyba ostatni raz się widziałem na maratonie z Tomkiem Wyciszczakiem - dzięki za wspólną jazdę! Później trochę tego żałowałem, bo temperatura była w sumie na granicy i można było dać sobie radę bez nogawek czy zimowej czapki; to zależało od fragmentu trasy - na odcinkach przez łąki gdzie mgła się kumulowała wjeżdżało się w takie "zastoiska mrozowe", a jak wyjeżdżało się z owej mgły to było całkiem znośnie. W Kutnie nie stawałem na stacji, na wyjeździe z miasta spotykam jadącą samotnie Magdalenę Łączak, która jako cały bagaż miała jedynie malutką narzędziowa podsiodłówkę i kamizelkę sportową. Za Kutnem powoli zaczyna już dnieć - pierwsza nocka przetrwana, a to zawsze duży zastrzyk motywacyjny.


Rejony pod Łodzią całkiem przyjemne do jazdy, o tej godzinie nie ma jeszcze dużego ruchu. Dociągam do Lutomierska na Orlen na 556km i tam robię duży popas na ok. 45min jedząc m.in. pizzę (prawdziwa pizza to nie jest, ale zapchać się zawsze można), co mi nieźle zrobiło bo z żołądkiem znowu jest wyraźnie gorzej. Na stacji spotkałem Krzyśka Sienkiewicza, któremu zgodnie z fazą wyścigu plany się nieco zmieniły i przestawił tryb jazdy z mocno sportowego na bardziej podróżniczy ;).

Gdy kończę postój dojeżdża większa ekipa z Maćkiem, Tomkiem i Tadkiem, po jakiś 20-30km doganiają mnie Tadek z Markiem Garusem z Grupetta, kawałek z nimi pojechałem, ale było to dla mnie nieco za mocne tempo, a przede wszystkim grupowa jazda wymaga szarpanej jazdy z fazami przyspieszeń na zmianie, a to już na tym etapie wyścigu mi zupełnie nie służy, wolę jechać samotnie trochę wolniej, ale równym tempem. Ale generalnie jest całkiem dobrze - w 24h udało się ujechać 590km, a to jak na mnie doskonały wynik. Niemniej dzisiejszego dnia warunki są inne niż wczoraj i jazda grupowa na tym odcinku bardzo dużo wnosi - bo tym razem okolica jest głównie bezleśna i przeciwny wiatr jest wyraźnie odczuwalny, a prawie cały czas wieje w buźkę. Do tego szybko zaczyna się robić gorąco, gdy dojeżdżamy w rejon Kleszczowa to już zaczyna  smażyć koło 30 stopni. Chłopaki robią tu dłuższy postój, ja jedynie tankuję i jadę dalej.

Kolejny odcinek to narastający kryzys - kumulacja dystansu, upału i przeciwnego wiatru powoduje, że jedzie mi się coraz słabiej. Im bliżej Jury tym bardziej podnosi się temperatura, chwilami osiągając poziom 33 stopni. Do tego kilka mało efektywnych postojów oraz rosnące problemy z żołądkiem. Po przecięciu DK46 na ok. 725km wjeżdżam na Próg Lelowski - i zaczyna się Jura, od teraz to już niemal do mety będą same podjazdy. Idzie to dość drętwo, do tego w niedzielne popołudnie ruch na jurajskich szosach jest chwilami dotkliwy, szczególnie, że trasa MPP prowadzi koło pięknych zamków w Bobolicach i Mirowie, które w doskonałą niedzielną pogodę wiele osób wybrało się odwiedzić.


Problemy żołądkowe sięgają apogeum tuż przed Podzamczem, tutaj już tak mnie docisnęło, że blisko było do słynnej akcji Toma Dumouilina z Giro d'Italia, na szczęście miejsce było dużo lepsze, a ja posiadałem "taśmę życia" :))
https://www.youtube.com/watch?v=2gr970HUV74

Na Podzamczu miła niespodzianka - spotykam mieszkającego w Ogrodzieńcu Marka Dembowskiego, który wyjechał na rowerze pokibicować na trasę maratonu, a kawałek dalej dołącza się jadący z naprzeciwka Zbyszek. Bardzo fajnie było się na chwilę wyrwać z monotonii samotnej jazdy, pogadać ze znajomymi - dzięki chłopaki! Za Kluczami doganiają mnie Krzysztof Sienkiewicz i Marek Garus - razem dojeżdżamy do prawdziwej mekki rowerowych maratończyków, czyli McDonaldsa w Olkuszu. A po posiłku w owym McDonaldsie - już do końca trasy nie miałem większych problemów z żołądkiem, a ludzie tak narzekają na tamtejszą dietę :))

III faza (700/800km - META) - IMPROWIZACJA!
czyli zwycięstwo spontanu nad rozsądkiem ;)

W Olkuszu mam w nogach już potężną liczbę 800km, do tego wyjeżdżam z miasta, gdy właśnie zaczyna się druga noc na trasie. To zawsze jest bardzo śliski temat - czy jechać na wynik i pójść spontanicznie na żywioł drugiej nocy, walcząc z nieuchronną sennością i przenosząc się w odmienne stany świadomości? Czy też pójść za głosem rozsądku - wziąć nocleg, przespać się ze 3-4h i ruszyć na trasę w miarę zregenerowanym, do tego robiąc najpiękniejszy górski odcinek maratonu za światła dziennego? Ale jako, że ultra rzadko idzie w parze z rozsądkiem - postanawiam jednak spróbować pojechać całość na jeden strzał, co oznacza całą drugą noc w siodle; co będzie to będzie - nie ma to jak stara dobra improwizacja!

Wyjazd z Olkusza to chyba najsłabsza część trasy tegorocznego maratonu - długi podjazd pokonywany w wielkim ruchu samochodowym, fatalnie to się jechało. Sytuacja uspokaja się dopiero po ok. 10km, po zjechaniu z drogi wojewódzkiej do Chrzanowa. W tym roku rejon dolinek podkrakowskich idzie zupełnie nowym wariantem, kilku odcinków zupełnie nie znałem, szczególnie ciekawego kawałka wąską dróżką w rejonie rezerwatu przyrody Doliny Potoku Rudno; było tam kilka ostrych ścianek, a i też zjazdy tak wąskimi drogami wymagały dużej koncentracji. Sumarycznie wymagający odcinek, trzeba było zaliczyć wiele podjazdów zanim się dotarło do Wisły, którą już po raz trzeci na tym maratonie przekraczamy tamą w Łączanach.

Po drugiej stronie Wisły zawodników witają ostre ścianki Pogórza Wielickiego, na odcinku do Wadowic były 3 solidniejsze podjazdy, w tym ostra 13% ścianka w Witanowicach, którą dobrze zapamiętałem z wcześniejszych wyjazdów. Na Orlenie w Wadowicach spotykam się z Marcinem Kabałą i Gosią Warelich zajmującą obecnie 2 pozycję wśród kobiet; prowadząca Marta Gryczko jest ok. 1,5-2h z przodu. Po krótkim postoju wyjeżdżamy w trójkę, za Wadowicami fajny odcinek drogą rowerową, a następnie zaczyna się najostrzejszy podjazd tegorocznego MPP, czyli Leśniówka drogą ze Świnnej-Poręby. Podjazd ostro daje w kość, pierwszy odcinek 15%, później lekko łagodnieje, by w drugiej dużo dłuższej części znów uderzyć do 15% i trzymać już do końca. Ale wszyscy troje dajemy radę wciągnąć to w korbach, jadąc w pewnych odstępach. Później jest druga, nieco łatwiejsza ścianka i trzeci, znowu bardzo wymagający podjazd, czyli Marcówka. Na szczyt wjeżdżamy razem z Marcinem, Gosi nie ma, bo jak się później okazało zdecydowała się chwilę przespać.

Puszczam lepiej zjeżdżającego Marcina przodem i po jakimś kilometrze zjazdu widzę sytuację, która zmroziła mi krew w żyłach - rower leży na środku drogi, przed nim leży Marcin, gdy podjeżdżam bliżej widzę krew na asfalcie. Okazało się, że w bok roweru Marcina uderzyła sarna, w wyniku czego upadł i uderzył głową o szosę. Z początku Marcin jest w niezłym szoku, nie bardzo kontaktuje co i jak; ale zdecydowanie nie chce by wzywać pogotowie. Niemniej w tym stanie nie można go było zostawiać samego w środku nocy na zadupiu, trzeba go było asekurować do pobliskiej stacji BP w Zembrzycach, gdzie jest już cywilizacja. Parę kolejnych osób przejechało nie będąc specjalnie skorymi do pomocy, na szczęście trafił się jeszcze jeden zawodnik z którym wspólnie asekurujemy Marcina do Zembrzyc. Jedziemy z duszą na ramieniu, bo początkowo Marcina znosiło w stronę krawężnika, ale później już doszedł jako tako do siebie i jechał nawet po 40km/h. Dodatkowym problemem jest mocno szwankujący napęd, w wyniku uderzenia sarny w rower awarii uległa przednia przerzutka, a blat się wygiął, tak więc gdy Marcin kręci to napęd mocno skacze; ale na szczęście ten odcinek to były głównie zjazdy. 

Docieramy z ulgą na wygodną stację BP, jest tutaj kanapa, gdzie można się sensownie przespać. Marcin Kabała to prawdziwy twardziel - odpoczął kilka godzin i pomimo tego groźnego wypadku kontynuował jazdę. Na szczęście miał ze sobą normalne, pełnowymiarowe kombinerki, którymi naprostował jako-tako blat, ruszył dalej i dał radę dojechać na metę z czasem 58h38min! Chapeau bas!

Na całą tę operację poleciało ze 30min, tyle dobrego, że adrenaliny dało to tyle, że senność odeszła mnie na parę godzin. Ruszam więc dalej, w rejonie Suchej i Makowa ciekawy objazd ruchliwej DK28, boczna lokalna dróżka na której było kilka krótkich, ale bardzo ostrych ścianek. Następnie sprawnie zaliczam długi i wymagający podjazd do Wieprzca, spotykani w tym rejonie rowerzyści są poubierani we wszystko co mają, podczas gdy ja jadę jedynie w krótkich spodenkach, rękawkach i cienkiej bluzie. Nie chciało mi się już tracić czasu na ubieranie jak zeszłej nocy, a dawało się wytrzymać, bo na podjazdach temperatura szybko szła do góry, na zjazdach oczywiście trochę trzepało, ale do przeżycia; za to taka jazda typu "hipotermicznego" dobrze mi zrobiła na problemy z sennością.

Na długim zjeździe do Skomielnej spotykam prowadzącą wśród kobiet Martę Gryczko z charakterystycznym długim warkoczem oraz jadącego z nią Krzysztofa Tlagę.


Widać było, ze Marta jest już solidnie ujechana, ale zrobiła na mnie duże wrażenie tym, że cały czas nie odpuszczała, jak było za ciężko pod górę to najwyżej schodziła na chwilę z roweru; ale cały czas do przodu; taka właśnie mocna psychika jest kluczowa na ultra i widać ją najlepiej nie wtedy, gdy jesteśmy w pełni sił, a właśnie w takich sytuacjach jak ta, gdy już dochodzimy do ściany. Zarówno Marta Gryczko, jak i Gosia Warelich uzyskały czasy poniżej 50h i są pierwszymi paniami którym się to udało na MPP od czasu, gdy przestała jeździć polska Królowa Ultra, czyli Agata Wójcikiewicz; kolejne chapeau bas dla obu dziewczyn!

Kontynuuję jazdę, w rejonie Naprawy bardzo sztywna ścianka, znana mi z powrotów z Głodówki do Krakowa, jakoś w drugą stronę nie wydawała się aż tak ostra :)). Za Naprawą dłuższy odcinek dojazdowy do Raby Wyżnej, niby tu większych podjazdów nie było, ale cały czas teren pofalowany, do tego robi się już naprawdę zimno, koło 6 stopni, więc z ulgą przyjmuję początek podjazdu na Harkabuz. Tutaj dogania mnie Marek Garus, później ja go trochę wyprzedzam, a wreszcie na szczycie spotykamy jeszcze dwóch zawodników, w tym Tomka Iwanka i tą czwórką jedziemy prawie do mety. Podjazd bardzo długi, najdłuższy na tym maratonie, w sumie aż 400m w pionie i też sporo trudniejszy niż to miałem w pamięci, trzymał długimi fragmentami 9-10%, na tym poziomie zmęczenia dał nieźle w kość. Na Harkabuzie doskonale widać zjawisko inwersji temperaturowej - na górze na 800m jest koło 12 stopni. A tymczasem gdy zjeżdżamy w dół i wjeżdżamy na silnie zamglone łąki Podhala to temperatura spada do zaledwie 4'C, dzięki czemu poprawiłem mój rekord temperaturowy jazdy w krótkich spodenkach ;)). W moim zestawie ubraniowym zrobiło się już mocno poniżej granicy komfortu, ale nie było czasu na przebieranie się, a meta na tyle blisko, że uznałem, iż dam radę przetrzymać. Za Czarnym Dunajcem zaczęło dnieć, a sam wschód słońca oglądamy ze szczytu podjazdu na Ząb.


Z Zębu szybki zjazd, zaczyna się już poranny ruch, potem podjazd przez Murzasichle, który mnie zaskoczył, bo poprzednim razem, gdy ten wariant był na MPP prowadził główną drogą na Toporową Cyrhlę, teraz jedziemy bokiem przez kolejne wymagające, ponad 10% ścianki. Na skrzyżowaniu z Drogą Oswalda Balcera na chwilę stanąłem by wyjąć czekoladę z sakwy, bo już mnie odcinać zaczynało, w tym czasie dwójka zawodników z naszej grupki odjechała i już na nas nie czekała; my z Tomkiem Iwankiem wspólnie zaliczamy podjazd na Wierch Poroniec, przed wjazdem na Głodówkę jeszcze strzelamy sobie fotki z piękną panoramą Tatr i razem meldujemy się na mecie z czasem 46h45min co dało 22 pozycję na 155 osób, które wystartowały. 


Wyścig dla mnie bardzo udany, udało się zrealizować sportowe założenia i zejść poniżej 48h. Pogoda na maratonie dopisała, dzięki czemu odsetek wycofów nie był duży; zdecydowaną większość trasy jechało się z dużą przyjemnością. Co nie znaczy, że było łatwo, upał drugiego dnia dochodził do 33 stopni, a to we wrześniu duża rzadkość, do tego doszedł przeciwny wiatr, co spowodowało, że ten drugi dzień dla większości ludzi był kryzysowy. Do tego tradycyjnie MPP oznacza masę przygód, przez ten 1000km tyle się dzieje, że trudno to wszystko ogarnąć. No i oczywiście trzymająca wspaniały klimat meta na Głodówce, pod tym względem zdecydowanie numer jeden na polskich maratonach; podziękowania dla organizatorów za świetną imprezę!
Zdjęcia z maratonu


Dane wycieczki: DST: 1001.10 km AVS: 24.13 km/h ALT: 8772 m MAX: 66.90 km/h Temp:19.0 'C
Sobota, 20 maja 2023Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2023, Ultramaraton
Race Through Poland 2023 na pełnym spontanie

Race Through Poland przez 4 pierwsze edycje zdobył sobie bardzo dobrą renomę wśród polskich imprez ultra, więc bez zastanawiania się zapisałem się również na 5 edycję. To jeden z najtrudniejszych wyścigów ultra w Polsce, impreza wzorowana na największym europejskim wyścigu Transcontinental Race. Podobnie jak na TCR zawodnicy muszą zaliczyć 4 obowiązkowe punkty kontrolne na których są obowiązkowe segmenty (+ segment startowy i finiszowy), a pomiędzy nimi trasę każdy planuje samodzielnie. Z tym, że na RTP obowiązuje zakaz używania dróg krajowych (poza odcinkami łącznikowymi długości 1km (Polska i Czechy) lub 2km (Słowacja). I to ograniczenie jest tu kluczowe, bo to znacznie podnosi poprzeczkę trudności planowania trasy, powoduje, że ten element ma znaczący wpływ na wynik w wyścigu.


W tym roku start RTP był bardzo nietypowy - raz, że z wysoko położonego schroniska Przysłop pod Baranią Górą (dobrze znanego uczestnikom Wisły 1200), a dwa - start był popołudniowy, o godzinie 16.30. Dojeżdżam dzień wcześniej, już w pociągu spotykam innych zawodników z Warszawy jadących na RTP - Krzyśka Sienkiewicza i Jędrka Gąsiorowskiego, tak więc podróż szybko schodzi na rozmowach o wyścigu. My z Jędrkiem w Pszczynie przesiadamy się na pociąg do Wisły, Krzysiek jedzie do Bielska i dalej koło 50km na kołach. Pociąg do Wisły mało komfortowy, miejsca mało, większą część podróży musieliśmy stać; ale to był pryszcz przy dojeździe na kwaterę. Bo już na pierwszym podjeździe okazuje się, że zaczyna mi mocno strzelać w napędzie, a specjalnie niedługo przed imprezą wymieniałem łożyska w suporcie. Na kwaterze próbowałem z tym coś zrobić, zdjąłem korbę, poprawiałem blaszki kryjące łożyska, smarowałem to, ale niestety bez żadnych sukcesów, co mocno zepsuło mi humor; jazda bardzo górskiego maratonu z mocno trzeszczącym suportem słabo mi się widziała, tak więc już przed startem udało mi się osiągnąć pierwszy szczebel na drabinie wkurzenia ;))

Ale że wyjścia żadnego nie miałem - trzeba było z tym jechać. Noc taka sobie, chciałem pospać na zapas do jakiejś 10-11, ale niewiele z tego wyszło, dlatego nie lubię popołudniowych czy wieczornych startów, zdecydowanie wolę już ruszać wściekle wcześnie, jak na zeszłorocznym RTP, gdy start z Krakowa był o 5 rano. Bo przy popołudniowym starcie wiele dłużej niż przy porannym i tak się nie pośpi, jednym słowem więcej godzin bez snu mamy na starcie. Kwaterę miałem kawałek od schroniska, więc zaliczam dłuższy podjazd pod Przysłop, w schronisku załatwiam wszystkie sprawy formalne, odbieram pakiet i czapeczkę, daję rower do kontroli. Ponad setka zawodników powoduje, że na starcie aż roi się od rowerów, spotykam wielu znajomych z tras ultra, więc oczekiwanie na start przechodzi w bardzo przyjemnej atmosferze. Trochę ten nastrój zepsuł deszcz, który spadł tuż przed startem, ale na szczęście na samym starcie już nie padało, choć droga była mokra. A miało to znaczenie, bo pierwsze parę km to jest zjazd pokonywany wielkim peletonem, dopiero na jego końcu był start ostry. Bardzo więc uważałem, na szczęście obeszło się bez wypadków.

Na Lysą Horę
Pierwsze kilometry trasy od razu pokazują jak wymagający jest segment startowy, szybko pojawiają się nachylenia powyżej 15%, bo to rejon Koniakowa, gdzie aż się roi od potężnych nachyleń.

(fot. Bite of Me)
Po jakiś 10km spotykam Maćka Kordasa, który właśnie przebił oponę na tubelessie, który to system mi tak zachwalał krótko przed startem ;)). Generalnie cały pierwszy segment jedzie się w bliskim towarzystwie innych zawodników - zawsze widać kogoś albo z przodu, albo z tyłu. Segment miał ledwo coś koło 35km, ale dał w kość zdrowo. Zresztą zaraz po jego zakończeniu na granicy z Czechami rozpoczyna się segment na CP1, więc tu również wszyscy zawodnicy mają wspólną trasę. Niestety zaczęła mi szwankować przednia (elektryczna) przerzutka, zmieniało się te biegi na tyle słabo, że musiałem się wziąć za naprawę, przeżyłem też krótką chwilę grozy, gdy nie mogłem znaleźć kluczy imbusowych, bo już się bałem, że jakimś cudem udało mi się je zgubić. Straciłem na tę awarię w sumie z 20min, ale udało mi się ustawić ją poprawnie i już do końca imprezy działała bez zarzutu, nie był to problem z elektroniką, po prostu przerzutka się mechanicznie przesunęła na śrubie i trzeba ją było od nowa wyregulować. Niemniej taka akcja na początku wyścigu irytująca, bo wielu zawodników mnie w tym czasie minęło. 

Pierwszy segment był ulokowany na kultowym czeskim podjeździe, czyli Lysej Horze, na którym jeszcze nigdy nie byłem. Ale oprócz Lysej Hory były jeszcze dwa długie podjazdy + kilka mniejszych, co w całości (licząc z segmentem startowym) dawało potężne przewyższenie ok. 3000m na zaledwie 100km, jednym słowem ta pierwsza setka to była prawdziwa rzeźnia. Do tego były tutaj odcinki szutrowe, zarówno na podjazdach jak i zjazdach, sumarycznie pewnie pod 10km się tego uzbierało; na szczęście odbyło się bez gum, ale jazda po takich drogach na oponach 25mm była daleka od komfortu. Zmierzch łapie mnie po tym szutrowym kawałku, gdy zaczynam podjazd na Lysą Horę, widzę lampki zjeżdżających w dół zawodników z czołówki, to znaczy, ze już ponad godzinę przynajmniej urwali. Góra bardzo wymagająca, dłuższe odcinki po 13-14% i aż koło 700m w pionie, więc jechałem to już na bardzo miękkich nogach, nie tyle sama Lysa Hora tak mi dała popalić, co kumulacja tych 3000m na tak krótkim odcinku.

Na CP1 dojechałem trochę przed 23, więc ta setka zabrała mi ponad 6h (w tym ze 20min na awarię). Mocno zaskoczył mnie fakt, że przede mną dojechało aż ponad 60 zawodników na 86, którzy wystartowali, wiec można powiedzieć, że trzymałem tyły. Trochę to było zadziwiające, bo wcale nie czułem, że słabo jadę, moc znormalizowaną miałem w okolicach 180W, co jak na mnie jest dobrym parametrem. Ale też miałem na tyle doświadczenia, by wiedzieć, że nie opłaca się szarżować powyżej własnych możliwości na samym początku, na każdej imprezie tego typu roi się od "mistrzów pierwszych 300km" i dopiero po pierwszej nocy z grubsza widać na co kogo stać.

W Karkonosze
Po krótkim odpoczynku na punkcie ruszam w dół, teraz czekał mnie zasłużony dłuższy odcinek w miarę płaskiego terenu. Wybrałem wariant przez Ostravę, w mieście nieźle wkurzył mnie koleś na rowerze z silnikiem spalinowym; niepojęte jest dla mnie jak można na takim potworku chcieć jeździć, hałas to generuje potworny, a gość chyba złośliwie siedział mi na ogonie dobre 5-7km.  Do Polski wjeżdżam w rejonie Raciborza, choć samo miasto omijam. Na tym kawałku spotykam dobrze znanego z RTP Krzyśka Wolańskiego (również weterana legendarnej edycji "Weather to Scratch"), chwilę pogadaliśmy, ale Krzysiek mocno narzekał, że słabo mu się jedzie, z tego co pamiętam przeforsował się dość mocnymi treningami przed wyścigiem, coś tam ponaciągał i teraz zaczynały go męczyć kontuzje, jak się okazało później na tyle poważne, ze Krzysiek musiał się wycofać. Ja na szczęście wręcz przeciwnie - czułem się bardzo przyzwoicie, jechałem swoje, widziałem też na monitoringu, że powoli zaczynam się przesuwać do przodu, bo wiele osób zaczynało płacić cenę za ostre rumakowanie po górach na pierwszych 100km. Świta kawałek za Głuchołazami, na zasłużony postój staję po ponad 300km na Orlenie w Nysie. Dzień robi się piękny, za Ząbkowicami Śląskimi jest już wręcz gorąco.

Procentuje mój wariant trasy, jadę bardziej na północ omijając sporo wzniesień z którymi zmagają się inni zawodnicy. Ale koło 400km w nogach powoli zaczyna się kończyć Wersal, zmęczenie coraz większe, a na horyzoncie wyrasta potężny masyw Karkonoszy na który zaraz będę się musiał wspinać. Na stacji w rejonie Mysłakowic robię popas przed górami, zaraz czeka mnie najtrudniejszy segment RTP - 79km i aż 2700m w pionie, ale to dopiero pestka przy informacji co "robi" te 2700m w górę - dwa legendarne dzięki swojemu nachyleniu podjazdy - uznawana za najtrudniejszą górę w Polsce przełęcz Karkonoska i najcięższy podjazd Czech, czyli Modre Sedlo. Do tego gdy ruszam zupełnie się zepsuła pogoda - zaczyna padać, a co dużo gorsze nad Karkonoszami pojawiają się sine chmury; jednym słowem pogoda-marzenie do jazdy na wyższych wysokościach ;). Początkowo popaduje umiarkowanie, chwilami nawet przestaje, ale gdy zaczynam podjazd na Karkonoską (1200m) rozkręca się coraz mocniej. Gdy kończę pierwszą łatwiejszą część podjazdu na wysokości 800m zaczyna się już regularna burza - leje jak z cebra, a do tego co chwilę widać błyskawice.


Była tu wygodna wiata, więc postanowiłem chwilę poczekać czy burza nie przejdzie, bo wjeżdżanie powyżej granicy lasu na dość odkryty rejon przełęczy przy walących piorunach niespecjalnie mi się uśmiechało. Chwilę po mnie dojechała Ede Harrison, zawodniczka z Wielkiej Brytanii i jeszcze jeden zawodnik bodajże z Holandii. Posiedzieliśmy parę minut, ale że burza nie wyglądała na taką co szybko przejdzie - razem z Ede w akompaniamencie gromów (takie atrakcje to tylko na ultra!) ruszamy do góry, Holender jeszcze został.

Za wiatą zaczyna się już rzeźnia z której słynie Karkonoska, ściany powyżej 20% i to wszystko w lejącym na potęgę deszczu. Ale że podprowadzać rower to nie honor - zaciąłem się i wjechałem całość bez pchania, suport trzeszczy już na potęgę, słychać go dobre 50m przed i za mną, na szczęście poza tym nic z napędem się nie dzieje; niemniej od tych trzasków wątroba cały czas rośnie. Przed przełęczą burza przechodzi, kawałek przed szczytem doganiam prowadzących w kategorii par Niemców Roberta Huke i Hannesa Grubnera, z którymi na tym maratonie będę się jeszcze nieraz mijać. Niemcy pojechali w dół, ja jeszcze trochę czasu na przebieranie się straciłem - i ruszam na długi i elegancki zjazd na czeską stronę Karkonoszy. Dojazd do podnóży Morskiego Sedla bynajmniej nie był płaski, na tym kawałku trzeba było zaliczyć wiele krótszych ścianek, które skutecznie wysysały siły. Dojazd do Pecu pod Śnieżką w drugiej części prowadził leśnymi drogami dość słabej jakości, ale pod górę to wiele nie przeszkadza, po wyjechaniu nad poziom lasu na wysokości ok. 1100m otwiera się elegancki widok na główny masyw Karkonoszy, z dobrze widoczną Śnieżką, na tym kawałku mijam się z litewską zawodniczką, rudowłosą Viktorią Tomasevicienie, prowadzącą wówczas wśród kobiet; walczyła dzielnie, ale było widać, ze już jest zdrowo ujechana. Do Pecu wymagający, bardzo mocno nachylony zjazd po wąziutkiej i krętej drodze, na hamulcach obręczowych takie odcinki nie należą do przyjemności, by być w stanie zahamować trzeba cały czas jechać w dolnym chwycie i mocno cisnąć klamki, przez co oczywiście solidnie obrywają dłonie. 

W Pecu robię popas na trawie zbierając siły przed Modrym Sedlem, gdy jadłem swoje zapasy minęła mnie Ede, a z góry zjechali Olo Pachulski i Paweł Miłkowski, którzy po zaliczeniu CP2 planowali (jak wiele osób) nocleg w Pecu. Modre Sedlo kiedyś już wjeżdżałem, więc wiedziałem co mnie czeka, myślę, że to jeszcze cięższy podjazd niż Karkonoska, bo dłuższe są tam odcinki wielkiego nachylenia, do tego była to kolejna góra z rzędu, na sam koniec tego rzeźnickiego segmentu. Na najcięższym odcinku dogoniłem Ede, która już wpychała, jak mi powiedziała - rozpoznawała mnie doskonale już z daleka po moim suporcie :)). Podjazd wyciął mnie strasznie, ale dałem radę wciągnąć bez pchania, choć z paroma zatrzymaniami; końcówka magiczna - już późna faza zmierzchu i przejazd przez śniegowe tunele w rejonie przełęczy (1505m).


Z przełęczy ostry zjazd - i melduję się w schronisku Loucni Bouda, gdzie mieści się drugi Punkt Kontrolny wyścigu. Okazało się, że tutaj mam już 20 miejsce, więc jadąc cały czas bardzo równo nadrobiłem aż ponad 40 pozycji w stosunku do wielu zawodników, którzy przeszarżowali na pierwszym segmencie; dobrze zaplanowana trasa z CP1 też swoje zrobiła.

Na Słowację
Niestety dużym minusem było to, że dojechałem już po zamknięciu schroniskowej kuchni, więc nic zjeść się nie dało; jedynie chwilę odzipnąłem i krótko po tym jak dotarł Kamil Kamyczek ruszyłem w dół. Zjeżdżałem ostrożnie, bo droga z Modrego Sedla jest bardzo wredna - wąska, z dziurawymi odcinkami, do tego jest na niej ileś przepustów na których łatwo można złapać gumę. Do Pecu docieram z dużą ulgą i mocno nawalającymi dłońmi, bo na tak ostrym zjeździe trzeba było cały czas mocno cisnąć hamulce. Po zaliczeniu tego morderczego segmentu ogarnia mnie wielka fala entuzjazmu i na pełnym spontanie postanowiłem jechać drugą noc z rzędu. Nie lubię za wiele planować na takich imprezach, wolę raczej słuchać własnego serca, własnego organizmu, czasem się na tym wygra, czasem przegra - ale dzięki można poczuć tę wielką frajdę jaką odczuwają ludzie, którzy poszli za instynktem zamiast za cyferkami i chłodnymi kalkulacjami.

Pierwsza część nocy idzie bardzo sprawnie, pomimo solidnej ilości górek trzymam sensowne tempo, do tego wysoka motywacja, bo minąłem sporo osób, które zdecydowały się spać w Pecu, nad ranem byłem już w okolicach pierwszej "10". Ale to oczywiście było mocno na kredyt, bo osoby, które wyprzedziłem spały w nocy, a ja miałem drugą nockę z rzędu na siodle. Do tego nie zjadłem normalnego obiadu wieczorem, jechałem tylko na słodyczach, których już miałem resztki i które coraz oporniej mi wchodziły. I nad ranem zacząłem płacić za to cenę, na nogach byłem już koło 48h,a to granica powyżej której zaczyna się już solidne zamulanie; do tego żołądek coraz bardziej zaczynał szwankować, już mnie nawet na wymoioty zaczynało brać. Koło 6 rano kryzys senny dopada mnie z coraz większą siłą, zaczynają się coraz częstsze postoje, jak wstawałem z przystanku to z wielką prędkością przemknął Martin Haubold, kawałek za nim Jakub Tomasik, ciekawy bo bardzo młody zawodnik jeszcze poniżej 20 lat; jak na swoje pierwsze duże ultra doskonale jadący; i jak to często młodzi ludzie trochę narwany i nie do końca ogarniający reguły samowystarczalności ;). W Moravskiej Trebovie wreszcie znajduję otwarty sklep z normalnym jedzeniem, co nieco pomogło na nawalający żołądek, ale senność jest już porażająca. Dwa razy próbowałem drzemek, ale pomimo dobrych warunków (już się ciepło zrobiło) nie byłem w stanie zasnąć, straciłem na te próby blisko godzinę. Ale nawet leżenie bez spania coś tam krzepi, więc jakoś tam się turlałem dalej, ale tempo i morale już sporo niższe niż na początku nocy.

(fot. Bite of Me)
Czechy trochę mnie zaskoczyły dość słabymi asfaltami, tak 15-20 lat temu Czesi mieli sporo lepsze drogi niż w Polsce, obecnie to powiedziałbym, że z polskimi przegrywają; albo po prostu takiego miałem pecha na trasie którą jechałem. Ale i na mniejszych i na większych drogach było sporo odcinków, gdzie prawa część pas była solidnie dziurawa lub z licznymi przełomami; dość skutecznie wybijało to z tempa, utrudniając znacznie jazdę na lemondce. Do tego spory ruch, bo jechałem przez ileś większych miejscowości jak Prościejów, Kromeryż itd. Za Kromeryżem kolejna próba drzemki, po czym wjechałem na długą drogę rowerową wzdłuż Moravy, niby fajna do jazdy, bo asfalt i bez ruchu, ale w drugiej części jazda tym zrobiła się już upierdliwa, bo były przewężenia w rejonie śluz.W Uherskim Hradiszczu jest już upalnie, robię popas na stacji benzynowej, kawałek dalej orientuję się, że zgubiłem fajną i drogą tylną lampkę przypiętą do torby podsiodłowej, miałem oczywiście zapasową (bo tego wymaga regulamin RTP), ale żeby się wylajtować to nie brałem do niej baterii - więc musiałem specjalnie po to zjechać do sklepu i je kupić; to tak w kontekście kretyńskich oszczędności wagowych :)).

Za Uherskim Brodem zaczynają się podjazdy w stronę słowackiej granicy, jedzie się fatalnie, bo podjazd jest na zupełnie odkrytym terenie, a słońce pali już ostro; niby to nie była wielka góra, ale dało mi popalić niewąsko. Po stronie słowackiej upał powoli przechodzi, a gdy dojeżdżam do doliny Wagu to mam już zupełnie inne problemy, bo na horyzoncie pojawiają się sine chmury nadchodzącej burzy, do tego ok. 15km po drogach rowerowych wzdłuż Wagu musiałem jechać pod coraz silniejszy wiatr, jaki prawie zawsze poprzedza burzę. Ale jakimś dzikim fartem udało mi sie uniknąć głównego uderzenia burzy, tylko troche pokapało; w dobrym momecie wypadł mi postój na stacji. Za Trencinem dość wredny objazd by uniknąć krajówki - trzeba było zaliczyć ciężki szutrowy podjazd ze świeżo rozmiękniętą drogą (tamtędy poszła burza, której uniknąłem). Ten odcinek był wredny nawigacyjnie, bo trzeba było mocno lawirować trasą by uniknąć krajówek, a wtedy zawsze łatwo o wpadkę i ja taką też zanotowałem, już pod samym Partizanskie, gdzie miałem nocleg. Wjazd do miasta miałem jakimiś trawiastymi ścieżkami w rejonie polowego lotniska, jeszcze był i błotnisty odcinek na którym usmarowałem mocno rower; tutaj dało się to lepiej zaplanować, ze 20-30min straciłem na tym kawałku. W centrum miasta robię zakupy i jadę do hotelu, tam znowu czas straciłem, bo hotel zamknięty na głucho, musiałem wydzwaniać na telefon zanim ktoś przyszedł i mnie wpuścił; ale porządna regeneracja była mi w tym momencie niezbędna, bo nie spałem już koło 60h. W hotelu notuję kolejną wtopę - okazuje się, że wyrobiło się złącze w ładowarce do ogniw do lampki; tak więc nie byłem ich w stanie naładować; na szczęście miałem je z pewną górką.
Statystyki pierwszego i drugiego dnia:
Dystans  - 909,7km
Średnia prędkość - 20,8km/h
Suma podjazdów - 11 219m

Na Polanę
Pospałem 3h, na cały postój oczywiście zeszło się sporo więcej, ok. 2 w nocy wracam na trasę. Na dzień dobry idzie podjazd na drodze do Żarnovicy, wjeżdża się na poziom ok. 600m, zjazd słabiutki, długo ciągnące się remonty i sporo dziurawych nawierzchni, nocą jechało się tamtędy do niczego. Za Żarnovicą był kawałek bardzo trudny nawigacyjnie, tu liczyłem się z tym, ze moja trasa będzie po szutrach no i tak rzeczywiście było. Tyle że to wcale nie były gładkie szuterki, a droga klasy "ch..., d... i kamieni kupa" ;))


A dopiero świtać zaczynało, więc jeszcze po ciemku po takich drogach trzeba było mocno rzeźbić na szosówce po solidnych kamulcach. Ale to był rejon, gdzie prawie wszyscy zawodnicy mieli takie problemy i musieli omijać krajówkę szutrami, a jeszcze sporo gorzej mieli ludzie którzy do Zvolenia czy Banskej Bystrzycy dojeżdżali od północy lub zachodu. Niemniej po wyścigu dowiedziałem się, że była tam możliwość ominięcia tego kawałka, ale to ledwie paru osobom udało się znaleźć dobry objazd tego wrednego szutrowego kawałka.

Po tym kamienistym kawałku, jeszcze się turlałem spory odcinek po rozmiękniętej łące, tam z kolei błoto kilka razy zapychało mi hamulce, więc kilka razy musiałem je przepychać kluczami imbusowymi i znalezionym patykiem. W sumie tych terenowych rewelacji to było może parę km, ale kosztowało to sporo czasu. Do Zvolenia docieram przed 7, Mac na którego liczyłem był jeszcze zamknięty, wiec robię postój na stacji. Za Zvoleniem kieruję się w stronę gór, jakieś 30km za miastem zaczyna się segment prowadzący na trzeci Punkt Kontrolny. Segment w sporej części urokliwy (pomogła też słoneczna pogoda), wąskie leśne asfalty, ruch minimalny, a w górnej części praktycznie zerowy i niemal brak zabudowań. Kilka razy otwierały się szerokie widoki na zielone hale, jednym słowem miał ten segment wiele klimatu, taki rejon gdzie diabeł mówi dobranoc. Ceną tego było kilka odcinków o chamskiej nawierzchni, jak to z rosyjskiego nazywam "bywszego asfaltu", a prawdziwą wisienką na torcie był ostro nachylony zjazd po nierównych płytach betonowych, z parę kilometrów tego jak pamiętam było - i przez cały odcinek co 3m łup kołami na łączeniu płyt; że ja tu na swoich oponach 25mm gumy nie złapałem to na prawdziwy cud zakrawało ;). Dłonie bardzo mocno obrywały na takich kawałkach, ze dwa razy musiałem stanąć bo prostu na tyle traciłem siłę w dłoniach, ze nie byłem w stanie skutecznie hamować. W tym rejonie ponownie spotykam się z prowadzącymi w kategorii par Niemcami, którzy mnie tu wyprzedzali, później ja ich dogoniłem gdy stawali w sklepie itd. Finałowy podjazd segmentu prowadzi na Polanę - dawny wulkan na którym obecnie ulokowany jest hotel górski. Podjazd zdecydowanie najtrudniejszy na całym segmencie, dobre 750m w pionie i długie odcinki koło 10-12%, do tego na długich odcinkach nawierzchnia jak po bombardowaniu. Na szczyt docieram trochę po Niemcach, hotel choć dość monumentalny to lata świetności ma już dawno za sobą, liczyłem, że zjem tu może jakiś obiad, ale kuchni w ogóle nie było, jedynie kiepściutko wyposażony sklepik ze słodyczami; ale swój klimacik to miejsce bez wątpienia miało. Miałem tu sporo szczęścia do pogody, bo już było widać, że idzie burza, podobnie jak wczoraj dzień był gorący, a po południu niebo zachodziło chmurami i zaczęło lać; ludzi jadących koło 1-2h za mną burza dopadła w rejonie Polany, na dużej wysokości i ten wredny zjazd musieli jechać na mokro. 

Komedia pomyłek
Zjeżdżam z duszą na ramieniu, by nie wpaść w te wielkie leje po bombach, na pierwszym podjeździe za Hrinovą kolejny raz doganiają mnie któżby inny jak nie Niemcy, co już przyznam zaczynało mnie wnerwiać. Kawałek pojechałem z grubsza ich tempem, ale troszkę za mocno jechali by był sens tak się napinać, z rozmowy dowiedziałem się, ze cisną mocno, bo chcą złamać 4 doby na mecie, co wydawało mi się mocno nierealne. Przy czym jeden z Niemców miał kapitalny sposób jazdy po górach - jechał tylko na blacie (i to bynajmniej nie najlżejszym przełożeniu z tyłu), praktycznie cały podjazd na stojąco z nieziemsko niską kadencją. Wydawać by się mogło, że to bezsensowny sposób jeżdżenia - ale jak widać to tylko kwestia czysto indywidualna, są kolarze którzy zdecydowanie wolą przepychać niż młynkować z wysoką kadencją. Po kilku solidniejszych górkach dojeżdżam do większej miejscowości Hnusta, gdzie miałem w planach zjeść wreszcie normalny obiad; ale nie mogłem namierzyć sensownego lokalu i w końcu (znowu na spontanie!) uznałem, że nie będę czasu tracić na szukanie knajpy i pojadę do położonej za 50km Revucy. I była to kluczowa na tym maratonie pomyłka; pomyłka przez którą wkręciłem się w prawdziwą komedię pomyłek ;)).

Bo kawałek za Hnustą zaczęło lać i nie była to bynajmniej mżaweczka, a wielogodzinna ściana deszczu. Na jednym z podjazdów orientuję się, że przestaje mi działać wysokościomierz w Garminie, który zalała wodą, co mnie nieziemsko wnerwiło. O ile wszelakie załamania pogody niewiele mnie ruszają, to na awarie elektroniki reaguję jak 15-latki na trądzik ;)). I to bynajmniej nie na awarię nawigacji, bo to mnie wiele nie rusza, ileś lat jeździłem z papierowymi mapami, swego czasu całą Grecję przejechałem na mapie 1:800tys. Natomiast nic mnie tak nie wyprowadza z równowagi jak awarie samego licznika; to jest dla mnie niepojęte jak przez 20 lat nie można tego poprawnie rozwiązać, ten problem miały pierwsze liczniki z wysokościomierzem na rynku (jak Cateye), ma i najnowszy Garmin za ponad 3000zł, przy czym w modelu 1040 gniazdo wysokościomierza jest po prostu fatalnie rozwiązane, klapka mająca zabezpieczać gniazdo USB ma otwór, przez co woda nie tylko się tam dostaje, ale i stoi, więc wysokościomierz pada nawet na niewielkim deszczu. Z pół godziny poleciało na próby rozwiązania tego problemu, ale w końcu musiałem się poddać. Za to był jakiś mały bonus, bo wkurzyłem się na tyle, ze senność odeszła i znalazłem w sobie siły na mocniejsze ciśnięcie, bo na mnie (pomimo wielu prób) pozytywna motywacja niestety nie działa. Jestem w tym względzie prawdziwym Polakiem, z tych co to w wyborach zawsze głosują "przeciwko", a nie "za"; i im bardziej wkurzony tym mocniejszy, żadne tam psychologiczne nowinki ze zniewieściałego Zachodu nie wchodzą w grę. Zresztą nawet i na Zachodzie najbardziej ikoniczną postacią popkultury jest Darth Vader stojący po Ciemnej Stronie Mocy :)).

Dlatego przewalczyłem zamulenie senne i do Revucy twardo jechałem, pomimo że warunki były tragiczne, lało jak z cebra, było coraz chłodniej, do tego zaczęła się noc. Z tego względu pojechałem trochę dłuższą drogą przez Jelsavę, bo wiedziałem, ze tam jest dobra szosa, a krótsza droga przez góry była po drogach niższej kategorii, więc w tych warunkach nie chciałem ryzykować krętych zjazdów po wąziutkich dróżkach. Przez te wszystkie akcje - z deszczem, z wysokościomierzem i z dłuższą drogą do Revucy (do której wyszło ze 20km więcej niż te 50km co to mi się wydawało w Hnuscie) docieram dopiero koło 21.30, ale jako, że miałem tam namierzoną pizzerię czynną do 22 uznałem, że jestem zwycięzcą ;)). Na stacji benzynowej kupiłem więc jedynie parę słodyczy i pojechałem z kilometr do centrum miasta. A tam okazuje się, ze pizzeria choć otwarta to już jedzenia nie wydaje, to samo było w kilku innych knajpkach. Wracam więc na pełnej rurze na stację, gdzie docieram parę minut po 22, czyli tuż po owej stacji zamknięciu. Noż kur...teczka!

Próby namierzenia noclegu również kończą się widowiskową klęską, pluję sobie w brodę, że nie zarezerwowałem noclegu, gdy wyjeżdżałem z Hnusty, gdy jeszcze były miejsca w Revucy, bo teraz nic nie jest dostępne, byłem nawet w hotelu gdzie na monitoringu widziałem innych zawodników z maratonu, proponowałem że zapłacę pełną cenę za nocleg na glebie - sprawa nie do ruszenia, Słowacy to są straszne nieużyci ludzie, zupełnie inne podejście do człowieka niż w Czechach czy w Polsce i to nie jest tylko moja opinia, to samo słyszałem od niejednej osoby jadącej maraton; zero serdeczności, zero zrozumienia dla pewnych nietypowych sytuacji. I w ten sposób po raz pierwszy w życiu znalazłem się w sytuacji z moich najczarniejszych maratonowych koszmarów - totalnie przemoczony, bez sprzętu do spania, bez suchych ciuchów do przebrania się, a jechać dalej też nie byłem w stanie z powodu zmęczenia i skrajnego niedospania (ledwie 3h snu na 3,5 doby). Niestety właśnie teraz zabrakło rezerwy "sennej" na czarną godzinę, rezerwy z której się wyprztykałem jadąc dwie pierwsze noce z rzędu. Nazywając rzeczy po imieniu - znalazłem się w klasycznej ciemnej dupie...
Statystyki trzeciego dnia:
Dystans - 282,4km
Średnia prędkość - 17,3km/h
Suma podjazdów - 4 622m

Z ciemnej dupy w Tatry
Jako, że deszcz już od wielu godzin padał ulewnie za wielu opcji noclegu na dziko nie miałem, zabunkrowałem się na miejscowym cmentarzu, gdzie była jakaś kaplica czy dom pogrzebowy i zadaszone miejsce, ale leżeć trzeba było na gołym betonie; to miejsce idealnie oddawało stan mojego ducha - memento mori!


Miałem jedynie cieniutki worek NRC, prawie nic to nie dawało, bo byłem cały mokry, a od betonu ciągnęło zimnem. Tak więc o spaniu nie było mowy, tylko trząsłem się w tym worku, a morale jak u Marcellusa Wallace'a z Pulp Fiction "pretty fucking far from OK" ;)). Przekiblowałem tam ze 4h, w końcu nie mogąc spać odpaliłem jakąś stronę z informacjami na telefonie i tam trafiłem na relację z wojny ukraińskiej, z trwających walk o Bachmut. I to mnie błyskawicznie ustawiło do pionu - to ja się tu rozklejam jak ostatni pizdeusz, bo zmarznięty, przemoczony i niedospany muszę biwakować, a tam przecież żołnierze wiele dni siedzą w błocie w okopach, pod kulami i ostrzałem ciężkiej artylerii, a dookoła śmierć, pourywane kończyny, zabici koledzy...

Ruszam więc dalej, deszcz powoli się kończyć zaczynał, po paru km już nie pada. Za Muraniem zaczyna się solidny podjazd, to jeszcze wciągam, ale senność łapie mnie już na potęgę, więc gdy (już po świcie) znalazłem jakiś pustostan przy drodze to się położyłem. Zeszło się ponad 2h, ale tym razem wreszcie z 1-1,5h udało się pospać. Ruszam dalej, w sklepie w Telgarcie (gdzie spałem na zeszłorocznym RTP) robię zakupy, spotykam Tomka Rozmiarka, który podobnie jak ja musiał biwakować na dziko w Revucy. Od Telgartu jadę już po 4 obowiązkowym segmencie, bardzo długim, bo liczącym blisko 200km; pierwszy kawałek bardzo fajny - po Słowackim Raju bocznymi drogami, których dotąd jeszcze nie znałem; następnie na zachód wzdłuż masywu Tatr wśród małych wioseczek i zielonych hal. Same Tatry niestety w chmurach, a szkoda bo przy dobrej pogodzie na tym odcinku są ekstra widoki. W rejonie Tatrzańskiej Stryby znowu zaczyna padać, na podjeździe pod Strbskie Pleso już mocno leje, więc stanąłem się przebrać na długo, bo temperatura poniżej 10'C zaczynała spadać, natomiast Tomek Rozmiarek jadący tuż koło mnie - twardo jechał cały czas na krótki rękawek. Ja jednak byłem bardzo zadowolony, że zdecydowałem się przebrać, bo na zjeździe ze Strbskiego Plesa już i w grubszych ciuchach telepać zaczynało, tym bardziej że na Drodze Wolności było sporo remontów i wahadłowego ruchu.

Podjazd pod Śląski Dom w tych warunkach zniszczył mnie mocno, bo był to najwyższy punkt wyścigu, aż 1670m i drugi co do trudności podjazd na Słowacji (po Kralovej Holi)

(fot. Mateusz Birecki)
Na szczęście u góry nie było wiele zimniej niż na poziomie 1000m jak się obawiałem, niemniej to cholernie ciężki podjazd i na tym poziomie wyjechania już solidnie mnie zniszczył. Ale w Śląskim Domu (gdzie mieścił się czwarty PK) wreszcie dobrze trafiłem - to luksusowy hotel, kuchnia na dużym wypasie, więc w końcu mogłem zjeść ciepły i smaczny posiłek za którym tak długo tęskniłem. Jako, że Mateusz, który był wolontariuszem na punkcie powiedział mi, że chłopaki przede mną robili drzemki w luksusowym hotelowym kiblu spróbowałem i ja, ale tradycyjnie nic z tego nie wyszło ;). Sumarycznie te 45min spędzonych w Śląskim Domu bardzo dobrze mi zrobiło, więc w dalszą trasę ruszyłem nieco wzmocniony. Na zjeździe spotykam znowu Niemców, o 96, czy nawet 100h już zupełnie nie ma mowy, jednak już widziałem że znowu mocno cisną i na pewno będą chcieli mnie dorwać ;). 

Na metę z Niemcami do porzygu
Odcinek do Zakopanego świetnie znałem, pogoda nieco się poprawiła, bo padało już tylko przelotnie, ale dalej było chłodno. Po wjechaniu do Polski znowu mnie zmuliło, chwilę poleżałem sobie na przystanku, próbując oszukać organizm.

(fot. Tadek Ciechanowski)
W Zakopanem postój w Żabce i ostatnie zakupy przed metą, w tym olej spożywczy, bo przez te wszystkie deszcze już mi się skończył zapas smaru do łańcucha ;)). W samym Zakopanem Piko bez litości dla zawodników wstawił nam jeszcze krótką ostrą ściankę po bruku ;)). Następnie już o zmierzchu wjeżdżam na Gubałówkę, gdzie  łapie mnie gęsta mgła, chwilami to widać było na 20m. W Chochołowie musiałem skorzystać z toalety w knajpie, gdy wychodzę to widzę przemykających Niemców. Jak to mówią komentatorzy jeździectwa - śledziona we mnie zagrała i ruszyłem w pogoń. Nażyłowałem się nieźle, ale po paru km ich dorwałem i w sumie aż do rejonu Namestova jechaliśmy w bliskim zasięgu wzroku.

(fot. Tadek Ciechanowski)
Tam musiałem wymienić ogniwo w lampce, która po zaledwie paru km na nowej baterii przełącza mi się na niższy tryb. Motyla noga! Moje ostatnie, rezerwowe ogniwo okazało się walnięte! Wprost fantastyczna wiadomość na ostatnie 100km wyścigu, nocą i w ciężkich górach...

Musiałem więc jechać na trybie 100 lumenów na ogniwach w których zostały resztki prądu, licząc że wytrzymają do końca. Myślałem, ze Niemcy już mi odjechali, ale gdy sprawdziłem monitoring że są za mną, na gravelowym odcinku (był tu objazd krajówki); uznałem więc że chyba złapali tam gumę (a faktycznie stali wcześniej na stacji). Zrobiłem więc błąd i trochę luźniej pojechałem odcinek do polskiej granicy, a gdy tam odpaliłem monitoring to okazało się, że Niemcy cisną jak wszyscy diabli i już prawie mnie dogonili. W sumie nie miałem się z nimi o co ścigać, bo jechali przecież w innej kategorii, to była czysto ambicjonalna rywalizacja, bo i oni ewidentnie za wszelką cenę chcieli mnie dogonić, więc uznałem, że nie odpuszczę i żeby skały srały to tym razem mnie nie dogonią, byłem jak Gandalf krzyczący do Balroga "You shall not pass!" ;). Po takie przeżycia się właśnie jeździ ultra wyścigi!

I w ten sposób zaczął się 50km sprint na metę, na już potężnym poziomie wyprucia. Z Glinki długi zjazd, po czym w Rajczy wjeżdżam na ostatni finiszowy segment wyścigu, do mety zostaje ledwie 40km. Nie wiem jakim cudem, ale jakoś mi się wbiło się w głowę, że ten segment jest stosunkowo łatwy. A tymczasem okazało się, że jest tam potworna rzeźnia - rajd po chyba wszystkich możliwych ostrych ściankach w rejonie Koniakowa. I każdy podjazd jechany do porzygu, bo już z góry widziałem lampki Niemców siedzących mi na ogonie i wiedziałem, że oni widząc moją lampkę i słysząc mój suport nie odpuszczą. Przy czym rejon Koniakowa to nie tylko ostre ściany, bo dochodzą też bardzo wąskie, pełne zakrętów dróżki i równie strome zjazdy. A na poziomie 700-800m wjeżdżało się w gęstą mgłę, więc z tą moją lampką na słabiutkim trybie jechało się na słowo honoru. Była tu też rzeźnicka 20% ściana, której już nie dałem rady wciągnąć, tak z 50m musiałem wepchnąć rower, RTP to jedyny maraton szosowy który mnie w tym zakresie pokonał zmuszając do pchania roweru i to już po raz drugi, bo w 2019 Stóg wpychałem (aczkolwiek tam to wszyscy wpychali).

Ciągnął się ten segment nieprawdopodobnie, w rejonie Zameczka to już był zupełny hardkor, tam ze względu na gęstą mgłę już prawie nic nie było widać, musiałem się orientować na krawędzie szosy, a wtedy nietrudno wylecieć z drogi co kilka razy miało miejsce. Najgorzej było na zjeździe z Zameczka, myślałem, że skoro tam jest rezydencja prezydencka to droga będzie wysokiej jakości, tymczasem wręcz przeciwnie - u góry to była dziura na dziurze. I na tym zjeździe nagle gaśnie mi całkowicie lampka, wpadam centralnie w wielką dziurę i ledwie daję radę wyhamować. Jakimś cudem gumy nie złapałem, ale musiałem wyciągać z bagażu pozostałe ogniwa i założyć do lampki takie w którym jeszcze resztka prądu została. Byłem przekonany, że Niemcy mnie dojdą, ale najwyraźniej i ich musiało w końcu odciąć, bo ostatni raz ich światła widziałem na tej 20% ścianie. Modliłem się by jakoś dotrwać do końca zjazdu i finalnie jakoś się sturlałem na dół na symbolicznym trybie 10 lumenów; w rejonie rezydencji prezydenckiej jest już oświetlenie przy drodze, więc wiedziałem, że jestem uratowany, bo końcowe 7km to już podjazd do schroniska, na którym można i w ogóle bez światła jechać, bo asfalt jest elegancki. Niemniej cisnąłem na maxa do samego końca, oglądając się co chwilę za siebie  nie popełniając już błędu jaki zrobiłem przed polską granicą. Potwornie skatowany, ledwo trzymając się na nogach docieram na metę o 2.16, gdzie wita mnie Paweł Puławski, docieram z czasem 4dni 9h i 46min, co daje mi 15 pozycję w wyścigu; level upodlenia - extreme!



(fot. Adrian Crapciu)

Statystki czwartego dnia:
Dystans - 330,5km
Średnia prędkość - 19,1km/h
Suma podjazdów - 5 796m

Wyścig dla mnie niezwykły, przez bardzo spontaniczną jazdę miałem mnóstwo niespodziewanych sytuacji na trasie, a to walka z sennością i żołądkiem w Czechach, a to konieczność biwakowania będąc całkowicie mokrym na Słowacji, a to epicki wyścig z Niemcami mglistą nocą ze zdychającą lampką. Czy gdym pojechał RTP dokładniej planując ileś spraw uzyskałbym lepszy wynik? Niewątpliwie! Czy żałuję pojechania RTP bardzo spontanicznie? Nigdy w życiu! Pojechałem ten wyścig wierny mickiewiczowskiemu:
"Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko"

Bo właśnie taka forma jazdy dała mi mnóstwo frajdy i przyjemności, dała wielką przygodę - a to jest dużo ważniejsze niż cyferki. Zrozumiałem też w pełni dlaczego wyścigi samowystarczalne są tym co lubię jeździć najbardziej, wyścig tej długości co RTP to jest zupełnie co innego niż maraton z przepakami i punktami kontrolnymi typu BBT czy RAP. Tutaj wielu spraw po prostu nie da się zaplanować, po pierwszych 500-700km z reguły zaczyna się wielka improwizacja, w moim przypadku była to już skrajna improwizacja. I dlatego wyścigi samowystarczalne w tym aspekcie czysto przygodowym zdecydowanie przerastają imprezy z różnymi formami wsparcia, gdzie kluczowe są cyferki, średnie, waty itd. Na RTP oczywiście parametry czysto kolarskie też są bardzo istotne, ale oprócz tego trzeba umieć sobie dawać radę z mnóstwem innych spraw - z dobrym zaplanowaniem trasy, z całą logistyką jazdy, z naprawami roweru (restrykcyjny w tym zakresie regulamin wymaga pełnej samodzielności). To wszystko zebrane do kupy powoduje, że jazda tego wyścigu jest prawdziwą przygodą.

Oceniając imprezę - Race Through Poland cały czas trzyma bardzo wysoki poziom organizacyjny. Segmenty są zaprojektowane z dużym znawstwem tematu, widać, że to opracowuje kolarz z ogromnym doświadczeniem, jakim jest dyrektor wyścigu Paweł Puławski. Atmosfera na imprezie doskonała, zarówno wśród zawodników jak i na punktach, gdzie wielu wolontariuszy jest bardzo pomocnych i w zdecydowanej większości są to ludzie sami jeżdżący na rowerach, więc doskonale siedzący w temacie. Jednym słowem RTP to wyścig, który polecam każdemu miłośnikowi ultra, obecnie to moim zdaniem zdecydowanie najciekawszy polski ultramaraton szosowy. W tegorocznej edycji nie było żadnych ekstremów z nawierzchniami, na obowiązkowych segmentach było może z 7-8km szutrów, do tego też sporo dziurawych odcinków, ale z tym jadąc RTP trzeba się liczyć, to nie jest impreza dla osób oczekujących tylko gładziutkich asfaltów. Sporo większe ekstrema terenowe trafiłem na odcinkach samodzielne projektowanych, przede wszystkim na Słowacji na dojeździe do trzeciego segmentu, bo tam układ szos był taki, że bardzo trzeba było lawirować by uniknąć zakazanych dróg krajowych. Parę drobnych wpadek przy projektowaniu trasy zaliczyłem, ale generalnie dobrze narysowana trasa była na tym wyścigu moim atutem, bo było sporo ludzi, którzy zaliczyli wpadki nawigacyjne kosztujące długie godziny.

Kwestie sprzętowe - jechałem maraton na rowerze szosowym starszego typu, z hamulcami szczękowymi i oponami 25mm (bo szersze do mojej ramy nie wchodzą). Oczywiście spokojnie da się na takim sprzęcie ukończyć RTP (na takim sprzęcie ukończyłem 3 edycje); niemniej jazda na takim rowerze terenowych odcinków czy często spotykanego na górskich segmentach podłego asfaltu jest bolesna. Amortyzacja jest żadna, mocno obrywa zarówno siedzenie, jak i dłonie. Na całe szczęście w ostatniej chwili zrezygnowałem z jazdy na karbonowych kołach i założyłem zwykłe aluminiowe - i była to doskonała decyzja, bo koła karbonowe ze szczękowymi hamulcami na takich drogach to jest całkowita porażka; tak jechałem w 2022 roku i kosztowało mnie to mocno zdrętwiałe dłonie, które ze 3 miesiące dochodziły do siebie. Jakieś niewielkie zyski ze stożków zupełnie nie są warte dużo gorszego poziomu hamowania na zjazdach, bo to od komfortu najwięcej tu zależy. Natomiast optymalnym rowerem na tego typu trasę będzie szosówka na tarczach przyjmująca dość szerokie opony, rzędu 32mm, widziałem nawet osoby na oponach powyżej 40mm, też i na uszosowionych gravelach dużo ludzi jechało. Taki sprzęt jest najlepszym kompromisem pomiędzy odcinkami szutrowymi oraz normalną szosową jazdą. Awarii na szczęście uniknąłem, mimo bardzo wąskich opon nawet jednego kapcia nie miałem, jedynie regulacja przedniej przerzutki na samym początku maratonu.

Na koniec jeszcze parę słów o moim suporcie. Choć trzeszczał niemożebnie przez cały wyścig udało się dotrzeć bez problemów na metę wyścigu. Parę tygodni po powrocie po wielu próbach rozwiązania tego problemu udało mi się w końcu znaleźć jądro problemu. "Suport" okazał się zaciskiem tylnego koła, który trochę przed wyścigiem zmieniałem. Zasrany zacisk! Ileż to mi krwi na tym wyścigu napsuło to głowa mała! Potwierdziła się stara kolarska prawda, ze ustalenie źródła podejrzanych dźwięków to 95% sukcesu ;))
Zdjęcia z maratonu









Dane wycieczki: DST: 1522.60 km AVS: km/h ALT: 21637 m MAX: 65.10 km/h Temp:14.0 'C
Sobota, 10 września 2022Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2022, Ultramaraton
Maraton Północ-Południe 2022

Wrzesień to tradycyjnie koniec sezonu ultra i równie tradycyjnie ów koniec trzeba uczcić przejechaniem Maratonu Północ-Południe ;)). Tak więc w drugi weekend września obowiązkowo melduję się na Helu, podobnie jak na starcie wszystkich siedmiu edycji MPP.

Dojazd na maraton z pewnymi problemami, spóźnia się mój pociąg do Gdyni, w efekcie czego nie wyrabiam się na Regio na Hel i muszę jechać kolejnym, tyle dobrego, że nie było problemów z zabraniem rowerów, do czego przyczyniła się m.in. słaba pogoda, więc i pasażerów w składzie było sporo mniej niż zazwyczaj. Piątkowe popołudnie na Helu wita zawodników zimną i pochmurną pogodą, tyle dobrego że póki co nie pada. Razem z Tomkiem Wyciszczakiem, z którym mamy wspólną kwaterę idziemy na tradycyjną rundkę nad morzem, wieje solidnie, ale na szczęście nie aż tak mocno jak to zapowiadano w prognozach.


Po spacerze tankujemy do pełna dwudaniowy obiad (ja jeszcze i deser wcisnąłem ;)) w sprawdzonej restauracji i udajemy się na naszą kwaterę. W okolicach 21 dociera Jędrzej Gąsiorowski (jak się okazało późniejszy zwycięzca MPP!) i już w pełnym składzie, rozmawiając o tym co nas jutro czeka przygotowujemy rowery i pakujemy sakwy, wnikliwie analizując prognozy pogody na jutro, które niestety dobrze nie wyglądają... 

Spałem sensownie, te 5-6h udało się pospać; poranek wita nas równie ponuro jak wczorajsze popołudnie; tym niewielkim światełkiem w tunelu jest brak opadów, bo nie ma nic gorszego niż start w deszczu. Jak na trasie będzie lało to trudno, jakoś się to przeżyje - ale start na mokro jest wyjątkowo dołujący. Pod latarnią już niezły tłum, tradycyjne rozmowy z innymi znajomymi ultrasami, fotki pod latarnią; pomimo marnej pogody humory dopisują, wszyscy sobie ostrzą zęby na wielką przygodę jaką jest przejechanie całej Polski na rowerze.
Punktualnie o 9 rano cały peleton rusza spod helskiej latarni - i zaczyna się nasza przygoda!


Na MPP tradycyjnie jest wspólny start, co odróżnia ten maraton od większości imprez ultra; dzięki temu sportowa rywalizacja jest wiele naturalniejsza, nie ma potrzeby przeliczania kto w jakiej grupie startował - tutaj kto pierwszy wjeżdża na metę ten wygrywa, kogo wyprzedzimy to jest za nami. Pierwsze ok. 35km jedziemy zwartym peletonem w eskorcie policji, tempo dość spokojnie, w okolicach 25-27km/h, a że jedziemy z mocnym wiatrem w plecy, więc osoby które ubrały się lżej trochę marzną. Temperatura tak na pograniczu jazdy na krótko i długo, ja ubrałem się ciepło, ale nie brakuje osób w krótkich spodenkach. Odcinek Mierzei Helskiej schodzi na rozmowach z Krzyśkiem Dąbrowskim (Blondasem), z którym sporo jeździmy terenowo po Kampinosie, a który nieoczekiwanie zdecydował się na start w MPP, wracając na szosę po wielu latach jeżdżenia tylko MTB, jadąc na pożyczonej szosówce i w luźnych spodenkach MTB bez wkładki. Uprzedzając fakty Krzysiek ukończył imprezę, a z siedzeniem nie miał najmniejszych problemów, żadnych otarć ;)). Na tej długości imprezach nie wypasiony sprzęt ma znaczenie, a głowa - tym najwięcej można zyskać i najwięcej stracić.

Na rondzie we Władysławowie, gdzie kończy się policyjna eskorta tradycyjnie zaczyna się ostre tempo, a mocni zawodnicy wychodzą na czoło peletonu. Ja natomiast zjeżdżam na sikanie - i tak dobrze, że udało się bez tego przejechać całą mierzeję, bo konieczność stawania na tamtym kawałku często oznacza wypadnięcie poza policyjną eskortę i konieczność jazdy w korku za peletonem się tworzącym; a w takiej temperaturze (jest ledwie 11'C) i większym wychłodzeniu pęcherza sporo osób stawało na tym pierwszym kawałku. We wcześniejszych latach często próbowałem się zabierać do szybszych grupek na pierwszą część maratonu, obecnie zdecydowanie preferuję równą jazdę własnym tempem, jedzie się wolniej, ale w drugiej części dnia zaczyna to procentować, bo szybkie rumakowanie ma swoją cenę. W rejonie jeziora Żarnowieckiego jadę kawałek z Gosią Szwaracką i Michałem Szelągiem, na podjeździe znad jeziora (największa górka maratonu na odcinku kaszubskim) jest kilkunastu tasujących się zawodników, a u góry na szczycie spotykam Hipka czekającego na trochę wolniej jadącego Elizjum (chłopaki jechali cały maraton wspólnie, z założeniem spokojnej, turystycznej jazdy na 2  noclegi i dobrze im ten system wypalił). Na przystanku kawałek za podjazdem tradycyjnie przebieram się, bo już się trochę za gorąco zrobiło na jazdę w deszczówce, niemniej żadnego wypasu nie ma. W głębi lądu jest nieco cieplej niż nad morzem, ale to dalej okolice ledwie 13'C, wieje też nieco mniej, jest to wiatr głównie boczno-przeszkadzający. Ale na szczęście trasa na Kaszubach jest na tyle kręta i jest na tyle osłoniętych miejsc, że wiatr aż tak jak się tego obawiałem nie męczy.

Odcinek kaszubski MPP od zmiany bodajże 3 edycje temu jest bardzo przyjemny do jazdy - dużo urozmaiceń, dużo górek, sporo wąskich i widokowych asfaltów. W tym roku pogoda sporo tej widokowości odebrała, ale dalej ta jazda daje sporo frajdy, dobrze wytyczona trasa zawsze była atutem MPP.


Pierwszy krótki postój na tankowanie robię w okolicach 120km, w międzyczasie nadjeżdża Blondas i wspólnie ruszamy dalej na najbardziej pagórkowatą część kaszubskiego odcinka. Są też drobne zmiany trasy w rejonie Egiertowa, więcej bocznych dróg, tak jak prowadził na tym kawałku tegoroczny Podróżnik. Orlen w Egiertowie tym razem odpuszczam, kawałek dalej trochę czasu tracę na regulacje lemondki, bo znowu coś drętwienie dłoni zaczyna mi się dawać we znaki. Zawodników na trasie spotykam cały czas, mija mnie tu między innym Tomek Wyciszczak, kawałek jadę razem z Waldkiem Chodaniem i ekipą z Grupetta. Przed dwusetnym kilometrem niestety pogoda się zepsuła, zaczęło padać, jezdnie zrobiły się mokre, więc jazda grupowa niewiele dawała, chyba że jak chłopaki z Grupetta posiadało się błotniki, ale przy większym deszczu nawet i z tego trochę leciało na jadące z tyłu osoby.

Jednym słowem jazda zrobiła się mało przyjemna, bo kumulacja zimna (okolice 11-12'C) i deszczu to już wymagające warunki do jazdy. Tyle dobrego, że ten deszcz nie był ulewny, chwilami padało solidniej, chwilami był to poziom mżawki, więc jeszcze bez dramatu. W okolicach 200km trasa się wyraźnie wypłaszczyła, za Skarszewami zaczął się nowy odcinek przez Bory Tucholskie, bo w tym roku trasa przekraczała Wisłę w Świeciu, nie Kwidzynie, prowadząc m.in. przez Osieczno i Tleń. Trasa generalnie przyzwoita asfaltowo, choć jak to w Borach trochę monotonna, rejon Tlenia całkiem fajny. Ale już powoli zaczynało zmierzchać, wiec przy padającym deszczu było wyjątkowo ponuro i już odliczałem kilometry do planowanego pierwszego większego postoju za Świeciem. Miałem trochę obawy co do tego postoju, bo była to Moya, nie Orlen (gdzie ma się znajome i sprawdzone menu) - i niestety były to obawy uzasadnione. Na stacji były na ciepło tylko hot-dogi, więc stanąłem (podobnie jak wielu innych zawodników) w barku obok. Zamówiłem hamburgera i frytki, czekać było na to trzeba długo, do tego smaczne to nie było. Frytek dali dużo, ale nie wchodziły mi zupełnie, hamburger też wielki, tylko jego jakość nie dorównywała wymiarom ;)). Wcisnąłem to w siebie na siłę, ale wisiało mi to na żołądku ładnych parę godzin; jedynym plusem barku było to, że było w nim ciepło. Podsumowując - kiepski to był koncept z tym postojem, trzeba było zrobić pośredni postój w Egiertowie jak zawsze, a w Świeciu zjechać z trasy na sprawdzony Orlen lub do Maca.

Gdy ruszyłem z postoju zaczęło solidniej padać i najbliższy odcinek do przyjemnych nie należał. Ale sporym plusem było to, że noc jak na wrzesień była dość ciepła, okolice 11'C, więc niemal to samo co w dzień, wynikało to z niżowej pogody i zachmurzonego nieba. Więc "siła rażenia" deszczu dzięki temu była ograniczona. Zresztą już tak w rejonie Golubia trochę się ten deszcz uspokoił i nie padało specjalnie intensywnie; na tym odcinku mijałem się m.in. z Maćkiem Blimelem, Krzyśkiem Ulbrichtem (jadącym w krótkich spodenkach, żeby zachować suche nogawki na góry ;) i Marcinem Siniarskim, który przed Sierpcem złapał gumę na jakimś szkle i musiał ją robić na deszczu. Dużym plusem tego odcinka były dobre asfalty, dużo lepsze niż na wariancie Kwidzyn - Brodnica jaki był przez ostatnie 2 lata, przy deszczu by się po tym jechało fatalnie, a żniwo kapci byłoby duże. Niemniej miałem na tym tle wpadkę, gdy jadąc po idealnej drodze na lemondce nagle na środku pojawiła się duża dziura w którą mocno przywaliłem, w ogóle się jej nie spodziewając. Koła na szczęście przeżyły, ale uderzenie było tak silne, że aż mi z torebki na ramie zamykanej na magnes wyleciało ileś rzeczy, które musiałem po ciemku zbierać. 

W Płocku miałem planowany drugi postój, koncept był świetny - czyli zjechanie na 24h McDonalds i porządne jedzenie + regeneracja w cieple. Niestety okazało się, że realia nieco od założeń teoretycznych odbiegały, bo Mac był czynny tylko w formie McDrive. Więc musiałem stać sporo w kolejce, razem z samochodami, wypełnionymi podpitym towarzystwem, a wydawanie jedzenia w tej formule jest dużo mniej wydajne niż normalnie w Macu, a później i tak pojechać na Orlen; jednym słowem kolejny mocny niewypał z postojem, straciłem na ten cały Płock blisko godzinę. Ale trochę podbudowała mnie psychicznie informacja o tym, że niemal cała czołówka się wycofała, panujące warunki okazały się dla nich za trudne. Trochę mnie to zaskoczyło, bo osobiście nie odbierałem ich jako bardzo wymagających, choć oczywiście łatwo też nie było. Ale to dobrze pokazało, że ultra to nie tylko mocne nogi, jak się pogoda psuje to zyskują bardziej odporne osoby z mocniejszymi głowami, którym psychika pomaga przetrwać nieuniknione na takiej trasie kryzysowe momenty. A okolice Płocka i Warszawy to są rejony zawsze zbierające największe żniwo wycofów - bo już dużo w nogach, na metę dalej bardzo daleko, natomiast do linii kolejowej na Warszawę bardzo blisko ;)).

Za Płockiem jeszcze ze 20-30km i zaczęło świtać, a przetrwanie długiej wrześniowej nocy to zawsze duży motywacyjny zastrzyk, nawet jeśli świt jest tak marny jak dzisiaj ;). Mazowiecki odcinek na wysokości Skierniewic zmieniono by ominąć DK 70, ale nie wiem czy to miało sens. Objazd był sensownie wytyczony, były to boczne drogi dobrej jakości, ale kilkadziesiąt skrętów mocno wybijało z rytmu. DK70 o tej godzinie, w niedzielny poranek ma niewielki ruch. Też na tym kawałku zaczęło znowu mocniej padać, a w rejonie krótkich hopek przy S8 solidnie lunęło. Kolejny planowany postój, jakżeby inaczej - znowu wtopa. W Żabce w Białej Rawskiej, która miała być czynna od 6 wita mnie kartka na drzwiach że w niedzielę otwarte od 11, więc stanąłem kawałek dalej na przystanku, jedząc zimnego hamburgera z Maca, jaki mi jeszcze został. Nowe Miasto trasa mijała bokiem, wiec na zakupy stanąłem w Woli Klwowskiej, tam znowu z 15min zmarnowałem na próbę wymiany klocka hamulcowego, który wydawał się zjechany, ale okazało się, że był tylko zalany ciemną mazią. Więc klocka nie wymieniłem, za to usmarowałem się ową lepiącą mazią dokumentnie ;)

Kolejna większa miejscowość na trasie to była Przysucha - taka nazwa zobowiązuje, więc mniej więcej od tego miejsca drogi wreszcie zaczęły przysychać i na dobre skończyły się problemy z deszczem (choć dalej mocno pochmurno). Za to wiatr, który miał wg prognoz pomagać zrobił się całkiem mocny, ale często wiał bardziej z zachodu, więc więcej szkodził niż pomagał, sporo więcej zyskali na nim zawodnicy jadący parę godzin z tyłu, bo na kawałku z Płocka do Białej Rawskiej sporo się jechało na wschód. Za Przysuchą jedyna większa wpadka z planowaniem trasy maratonu - z 15km kawałek przez Huciska fatalny asfaltowo, długi, leciutko nachylony podjazd 1-2%, łata na łacie; stara wersja przez Chlewiska i Hutę była o wiele ciekawsza kolarsko (fajne górki) i sporo lepsza asfaltowo. Natomiast dalej na odcinku Odrowąż - Samsonów bardzo fajne interwałowe ścianki i szybkie zjazdy. W rejonie Chęcin nieznany mi kawałek, ciekawy widokowo przejazd dookoła kopalni Miedzianka. W Chęcinach dłuższy postój na stacji Slovnaftu, a w samym miasteczku spotykam Maćka Kordasa, który swoim zwyczajem miał kawałek wcześniej ok. 3h odpoczynek w agroturystyce i z nowymi siłami ruszył dalej. Mnie za to zaczął łapać coraz większy kryzys, zmęczenie już bardzo duże, a głowa cały czas wstawia projekcje wygodnego odpoczynku ;))

Maciek pojechał więc szybciej do przodu, a ja coraz mocniej zamulałem, nawet postoje robiłem i widząc swój stan już praktycznie podjąłem decyzję o wzięciu noclegu w Pińczowie, w końcu to było już 780km - więc wstydu nie ma ;). Kawałek do Pińczowa bardzo fajny, płaskie i zielone tereny Ponidzia, z szeroką perspektywą widokową - to spowodowało, że jakimś cudem nagle odżyłem i postanowiłem spróbować dociągnąć nad Wisłę i tam zobaczyć jak będzie. W Pińczowie stanąłem więc jedynie na stacji na zakupy i ruszyłem dalej, w międzyczasie zrobiło się już ciemno. Tempo miałem dalej niespecjalne, ale psychicznie jakoś odżyłem. W okolicach 22 dojechałem na stację w Koszycach, tutaj zrobiłem jedynie krótki postój zaopatrzeniowy, w międzyczasie dojechał Radek Wierzbiński, ale on stawał tu trochę dłużej na większe jedzenie, ja pociągnąłem dalej. 

Ostatni płaski kawałek, czyli ok. 20km do DK94 (taka umowna granica płaskiego i pasa pogórzy) idzie mi bardzo drętwo, cały czas jedzie się po wiochach, brakuje takiej fajnej pustki jak na Ponidziu; a przede wszystkim dochodziło już zamulenie drugą nocą jazdy, paradoksalnie już nie mogłem się doczekać gór, bo te wybijają z monotonii. I tak rzeczywiście było, od razu pierwszy podjazd za Brzeźnicą dał zdrowo popalić, odcinek z nachyleniami 15% po jakiś fatalnych dziurach, nawet szutru był kawałek. Fajnie prezentował się Nowy Wiśnicz nocą, elegancki rynek z pomnikiem założyciela miasta, Stanisława Lubomirskiego, zwycięzcy spod Chocimia. Na szczycie kolejnej górki przed Lipnicą krótki odpoczynek na przystanku, a akurat jak już ruszałem to nadjechali Radek Wierzbiński i Krzysztof Ulbricht. Wszyscy mieliśmy zbliżone tempo. więc kolejny kawałek jechaliśmy razem lub w bliskim zasięgu. A kolejne podjazdy od razu nam pokazały, ze tegoroczny górski odcinek MPP bynajmniej nie ustępuje stopniem trudności zeszłorocznemu (z Wielką Trójką, czyli Makowską, Obidową i Gliczarowem), niemal każdy podjazd ma tu sekcje grubo ponad 10%. Przed Limanową wjeżdżamy już na ponad 500m, a kawałek przed miastem robimy ostatni popas na Orlenie w Laskowej.

Ze 2-3km dalej na równej drodze łapię kapcia, prawdopodobnie efekt jazdy po sfrezowanych remontowanych odcinkach, których było kilka wcześniej. Chłopaki pojechali, bo ich pomoc i tak by nic nie zmieniła, a ja ze zdjętą z roweru lampką w zębach wziąłem się za naprawę. Kapeć był w tylnym karbonowym kole, na które opona wchodziła z dużym oporem, więc wymiana była ryzykowna, do tego nie byłem w stanie znaleźć dziury w przebitej dętce, więc i ustalić czy jakaś drobinka nie została w oponie. Na szczęście udało się to poprawnie naprawić i po 20min ruszyłem dalej, choć już do końca trasy miałem schizę na tym tle i każde drobne kamyczki czy nierówności pod tylnym kołem wywoływały odczucie jakby mi to koło coś miękło ;))

Limanowa puściutka (to duży bonus w porównaniu z jazdą tego kawałka dniem), na ciężkim podjeździe za miastem nieoczekiwanie doganiam chłopaków, okazało się, że ich zmuliło i stanęli na przystanku. Ja o dziwo pod względem snu trzymam się bardzo przyzwoicie, dużo tu pomogła jazda w grupie, gdzie zawsze można pogadać, także i bardzo ciężkie podjazdy skutecznie wyrywają z zamulenia, do tego noc jest jasna, mocno świeci księżyc bliski pełni, chmury są tylko na części nieba. Robi się przez to oczywiście zimniej, ale dramatu nie ma, najzimniej było w okolicach 6 stopni. Za Limanową zaczyna się najcięższy odcinek maratonu, bardzo wymagające piły Beskidu Wyspowego, nachylenia pod 15% występują regularnie, a prawdziwą wisienką na torcie jest podjazd pod Krzyż, czyli Młyńczyska. Już dojazd jest solidny, a potem następuje długa prosta z nachyleniem 23% (sporo trudniejsze od Gliczarowa), wciągnąłem to już na ostatnich nogach, na szczycie, ze dwie minuty stałem oparty o kierownicę, łapiąc oddech i czekając na chłopaków, którzy woleli już odpuścić tę rzeźnię. Przypomniało mi się jednocześnie, że był to fragment segmentu z RTP (tego covidowego), który w ramach przygotowań do wyścigu sobie przejechałem.

Także i kolejne dwie ścianki do Kamienicy trzymały solidny poziom, tutaj wreszcie zaczęło świtać, ostatnią rzeźnię MPP, czyli Wierch Młynne pokonujemy już za światła dziennego, choć problemem były samochody jadące z naprzeciwka na bardzo wąskiej drodze, ale udało się wciągnąć bez stawania. Na zjeździe miła niespodzianka - wyremontowali drogę do Ochotnicy, dzięki temu zjazd jest bardzo przyjemny, bo i widoki ekstra. Jako regeneracja po tych przeprawach czeka nas łagodny i ciągnący się w nieskończoność podjazd na Knurowską, kawałek przed szczytem doganiamy już mocno skatowanego Maćka Blimela, któremu nizinna kaseta 28 nieźle dała popalić w górach, nabawił się też bardzo bolesnej kontuzji pleców. Na zjeździe otwiera się szeroki widok na Podhale, Tatry niestety jeszcze w chmurach, ale za to mamy ekstra widoczek na jezioro Czorsztyńskie.


Tutaj trochę zamarudziłem próbując przywrócić do życia mój tracker, bo otrzymałem SMS, że znikłem z monitoringu, straciłem na to parę minut. Radek jechał spokojniej, ale gdy się spotkaliśmy w rejonie Dursztyna okazało się, że Krzysiek Ulbricht uciekł z naszego peletoniku i ruszył już mocno na metę - więc zagrała ambicja i rozpoczęliśmy pogoń ;). Po pokonaniu Łapszy mocnym tempem udało się dogonić Krzyśka na skręcie na Czarną Górę. Dziurawy odcinek dojazdowy wykorzystaliśmy na złapanie oddechu, po czym poszliśmy za ciosem i 14% ścianę na Czarną Górę pojechaliśmy już w trupa, Krzysiek nie utrzymał naszego tempa.

To ściganie na samej końcówce dało nam sporo adrenaliny i pozwoliło skutecznie zwalczyć zamulenie. Pozostał nam jeszcze ciężki podjazd w Brzegach, później już łatwiejsze 3km na Głodówkę - i meldujemy się na mecie na 7 pozycji z czasem 48h40min!


Maraton dla mnie bardzo udany - udało się uzyskać najlepszą pozycję z wszystkich moich startów w MPP i po raz pierwszy znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Udało się to dzięki nadspodziewanie dobremu przetrzymaniu dwóch pełnych nocy na rowerze, dotąd na MPP tylko raz udało mi się dokonać tej sztuki, ale wtedy trasa była krótsza o 80km i sporo łatwiejsza, a pogoda dużo lepsza, na metę dojechałem coś po 3 w nocy, ale muliło mnie na trasie potężnie. A tym razem ta druga noc przeszła w sumie bez mocnego kryzysu sennego, dzięki czemu można było dość sprawnie jechać, nie zamulając po przystankach. Też i jazda w grupie drugą nocą, z Radkiem i Krzyśkiem znacznie tu pomogła - podziękowania dla chłopaków za wspólną jazdę i emocjonującą końcówkę. Żeby nie ten kapeć - to kto wie, może 48h udałoby się złamać, bo 20min poleciało na naprawę, a jak byłby cel te 20min można by urwać na tras; ale w tegorocznej edycji 48h to była wysoko zawieszona poprzeczka.

Sumarycznie oceniając - maraton bardzo wymagający, imprezę ukończyło jedynie 63 ze 100 startujących zawodników, to dobrze pokazuje, że MPP ciągle trzyma wysoki poziom. Skala trudności imprezy na która składają się wymagająca wrześniowa pogoda (zimno i nierzadko opady) + długi dystans w połączeniu z bardzo soczystą górską końcówką powodują, że to jedna z trudniejszych imprez ultra w Polsce. Ale jest to jednocześnie kawał przygody, właśnie trudność tego maratonu, w zestawieniu z malowniczą trasą przez całą Polskę, z Helu aż po same Tatry powoduje, że satysfakcja na mecie jest ogromna. Trasa maratonu w tym roku była niemal idealna asfaltowo, słabych odcinków było bardzo niewiele, jedynie z 15km pod Przysuchą i trochę na Pogórzu Wielickim, jak na tej długości trasę było idealnie (pod tym kątem była to najlepsza edycja MPP) i co ważne deszczowa noc wypadła na odcinku bardzo przyzwoitym asfaltowo. 

Pogoda w tym roku zawiesiła wysoko poprzeczkę zawodnikom, było zimno (najwyższa temperatura jaką zanotowałem na trasie to 14'C), padać zaczęło pierwszego dnia po południu i opady utrzymywały się mniej więcej do połowy drugiego dnia. Na szczęście w większości były to opady umiarkowane, niemniej jak widać po liczbie wycofów połączenie deszczu i niskiej temperatury okazało się mocno selektywne. Za to w nagrodę za warunki na trasie maratonu - we wtorek była elegancka pogoda, rankiem widokowa żyleta, więc powrót rowerem do Krakowa był czystą przyjemnością.


Zdjęcia z maratonu

Dane wycieczki: DST: 1018.90 km AVS: 23.79 km/h ALT: 8113 m MAX: 59.60 km/h Temp:11.0 'C
Sobota, 6 sierpnia 2022Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon Exceed 2022, Ultramaraton
Poland Gravel Race 2022

Trasę PGR po raz pierwszy miałem okazję jechać w 2020 roku, ale wówczas była to jazda nieoficjalna, zdecydowanie bardziej turystyczna - tak żeby ograniczyć do minimum jazdę nocą i nie tracić pięknych widoków. Trasa mi się zdecydowanie spodobała i postanowiłem na nią wrócić tak by pojechać bardziej sportowo i na optymalniejszym pod ten typ wyścigu rowerze (HT zamiast fulla, na którym jechałem 2 lata temu). Moim planem sportowym na imprezę jest próba zejścia poniżej 40h, co oznacza jazdę non-stop, bez spania; plan ambitny, ale w przypadku dobrej jazdy do osiągniecia.

Tuż przed startem wyścigu tradycyjnie upał, dojazd koleją z przesiadką w Łańcucie, gdzie już było widać jakie opóźnienia łapią pociągi jadące z Krakowa.


W naszym przypadku kilku osób jadących rano z Warszawy jeszcze nie było źle, opóźnienie rzędu 1h, ale ludzie dojeżdżający wieczorem mieli już ponad 4h w plecy, Byczys dojechał coś koło 2 w nocy i jak pamiętam nocował gdzieś w parku ;). Ale to jest właśnie cała "otoczka" przedwyścigowa, można oczywiście dojechać wygodnie samochodem, ale traci się w ten sposób niepowtarzalny klimat, bo PKP nawet największych weteranów podróży koleją jest w stanie czymś nowym zaskoczyć :)). W Przemyślu odbieram pakiet, później razem z Krzyśkiem Dąbrowskim idziemy zatankować do pełna kalorie przed jutrzejszą trasą, pizza XL robi robotę. 


Jak to tradycyjnie na PGR - upał jest niewąski, podobna pogoda zapowiada się na jutro i budzi nasze spore obawy, bo trasa jest wystarczająco wymagająca i bez tego co doda od siebie pogoda. Spałem powiedzmy tak sobie (ze względu na upał w pokoju), ale pomimo że startuję w jednej z ostatnich grup wstałem wcześniej i już trochę po 7 byłem na starcie by poobserwować starty innych zawodników i spotkać iluś znajomych z tras ultra; bo ten start z urokliwego centrum Przemyśla ma w sobie dużo uroku. Też zawsze na mnie robi wrażenie kontrast pomiędzy czyściutkimi zawodnikami i idealnie wypucowanymi rowerami na starcie w porównaniu do tego co będzie za 24h :)).


Czas na starcie przyjemnie mija, aż nadchodzi 8.25 i startuje moja grupka. Tradycyjnie PGR zaczyna ostry podjazd uliczkami Przemyśla, podjazd który od razu oddziela chłopców od mężczyzn, bo nie brakuje takich co już na dzień dobry muszą wpychać ;). Na szczycie spotykam kibicującego zawodnikom Waldka Chodania (tym razem sam nie jedzie), a kawałek dalej zaczyna się szuter, na którym jacyś pechowcy już łatają kapcia. Z mojej grupki startowej zostaliśmy na szczycie we dwóch, ale Stefan Wu, jadący w białym stroju był ode mnie mocniejszy, więc szybko odpuściłem by jechać własnym tempem, bo przy tym upale zarżnąć można się bardzo szybko. Pierwsza setka jest najbardziej górzysta na całym PGR, podjazdów jest całe multum. Ale na początku trasy wchodzą jak bułki paryskie, a morale jest bardzo wysokie. Startując pod sam koniec stawki mijam wielu zawodników z wcześniejszych grupek i ma to sporo uroku - można chwilę pogadać i cały czas coś się dzieje, niemal ciągle widać kogoś na horyzoncie. Pierwszą część maratonu kończy bardzo szybki i widokowy zjazd przez Gruszową, dojeżdża się do doliny Wiaru, który za parę kilometrów przekraczamy brodem. Widać od razu, że w tym roku poziom wody jest niski, długi okres suszy zrobił swoje, ale dzięki temu dalej mam suche buty.

Za brodem długa seria podjazdów, najpierw szutrem, a później już asfaltem do Arłamowa, tutaj mijam pierwszą znajomą, czyli Marzenę Szymańską startującą ponad godzinę przede mną, jadąc zaledwie 2h odrobiłem już godzinę, ale Marzena bagażu jak zwykle wzięła ze 3 razy tyle co ja, próbowałem ją przekonywać na tylu wspólnych maratonach; ale ni prośbą ni groźbą z Kota się ultralajtowca nie da zrobić ;)). Za Arłamowem ekstra zjazd tuż przy samej ukraińskiej  granicy, jeden z najładniejszych kawałków PGR, zupełnie odludzie. Po tym dobrze znany z MRDP wymagający szosowy podjazd do Kwaszeniny, na którym słońce pali do żywego (są już 32-33 stopnie). Niektórzy zawodnicy już przeginają jadąc lewą stroną drogi by się załapać na trochę cienia; jak jest widoczność to jeszcze można tak jechać, ale przed szczytem wzniesienia to już ryzykowna zabawa, też trochę głupia sytuacja gdy wyprzedzam taką osobę jadącą po lewej stronie, a między nami samochód i słusznie zirytowany kierowca .Za Jureczkową seria 3 podjazdów po takim "bywszym" asfalcie, ale fajnie bo sporo cienia, z tego odcinka wylatuje się na szosę do Ropienki, gdzie od razu po zakręcie warto wrzucić najlżejszy bieg, bo wita nas rzeźnicka 14% ściana. Zjazd na drugą stronę góry atomowy, wyciągam 77,9km/h, cięższe osoby spokojnie są tu w stanie złamać 8 dyszek; na góralu z szerokimi oponami i świetnymi hamulcami przy takich prędkościach czuję się sporo stabilnej niż na rowerze szosowym.

Kawałek dalej spotykam Krzyśka, który bardzo sprawnie i rozsądnie jedzie, nie podpalił się jak sporo osób do mocnego szarżowania na początku imprezy, tylko mądrze gospodaruje siłami, wiedząc, że ze słońcem nie ma żartów. Pojechaliśmy parę kilometrów razem, m.in. świetny szutrowy zjazd na którym daje się przekroczyć 60km/h. Po przekroczeniu krajówki do Krościenka niespodziewanie spotykam mocnego Tomka Wyciszczaka w stroju MPP, który nie przepada za jazdą w takie upały, ale to zawodnik z kategorii tych co w każdych warunkach dadzą sobie radę ;)). Na postój staję dopiero w Czarnej na 100km, czuć już duże zmęczenie, na takiej trasie kilometry zupełnie inaczej się liczy niż na szosie, a na tej setce było ponad 2000m w pionie, do tego słońce już tak od 11 skutecznie niszczy. Właśnie ze względu na pogodę zdecydowałem się na jazdę z izotonikami (na które była zniżka dla uczestników PGR), choć normalnie zdecydowanie preferuję jazdę na czystej wodzie.

Zakupiłem wodę, odpocząłem trochę (spotkałem też Byczysa, który planował coś zjeść w knajpie) i po 20min ruszyłem dalej. Za Czarną jest jeden łatwiejszy i dwa wymagające podjazdy, w tym jeden długo się ciągnący i wjeżdżający na blisko 800m daje zdrowo w kość. Zjazd kamienisty, ze sporą liczbą przepustów odprowadzających wodę, które to przepusty zbierały spore żniwo kapci, na tym odcinku spotkałem parę osób robiących gumy, w tym Górala Nizinnego, jadącego na swoim trekingu, na oponach 32mm z przodu i 35mm z tyłu ;)). Góral miał spore problemy, już drugą gumę złapał i do tego uszkodził zapasową dętkę przy wentylu, jak pamiętam musiał kupować dętki od spotkanych turystów, ale rozmiar nie do końca pasował, więc miał z tym nie lada zabawę. Na takich właśnie odcinkach rower MTB zyskuje, ja mogłem jechać dość szybko, choć na przepustach i na góralu da się załatwić oponę. Na drugim podjeździe spotykam Marka Matulewicza z Białegostoku, z którym jechaliśmy pociągiem z Warszawy, wspólnie zaliczamy wymagający podjazd i dojeżdżamy do Kalnicy, gdzie jak większość zawodników stajemy na zakupy, bo sklepów to na tej trasie wielu nie ma. W Kalnicy też robię popas ze 20min, pod sklepem nie brakuje zawodników z PGR i ciągle dojeżdżają nowi. Część zatrzymuje się na obiad w Smereku, bo jest tam kilka knajpek, a pora w sam raz na obiad, bo jest już godzina 17.

Ale ja nie planowałem tutaj postoju obiadowego, więc jadę dalej - za Kalnicą jest długi odcinek jazdy dość łatwymi stokówkami, na tym etapie wyścigu mam już izotoników serdecznie dosyć, usta całe zalepione i już zaczynają piec od kwaskowatego smaku izo, a czara goryczy się przelała, gdy jadłem żela i opakowanie od niego się przedziurawiło, w efekcie czego zalepiłem całe ręce, od rąk kierownicę, a nie miałem czystej wody by to doprowadzić do porządku. Kolejny mój eksperyment z izotonikami na trasie ultramaratonu zakończył się więc (jak zawsze!) spektakularną porażką, miałem już tego po dziurki w nosie. Wiele osób nie ma z tym problemu i powszechnie stosuje to na takich maratonach, w moim przypadku nie sprawdza się to zupełnie, po kilkunastu godzinach jazdy nie mogę już na to patrzeć. W międzyczasie dostałem informację, że Krzychu miał sporo większe problemy - na tych zjazdach nad Sanem przeciął oponę na przepuście i rozszczelnił mu się system bezdętkowy, przecięcie było przy samym rancie, wiec nie do załatania. Dętka jaką miał w zapasie okazała się wadliwa, więc Krzysiek miał nie lada problem; jak się okazało nawet tubelessowe opony MTB da się rozwalić na trasie PGR. 

Za Cisną jest odcinek łatwego asfaltu w stronę przełęczy nad Roztokami (którą pokonywałem w tym roku na RTP), potem solidny podjazd, na tym kawałku bardzo zależało mi by dojechać do pierwszego z trzech odcinków specjalnych pod Balnicą (po nasypie bieszczadzkiej kolejki wąskotorowej) jeszcze za dnia - i to się udało. Nastawiony byłem na pchanie, ale ku mojemu zdziwieniu dało się cały odcinek przejechać, tylko kilka razy musiałem przenieść rower z boku nasypu na środek torów i vice versa. Niemniej ten krótki kawałek solidnie zmasakrował mi będące dotąd w dobrym stanie siedzenie, które czułem potem ładnych parę godzin, bo jazda po podkładach kolejowych nie należy do specjalnie wygodnych. Ale coś za coś, frajda pokonania tego odcinka w siodle była warta trochę niedogodności. Zmierzchać zaczyna na długim podjeździe na przełęcz Żebrak, tak więc do słynnych czterech brodów na Osławie docieram już po ciemku. Jazda tutaj po zmroku miała sporo uroku, bałem się że zamoczę buty i całą noc będę musiał jechać z mokrymi stopami, ale okazało się, że poziom wody w Osławie jest na tyle niski, że dało radę przejechać ten kawałek suchą stopą. 

Za brodami krótka soczysta ścianka i docieram do Komańczy, gdzie witają mnie rytmy disco-polo ;). Spotykam tutaj lotny serwis mechanika rowerowego z Krosna, który pomógł wielu zawodnikom PGR, nawet dzwoniłem do Krzyśka by go o tym poinformować, ale okazało się, że Krzysiek ma już zupełną masakrę z rowerem. Udało mu się dostać od jednego z zawodników dętkę, ale to była węższa dętka od gravela i nie bardzo się komponowała z oponą MTB do tego jeszcze uszkodzoną na rancie. Złapał kolejną gumę, załatać tego sensownie się nie dało, bo klej wulkanizacyjny nie chwytał ubabranej w uszczelniaczu dętki, tak więc Krzysiek musiał jechać na prawie flaku, co chwilę to dopompowując, niemal cały czas na stojaka - jednym słowem męka nie jazda. Do Cisnej udało mu się w ten sposób doturlać dopiero koło 23 i już miał wszystkiego serdecznie dosyć, bo sprzęt odebrał całą przyjemność z jazdy, a też i jazda turystyczna tylko na ukończenie nie bardzo go interesowała, więc zdecydował się na wycof.

W Komańczy robię popas na przystanku, izotonikiem mam już solidnie wypalone usta i mam go tak dosyć, że żeby mnie nie kusiło zostawiam cały pozostały zapas (obliczony na całą trasę) na przystanku, może się przydał któremuś z innych zawodników, nawet daje się torebki z moim izo zauważyć na filmie Przemyslava, który kimał na tym samym przystanku :))
https://youtu.be/lbb0Rc-kJBc?t=2407

Za Komańczą zmienia się wyraźnie pogoda, już pod koniec dnia zrobiło się pochmurno, a teraz robi się zimno i przede wszystkim zaczyna wiać zimny wiatr z północy. A tak się akurat układało, że za Komańczą trasa PGR prowadzi dużo na północ, więc wiatr skutecznie niszczył, a wkrótce musiałem założyć wszystkie ubrania jakie miałem, z buffem i czapką zimową włącznie. Generalnie trasa na tym odcinku jest niezła na nocną jazdę, bo jest tu spory procent asfaltów, ale przez ten wiatr zupełnie nie szła mi jazda i zacząłem siadać psychicznie, nawet zrobiłem postój na przystanku, w sumie nie wiadomo po co, bo aż tak to mnie nie muliło. Kawałek dalej gdy coś poprawiałem w rowerze dogonił mnie Tomek Wyciszczak i kawałek pojechaliśmy wspólnie, rozmową wybijając się z monotonii nocnej jazdy. Za Wisłoczkiem ostry podjazd szutrowy - tutaj jest największy ból, że jedziemy nocą, bo widoki z tego podjazdu na masyw Chyrowej to ekstraklasa na PGR, taki można powiedzieć znak firmowy Beskidu Niskiego. Jeszcze kilka ścianek i w okolicach 2.30 docieram do Dukli i zjeżdżam na Orlen, chwilę po mnie dociera Tomek. Tu już zmęczenie było duże, ale pozbyłem się wreszcie tego nieszczęsnego izotonika zamieniając go na wodę, niemniej już do końca trasy camelback trzymał jego posmak ;)).

Po ponad pół godzinie ruszam dalej, ale kryzys dalej trzyma, wiatr cały czas zdecydowanie przeszkadza, generalnie jakoś nie idzie ta jazda. Robię dwa postoje bez większego sensu na takie próby odmulenia, w tym jeden pod zabytkowym drewnianym kościółkiem w Chyrowej (kiedyś cerkwią), w międzyczasie dojeżdża Tomek, chwilę dalej się zjeżdżamy i wspólnie jedziemy spory kawałek - i to najlepiej wyrwało mnie z tego kryzysu, a w Krempnej wreszcie zaczęło świtać. do tego trasa maratonu skręciła na południe i wiatr zrobił się korzystniejszy. Z Wyciorem zawsze się fajnie jedzie, można się sporo nauczyć, bo Tomek ma mnóstwo świetnych patentów, tym razem uratował mnie dając mi spray na ból gardła, bo przez ten zimny wiatr przez całą noc już zaczynałem mieć problemy z oddychaniem.

Jak to często bywa - wraz ze świtem wraca motywacja i pojawiają się nowe siły. Z Tomkiem rozjeżdżamy się w rejonie Wyszowatki, ten kawałek też bardzo klimatyczny, taka kwintesencja Beskidu Niskiego, czyli chwilowe przeniesienie się 50 lat w tył. Trasa PGR prowadzi między innymi obok byłego PGR-u (jakby to zabawnie nie zabrzmiało ;)), a ów klimat najlepiej podkreśla wielkie stado krów blokujące całą drogę, trzeba było nieźle kombinować by przez nie przejechać, niestety tego co zostawiły na drodze już się nie dało ominąć i opony były całe w krowich plackach ;)). Kawałek dalej drugi OS - Hawrań, czyli singielki w lesie, z solidnymi podjazdami, dwa lata temu tutaj fragmentami musiałem prowadzić, ale w tym roku było bardziej sucho, a i rower lepszy na taką trasę i udało się w całości wjechać, choć podjazdy już tak na granicy równowagi. Z OS-u wylatuje się na urokliwą przełęcz Małastowską, tutaj zaczyna się można powiedzieć "zagłębie podjazdów" ciągnące się aż do Krynicy. Prawie nie ma płaskich odcinków, z jednej ściany wlatuje się w drugą, a im bliżej do Krynicy tym bardziej wymagające się te ściany robią, z kulminacją na wyjeździe z Wysowej, gdzie trzeba pokonać 19% piłę, na szczęście na asfalcie. Ale najcięższy na tym kawałku jest kolejny podjazd za Ropkami, bo tam jedzie się mocno nachyloną drogą z kamulcami i koleinami, znowu na granicy równowagi, ale udało się to wciągnąć. 

Za tą ścianą od Krynicy oddzielają mnie już dwa podjazdy - Izby, czyli chamskie płyty betonowe, w paru miejscach z wystającymi zbrojeniami (oponę da się na tym załatwić jak się nie uważa) oraz ładny widokowo ostry podjazd szosowy z Mochnaczki. Po wjeździe na szczyt wreszcie dostajemy zasłużony odcinek wypoczynkowy - ponad 15km jazdy w dół, najpierw szybki zjazd do Krynicy, później łagodnie niebrzydką ścieżką rowerową przez Krynicę aż do Muszyny. Do Krynicy docieram w okolicach godziny 11, powoli zaczyna się robić pogoda, bo pierwsza część dnia była dość ponura i chłodna jak na sierpień, teraz wychodzi słońce i robi się koło 20 stopni, niemniej zimny wiatr cały czas wieje. W Krynicy spotykam Stefana Wu, który ruszał z mojej grupy startowej, okazało się, że wyładowała mu się bateria w Di2, a jako, że nie zabrał ładowarki to miał z tym duży problem, ale w Krynicy udało mu się to podładować. Moja bateria w sramowskim Etapie wytrzymała ok. 360km tej trasy, co było wynikiem sporo lepszym niż oczekiwałem i niż notowałem na tegorocznej wyprawie, bo system bezprzewodowy jednak zżera baterię sporo szybciej niż przewodowe Di2; na wszelki wypadek miałem 2 baterie zapasowe, ale wystarczyła tylko jedna.

W Krynicy długo oczekiwany popas na Orlenie. Tutaj to jest stacja na pełnym wypasie - kanapy, ładowarki, szeroki wybór w menu, a nie takie dziadostwo jak było w Dukli, gdzie trzeba było siedzieć na betonie na chłodzie. Zjadłem dobrego hamburgera, zregenerowałem się jako-tako i ruszyłem na dalszą trasę do Muszyny. Pogoda elegancka, zrobiło się ponad 20 stopni, więc przed początkiem podjazdu na Wierchomlę przebrałem się na krótko. Ale skręcając na Wierchomlę trasa robi zakręt równo na północ - i natychmiast zaczął mnie wywiewać zimny wiatr. Pierwsza część podjazdu to łagodnie nachylony asfalt na którym wiatr mnie strasznie niszczył, jak już dobiłem wreszcie do terenu to musiałem się znowu przebrać na długo, tak byłem przemarznięty. Od Krynicy trasa zmienia charakter - stosunkowo krótkie i ostre podjazdy interwałowe zastępują długie góry, ale po których następują równie długie zjazdy. Pierwszy to Wierchomla, gdzie wjeżdża się na ponad 900m (z 450m), generalnie podjazd łatwy, jedynie w samej końcówce trzeba mocniej depnąć. Z Wierchomli chyba najdłuższy odcinek wypoczynkowy na całym PGR - do kolejnego podjazdu czeka aż 25km. Najpierw szybki zjazd, a następnie przyjemna jazda doliną Popradu do Rytra. Na tym odcinku spotykam poznanego na RTP Wojtka Bystrzyckiego, który kręcił po okolicy i czekał na jadącego kawałeczek za mną Karola Kamyczka z Poznania. Przejechaliśmy przyjemnie rozmawiając z 10km, po czym Wojtek zawrócił by spotkać Karola. 

W Rytrze zatankowałem wodę i już się szykowałem psychicznie na największą rzeźnię PGR, czyli podjazd na przełęcz Żłobki. Podjazd niszczy zarówno długością (prawie 800m w pionie) jak i nachyleniem (druga połowa trzyma większość czasu w okolicach 10-12%, z maksami w okolicach 16-17%). Dało w kość niewąsko, ponad godzina niezłej orki, ale wjechałem dość sprawnie; na szczycie wita szeroki widok i perspektywa 20km zjazdu do Szczawnicy ;)). Na zjeździe w pewnym momencie trafia się leżące w poprzek drogi duże drzewo - za dnia to nie problem, ale w nocy można się nieźle załatwić na czymś takim, nie wiem co za mózgi pracujące przy wycince coś takiego mogły zrobić, organizatorzy gdy się o tym dowiedzieli od pierwszych zawodników wysyłali sms do będących przed tym miejscem zawodników. Rejon Szczawnicy i Krościenka w niedzielne słoneczne popołudnie w sierpniu - kto był ten wie czego można się spodziewać, taki doskonały kontrast w porównaniu z wieloma kilometrami pustki przez jakie prowadzi PGR. A trasa idzie tu głównie ścieżkami rowerowymi, które napchane są po brzegi pieszymi oraz rekreacyjnie jadącymi rowerzystami, czy dzieciakami potrafiącymi nagle zakręcić na drugą stronę ścieżki . Z ulgą osiągam Orlen w Krościenku, gdzie robię krótki popas. 

Kolejnego odcinka trasy nie znałem, bo w 2020 PGR prowadził przełomem Dunajca i dalej asfaltami przez Słowację. Kawałek okazał się eleganckim, moim zdaniem trasa sporo lepsza niż stary wariant, bo przełom Dunajca choć piękny jest w sierpniu nabity ludźmi niemożebnie. A tutaj mamy spokojne asfalty w rejonie Grywałdu, następnie soczysty podjazd po solidnych kamulcach na zbocza góry Wdżar, gdzie znajduje się mała stacja narciarska. Ten terenowy odcinek widokowo ekstraklasa, kapitalnie widać jezioro Czorsztyńskie, też przyjemny i szybki szutrowy zjazd. Spod stacji narciarskiej zjeżdżam nad jezioro Czorsztyńskie i tam wjeżdżam na profesjonalnie wykonaną asfaltową drogę rowerową poprowadzoną samym brzegiem jeziora. Wydawało mi się, że to będzie łatwizna, ale kawałek pomimo, że generalnie płaski to jest bardzo interwałowy, bo jest tu mnóstwo ostrych zakrętów przy których trzeba mocno wyhamowywać, do tego i rowerzystów tłumy, więc podobnie jest przy wyprzedzaniu. A po prawie 500km typowo górskiej trasy w nogach takie interwały dają popalić.

Zmęczenie czuję już więc bardzo mocne, za jeziorem Czorsztyńskim na fajnym szutrowym kawałku na jakieś 10min stanąłem odpocząć. Na postoju zorientowałem się, ze wodę mam już na wykończeniu, myślałem, że na Podhalu nie będzie problemu z zakupem, a tu się okazało, że w Nowej Białej i Krempachach o 18.30 w niedzielę wszystkie sklepy są już pozamykane, a do większych Łapszy to już nie było szans się wyrobić przed 19. Za Krempachami piękny odcinek Szlakiem Wokół Tatr do Dursztyna, a następnie ostatni OS Grandeus z pięknym podjazdem zielonymi halami, przy dobrej widoczności pięknie widać stąd Tatry. Zjazd ze sporą ilością kolein, przy mokrej pogodzie byłoby tu ciężko, ale na szczęście jest sucho, a przy końcu zjazdu szczęście się do mnie uśmiechnęło - znajduję czynną bacówkę, gdzie udało mi się kupić wodę, bo bardzo górska końcówka bez wody zupełnie mi się nie uśmiechała. W międzyczasie minął mnie Karol Kamyczek, którego doganiam kawałek dalej i rozmawiając wspólnie pokonujemy Łapszankę, na której już powoli zaczyna zmierzchać. Ale końcówka to już same asfalty, więc nie stanowi to problemu. Po Łapszance czeka nas jeszcze jeden duży podjazd, czyli ciężkie Brzegi i już łatwiejsza końcówka na Głodówkę. Czując już zew mety docisnąłem mocniej i na Głodówce melduję się o 20.45, z łącznym czasem 36h20min, co dało 16 miejsce na 281 zawodników, którzy stanęli na starcie.

.
Podsumowanie

Satysfakcja z ukończenia wielka, udało się zrealizować sportowy plan pokonania trasy PGR poniżej 40h i to z dużą nawiązką, przy optymalniejszej jeździe i mniejszej liczbie postojów nawet złamanie 35h byłoby realne, nie spodziewałem się, że to aż tak dobrze pójdzie. Do tego pierwszy raz w życiu przejechałem longiem (bez spania) trasę o przewyższeniu ponad 10 000m, to już się w nogach mocno czuje, na drugi dzień ledwo łaziłem ;)). Ale przede wszystkim ta trasa dała mi wielką frajdę, całość udało się przejechać bez żadnego pchania; to jest po prostu kawał przygody, niezależnie od tego na jaki czas jedziemy. I to jest wielka zaleta PGR - że ta trasa jest naprawdę przejezdna, w przeciwieństwie do niejednej imprezy gravelowej, gdzie z tym różnie bywa, tutaj ten flow z jazdy jest naprawdę duży. Organizatorzy nie wpakowują na siłę niepotrzebnych terenowych odcinków, które na gravelu byłyby dla większości nieprzejezdne - dzięki temu jazda tej trasy daje mnóstwo frajdy i z chęcią na PGR wrócę, bo bardzo lubię te tereny.

Trasa pozwala zobaczyć spory wycinek polskich Beskidów, w tym wiele urokliwych szutrowych odcinków. Osobiście jechałem na rowerze MTB - bo po pierwsze nie mam gravela, a po drugie rower MTB daje mi większy fun na zjazdach i ogólnie komfort, tu się nie trzeba ograniczać. A i na podjazdach zakres miękkich biegów bardzo się przydaje, bo ostrych ścianek nie brakuje. Rower gravelowy IMO będzie na takiej trasie niewątpliwie szybszy ze względu na znaczący procent asfaltów, ale kosztem mniejszego komfortu w terenie i możliwości zjazdowych, po przejechaniu tej trasy wydaje mi się, że najoptymalniejszym sprzętem na PGR jest gravel z szerokimi oponami i nieco zmodyfikowanym napędem.

Klika zdjęć (ze startu i mety, bo w czasie jazdy nie fotografowałem)




Dane wycieczki: DST: 545.80 km AVS: 17.72 km/h ALT: 10216 m MAX: 77.90 km/h Temp:19.0 'C
Sobota, 11 września 2021Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2021, Ultramaraton
Maraton Północ - Południe 2021

Mój tegoroczny start w MPP stał pod dużym znakiem zapytania, bo ukończony ledwie niecałe 2 tygodnie wcześniej MRDP kosztował sporo zdrowia, przede wszystkim problemem były solidnie zdrętwiałe dłonie, choć i mięśniowo wiadomo, że pełnej "świeżości w kroku" (słynny komentarz o biegu Ireny Szewińskiej) nie było... Ale prognozy na MPP były bardzo zachęcające, wyglądało, że będzie głównie słonecznie - a to coś czego na MRDP zdecydowanie zabrakło i odebrało sporo frajdy z jazdy. A że ten maraton i jego klimat (jazda znad Bałtyku w Tatry) bardzo lubię; startowałem we wszystkich edycjach, więc kusiło to na tyle mocno, że postanowiłem zaryzykować!

W piątek dojeżdżam na Hel, w przepełnionym pociągu do Gdyni jedzie już spora grupka maratończyków, jest wesoło, szczególnie, gdy mały dzieciak zwrócił swój posiłek na podłogę ;). Na Helu pogoda perfekcyjna, rower zostawiam w hotelu, a sam ruszam na tradycyjny przed tym maratonem spacer nad morze. Warunki idealne, pod latarnią odbieram pakiet startowy, rozmawiam z wieloma znajomymi, dowiaduję, że podobno jutrzejsze delikatne opady mają nas ominąć (haha!) i przez las najeżony bunkrami z okresu II wojny światowej ruszam nad morze. Praktycznie w ogóle nie wieje, są nawet ludzie kąpiący się w morzu; robię sobie dłuższy spacer plażą docierając do Początku Polski.


Po spacerze czas na solidne uzupełnienie kalorii przed startem, razem z Lucjanem Kornickim wybieramy się na dobry obiad do sprawdzonej restauracji. Miło się gadało, gdy kończymy biesiadować jest już ciemno, pora na ostatnie zakupy na jutro - i wracam do hotelu. Spałem dobrze, rano wypasione śniadanie w hotelu i jadę na start maratonu, gdzie roi się już od zawodników i ich rowerów ;)). W tym roku kolejny rekord frekwencji - sumarycznie wystartowały aż 122 osoby, choć z zapisanych ok. 160 blisko 40 nie pojawiło się na starcie. Startujemy punktualnie o 9.00, do Władysławowa tradycyjnie jedziemy w policyjnej eskorcie, jadę na samym przodzie; przez pierwszą część, gdy przed nami jechał samochód z Bartkiem Pawlikiem, fotografem wyścigu było na poziomie 25-27km/h, ale gdy samochód zjechał i zostały same motocykle policyjne to już skoczyło do poziomów sporo powyżej 30km/h, chwilami dochodząc do 38km/h ;). Tym razem udało mi się ten odcinek przejechać bez przerwy na sikanie; pod koniec Mierzei Helskiej czołówka wyścigu przesunęła się do czoła peletonu - i za Władysławowem od razu mocno wyrwali do przodu. 

Ja zgodnie z planem jechałem swoim równym tempem, nastawiając się głównie na jazdę solo, a dołączając się do grupek wtedy gdy tempo było na zbliżonym do mojego poziomie. Za największym kaszubskim podjazdem nad jeziorem Żarnowieckim na znanym z wcześniejszych edycji przystanku (już chyba 3 razy tu stawałem) przebieram się i przepakowuję, niepotrzebnie wziąłem plecak na dodatkową wodę, mniej zachodu i czasu straci się na jej kupienie na trasie niż bujanie się z niewygodnym plecakiem. Przestawiam też trochę pozycję w rowerze, bo niestety z dłońmi nie jest dobrze, są zauważalne problemy z hamowaniem w górnym chwycie, a górek jest tutaj mnóstwo. W czasie postoju minęło mnie sporo zawodników pozdrawiając, ruszam z animuszem by ich podgonić, na chwilkę podłączam się do grupki Oli i Zdzisia Piekarskich, którzy jadą razem z Vukim.


Pogoda jest świetna, więc humory dopisują. Ale wszystko do czasu, już w okolicach 120km zaczyna popadywać, a rychło przechodzi w gwałtowną burzę. Przebrałem się i ruszam dalej, niestety jazda już nie taka przyjemna, szybko mam mokre siedzenie, bo miałem z tyłu małą podsiodłówkę, za krótką  by robić za skuteczny błotnik, na takie warunki lepsze są dłuższe torby.

Ale przede wszystkim coś w ogóle nie widać sensownych przejaśnień, a wg prognoz to miały być jedynie ok. 2h opady i to raczej w rejonie Kwidzyna, do którego jest jeszcze spory kawałek. Szybko okazało się, że wróżbici od prognoz jak zwykle "deczko" się pomylili, co mnie ostro wkurzyło - bo nie tak to miało być, pisałem się na słoneczko, a tu była powtórka z MRDP, choć tyle dobrego, że te parę stopni więcej, niemniej te 15 stopni to wypasu nie robiło, tak więc cały ten odcinek kląłem na synoptyków na czym świat stoi. Przed Egiertowem większą grupkę łapie szlaban kolejowy, tu cyka nas też Ania Młotek; towarzysząca nam samochodem całą trasę; po czym ruszamy na większy podjazd do skrzyżowania z DK 20, gdzie jest Orlen na którym sporo zawodników się zatrzymuje, jest nawet jeden optymista co się bierze za czyszczenie roweru, bo chwilowo nie pada ;). Widzę tutaj jak źle jest z dłońmi - mam duże problemy z odkręceniem butelki, także i z otwieraniem batoników są duże problemy. Za Egiertowem spotykam się z Żubrem, jedziemy spory kawałek, albo razem, albo w bliskim zasięgu, Piotrek ma spory problem, bo tuż przed startem zresetowała mu się pamięć w Garminie i nie ma śladu trasy, więc stara się jechać z innymi ludźmi, licząc, że może na punkcie w Sierpcu da radę coś z tym zrobić. Cały czas jest mokro, co jakiś czas popaduje. Wkrótce dołącza do nas Łukasz Drągiewicz i spory kawałek jedziemy w takiej forumowej ekipie. Po pewnym odcinku widząc, że jak to tak dalej będzie z tymi dłońmi to maratonu nie ukończę, bo nie będę w stanie utrzymać kierownicy postanawiam coś z tym zrobić. Na przystanku robię większy fitting, poprawiając lemondkę, czekam też z utęsknieniem na koniec górek, bo wąskie kaszubskie drogi z interwałowymi podjazdami, choć bardzo fajne do jazdy akurat na taką kontuzję nie są dobre, liczę, że na płaskim będzie z tym lepiej.

Ciągle irytuje pogoda, powtarza się schemat z MRDP, gdy tylko człowiek wyschnie - to zaraz pojawia się coś nowego na horyzoncie. Ucieszyłem się jak za Starogardem wjechałem wreszcie na suche asfalty, licząc, że to koniec zabawy z deszczem, a tu dosłownie 2-3km dalej, gdy wjeżdżałem na wiadukt nad A1, pojawia się na horyzoncie sina chmura i już było widać, że musi z tego ostro walnąć. No i walnęło zaraz za Gniewem, zjeżdżam na bardzo kiepski przystanek by się przebrać, zaraz po mnie ładują się trzy sakwiarki, które kawałek wcześniej wyprzedzałem, tak więc już w ogóle nie ma miejsca. Leje ostro, ale że już i tak jestem mokry to mi to większej różnicy nie robi więc jadę, mijając sporą ekipę z MPP okupującą kolejne przystanki ;))


Do mostu na Wiśle jechałem w burzy, pioruny waliły gęsto, a że tam się jedzie spory kawałek zupełnie płaskim i odkrytym terenem to zastanawiałem się ile jest prawdy w opowieściach jak to karbon przyciąga pioruny :P. Podobnie i przejeżdżając Wisłę mostem z wielkimi pylonami myślałem, czy jak walnie w pylon (w końcu najwyższy punkt w okolicy) to piorun zejdzie do podłoża po wodzie i czy izolacja z gumy opon wystarczy ;)). Do Kwidzyna docieram już nocą i mocno przeczesany, jeszcze do reszty mnie wkurzył zapchany na deszczu wysokościomierz w Garminie, to jest zawsze taka kropelka przelewająca czarę goryczy ;).

Robię dłuższy postój na Orlenie, jedząc m.in. hot-doga, odzipnąłem trochę, postawiło mnie to nieźle na nogi, więc szybko ruszam dalej, bo po wyjściu z ciepła od razu trząść zaczęło. Na podjeździe za Kwidzynem spotykam Remka Siudzińskiego, który jedzie zupełnie na krótko i który mówi, że jest mu ciepło i tak jechał cały dzisiejszy dzień - prawdziwy podziw! Remek to prawdziwy twardziel, pomimo tego, że sporo przytył w tym roku, to głową i przygotowaniem logistycznym mnóstwo nadrabia do innych ludzi; trochę niższą prędkość jazdy w pełni niwelując krótszymi postojami. Widząc jak jedzie w warunkach, które wiele osób rozkładały byłem pewien, że bez problemu dotrze na metę w limicie i się nie pomyliłem. Pierwszy nocny odcinek idzie OK, bardzo motywująco na psychikę działa to, że zaczynam widzieć, że zmiana pozycji przyniosła wyraźny skutek i z dłońmi robi się coraz lepiej. Na Lotosie w Kisielicach, gdzie spotykam Lucjana jeszcze krótka poprawka bloku i ruszam dalej, wkrótce spotykając ekipę Żubra i Łukasza oraz Darka Janeczka, którzy robią gumę na zupełnym zadupiu. Wkrótce się wszyscy razem zjechaliśmy i większość nocnego odcinka pokonywaliśmy wspólnie, choć oczywiście rozmaitych tasowań nie brakowało. Odcinek wredny, dużo dziur, sporo podjazdów, dopiero na jakieś 20-30km przed Sierpcem poprawiają się drogi oraz wyraźnie się wypłaszcza.

Punkt w Sierpcu z dużym wypasem, można zjeść na ciepło zupki, wypić herbatę czy kawę, mi idealnie podeszły świetne kanapki, doskonałe na zmianę smaku po licznych słodyczach. Obsługa perfekcyjna, od razu widać, że jak taki punkt robią ludzie sami jeżdżący ultra - to wypada to najlepiej. Żubrowi udało się wgrać do Garmina ślad, niestety przed Sierpcem zaczął go już łapać mocny kryzys żołądkowy, który jak się okazało za Płockiem zmusił go do wycofu, niestety z nawalającym żołądkiem nie sposób zrobić tak trudnej trasy. U mnie z kolei jedno z ogniw do lampki okazało się wadliwe, na szczęście udało mi się pożyczyć ogniwo od Łukasza, który miał wystarczający zapas (choć sumarycznie okazało się, ze starczyło to co miałem).

Za Sierpcem jadę kawałek z Marcinem Kabałą, który również jechał w tegorocznym MRDP, dojeżdżamy w rejon gigantycznej rafinerii Orlenu w Płocku, nocą robi to duże wrażenie. Już samotnie przejeżdżam przez jeszcze zupełnie pusty Płock i przekraczam Wisłę, świtać zaczyna kawałek przed Gąbinem, na krótkich podjazd znad doliny Wisły, mgły na wzgórzach wyglądają malowniczo. Zaczynają się płaskie równiny Mazowsza, wiatr na większości tego odcinka przeszkadza (choć na szczęście nie jest silny); dla wielu zawodników ten odcinek był trudny ze względu na monotonię i sporo przeciwnego wiatru. Ja wręcz przeciwnie, jako rodowity mieszkaniec Warszawy, trenujący często na Gassach, byłem doskonale przyzwyczajony do mazowieckich realiów i przeleciałem ten odcinek jak dzik po żołędzie ;). A mazowieckie równiny ciągną się blisko 200km, aż pod rejon Przysuchy, gdzie wjeżdża się już na Wzgórza Koneckie. W Przysusze robię sobie postój na jedzenie, za miastem zaczynają się fajne interwały na krótkich ściankach, a kawałek dalej, podobnie jak w zeszłym roku spotykam Transatlantyka, który wyjechał mi na spotkanie. Bardzo fajnie było pogadać z Markiem, wspólnie pokonujemy długi podjazd na Hutę, żegnając się na szczycie.


Pagóreczki dalej trzymają, aż do Łopuszna jest ileś krótkich ścianek, też bardzo wredny kawałek po DK74, gdzie pomimo niedzieli jest wielki ruch. Ale to tylko parę km. Jako, że w nogach już ponad 700km zastanawiam się co tu robić z noclegiem, bo oceniam, że jazda drugiej nocy nie ma sensu, a ciśnienia na wynik nie mam, jadę dla przyjemności i góry chciałbym robić za dnia. Ogarniam nocleg w agroturystyce w Lelowie, odcinek z Łopuszna w miarę szybki, bo dość płaski, jedynie jedna większa hopka na trasie. Na Orlenie w Koniecpolu (już nocą) jeszcze ostatni postój, kolejny raz spotykam się tutaj z Krzyśkiem Szczeckim i Tomkiem Jakubcem, z którymi dzisiaj sporo się tasowaliśmy. Zostało jeszcze 10km do Lelowa i przed 21 jestem już na kwaterze.

Postój noclegowy (w przeciwieństwie do zeszłego roku, gdy oka zmrużyć nie mogłem) wypadł elegancko, spałem 3h jak drewno, po tym jak alarm mnie wybudził ze snu, ze 2min nie wiedziałem gdzie jestem ani co się dzieje ;). Ruszam przed 2 w nocy, w sumie na postój poleciało 5h, ale dobrze się zregenerowałem. Od razu po wjechaniu na trasę maratonu spotykam Bartosza Kalisza, kawałek wspólnie jechaliśmy, ale wkrótce zaczęły się jurajskie górki, więc każdy pojechał swoim tempem. Dobrze przespana nocka robiła swoje i dogoniłem kilku zawodników, którzy jechali bez snu, lub podsypiając na przystankach. Pogoda natomiast kiepska - mokre drogi, dużo wilgoci w powietrzu, od czasu do czasu lekko pokapuje; dopiero na mecie dowiedziałem się, że ludzie co jechali, gdy ja spałem mieli solidne burze na Jurze, więc na noclegu tym razem mocno wygrałem. Początek idzie jeszcze dość topornie, w mokrych warunkach nocą jeździ się kiepsko, ale wizja zbliżającego świtu była bardzo zachęcająca. Już kawałek za Olkuszem powoli zaczyna się rozjaśniać, a w Krzeszowicach jest właściwie widno. Trasę na metę i wszystkie podjazdy dobrze znałem i wiedziałem czego się spodziewać, po przejechaniu Wisły zaczynały się już solidnie górki, na przywitanie Marcyporęba z 13% nachyleniem, potem do Kalwarii Zebrzydowskiej jeszcze łatwiejszy odcinek, a potem już długa seria podjazdów za Kalwarią, Zachełmna (z której elegancko było widać położoną na szczycie innego grzbietu Lanckoronę) i wreszcie Makowska.


Na Makowskiej mocno się wkurzyłem - to bardzo wąska droga i mijanie samochodem roweru trzeba robić z wielką uwagą i na  małej prędkości, bo nie ma tu miejsca, a rowerem na takim nachyleniu łatwo może bujnąć na bok. A tymczasem baba zjeżdżająca z góry w ogóle nie zwolniła, minęła mnie na 30cm, a przez okno widziałem, że w jednym ręku trzyma kubek z napojem, kierownicą na tak trudnej drodze kręcąc jedynie jedną ręką! Niestety małopolscy kierowcy to jest dramat, dla mnie najgorsi w całej Polsce, a im bliżej Podhala tym z tym gorzej... Ale pomimo tego zajścia udało się wciągnąć Makowską bez stawania, a do łatwych ten podjazd nie należy, szczególnie, gdy ma się już 900km w nogach ;). Za Makowską nowy odcinek na MPP, czyli krajówkę do Jordanowa zastąpiły boczne drogi przez Wieprzec, Skomielną Czarną i Łętownię, co oczywiście dodało do trasy sporo wymagających podjazdów. Niestety taki był układ tych dróg, że pod górę z reguły były dość dobre nawierzchnie, natomiast na zjazdach sporo dziur, w ogóle trochę Małopolska rozczarowała pod tym względem, trochę tu było dziurawych odcinków. Ale wiele to nie przeszkadzało, bo ten dzień "zrobiła" pogoda, po zejściu porannych mgieł zrobiło się słonecznie, wkrótce dało się już jechać na krótko - właśnie na coś takiego tu liczyłem i dlatego zdecydowałem się jechać pomimo MRDP w nogach.

Zmęczenie w nogach coraz większe, ale i meta już coraz bliżej. Ostatni postój robię na Orlenie w Rabce, niestety kiepskim, ze słabym wyborem asortymentu; a miałem ochotę na dużego burgera ;). Za Rabką ciężki podjazd na Obidową, z którego widać już Tatry (niestety tym razem w chmurach). Z Obidowej zjazd zakopianką do Klikuszowej (nocą Adam Szczygieł zderzył się na tym kawałku z psem, który nie wiadomo skąd wziął się na tak głównej drodze). Od Klikuszowej, po zjechaniu z zakopianki mijałem bardzo długi korek z przeciwnej strony, stojący na światłach na zakopiankę. Później sanktuarium w Ludźmierzu, Szaflary - i można się szykować na deser MPP, czyli podjazd na Gliczarów. Ściana sroga 22-23%, już ponad 1000km w nogach, ale dałem radę wciągnąć, nawet nieco mniej mnie to styrało niż zazwyczaj. Tam to już byłem w domu - piękny grzbiet Gliczarowa, pokonany ostrym tempem ostatni podjazd na Głodówkę i o 14.57, z czasem 53h57min melduję się na mecie! Dało to nadspodziewanie wysoką pozycję, bo 18 miejsce, jedynie raz, w 2018 roku byłem wyżej na MPP; tak więc pomimo, że nie jechałem tutaj na wynik udało się uzyskać całkiem dobrą pozycję.


Tegoroczna edycja okazała się nadspodziewanie wymagająca, załamanie pogody na Kaszubach przeczesało sporo zawodników, przez co stracili sporo czasu i zamulali w nocy, później na mazowieckim płaskim odcinku wiatr przeszkadzał, a końcówka była najcięższa w historii MPP; więc sumarycznie aż 47 osób (38%) ze 122 co stanęły na starcie wycofało się lub dojechało po limicie.

Ale przede wszystkim ten maraton to kawał przygody, uwielbiam to uczucie, gdy staje się na tym symbolicznym Początku Polski pod latarnią na Helu i siłą własnych mięśni trzeba przejechać w Tatry, w tak krótkim czasie przejeżdżając przez tyle rozmaitych krain geograficznych naszego pięknego kraju. Na mecie tradycyjna integracja, dzielenie się opowieściami i przygodami  z trasy z innymi zawodnikami, oklaskiwanie tych którzy właśnie docierają i zamawianie do jedzenia wszystkiego co się da, po takiej wyrypie te trzy obiady da radę zmieścić ;)). Z dłońmi na mecie nastąpił prawdziwy "cud domu brandenburskiego" - były w lepszym stanie niż na starcie; jak to mawiał Ferdynand Kiepski "są na świecie rzeczy o których się fizjologom nie śniło" ;)).

W ogóle fizycznie dość dobrze zniosłem ten maraton, obyło się bez kontuzji, te 3200km z MRDP zaprocentowały pod kątem wytrzymałości; tak więc sumarycznie byłem bardzo zadowolony, że zdecydowałem się pojechać MPP. A we wtorek pogoda była niemal perfekcyjna, słonecznie, ze 22-24 stopnie; tak więc zdecydowałem się pojechać rowerem do Krakowa na pociąg, a gdy na trasie mijali mnie organizatorzy jadący busem do Warszawy i zaproponowali zabranie się z nimi - nawet nie miałem pokusy by im nie odmówić ;)). Jechało się świetnie, tym razem już bez presji czasowej, z długimi odpoczynkami, bo do pociągu miałem duży zapas; góry mają mnóstwo klimatu, a jazda w takiej pogodzie to czysta przyjemność.

Podziękowania dla organizatorów - impreza jak zwykle świetnie zorganizowana, trasa bardzo wymagająca, ale i równie ciekawa; a meta na Głodówce to już swoista Mekka ultrasów, za rok z chęcią kolejny raz tam wrócę!

Zdjęcia z maratonu
Dane wycieczki: DST: 1014.00 km AVS: 24.10 km/h ALT: 8545 m MAX: 67.10 km/h Temp:17.0 'C
Sobota, 28 sierpnia 2021Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2021, MRDP 2021, Ultramaraton
MRDP - dzień 7

Po zaledwie godzinie snu budzę się, chwilę jeszcze leżę, ale nie mogę już zasnąć. Uznaję więc, że trzeba ruszać, bo rywale tuż za plecami, a jest realna szansa na podium MRDP; spanie to będzie na mecie. Perspektywa jazdy 1050km z Międzylesia na metę z ledwie godziną snu w Gubinie mnie przerażała, ale: 


Wychodząc z hotelu spotykam Pawła Sojeckiego, który się tu właśnie melduje, podobnie jak ja przejechał brukowane odcinki nocą, a Kuba Szumański, który spał w Zgorzelcu też już się mocno zbliżył do Gubina. Jadę więc na prom Połecko, na tym kawałku to już ostatnie odcinki lubuskich bruków. Przy promie czeka Tomek Ignasiak, pogoda wczesnym porankiem była elegancka, nad Odrą przez chmury zaczynało przeświecać słońce, do tego wypasione kanapki Tomka - jednym słowem to było najlepsze śniadanie na całym wyścigu, podziękowania dla Tomka za tak bezinteresowną inicjatywę!


Po wjeździe na krajówkę do Słubic zaczyna się elegancka jazda, o tej godzinie jeszcze nie ma wielkiego ruchu, a sama droga całkiem przyjemna do jazdy - szerokie przestrzenie, łagodne pagóreczki i sporo zieleni. Za Słubicami już niestety nie jest tak przyjemnie bo zaczyna coraz mocniej przeszkadzać wiatr, a odcinek do Kostrzyna jest mocno odkryty i płaski, więc wiatr ma gdzie tu hulać. W Kostrzynie robię zakupy, też się przebieram bo wreszcie zrobiła się fajna pogoda, a temperatura wskoczyła na dawno niewidziane poziomy czyli 18-20 stopni ;). Za Kostrzynem zaczynają się fajne zachodniopomorskie tereny, gęstość zaludnienia w tym rejonie niewielka, do Sarbinowa jeszcze spory ruch, a po zjeździe z krajówki w Mieszkowicach już pustki. Ten odcinek ma dla mnie mnóstwo uroku - jazda na najbardziej na zachód wysunięty fragment Polski, głównie przez lasy, a od Gozdowic wzdłuż Odry. W Siekierkach mija się wielki cmentarz wojskowy, przejeżdżając tutaj zawsze mi się przypomina odcinek Czterech Pancernych "Zakład o śmierć" i scena forsowania Odry


Za Cedynią powoli zaczyna mnie łapać znużenie, zaczynają się niepotrzebne postoje, a to na to, a to na tamto i w efekcie czas ucieka. Za Widuchową robię z półgodzinny odpoczynek, gdy ruszam to na odkrytej przestrzeni łapie mnie mocne uderzenie deszczu (który dotąd dziś nie dawał znaków życia), zanim dojechałem na przystanek by się przebrać zdążyłem przemoknąć. Od Gryfina jazda do niczego, zaczyna się aglomeracja Szczecina i duży ruch na drogach, do tego pogoda już wróciła do normy, czyli co chwilę pada. Na tym odcinku zaczynam też mocno odczuwać ból stóp, gdy zdejmuję buty i skarpetki okazuje się, że skórę na stopach mam całkowicie rozmoczoną - to efekt jazdy od niemal tygodnia w mokrych butach. Kupiłem jeszcze worki foliowe, by zobaczyć czy to coś zmieni, ale było jeszcze gorzej. No ale co było robić - musiałem z tym jechać dalej, ale na te wszystkie postoje zleciało sporo czasu i jadący za mną Kuba Szumański zbliżył się na odległość ledwie 20-30min, a to już żadna przewaga. W Goleniowe robię postój zaopatrzeniowy przed nocą, gdy wyjeżdżam z tego miasta jest już ciemno.

Pierwsza część odcinka za Goleniowem sensowna, po starej "trójce" - puściutko i z dobrym asfaltem. Niestety długo to nie potrwało, wkrótce lunęło mocno, a drogi się pogorszyły, doszło też trochę małych górek, na których trzeba było mocno uważać, bo było bardzo ślisko. Za Parłowem wjeżdża się na trasę BBT, czyli już na trójkę, ale z pełnym ruchem samochodów, do tego jest mokro i bardzo syfnie. Tak więc odcinek do Międzyzdrojów jechało się mocno nieciekawie, tutaj dociera do mnie niespodziewana wiadomość, że prowadzący Paweł Pieczka, którego też sieknęły te nocne ulewy idzie spać do rana. Motywacja od razu skoczyła mocno do góry, choć oczywiście w to że Paweł będzie spać aż do świtu bardzo ciężko mi było uwierzyć; ale wykluczyć tego też nie można było, więc trzeba było spróbować powalczyć o zwycięstwo. I co się dzieje w takiej chwili, gdy człowiek łapie duży zastrzyk motywacyjny? Na jednym ze zjazdów na Wolinie łapię kapcia i cała motywacja schodzi ze mnie jak powietrze z tej dętki ;). Koła wytrzymały liczne dziury, góry i bruki, a poległy na równiutkim asfalcie w takim momencie! Biorę się za tę naprawę, modląc się by nie było z wymianą jakiś problemów, bo warunki do naprawy były trudne, a jak wiadomo gówno chodzi po ludziach...

Naprawiałem to na deszczu, na syfnym poboczu, będąc już mocno zmęczony i niedospany, a wtedy bardzo łatwo o błędy typu przycięcie dętki, czy złe ułożenie opony. Do tego ileś piasku mi naleciało do środka opony, pomimo, że robiłem to uważnie i dokładnie. Zeszło się na to z pół godziny - ale na całe szczęście naprawiłem to skutecznie i nie było powtórki z tematu za parę kilometrów. Przed Dziwnowem znowu lunęło mocno, tutaj miałem taką komiczną sytuację z policją, która podjechała do mnie mówiąc, że na ścieżce rowerowej bezpieczniej. A była 1 w nocy, na drogach zupełnie pusto, lało jak z cebra, a po tej gumie to jazda po badziewiu z kostki była tym o czym tylko marzyłem ;)). Na szczęście zrozumieli moją argumentację i nie czepiali się. Za Dziwnówkiem mijam śpiącego na przystanku Pawła Pieczkę i zostaję tymczasowym liderem wyścigu. Ale dochodziłem już do ściany swoich możliwości, skrajnie zmęczony organizm coraz mocniej zaczynał dopominać się o sen. Trochę jeszcze powalczyłem, ale za Trzebiatowem zrozumiałem, że trzeba będzie spróbować choć chwilę się przespać, bo zbliżałem się do granicy mikro-utraty przytomności, a to jest taka dość wyraźna granica bezpieczeństwa, której przekroczenie na ultra może mieć bardzo poważne konsekwencje.

I znowu zaczęły się proste i głupie błędy wynikające ze zmęczenia - najpierw próbowałem zasnąć na betonowym przystanku bez ławek, ale było za zimno od podłoża, a następnie kawałek dalej próbowałem spać na przystanku, tutaj doszedł mnie dużo świeższy Paweł Pieczka (który oczywiście do świtu nie zamierzał spać :)). Nie wiem czy coś w ogóle pospałem, jeśli już to były to mikro-drzemki po parę minut. Sumarycznie na to wszystko poleciała ponad godzina; coś to mnie zregenerowało, więc krótko przed świtem ruszyłem dalej, warunki dalej do niczego, przed Kołobrzegiem znowu lać zaczęło, w mieście zajeżdżam na Orlen, gdzie regenerował się Paweł Pieczka. Dalej jeszcze mnie trzymało zmęczenie i zamulenie, straciłem tu blisko godzinę, stopy bolą już potwornie, w ogóle nie jestem w stanie normalnie chodzić, muszę stawać na piętach lub chodzić bokiem. W międzyczasie nadjechał też Kuba Szumański, który wiele tu nie stał i ruszył z 10min przede mną.

To mnie wreszcie zmobilizowało do zebrania się w sobie i ruszyłem solidnym tempem dalej, za Kołobrzegiem na kiedyś bardzo ruchliwej DK11 teraz spokojnie, bo sporą część ruchu wzięła ekspresowa "szóstka". Kubę doganiam kawałek przed Mielnem, Pawła nawet nie próbowałem dalej gonić, bo wiedziałem, że to poza moimi możliwościami. Z Kubą jechaliśmy spory kawałek albo w bliskiej odległości, albo obok siebie, próbował mnie kilka razy zerwać, ale mieliśmy bardzo podobny poziom rowerowy, więc udawało mi się nadrobić. Za Mielnem kiedyś trzeba było jechać odcinek po chamskich betonowych płytach, teraz wzdłuż niego wybudowano asfaltową drogę rowerową, więc jechało się bardzo sprawnie. Tutaj zatrzymałem się na przebieranie się, bo już się cieplej zrobiło, a deszcz odpuścił. Ledwie ujechałem parę kilometrów goniąc Kubę - i znowu lunęło, do Darłowa wjechaliśmy w kolejnym oberwaniu chmury i znowu trzeba było się przebierać. Odcinek do Ustki bardzo męczący - do deszczu dołączył silny przeciwny wiatr, na tym odcinku z Darłowa ze dwa razy mnie mocno zlało - to był na całe szczęście już ostatni deszcz na MRDP. W Ustce także i ostatni postój zaopatrzeniowy na wyścigu, na metę zostało jeszcze 130km. I ciągnęły się nam te kilometry mocno, szczególnie odcinek bezpośrednio za Ustką był wredny - czołowy wiatr nieźle dawał popalić, sporo kiepskich nawierzchni, a muliło mnie już strasznie, bo deficyt snu miałem ogromny. Po odbiciu w głąb lądu i wjeździe na DW213 nieco poprawiły się warunki wietrzne, wiatr dalej przeszkadzał, ale nie wiało tak mocno jak w pasie nadmorskim, asfalty też sporo lepsze niż za Ustką.

Na 80km przed metą zmuliło mnie już na tyle mocno, że umawiamy się z Kubą (z którym od Mielna jechaliśmy w bliskiej odległości i tak bardzo luźno ustaliliśmy, że raczej ścigać się nie będziemy i wjedziemy razem na metę na drugim miejscu), że on pojedzie nieco wolniej, a ja stanę na parę minut. Posiedziałem z 8-10min z zamkniętymi oczami, coś tam minimalnie pomogło i ruszyłem mocniejszym tempem by dogonić Kubę. Cisnąłem solidnie, ale gdy odpaliłem monitoring to zorientowałem się, że wcale się nie zbliżam, a wręcz jeszcze oddalam. Wiadomo, że to wyścig i każdy chce powalczyć o swoje, więc takie umawianie się na cokolwiek trzeba traktować ze sporym dystansem. Ale był wielki plus tej sytuacji - dostałem ogromny zastrzyk adrenaliny, senność mnie całkiem opuściła i ruszyłem już na maksa swoich możliwości. Kubę udało mi się dogonić po jakichś 20km, ale będąc w mocnym gazie nie zmniejszyłem tempa, tylko cisnąłem ile fabryka dała. Odcinek na metę jest dość wymagający, to najbardziej pagórkowaty odcinek wybrzeża, na tych ostatnich 80km było 550m w pionie, więc ten finisz kosztował dużo sił, bo oczywiście Kuba nie odpuszczał; ale z drugiej strony na górkach łatwiej kogoś urwać niż na płaskim. Udało mi się go zerwać dopiero na górkach przed Gniewinem, ale oczywiście dalej nie odpuszczałem, bo przewaga była niewielka, na zjeździe nad jezioro Żarnowieckie już przesadziłem, bo powyżej 60km/h załapałem mocne podmuchy bocznego wiatru, dobrze że udało się sensownie z tego wyhamować. Kawałek dalej ostry podjazd znad Żarnowca, ostatnia większa górka na MRDP i pozostaje 20km, które jechałem już na ostatnich nogach. W Karwii wyjeżdżają mi naprzeciw Rafał Jędrusik i Rysiek Herc, którego ostatnio widziałem, gdy musiał się wycofać pod Prudnikiem - i w tej asyście honorowej wjeżdżam na metę o 16.45, kończąc MRDP na drugim miejscu z czasem 8dni 4h 45min!


Satysfakcja z ukończenia MRDP na pudle ogromna, zrealizowałem swój plan maksimum poprawiając o blisko 10h swój rekord trasy z 2013, pomimo, że tegoroczna edycja była dłuższa o ok. 4h, do tego z bardzo wredną pogodą. A dodatkowej satysfakcji dostarczyła tak niezwykła końcówka, bo takie finisze na ultra nie są często spotykane, już nawet nie chodzi o to, że tym razem udało mi się ów finisz wygrać, a o samą walkę, podziękowania dla Kuby za rywalizację na końcówce! To też mi pokazało jak niezwykłe możliwości drzemią w ludzkim organizmie. Na tej końcówce byłem już skrajnie niedospany i wypruty, a pomimo tego znalazłem w sobie jakieś nadzwyczajne rezerwy na długi 80km finisz. Na ostatnim segmencie miałem najlepszy czas z wszystkich zawodników, a pomiar mocy (na większości wyścigu bezużyteczny) pokazał, że ostatnie 65km pokonałem z NP 210W, czyli poziomem jaki nieczęsto miewałem na 2h treningach pod domem zupełnie na świeżo; nawet pierwszego dnia będąc wypoczęty i zregenerowany jechałem wolniej.



Podsumowanie

MRDP to przede wszystkim kawał przygody, w tym roku niestety fatalna pogoda odebrała sporo frajdy z jazdy, bo lało praktycznie cały tydzień, co w sierpniu należy do rzadkości, również i temperatury jedynie pierwszego dnia były w okolicach 20 stopni. Natomiast jazda w czubie wyścigu zrekompensowała mi to co odebrała pogoda, bo jednak takie ściganie daje sporo frajdy i mnóstwo motywacji, bez rywalizacji z innymi ludźmi nawet nie ma co marzyć by się zmobilizować do tak wielkiego wysiłku. Tegoroczna trasa była pod względem trudności i ilości gór najbardziej wymagająca w historii imprezy - najdłuższy dystans i najwięcej gór, szczególnie zmiana trasy w rejonie Gorlic oraz Starego Sącza podniosła skalę trudności bo doszło sporo trudnych podjazdów. Natomiast poprawiło się znacznie pod kątem nawierzchni - w tym roku asfalty w porównaniu do 2013 i 2017 były sporo lepsze, wiele dziurawych dróg wyremontowano i to co kiedyś było zmorą tego wyścigu obecnie nie jest już problemem, został jedynie dłuższy odcinek dziur pod Zosinem i trochę sporo krótszych w różnych innych miejscach, które już nie stanowią większego wyzwania.

Tegoroczną imprezę ukończyło (czyli przejechało w limicie) 26 z 49 (53%) zawodników jadących w kategorii Solo oraz zaledwie 3 z 17 z kategorii Open (18%) i żaden z dwójki jadących w pobocznej kategorii Support, widać po tym dość dobrze, że w takich imprezach opłaca się jeździć samotnie, jazda z kimś oczywiście też może zaprocentować (szczególnie w przypadku par damsko-męskich) ale wymaga to już wielkiego zgrania.

Strategia jazdy - tym razem postawiłem na noclegi pod dachem. Czy to była dobra decyzja, ciężko ocenić. Z jednej strony nocleg pod dachem daje lepszą regenerację, szczególnie przy słabej pogodzie, z drugiej mocno ogranicza mobilność na trasie, trzeba koniecznie gdzieś dociągnąć i to mi bardzo mocno doskwierało na tegorocznej trasie. Miałem dwie solidne wpadki z noclegami, zarwanie ostatniej nocy w Gubinie kosztowało mnie jazdę na metę na bardzo dużym długu sennym, co oczywiście musiało się odbić na dyspozycji, w Piwnicznej też niewiele brakowało do poważnej wpadki. Po tych doświadczeniach IMO najlepszym rozwiązaniem jest system mieszany, spanie zarówno na kwaterach jak i na dziko. Gdy dobrze nam pasuje i potrzebujemy lepszej regeneracji - to spać na kwaterze. A gdy senność nas łapie nagle - to wioząc sprzęt noclegowy możemy iść spać gdzie chcemy. I takie rozwiązanie stosował zwycięzca, czyli Paweł Pieczka, dzięki czemu sporo zyskał, dużo więcej niż stracił na tym co musiał dodatkowo wieźć.

Każdemu miłośnikowi długich dystansów polecam ten typ wyścigu, czyli imprezę wielodniową, trwającą ponad tydzień. To jest zupełnie inna bajka niż jeżdżenie klasycznych ultramaratonów 500-1000km, tutaj aspekt przygodowy zaczyna mocno dominować nad czysto sportowym, po 2 dniach jazdy waty, tętna, kadencje odpływają gdzieś daleko, a człowiek przestawia się na zupełnie inne tory. Wymaga to całkowitego wyłączenia się z życia zewnętrznego, żadne tam fejsy, insty, stravy - liczy się tylko rower i my, jak pisałem już we wstępie jest to taki prywatny film drogi. I taki reset we współczesnym świecie, szczególnie od wirtualnych aktywności bardzo się przydaje ;))

Zdjęcia z wyścigu
Dane wycieczki: DST: 665.50 km AVS: 24.13 km/h ALT: 3021 m MAX: 64.60 km/h Temp:14.0 'C

Blogi rowerowe na www.bikestats.pl