wilk
Warszawa
avatar

Informacje

  • Wszystkie kilometry: 302151.84 km
  • Km w terenie: 837.00 km (0.28%)
  • Czas na rowerze: 550d 16h 43m
  • Prędkość średnia: 22.74 km/h
  • Więcej informacji.
baton rowerowy bikestats.pl

Zaprzyjaźnione strony

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wilk.bikestats.pl

Archiwum

Linki

Wpisy archiwalne w kategorii

MRDP 2021

Dystans całkowity:3234.80 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:141:28
Średnia prędkość:22.87 km/h
Maksymalna prędkość:70.80 km/h
Suma podjazdów:25691 m
Liczba aktywności:7
Średnio na aktywność:462.11 km i 20h 12m
Więcej statystyk
Sobota, 28 sierpnia 2021Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2021, MRDP 2021, Ultramaraton
MRDP - dzień 7

Po zaledwie godzinie snu budzę się, chwilę jeszcze leżę, ale nie mogę już zasnąć. Uznaję więc, że trzeba ruszać, bo rywale tuż za plecami, a jest realna szansa na podium MRDP; spanie to będzie na mecie. Perspektywa jazdy 1050km z Międzylesia na metę z ledwie godziną snu w Gubinie mnie przerażała, ale: 


Wychodząc z hotelu spotykam Pawła Sojeckiego, który się tu właśnie melduje, podobnie jak ja przejechał brukowane odcinki nocą, a Kuba Szumański, który spał w Zgorzelcu też już się mocno zbliżył do Gubina. Jadę więc na prom Połecko, na tym kawałku to już ostatnie odcinki lubuskich bruków. Przy promie czeka Tomek Ignasiak, pogoda wczesnym porankiem była elegancka, nad Odrą przez chmury zaczynało przeświecać słońce, do tego wypasione kanapki Tomka - jednym słowem to było najlepsze śniadanie na całym wyścigu, podziękowania dla Tomka za tak bezinteresowną inicjatywę!


Po wjeździe na krajówkę do Słubic zaczyna się elegancka jazda, o tej godzinie jeszcze nie ma wielkiego ruchu, a sama droga całkiem przyjemna do jazdy - szerokie przestrzenie, łagodne pagóreczki i sporo zieleni. Za Słubicami już niestety nie jest tak przyjemnie bo zaczyna coraz mocniej przeszkadzać wiatr, a odcinek do Kostrzyna jest mocno odkryty i płaski, więc wiatr ma gdzie tu hulać. W Kostrzynie robię zakupy, też się przebieram bo wreszcie zrobiła się fajna pogoda, a temperatura wskoczyła na dawno niewidziane poziomy czyli 18-20 stopni ;). Za Kostrzynem zaczynają się fajne zachodniopomorskie tereny, gęstość zaludnienia w tym rejonie niewielka, do Sarbinowa jeszcze spory ruch, a po zjeździe z krajówki w Mieszkowicach już pustki. Ten odcinek ma dla mnie mnóstwo uroku - jazda na najbardziej na zachód wysunięty fragment Polski, głównie przez lasy, a od Gozdowic wzdłuż Odry. W Siekierkach mija się wielki cmentarz wojskowy, przejeżdżając tutaj zawsze mi się przypomina odcinek Czterech Pancernych "Zakład o śmierć" i scena forsowania Odry


Za Cedynią powoli zaczyna mnie łapać znużenie, zaczynają się niepotrzebne postoje, a to na to, a to na tamto i w efekcie czas ucieka. Za Widuchową robię z półgodzinny odpoczynek, gdy ruszam to na odkrytej przestrzeni łapie mnie mocne uderzenie deszczu (który dotąd dziś nie dawał znaków życia), zanim dojechałem na przystanek by się przebrać zdążyłem przemoknąć. Od Gryfina jazda do niczego, zaczyna się aglomeracja Szczecina i duży ruch na drogach, do tego pogoda już wróciła do normy, czyli co chwilę pada. Na tym odcinku zaczynam też mocno odczuwać ból stóp, gdy zdejmuję buty i skarpetki okazuje się, że skórę na stopach mam całkowicie rozmoczoną - to efekt jazdy od niemal tygodnia w mokrych butach. Kupiłem jeszcze worki foliowe, by zobaczyć czy to coś zmieni, ale było jeszcze gorzej. No ale co było robić - musiałem z tym jechać dalej, ale na te wszystkie postoje zleciało sporo czasu i jadący za mną Kuba Szumański zbliżył się na odległość ledwie 20-30min, a to już żadna przewaga. W Goleniowe robię postój zaopatrzeniowy przed nocą, gdy wyjeżdżam z tego miasta jest już ciemno.

Pierwsza część odcinka za Goleniowem sensowna, po starej "trójce" - puściutko i z dobrym asfaltem. Niestety długo to nie potrwało, wkrótce lunęło mocno, a drogi się pogorszyły, doszło też trochę małych górek, na których trzeba było mocno uważać, bo było bardzo ślisko. Za Parłowem wjeżdża się na trasę BBT, czyli już na trójkę, ale z pełnym ruchem samochodów, do tego jest mokro i bardzo syfnie. Tak więc odcinek do Międzyzdrojów jechało się mocno nieciekawie, tutaj dociera do mnie niespodziewana wiadomość, że prowadzący Paweł Pieczka, którego też sieknęły te nocne ulewy idzie spać do rana. Motywacja od razu skoczyła mocno do góry, choć oczywiście w to że Paweł będzie spać aż do świtu bardzo ciężko mi było uwierzyć; ale wykluczyć tego też nie można było, więc trzeba było spróbować powalczyć o zwycięstwo. I co się dzieje w takiej chwili, gdy człowiek łapie duży zastrzyk motywacyjny? Na jednym ze zjazdów na Wolinie łapię kapcia i cała motywacja schodzi ze mnie jak powietrze z tej dętki ;). Koła wytrzymały liczne dziury, góry i bruki, a poległy na równiutkim asfalcie w takim momencie! Biorę się za tę naprawę, modląc się by nie było z wymianą jakiś problemów, bo warunki do naprawy były trudne, a jak wiadomo gówno chodzi po ludziach...

Naprawiałem to na deszczu, na syfnym poboczu, będąc już mocno zmęczony i niedospany, a wtedy bardzo łatwo o błędy typu przycięcie dętki, czy złe ułożenie opony. Do tego ileś piasku mi naleciało do środka opony, pomimo, że robiłem to uważnie i dokładnie. Zeszło się na to z pół godziny - ale na całe szczęście naprawiłem to skutecznie i nie było powtórki z tematu za parę kilometrów. Przed Dziwnowem znowu lunęło mocno, tutaj miałem taką komiczną sytuację z policją, która podjechała do mnie mówiąc, że na ścieżce rowerowej bezpieczniej. A była 1 w nocy, na drogach zupełnie pusto, lało jak z cebra, a po tej gumie to jazda po badziewiu z kostki była tym o czym tylko marzyłem ;)). Na szczęście zrozumieli moją argumentację i nie czepiali się. Za Dziwnówkiem mijam śpiącego na przystanku Pawła Pieczkę i zostaję tymczasowym liderem wyścigu. Ale dochodziłem już do ściany swoich możliwości, skrajnie zmęczony organizm coraz mocniej zaczynał dopominać się o sen. Trochę jeszcze powalczyłem, ale za Trzebiatowem zrozumiałem, że trzeba będzie spróbować choć chwilę się przespać, bo zbliżałem się do granicy mikro-utraty przytomności, a to jest taka dość wyraźna granica bezpieczeństwa, której przekroczenie na ultra może mieć bardzo poważne konsekwencje.

I znowu zaczęły się proste i głupie błędy wynikające ze zmęczenia - najpierw próbowałem zasnąć na betonowym przystanku bez ławek, ale było za zimno od podłoża, a następnie kawałek dalej próbowałem spać na przystanku, tutaj doszedł mnie dużo świeższy Paweł Pieczka (który oczywiście do świtu nie zamierzał spać :)). Nie wiem czy coś w ogóle pospałem, jeśli już to były to mikro-drzemki po parę minut. Sumarycznie na to wszystko poleciała ponad godzina; coś to mnie zregenerowało, więc krótko przed świtem ruszyłem dalej, warunki dalej do niczego, przed Kołobrzegiem znowu lać zaczęło, w mieście zajeżdżam na Orlen, gdzie regenerował się Paweł Pieczka. Dalej jeszcze mnie trzymało zmęczenie i zamulenie, straciłem tu blisko godzinę, stopy bolą już potwornie, w ogóle nie jestem w stanie normalnie chodzić, muszę stawać na piętach lub chodzić bokiem. W międzyczasie nadjechał też Kuba Szumański, który wiele tu nie stał i ruszył z 10min przede mną.

To mnie wreszcie zmobilizowało do zebrania się w sobie i ruszyłem solidnym tempem dalej, za Kołobrzegiem na kiedyś bardzo ruchliwej DK11 teraz spokojnie, bo sporą część ruchu wzięła ekspresowa "szóstka". Kubę doganiam kawałek przed Mielnem, Pawła nawet nie próbowałem dalej gonić, bo wiedziałem, że to poza moimi możliwościami. Z Kubą jechaliśmy spory kawałek albo w bliskiej odległości, albo obok siebie, próbował mnie kilka razy zerwać, ale mieliśmy bardzo podobny poziom rowerowy, więc udawało mi się nadrobić. Za Mielnem kiedyś trzeba było jechać odcinek po chamskich betonowych płytach, teraz wzdłuż niego wybudowano asfaltową drogę rowerową, więc jechało się bardzo sprawnie. Tutaj zatrzymałem się na przebieranie się, bo już się cieplej zrobiło, a deszcz odpuścił. Ledwie ujechałem parę kilometrów goniąc Kubę - i znowu lunęło, do Darłowa wjechaliśmy w kolejnym oberwaniu chmury i znowu trzeba było się przebierać. Odcinek do Ustki bardzo męczący - do deszczu dołączył silny przeciwny wiatr, na tym odcinku z Darłowa ze dwa razy mnie mocno zlało - to był na całe szczęście już ostatni deszcz na MRDP. W Ustce także i ostatni postój zaopatrzeniowy na wyścigu, na metę zostało jeszcze 130km. I ciągnęły się nam te kilometry mocno, szczególnie odcinek bezpośrednio za Ustką był wredny - czołowy wiatr nieźle dawał popalić, sporo kiepskich nawierzchni, a muliło mnie już strasznie, bo deficyt snu miałem ogromny. Po odbiciu w głąb lądu i wjeździe na DW213 nieco poprawiły się warunki wietrzne, wiatr dalej przeszkadzał, ale nie wiało tak mocno jak w pasie nadmorskim, asfalty też sporo lepsze niż za Ustką.

Na 80km przed metą zmuliło mnie już na tyle mocno, że umawiamy się z Kubą (z którym od Mielna jechaliśmy w bliskiej odległości i tak bardzo luźno ustaliliśmy, że raczej ścigać się nie będziemy i wjedziemy razem na metę na drugim miejscu), że on pojedzie nieco wolniej, a ja stanę na parę minut. Posiedziałem z 8-10min z zamkniętymi oczami, coś tam minimalnie pomogło i ruszyłem mocniejszym tempem by dogonić Kubę. Cisnąłem solidnie, ale gdy odpaliłem monitoring to zorientowałem się, że wcale się nie zbliżam, a wręcz jeszcze oddalam. Wiadomo, że to wyścig i każdy chce powalczyć o swoje, więc takie umawianie się na cokolwiek trzeba traktować ze sporym dystansem. Ale był wielki plus tej sytuacji - dostałem ogromny zastrzyk adrenaliny, senność mnie całkiem opuściła i ruszyłem już na maksa swoich możliwości. Kubę udało mi się dogonić po jakichś 20km, ale będąc w mocnym gazie nie zmniejszyłem tempa, tylko cisnąłem ile fabryka dała. Odcinek na metę jest dość wymagający, to najbardziej pagórkowaty odcinek wybrzeża, na tych ostatnich 80km było 550m w pionie, więc ten finisz kosztował dużo sił, bo oczywiście Kuba nie odpuszczał; ale z drugiej strony na górkach łatwiej kogoś urwać niż na płaskim. Udało mi się go zerwać dopiero na górkach przed Gniewinem, ale oczywiście dalej nie odpuszczałem, bo przewaga była niewielka, na zjeździe nad jezioro Żarnowieckie już przesadziłem, bo powyżej 60km/h załapałem mocne podmuchy bocznego wiatru, dobrze że udało się sensownie z tego wyhamować. Kawałek dalej ostry podjazd znad Żarnowca, ostatnia większa górka na MRDP i pozostaje 20km, które jechałem już na ostatnich nogach. W Karwii wyjeżdżają mi naprzeciw Rafał Jędrusik i Rysiek Herc, którego ostatnio widziałem, gdy musiał się wycofać pod Prudnikiem - i w tej asyście honorowej wjeżdżam na metę o 16.45, kończąc MRDP na drugim miejscu z czasem 8dni 4h 45min!


Satysfakcja z ukończenia MRDP na pudle ogromna, zrealizowałem swój plan maksimum poprawiając o blisko 10h swój rekord trasy z 2013, pomimo, że tegoroczna edycja była dłuższa o ok. 4h, do tego z bardzo wredną pogodą. A dodatkowej satysfakcji dostarczyła tak niezwykła końcówka, bo takie finisze na ultra nie są często spotykane, już nawet nie chodzi o to, że tym razem udało mi się ów finisz wygrać, a o samą walkę, podziękowania dla Kuby za rywalizację na końcówce! To też mi pokazało jak niezwykłe możliwości drzemią w ludzkim organizmie. Na tej końcówce byłem już skrajnie niedospany i wypruty, a pomimo tego znalazłem w sobie jakieś nadzwyczajne rezerwy na długi 80km finisz. Na ostatnim segmencie miałem najlepszy czas z wszystkich zawodników, a pomiar mocy (na większości wyścigu bezużyteczny) pokazał, że ostatnie 65km pokonałem z NP 210W, czyli poziomem jaki nieczęsto miewałem na 2h treningach pod domem zupełnie na świeżo; nawet pierwszego dnia będąc wypoczęty i zregenerowany jechałem wolniej.



Podsumowanie

MRDP to przede wszystkim kawał przygody, w tym roku niestety fatalna pogoda odebrała sporo frajdy z jazdy, bo lało praktycznie cały tydzień, co w sierpniu należy do rzadkości, również i temperatury jedynie pierwszego dnia były w okolicach 20 stopni. Natomiast jazda w czubie wyścigu zrekompensowała mi to co odebrała pogoda, bo jednak takie ściganie daje sporo frajdy i mnóstwo motywacji, bez rywalizacji z innymi ludźmi nawet nie ma co marzyć by się zmobilizować do tak wielkiego wysiłku. Tegoroczna trasa była pod względem trudności i ilości gór najbardziej wymagająca w historii imprezy - najdłuższy dystans i najwięcej gór, szczególnie zmiana trasy w rejonie Gorlic oraz Starego Sącza podniosła skalę trudności bo doszło sporo trudnych podjazdów. Natomiast poprawiło się znacznie pod kątem nawierzchni - w tym roku asfalty w porównaniu do 2013 i 2017 były sporo lepsze, wiele dziurawych dróg wyremontowano i to co kiedyś było zmorą tego wyścigu obecnie nie jest już problemem, został jedynie dłuższy odcinek dziur pod Zosinem i trochę sporo krótszych w różnych innych miejscach, które już nie stanowią większego wyzwania.

Tegoroczną imprezę ukończyło (czyli przejechało w limicie) 26 z 49 (53%) zawodników jadących w kategorii Solo oraz zaledwie 3 z 17 z kategorii Open (18%) i żaden z dwójki jadących w pobocznej kategorii Support, widać po tym dość dobrze, że w takich imprezach opłaca się jeździć samotnie, jazda z kimś oczywiście też może zaprocentować (szczególnie w przypadku par damsko-męskich) ale wymaga to już wielkiego zgrania.

Strategia jazdy - tym razem postawiłem na noclegi pod dachem. Czy to była dobra decyzja, ciężko ocenić. Z jednej strony nocleg pod dachem daje lepszą regenerację, szczególnie przy słabej pogodzie, z drugiej mocno ogranicza mobilność na trasie, trzeba koniecznie gdzieś dociągnąć i to mi bardzo mocno doskwierało na tegorocznej trasie. Miałem dwie solidne wpadki z noclegami, zarwanie ostatniej nocy w Gubinie kosztowało mnie jazdę na metę na bardzo dużym długu sennym, co oczywiście musiało się odbić na dyspozycji, w Piwnicznej też niewiele brakowało do poważnej wpadki. Po tych doświadczeniach IMO najlepszym rozwiązaniem jest system mieszany, spanie zarówno na kwaterach jak i na dziko. Gdy dobrze nam pasuje i potrzebujemy lepszej regeneracji - to spać na kwaterze. A gdy senność nas łapie nagle - to wioząc sprzęt noclegowy możemy iść spać gdzie chcemy. I takie rozwiązanie stosował zwycięzca, czyli Paweł Pieczka, dzięki czemu sporo zyskał, dużo więcej niż stracił na tym co musiał dodatkowo wieźć.

Każdemu miłośnikowi długich dystansów polecam ten typ wyścigu, czyli imprezę wielodniową, trwającą ponad tydzień. To jest zupełnie inna bajka niż jeżdżenie klasycznych ultramaratonów 500-1000km, tutaj aspekt przygodowy zaczyna mocno dominować nad czysto sportowym, po 2 dniach jazdy waty, tętna, kadencje odpływają gdzieś daleko, a człowiek przestawia się na zupełnie inne tory. Wymaga to całkowitego wyłączenia się z życia zewnętrznego, żadne tam fejsy, insty, stravy - liczy się tylko rower i my, jak pisałem już we wstępie jest to taki prywatny film drogi. I taki reset we współczesnym świecie, szczególnie od wirtualnych aktywności bardzo się przydaje ;))

Zdjęcia z wyścigu
Dane wycieczki: DST: 665.50 km AVS: 24.13 km/h ALT: 3021 m MAX: 64.60 km/h Temp:14.0 'C
Piątek, 27 sierpnia 2021Kategoria >100km, >200km, >300km, Canyon 2021, MRDP 2021, Ultramaraton
MRDP 
VI dzień - Międzylesie - Głuszyca - Świeradów-Zdrój - Zgorzelec - Gubin

Spałem dobrze, startuję koło 5 rano, przed wyjazdem sprawdzając sytuację w wyścigu. Prowadzący Paweł Pieczka już skończył Kotlinę Kłodzką, więc jest 8-10h z przodu, z niewielką stratą Paweł Sojecki, ale z dnia na dzień zaczynający tracić swoją przewagę z pierwszej fazy wyścigu, a w nocy na trzecie miejsce przesunął się jadący bardzo równo Adam Kałużny, ze mną w tym samym hotelu w Międzylesiu spał Paweł Chwała (ale on jedzie w kategorii Open), a ok. godzinę za mną jadą Jakub Szumański i Adam Szczygieł, a za nimi jakieś 1-2h Jacek Kozioł, Przemek Kijak i Śruba. Jednym słowem w czołówce bardzo ciasno i w dwie-trzy godziny to się może wszystko zmienić.

Na pierwszym podjeździe za Międzylesiem zaczyna już dnieć, tutaj również niewielka zmiana trasy, dzięki której fatalne dziury przez Gniewoszów zostały zastąpione równiutkim asfaltem przez Niemojów. Już na pięknej drodze granicznej prowadzącej puściutką Doliną Orlicy wyprzedza mnie Paweł Chwała, który ruszył z Międzylesia tuż po mnie. Ale wyprzedza to mało powiedziane, łyknął mnie jak Ferrari wyprzedzające Poloneza, jadąc dobre 5km/h szybciej i szybko znikając na horyzoncie. Nie podjąłem rękawicy, w ogóle mnie to nie zdeprymowało, bo wiedziałem, że Paweł w ten sposób cisnąc musi jechać na duży kredyt, bo gdyby to było jego normalne tempo to byłby co najmniej dobę z przodu. Na takim wyścigu trzeba jechać swoje, mocne podpalanie się i jazda "ponad stan" łatwo może wyeksploatować organizm, a na metę zostało jeszcze ponad 1000km.

Cały odcinek wzdłuż granicy w zimnie, 5-7 stopni ledwie, ale miało to mnóstwo klimatu - puściutka droga wzdłuż Orlicy, nawet Zieleniec jak wymarły, parujące jeziorka, mgła na łąkach. Bałem się, że mocno mnie wytelepie na zjeździe do Kudowy - bo to najdłuższy zjazd całego MRDP (500m różnicy poziomów na raz), do tego i bardzo szybki, udało mi się w końcu przekroczyć 70km/h. Ale w sumie źle nie było, wiele nie zmarzłem, a na dole w Kudowie było już parę stopni cieplej i nawet wyszło słońce. Robię tu popas śniadaniowy pod Żabką, niestety to były miłe złego początki bo na podjeździe pod Karłów Drogą Stu Zakrętów już zaczęło padać, powróciła dobrze już poznana na MRDP klasyka, czyli opady konwekcyjne, co chwile opad, przerwa, opad i tak bez końca.


Przez mokrą drogę zjazd spod Szczelińca słabiutki, trzeba było jechać dość asekuracyjnie. Sprawnie przejeżdżam ostrą ściankę przed Tłumaczowem i jedną wielką dziurę, czyli Krajanów (na szczęście większość dziur jest na podjeździe, zjazdu tylko krótkie fragmenty). Po wjeździe na szosę wojewódzką do Głuszycy podjechała z przodu zupełnie sina chmura, niesamowicie było to z góry obserwować jak schodziła w dół do Głuszycy. Byłem już psychicznie przygotowany, że walnie na maksa, ale tym razem się ufarciło - gdy zjechałem na dół to co prawda cała Głuszyca była zalana, a drogą płynęła mała rzeka, ale na mnie nic nie spadło ;)

W Głuszycy krótkie spotkanie ze poznanym na Pierścieniu Jankiem Wosiem, który wyjechał na trasę pokibicować zawodnikom, szkoda, że nie było czasu dłużej pogadać. Na podjeździe za Głuszycą kolejne zaskoczenie - dramatyczne dziury na odcinku paru kilometrów zastąpił nowiutki asfalt, a jeszcze w maju, gdy jechałem tędy na Zlot na tym odcinku straszyły wielkie kratery. Kawałek bardzo fajny, lubię tędy jeździć, ale pogoda nie odpuszcza, co chwilę wali deszcz, do tego cały czas utrzymuje się dość niska temperatura, w okolicach 10 stopni; piękny mamy sierpień w tym roku... Ulewa złapała mnie między innymi na przełęczy za Mieroszowem i do Chełmska już zjeżdżałem na mokro, też i na Kowarskiej padało, choć już nie tak intensywnie. Ale pomimo tego dzisiaj jedzie mi się sprawnie, sporo lepiej niż wczorajszego dnia, gdy było dużo mniej gór. Od Kowar mocno ruchliwy odcinek, za Podgórzynem staję na hot-dogi w Żabce, sprawdzam też monitoring - i okazuje się, że jestem drugi, Paweł Sojecki nieoczekiwanie spał w dzień, a gdzieś na trasie minąłem Adama Kałużnego i Pawła Chwałę, który rano z takim animuszem cisnął; ale nie było to za rozsądne, bo doprowadziło do poważnej kontuzji uda, w efekcie musiał znacznie zwolnić i poświęcić więcej czasu na regenerację. Gdy kończyłem postój właśnie nadjechał Adam Kałużny (którego ostatnio widziałem gdzieś pod Bartoszycami), szybko wskoczyłem na rower i dogoniłem Adama na światłach przed krajówką. Fajnie było z kimś chwilkę pogadać, na ostrym podjeździe na Zakręt Śmierci Adam pojechał trochę szybciej, ale spotykamy się na górze (gdzie znowu zaczęło padać) - był tam lotny punkt Tomasza Karbowniczaka (dozwolony przez dyrektora wyścigu), kolejna fajna inicjatywa! Ale stałem tylko chwilkę, żeby nie zmarznąć, bo dobra termika na długim zjeździe do Świeradowa to podstawa ;))

W Świeradowie krótka wizyta na Orlenie - i wjeżdżam na ostatnią solidniejszą górę MRDP, czyli ściankę do Czerniawy. U góry łapię duży zastrzyk motywacyjny, całe góry przejechane, a i załamania pogodowe na płaskim nie będą tak dotkliwe jak w górach, nawet chwilowo znowu zaczęło słońce przebłyskiwać. Taki SMS wysłałem na wyścigową relację:
"Koniec z górami – ruszam do tych magicznych krain, gdzie bywa 25 stopni, gdzie jest bezchmurne niebo i gdzie dziewczyny chodzą w bikini! Takie krainy musza gdzieś istnieć, choć łatwo o tym zapomnieć, gdy człowieka zlewa z 7 razy na dzień w 8-10 stopniach".

Na odcinku do Zgorzelca kolejne duże zaskoczenie in plus - zamiast kilkunastokilometrowego odcinka bardzo chamskiego asfaltu znanego z poprzednich edycji teraz jest kolejna idealna droga, trzeba przyznać, że pod względem asfaltów w tym roku jest prawdziwy wypas, naprawdę dużo dziurawych dróg naprawiono, co znacznie zwiększa płynność i wygodę jazdy MRDP. W Zgorzelcu mocno główkuję co tu robić, czy iść od razu spać, czy też jechać dalej. Jest dopiero 20, więc trochę wcześnie na spanie, ale z kolei za Zgorzelcem jest zupełna pustynia z miejscami noclegowymi. Jako, że czułem się w miarę OK - postanawiam zaryzykować i rezerwuję nocleg aż w Gubinie, co będzie wymagało prawie całej nocy na siodle, najbardziej obawiałem się nocnej jazdy po słynnych lubuskich brukach. Za Zgorzelcem łapie noc, na leśnym odcinku do Ruszowa też sporo nowych asfaltów, natomiast wyzwaniem robi się coraz gęstsza mgła, co wjedzie się na odcinek przez łąki to widoczność spada drastycznie, a temperatura bardzo szybko leci w dół.

W Ruszowie zaczynają się pierwsze bruki, jeszcze dość równe, w Gozdnicy na stacji kolejna zmiana mostka na krótszy, kiepski to był koncept ta jazda na dwa mostki. Ale prawdziwa zabawa to się zaczyna za Gozdnicą, tu już nie ma przeproś, zaczynają się autentyczne hitlerowskie bruki.


Widać, że za Fuhrera to budowali solidnie, nie taka chała jak obecnie, gdzie po 5 latach droga się do remontu nadaje; te bruki to 80 lat bez remontu wytrzymały ;). Od Gozdnicy zamiast nocnego zamulania nieoczekiwanie złapałem fenomenalny szwung, bruki których się tak obawiałem nawet mi sporo przyjemności sprawiły, miała niesamowity nastrój ta nocna jazda. Odludzie totalne, jeden samochód na godzinę się spotyka i mokre, mocno wyślizgane, błyszczące w świetle lampki bruki. Trochę te opady utrudniły jazdę, bo na sucho niektóre fragmenty bruków daje się objechać po poboczu, które teraz było solidnie rozmięknięte i z kałużami, dzięki czemu dobrze było widać wąski ślad opony Pawła Pieczki, który tu jechał parę godzin wcześniej ;). Ale tam gdzie się dało to zabawiłem się w przełajowca, nawet kilka większych kałuż szosówką sforsowałem. Tak więc główny odcinek bruków do PK w Nowych Czaplach przejechałem nadspodziewanie sprawnie. Ale do Gubina był jeszcze spory kawał, także w rejonie Brodów były niezłe zabawy z nawierzchniami, do bruków i dziur doszedł kawałek błotnistego szutru zakończonego kapitalnym widokiem podświetlonej wielkiej bramy miejskiej w Brodach.


Końcówka już na siłę, na równinach przed Gubinem zaczął wiatr wywiewać, a w samym Gubinie jeszcze trochę zakołowałem szukając hotelu. Po drodze przez puściutkie miasto przejeżdżałem obok Orlenu, nie planowałem tam stawać - a tu słyszę, że ktoś mnie woła! Okazało się, że to niezawodny Tomek Ignasiak (organizator punktu przed promem Połęcko) czeka tu na zawodników, myślał że będę jechać objazdem przez Krosno Odrzańskie, ale gdy dowiedział się, że planuję spać w Gubinie to umawiamy się na poranne spotkanie przed promem. Mój hotel był jakieś 2km poza śladem, ale nie to było problemem. Gdy już mocno wypruty i niedospany dojeżdżam tam po 3 w nocy okazuje się, że są kłopoty z moją rezerwacją, której nie ma w systemie, a miałem ten nocleg już nawet z góry opłacony podczas rezerwowania. Wkurzające to było niesamowicie, najpierw gościu chodził to sprawdzać do innego komputera, później rower do jakiegoś garażu wstawiałem, później jeszcze zapomniałem z roweru zabrać powerbanka, którego musiałem naładować i gdy po niego zszedłem to nie umiałem tego garażu otworzyć i musiałem iść po recepcjonistę, jednym słowem prawdziwy koncert życzeń ;). Sumarycznie była to wtopa z noclegiem na całego, w łóżku się znalazłem dopiero ponad godzinę od przyjazdu.

Ale cały dzień zdecydowanie na duży plus, dziś w porównaniu do wczorajszego dnia jechało mi się dużo lepiej, góry pomimo beznadziejnej pogody przejechałem sprawnie, a nocną jazdę od Zgorzelca wytrzymałem nadspodziewanie dobrze, bez poważniejszego kryzysu sennego. Dzięki temu w rywalizacji w wyścigu byłem już na drugim miejscu, mając ze 2h przewagi nad kolejnym Pawłem Sojeckim. Ale wiadomo było, że tu decydująca będzie końcówka, a te 660km pozostałe na metę będzie niesłychanie trudno zrobić bez spania.
Zdjęcia z wyścigu
Dane wycieczki: DST: 402.50 km AVS: 21.20 km/h ALT: 4343 m MAX: 70.80 km/h Temp:10.0 'C
Czwartek, 26 sierpnia 2021Kategoria >100km, >200km, Canyon 2021, MRDP 2021, Ultramaraton
MRDP 
V dzień - Wisła - Cieszyn - Głubczyce - Prudnik - Złoty Stok - Międzylesie

Za dużo czasu mi się zeszło w hotelu i ruszam na trasę dopiero koło 6. Przez ten późny start już się zaczął poranny ruch i odcinek wyjazdowy z Wisły (wiecznie w remoncie) już jechałem w dużym ruchu. Przed Cieszynem robię zakupy w spożywczaku i jem śniadanie, w międzyczasie zaczyna padać, po wczorajszej poprawie pogody nie ma śladu. Już w deszczu jadę do Cieszyna, w tym rejonie jeszcze kilka sporych górek, po czym przed Zebrzydowicami się wypłaszcza, pada przelotnie, raz mocniej, raz słabiej, a to przestaje, a to znowu pokapuje. 

W tym rejonie trasa MRDP prowadziła Żelaznym Szlakiem Rowerowym, wybudowanym na śladzie dawnej linii kolejowej. Szlak dobrej jakości i dzięki niemu omijało się spory kawałek ruchliwych dróg Śląska. Droga zrobiona z wypasem, dobry asfalt, krótkie tunele, punkty wypoczynkowe. Choć przy szybszej jeździe trzeba było uważać, bo nie brakuje tu skrzyżowań z drogami dla samochodów, gdzie trzeba było wyhamowywać do zera, też ze względu na mokrą drogę było bardzo ślisko, bo szlak na sporym kawałku prowadzi przez las i ileś liści, szyszek itd. spadło na drogę. Szlak kończy się po 15km w Godowie, krótki kawałeczek dalej w Gorzyczkach był dostępny dla wszystkich uczestników maratonu punkt wsparcia zorganizowany przez Romana Kaczmarczyka. Świetna inicjatywa, punkt ze sporym wypasem, są nawet materace ze śpiworami, z czego kilku zawodników skorzystało, podziękowania dla Romana i jego syna, który nas obsługiwał, gdy tata był w pracy. Gdy dojeżdżam na punkt właśnie zaczyna się zbierać Rysiek Herc, który wczoraj nocą pociągnął dalej (mówił, że za górami znacznie się ociepliło, dzięki czemu nocna jazda była dużo przyjemniejsza niż to co mieliśmy w rejonie Istebnej) i nocował właśnie na punkcie u Romana. Zjadłem gęstą, ciepłą zupę, która mi bardzo smakowała i dobrze rozgrzała po deszczowym odcinku. Wyjeżdżając z punktu zostawiłem pokrowiec wodoodporny na telefon, zorientowałem się dopiero po 2km, więc musiałem się wrócić, bo ten gadżet na deszczu sporo wnosił, bez niego obsługa dotykowego ekranu telefonu była bardzo upierdliwa.

(fot. R. Kaczmarczyk)

Za Gorzyczkami przekraczam Odrę i wjeżdżam na Opolszczyznę, niestety pogoda fatalna, ze dwie silne ulewy mnie tu przeczesały, do tego tracę dużo czasu na przebieranie się, musiałem też zmienić z powrotem mostek na krótszy, bo na płaskich odcinkach słabo się z tym dłuższym jechało. Dogonił mnie Rysiek, chwilami jechaliśmy razem, lub w niewielkiej odległości. Gdzieś za Głubczycami pogoda zaczęła się poprawiać, można się było rozebrać z deszczowych ciuchów, ale za to z kolei wiatr coraz mocniej wieje i oczywiście z kierunków zachodnich, bo jakżeby inaczej ;). Jest to odcinek teoretycznie płaski, taki łącznik pomiędzy Beskidami i Sudetami, ale na płaski to wygląda na profilu całego MRDP, bo małe podjazdy chowają się na profilu wysokościowym przy tych wysokich. Natomiast w praktyce to wcale tak płasko tu nie jest, szczególnie w rejonie Głubczyc trasa obfituje w pagórki, od Odry do Złotego Stoku na 150km jest 900m w pionie, więc sporo więcej niż na nizinnych rejonach Polski, gdzie to wychodzi ok. 300m na 100km.

Za Głubczycami zaczyna mi coraz mocniej strzelać w suporcie, oglądając to dokładniej orientuję się, że korba kręci się z solidnym już oporem. Zdołowało mnie to mocno, bo jeśli padł suport to jest dla mnie po wyścigu. Nalałem w rejon suportu smaru do łańcucha, ale oczywiście nic to nie dało, musiałem się więc zatrzymać na dłuższą naprawę. Gdy zdjąłem korbę z suportu odpadła blaszka zabezpieczająca łożysko, a dotykając samego łożyska widać, że kręci się z oporami, nie tak jak powinno. Wkurzyło mnie to na maksa, bo nowiutki, do tego wysokiej klasy suport Ninja Token zakładałem na wiosnę, a ten już wysiadkę zrobił, podczas gdy używane wcześniej tanie press-fity od Shimano wytrzymywały po 50tys w każdych warunkach. Przypomniałem sobie też rozmowę z Przemkiem Kijakiem w Bieszczadach, który mi mówił, że właśnie suport Ninja Tokena padł mu podczas jednego Kórnickiego Maratonu Turystycznego, jak mu powiedzieli w serwisie od deszczu (choć dojechał wtedy jeszcze przed główną zlewą); najwyraźniej te suporty mają bardzo kiepskie uszczelnienie. Ale co tu można zrobić z taką awarią na trasie? Przetarłem ile się dało, założyłem na luźno blaszkę która odpadła i skręciłem z powrotem korbę, dość ostrożnie ją dokręcając. Jakoś na tym dojechałem do mety, chwilami mocno trzeszczało, później na długie godziny się uspokajało, w każdym bądź razie suportów od Tokena nie polecam...

Na wyjeździe z Prudnika nieoczekiwanie znowu spotykam Ryśka Herca, myślałem, że już sporo odjechał do przodu, gdy ja naprawiałem rower. A tymczasem Rysiek pokazuje mi solidnie opuchniętego achillesa i mówi, że musi się wycofać. Wielka szkoda Ryśka, ale mówił, że tak go już kłuje, że nie jest w stanie jechać na swoim normalnym poziomie, a do mety jeszcze ponad 1000km i długi górski odcinek. Dobrze rozumiałem Ryśka, gdy mówił, że samo dojechanie do mety go nie interesuje, ukończył MRDP w 2017, a w tym roku jechał zdecydowanie na wynik. Przed chwilą dokładnie nad tym samym się zastanawiałem odnośnie suportu, tracąc długie godziny, może bym gdzieś był w stanie go wymienić (zakładając że jakiś sklep miał by pasujący rozmiarem press-fit). Ale wtedy cały ogromny i wielodniowy wysiłek, który włożyłem w dotychczasową jazdę wyścigu poszedłby na marne, a psychicznie z tym bardzo trudno się pogodzić.

Żegnam się z Ryśkiem i jadę dalej, cały dalszy odcinek do Złotego Stoku idzie bardzo topornie. Pogoda znowu się psuje, zaczyna to już niszczyć psychicznie - co człowiek wyschnie, co liczy, że wreszcie normalnie pojedzie to na horyzoncie pojawia się kolejna czarna chmura i za 15min zabawa zaczyna się od nowa ;). Do Złotego Stoku dojeżdżam już wypruty, na ławce robię sobie popas, ogarniam nocleg, a przy okazji nieźle zmarzłem, bo temperatura spadła już poniżej 10 stopni. Ale za Złotym Stokiem już się zaczynają góry, więc można się rozgrzać. Podjazd na Jaworową idzie sprawnie, spotykają mnie tutaj Ania i Darek Młotek, którzy wyjechali na trasę pokibicować zawodnikom. O zjeździe do Lądka, że poszedł sprawnie niestety już się nie dało powiedzieć, droga na tym kawałku od długich lat jest solidnie rozryta i jazda tego przy mokrych szosach i o zmierzchu do przyjemnych doświadczeń nie należała. 

(fot. Anna EM)

Nocleg miałem ogarnięty w Międzylesiu, psychicznie byłem przygotowany na jeszcze jeden solidny wycisk, czyli długi podjazd na Puchaczówkę. Góra zacna, ale weszła w miarę sprawnie, bardziej dał mi popalić zjazd, znowu kupa wilgoci i słaba widoczność, więc bardzo się pilnowałem by się nie rozpędzić za bardzo, cały czas na mocno zaciśniętych hamulcach. Ale najbardziej mnie zniszczył kawałek z Idzikowa do Międzylesia, bo już miałem głowę zaprogramowaną na to, że po Puchaczówce jestem w domu, a tymczasem doszło jeszcze z 15km solidnie pagórkowatej drogi i do czasu wjazdu na krajówkę po słabych drogach. Jeszcze zakupy na Orlenie i dopiero koło 23.30 docieram do hotelu w Międzylesiu, a jeszcze z pół godziny się zeszło zanim się zameldowałem, rower trzeba było dać na dół do piwnicy itd.; a właściciel był przekonany, że to dojechał jadący kawałek za mną Paweł Chwała, bo już długo o tym konferował z jego żoną ;). To jest jedna z głównych różnic pomiędzy kategoriami Open i Solo, w tej pierwszej można korzystać z pomocy rodziny czy znajomych w organizacji logistyki na wyścigu, w Solo trzeba wszystko robić samemu, co oczywiście kosztuje więcej czasu.

To był mój najsłabszy dzień na MRDP, pomimo, że wczoraj dojechałem na nocleg o sensownej godzinie to nie dałem rady nawet 300km wycisnąć, choć mocno górska była tylko końcówka. Ale nic dzisiaj nie szło jak powinno - dużo postojów na trasie, awaria roweru, fatalna pogoda i mnóstwo deszczu, tempo też nie było oszałamiające; czasem bywa i tak...
Zdjęcia z wyścigu
Dane wycieczki: DST: 286.00 km AVS: 21.00 km/h ALT: 2755 m MAX: 60.10 km/h Temp:11.0 'C
Środa, 25 sierpnia 2021Kategoria >100km, >200km, Canyon 2021, MRDP 2021, Ultramaraton
MRDP 
IV dzień - Piwniczna-Zdrój - Zakopane - Zawoja - Wisła

Przez wczorajszy bardzo późny dojazd i cyrki z hotelem ruszam dopiero koło 7, z mocnym postanowieniem by dzisiaj wcześniej zakończyć dzień, choć dojechanie po północy i ruszanie za dnia, a nie nocą to spory bonus, bo omija się najzimniejszą część dnia, ale jakoś nie mogłem się przełamać do nocnych końcówek. Pogoda w miarę przyzwoita, sucho, są przejaśnienia. Początek to 15km jazdy krajówką do Sącza, odcinek dobrze znany, natomiast kawałek za Rytrem trasa MRDP zjeżdża na boczne drogi, do Zabrzeży jedzie się nowym wariantem przez góry, zamiast starą wersją, czyli doliną Dunajca. W starym rozwiązaniu cały długi odcinek pomiędzy Muszyną a Krościenkiem to był ulgowy przejazd i odpoczynek przed wymagającym tatrzańskim odcinkiem MRDP. Natomiast obecny wariant dorzuca do tego dwie góry, pierwsza jeszcze nie tak długa i szybko wchodzi. Natomiast drugi podjazd, czyli Wierch Bystre - to już straszna piła, podjazd z dużym przewyższeniem i bardzo ostry, z długim odcinkiem nachyleń dochodzących pod 20%, mocno trzeba się tu było nażyłować, żeby to wjechać bez pchania; dobrze, że podjazd był na początku dnia; obecnie to najcięższa góra na całym MRDP. Zjazd bardzo wredny, wąziutka kręta droga z równie dużymi nachyleniami jak z drugiej strony.

Na przystanku nad Dunajcem krótki popas i ruszam dalej. Łykam tradycyjnie nieprzyjemny odcinek do Krościenka, sprawnie wjeżdżam na przełęcz Osice i kapitalnym zjazdem zasuwam nad jezioro Sromowieckie z doskonałym widokiem na czorsztyńską tamę. Póki co jazda idzie całkiem sprawnie, pogoda wreszcie sensowna, choć chłodno. Następny punkt programu to Łapszanka, niestety dzisiaj z pięknej panoramy Tatr nici, natomiast mocno mnie zniesmaczyła góralska pazerność - na pięknym, zielonym grzbiecie Łapszanki jakiś miejscowy góral postawił budę z żarciem, a do tego parking; co mocno psuje część tej panoramy; nawet tak urokliwemu miejscu nie darują, nawet to musieli zepsuć w tak ordynarny sposób. Niestety Podhale ostatnimi laty to siedlisko największego chyba w Polsce kiczu, wszędzie komercha, a na każdej chałupie banery reklamowe. A wielka szkoda, bo to piękne tereny z ogromny potencjałem, niestety masowa turystyka odebrała tym rejonom mnóstwo uroku.


Z Łapszanki kolejny szybki zjazd - i zaczyna się ostry podjazd na Brzegi, większa część już wyremontowana, jedynie dolny kawałek jeszcze rozwalony, wreszcie coś tu poprawili bo ta droga długo straszyła dziurami. Kawałek przed Głodówką wyjeżdża mi na spotkanie dwójka kolarzy z Grupetta, którzy tu akurat spędzają urlop - okazuje się, że jeden z nich to Tadeusz Baranowski, który w tym samym miejscu wyjechał mi spotkanie 8 lat temu, podczas edycji 2013! Miłe spotkanie, a i w pamięci odświeżyłem sobie tamten wyścig, gdy na Głodówkę wjeżdżało się w chmurach, w dzień z dużym załamaniem pogody. Chłopaki odprowadzili mnie do Zakopanego, dzięki za miłe spotkanie! W Zakopanem popas w centrum, niby pogoda dobra, ale jak na sierpień to wypasu nie ma; na Głodówce ledwie 7 stopni, w Zakopcu też poniżej 10'C, ale sporo lepsze to niż opady.


Za Zakopanem dłuższy odcinek ruchliwych dróg na Czarny Dunajec i Jabłonkę, ale po zaliczeniu podjazdu w Kirach już niemal tylko w dół, więc jedzie się szybko; na drodze do Jabłonki nawet wyszło słońce i odsłonił się elegancki widok na masyw Babiej Góry.


Za Jabłonką dobrze znana droga na Krowiarki, obecna na większości maratonów w tym rejonie, od czasu jak wyremontowali drogę jedzie się tu świetnie, bo podjazd dość łatwy, a zjazd w obie strony można jechać prawie bez hamowania, bo jest tu dużo prostych, więc grzeje się przyjemnie. Jeszcze krótka i ostra ścianka na przełęcz Przysłop, która słynie z atomowego zjazdu do Stryszawy, bo jest tam spory odcinek prostej 13%. Tylko jest "mały" haczyk, że kończy się to ostrym zakrętem, więc z nadmiernym rozpędzaniem się nie ma co przesadzać, tak więc już lekko po przekroczeniu 60km/h dałem po heblach, bo tam i 80km/h da radę pociągnąć. A wspominam o tym, bo dzień później właśnie w tym miejscu, nie mieszcząc się w zakręcie rozbił się Krzysztof Cecuła, na szczęście skończyło się tylko na złamanym obojczyku i końcu marzeń o ukończeniu MRDP, bo tam jak się przeszarżuje to można i pojechać w dużo dalszą podróż...

Dotąd jechało mi się bardzo przyzwoicie, ale za Stryszawą łapie mnie już coraz większy kryzys, ilość gór robi swoje, na tatrzańsko-beskidzkim odcinku MRDP jest więcej przewyższeń w stosunku do dystansu niż na bieszczadzkim. Zgodnie z porannym postanowieniem decyduję się na wcześniejszy nocleg, bo te przeciągane nocne końcówki przez ostatnie dni mocno mnie wymęczyły, ogarniam więc nocleg w Wiśle tak by mieć już cały górski odcinek w Beskidach za sobą. Kawałek za Stryszawą łapie mnie zmrok, do Węgierskiej Górki są jeszcze dwa solidne podjazdy po 200m w pionie, dopiero tam po wjechaniu na krajówkę jest kawałek luzu. Za Milówką spotykam Rafała Koconia, który wyjechał na spotkanie maratończykom, kolejne miłe spotkanie. Na tym kawałku jest kultowa na MRDP rzeźnicka ścianka na Szare, 20% po płytach ażurowych, mając już 250km górskiej trasy w nogach nie byłem pewny czy dam radę to wjechać, ale oczywiście nie było przeproś i musiałem powalczyć. Zaciąłem się i z dużą satysfakcją wciągnąłem to w korbach; Rafał żartował, że trzask moich kolan rozszedł się po całej dolinie ;).

Na górze chwilę odzipnąłem i po pożegnaniu z Rafałem ruszyłem dalej. Tutaj też nowy kawałek na MRDP, stara wersja jechała szosą wojewódzką na Istebną, teraz jedziemy przez Laliki i Jaworzynkę. Rafał mówił, że na obu wariantach będzie podobna ilość gór, ale faktycznie nowy wariant okazał się sporo bardziej górzysty, wyszło 360m w pionie zamiast 150m na starym kawałku. Na już dużym zmęczeniu ciągnęła się ta końcówka mocno, do tego szybko bardzo nisko spadła temperatura, przed Istebną już ledwie 2 stopnie; to była najzimniejsza noc na całym wyścigu. Też był to kawałek po wąskich bocznych drogach, za dnia pewnie świetny do jazdy, ale nocą na zjazdach trzeba było jechać dość asekuracyjnie. W Jaworzynce spotykam ubierającego się Ryśka Herca, też mu się zimno dało we znaki i bał się załatwienia kolan na zjazdach; dowiaduję się też o przygodach Ryśka z minionej nocy, którą przez brak noclegu w rejonie Piwnicznej musiał spędzić na rowerze, dociągnął do Zakopanego, gdzie spał w dzień, ale za dobrze się nie wyspał. Niestety wiele nie pogadaliśmy, bo akurat teraz kucnęła mi bateria w Di2 i musiałem wyciągać schowaną gdzieś na dnie bagażu ładowarkę do tego, co na tej zimnicy przyjemne nie było. Ale już wiele nie zostało, jeszcze zasysający cale ciepło z człowieka zjazd z Istebnej, podjazd na Kubalonkę i zjazd do Wisły, ale za Kubalonką już się lekko ociepliło. Jeszcze na zjeździe przegapiłem skręt do hotelu, musiałem krótki kawałek wracać - i trochę po północy z ulgą wchodzę do cieplutkiego hotelu.

Dzień udany, dałem radę przejechać do końca Beskidy, dystans wyszedł co prawda lekko poniżej 300km, ale to wynikało z tego, że świadomie zdecydowałem się na wcześniejszy nocleg, bo już mnie wymęczyły te nocne końcówki. Do tego był to jedyny dzień przerwy od deszczu, gdy pogoda nieco odpuściła. Na wyścigu ciągle byłem w samym czubie, przede mną oprócz Ryśka, który pojechał dalej byli jeszcze tylko Paweł Sojecki i Paweł Pieczka z dużą już przewagą. Także i lekką przewagę nad swoim rekordowym wynikiem ciągle utrzymywałem, pomimo tego, że tegoroczna trasa na już przejechanym górskim odcinku była dłuższa o jakieś 4h.
Zdjęcia z wyścigu
Dane wycieczki: DST: 287.60 km AVS: 19.61 km/h ALT: 4528 m MAX: 64.10 km/h Temp:10.0 'C
Wtorek, 24 sierpnia 2021Kategoria >100km, >200km, >300km, Canyon 2021, MRDP 2021, Ultramaraton
MRDP 
III dzień -
Przemyśl - Ustrzyki Górne - Krempna - Piwniczna-Zdrój

Pobudka niełatwa, przed wyruszeniem na trasę (przy okazji orientuję się, że przybyło kilka rowerów, bo po mnie do hotelu dojechali kolejni zawodnicy) jeszcze dłubię przy rowerze zmieniając mostek na dłuższy, idea była taka, żeby w górach odciążyć siedzenie, ale jak się później okazało był to bardzo kiepski pomysł, tak poważnych zmian jednak nie można robić w trakcie imprezy. Ale na tamtą chwilę, gdy na odcinku do Zosina siedzenie mocno oberwało obawiałem się sporo większych problemów. Ruszam jeszcze nocą, jedzie się do niczego, miasto całe mokre, wilgoć wszędzie, chwilami lekko popaduje. Na wyjeździe z Przemyśla powoli zaczyna dnieć, ale ten świt specjalnym optymizmem nie nastraja ;). Ale zawsze plus, że póki co nie pada, a za Przemyślem zaczynają się już prawdziwe góry. Na pierwszy ogień idą Aksamanice, solidny podjeździk, na mokrym i krętym zjeździe trzeba bardzo uważać. 

Kawałek dalej na długim podjeździe pod Arłamów spotykam Waldka Chodania, który narzeka, że tyłek ostro mu się daje we znaki. Pierwszą noc jechał, drugiej spał na kwaterze razem z innym zawodnikiem, który tak strasznie chrapał, że ledwie godzinę pospał, a ostatnią noc spędził w całości na rowerze. Do tego jeszcze na tych deszczach rozwalił mu się suwak w torbie pod ramą, gdzie miał całą elektronikę, przez co mu ją częściowo zalało. Pamiętam jak Waldek mocno mi wtedy zaimponował - widać było, że jest już mocno przeczesany; ale jednocześnie było widać, że nic go nie jest w stanie rozwalić, że jest niezniszczalny. Pomimo tylu przeciwności, zalanej elektroniki, gównianej pogody, tyłka już do krwi startego i mocnego niedospania - nawet przez myśl mu nie przeszedł wycof, jechał twardo naprzód, prawdziwy Człowiek ze Stali (Waldek jest ze Stalowej Woli). Po tym co zobaczyłem byłem pewien, że ukończy wyścig (przez ukończenie rozumiem przyjechanie w limicie 10 dni) i się nie pomyliłem. Mocna głowa to jest podstawa na takiej imprezie, a im trudniejsze warunki się robią, im większe zmęczenie - tym rola psychiki rośnie; osoba z mocną głową na takim wyścigu zawsze objedzie sporo silniejszego fizycznie, ale psychicznie miękką bułę. Wielu ludzi jak nie idzie to zaczyna szybko wymiękać, szuka pretekstów by odpuścić, a tacy jak Waldek co na nich nie spadnie - to zawsze jadą, tu żaden The Art of DNF nie przejdzie.

Chwilę po naszym spotkaniu zaczęło się ostre uderzenie pogody, na podjeździe znad ukraińskiej granicy za Kwaszeniną walnęło z całą siłą, a to zupełnie odkryty podjazd, już nawet kapoty od deszczu nie zdążyłem włożyć, a tak nawalało, że wolałem torby nie otwierać by w czasie tej operacji nie zamoczyć suchych rzeczy w środku. Dopiero jak zmarzłem, a deszcz deczko odpuścił to już na szczycie dołożyłem kurtkę od deszczu i te nieszczęsne ochraniacze, z kolei po zjechaniu na drugą stronę szybko się ociepliło i znowu trzeba było się przebierać. Mijaliśmy się na tym odcinku z Waldkiem kilka razy, w pobliżu jechał też Rafał Szyszka. Za Ustrzykami Dolnymi trasa doskonale znana z BBT, w Czarnej robię sobie postój śniadaniowy pod sklepem, a na podjeździe przed Lutowiskami dogania mnie Przemek Kijak, który wystartował z Przemyśla trochę po mnie. Z kultowego punktu widokowego nad Lutowiskami całkiem elegancka panorama, nieźle się prezentowały kłębowiska chmur nad Bieszczadami.


Zjeżdżamy się wszyscy (Przemek, Waldek i Rafał) na postoju oczywiście w Caryńskiej, chłopaki wzięli ciepłe jedzenie, ja tylko przebierałem się i robiłem poprawki w rowerze, a zjadłem jedynie kanapkę ze sklepu w Czarnej, co było błędem, który wkrótce odczułem, trzeba było zjeść coś porządnego, bo za Cisną było sporo słabiej z zaopatrzeniem. Przemek pocieszał nas, że podobno prognozy są już optymistyczne, że już na radarach fajnie to zaczyna wyglądać i najgorsze za nami; mając teraz wiedzę co się działo do samego końca MRDP - mogę się jedynie szeroko uśmiechnąć :)) . Ale chwilowo pogoda odpuściła, popaduje co prawda co jakiś czas, ale nie za mocno. Zaliczam przełęcze Wyżniańską i Wyżną, ta druga to jedna z ładniejszych dróg w Polsce, serpentyny z szerokim widokiem.


Tutaj dogania mnie Paweł Pieczka, który miał długi nocleg za Przemyślem i teraz ruszył pełną parą; Paweł dobrze to rozegrał, bo większość załamania, włącznie z tym porannym spędził pod dachem i na długim noclegu wyspał się do oporu dobrze się regenerując, co zaprocentowało na dalszej trasie; podczas, gdy prowadzący Paweł Sojecki, choć jadąc w nocy zrobił sporą przewagę to zapłacił za to wysoką cenę, bo organizm dopomniał się o swoje.

W miarę sprawnie jadę przez Bieszczady, na przełęczy za Cisną gdy zmieniałem baterię w czujniku znowu zaczęło padać, tutaj mija mnie Przemek Kijak. Kawałek dalej udało mi się go dogonić, co mnie zaskoczyło, bo Przemek normalnie jeździ sporo mocniej ode mnie, w tym roku wygrał bardzo trudnego Beskidzkiego Zbója. Ale okazało się, że jedzie z kontuzją kolan i siedzenia; niestety trasa MRDP zbiera duże żniwo, a dużo deszczu jeszcze sprawę pogarsza. Mnie odpukać na razie kontuzje oszczędzają, w górach po wczorajszej kontuzji achillesa nie ma śladu, udało mi się ją skutecznie przyhamować. Jechaliśmy blisko siebie do Komańczy, tu na chwilkę stanąłem, robiąc  obowiązkową fotkę ;))


Dalszy odcinek, czyli przejazd przez Beskid Niski mocno upierdliwy - jedzie się tu odkrytym terenem, zielonymi łąkami, normalnie to ekstra kawałek, ale teraz zaczęło mocno wiać z zachodu i na tych bezleśnych odcinkach zaczęło wycinać. Do tego pogoda mocno w kratkę, chwilami się przejaśnia niemal całkowicie, są już przebłyski słońca i gdy człowiek już łapie nadzieję na koniec załamania pogody - to znowu uderza deszcz. Ale tendencja tych zmian jest wyraźnie zniżkowa, coraz mniej przejaśnień, coraz więcej deszczu ;). Za Tylawą zrąbało się już całkowicie, zaczęło solidnie padać, temperatura spadła na poziom ok.8 stopni, a wiatr niszczył. Przed Krempną apogeum złej pogody, na większej górce przed miasteczkiem znowu zjechaliśmy się z Przemkiem, na dojeździe do samej Krempnej już ostro lało i wywiewało. Tak więc do Krempnej dojechaliśmy mocno wypruci, tam robimy dłuższy postój pod małym sklepikiem, w czasie którego dogonił nas ostro cisnący Rysiek Herc. Z Ryśkiem na maratonach zawsze jest wesoło, zawsze ma też sporo ciekawych patentów, także i teraz stosował nietypowe, ale bardzo skuteczne nakrycie głowy ;).


Chłopaki na przełęcz Hałbowską ruszyli chwilę przede mną, pogoda dalej do niczego, co chwilę pada i mocno wieje. Ale podjazd spokojnie wciągnąłem, natomiast zjazd był tragiczny, jeden z dwóch najgorszych na całym maratonie. Zjeżdżało się dość odkrytym terenem i strasznie mocno tam wiało i to głównie z boku, przy kołach stożkowych potrafiło rzucić rowerem na ponad metr w bok, a do tego na mokrej drodze było bardzo ślisko; chwilami to już musiałem do poziomu 15-20km/h wyhamowywać i to na prostej. Po jeszcze jednej górce wjeżdżam na szosę do Gorlic, w tej edycji trasa na tym odcinku jest dużo trudniejsza w porównaniu do wcześniejszych lat. Wtedy jechało się przez Gorlice, gdzie było w miarę płasko i był dobry punkt zaopatrzeniowy z wypasionymi stacjami, a teraz trasa na tym kawałku jest najeżona podjazdami, do tego jedzie się zadupiami, gdzie na nic więcej niż wiejskie spożywczaki nie ma co liczyć. Po zjechaniu z szosy do Gorlic zaczyna się ściemniać, omyłkowo ogarniam nocleg aż w Piwnicznej (pomyliła mi się z rejonem Krynicy). Na tym kawałku znowu mocno walnął deszcz, tutaj też wyjechał do mnie na rowerze kibic z Gorlic, który potowarzyszył mi z 10km, duży szacunek, że w takich warunkach chciało mu się wyjeżdżać na trasę!

Przed Małastowską już nie wyrobiłem i w końcu założyłem spodnie od deszczu, nie cierpię w tym jeździć, dlatego dopóki mogłem to unikałem jazdy w tym worku (na całym MRDP spodnie od deszczu to może 2-3 razy założyłem i to na krótkich odcinkach), na szczęście przed samym podjazdem się uspokoiło i mogłem je zdjąć. Jako, że dostaję sporo pytań o strój na jazdę w takich warunkach, takie krótkie wyjaśnienie. IMO nie ma strojów skutecznych na duży deszcz, nie wierzę w wodoodporność w takich warunkach, ciuchami można jedynie trochę zniwelować niedogodności jazdy na mokro, nawet te najdroższe puszczą, kwestia ilości opadów i czasu ekspozycji na deszcz. Tak więc to niestety zupełnie tak nie działa, że wydając grubą kasę na stroje zapewnimy sobie komfortową jazdę; w takich warunkach decyduje przede wszystkim osobista odporność na deszcz, na zimno. Moim zdaniem dużo więcej tu daje mocna głowa niż super ciuchy, nieraz widziałem ludzi co na poważnych załamaniach spokojnie wyrabiali z ciuchami na najtańszym decathlonowym poziomie.

Podjazd na Małastowską bardzo specyficzny, u góry mnóstwo mgieł, chwilami tak gęstych, że światełko lampki zupełnie się w tym rozpraszało. Ale podjazd to jeszcze było pół biedy, bo zjazd z przełęczy to był właśnie drugi z tych dwóch najgorszych. Widoczność przez te mgły i masę wilgoci w powietrzu była bardzo słaba, w skrócie ciemno jak w d. u Murzyna; nawet lampka na 800 lumenach nie starczała by skutecznie oświetlić drogę; do tego zjazd z przełęczy jest bardzo kręty, jest tu ileś zakrętów po 180 stopni, na których na bardzo śliskiej drodze trzeba było wyhamowywać niemal do zera, a obręczowe hamulce na karbonowych obręczach słabo hamują na mokro. Tak więc zakończyłem ten zjazd z dużą ulgą, później jeszcze była jedna fatalna ścianka, bardzo duże nachylenie na wąziutkiej, bocznej dróżce, zjazd tez wredny, ale już sporo krótszy niż z Małastowskiej.

Kawałek dalej spotykam ponownie Przemka, który właśnie skończył naprawiać oświetlenie, jak pamiętam w głównej lampce miał problemy ze stykami i musiał zainstalować zapasową, która optymalna do takiej jazdy nie była. Jechaliśmy obok siebie odcinek do Krynicy, Przemek podobnie jak Waldek mocno mi zaimponował na tym odcinku, pomimo solidnych problemów z kolanami wciągnął bez pchania bardzo ostre podjazdy na Banicę i Piorun; było widać, że to zawodnik co nie odpuści i nawet bardzo ciężkie warunki go nie zatrzymają. Po zaliczeniu Pioruna czekał nas długi odcinek zjazdu do Muszyny, kawałek przed Muszyną Przemek zjeżdża na nocleg, a ja przez to, że się pomyliłem przy załatwianiu noclegu jeszcze musiałem dymać ponad 20km do Piwnicznej, ale już po względnie płaskim terenie. Jak na mój stopień wyprucia to nawet całkiem dobrze ten ostatni odcinek wszedł, miała klimat ta nocna rajza nad Popradem po zupełnie pustej drodze. Ale generalnie byłem już strasznie ujechany, 360km i 4600m w pionie, w fatalnej pogodzie, pod wiatr i w deszczu potrafi skutecznie zniszczyć; poza ostatnim to był mój najcięższy dzień na tegorocznym MRDP.

Dojechałem do Piwnicznej dopiero po 1 w nocy, w hotelu, gdzie miałem nocleg recepcja była tylko do 24, ale byłem umówiony, że mam przedzwonić do właściciela i przyjedzie mi otworzyć. Dzwonię więc - a tam nikt nie odbiera, a hotel zamknięty na głucho. Rozwaliło mnie to zupełnie, wypruty byłem całkowicie, kolejnej nocy na rowerze to bym nie wyrobił, a sprzętu do spania w takich temperaturach też nie miałem. Innych opcji noclegowych w tym rejonie nie było, poza hotelem za 500zł. Bez specjalnej nadziei nawalałem telefonem do oporu i jakimś cudem za którymś razem gościu odebrał i przyjechał, niemniej blisko godzina poleciała zanim znalazłem się w pokoju. To też jak na dłoni pokazało mi minusy systemu spania po kwaterach. To dobrze działa jak się dojeżdża o normalnej godzinie, ale na wyścigach tego typu to mocno ogranicza, bo mało kto kończy dzień koło 20-22, często dojeżdża się w środku nocy i wtedy nieźle można się załatwić licząc na nocleg, nawet w takiej sytuacji jak ja, gdy właściciel wiedział jak późno dotrę. Przykładowo Rysiek Herc, który dotarł do Piwnicznej godzinę przede mną - nie znalazł nic i musiał jechać całą noc po górach, znajdując nocleg dopiero w Zakopanem, już za dnia; a z takim bagażem kilometrów w nogach nie była to efektywna jazda.
Zdjęcia z wyścigu
Dane wycieczki: DST: 363.30 km AVS: 20.33 km/h ALT: 4665 m MAX: 60.30 km/h Temp:11.0 'C
Poniedziałek, 23 sierpnia 2021Kategoria >100km, >200km, >300km, Canyon 2021, MRDP 2021, Ultramaraton
MRDP
II dzień
- Siemiatycze - Włodawa - Hrubieszów - Tomaszów Lubelski - Przemyśl

Spałem dobrze, tyle że za krótko, to nie sama jazda, to zwlekanie się z wyrka jest największym wyzwaniem na ultra ;)). Ale zbieram się dość sprawnie, z Siemiatycz wyjeżdżam jeszcze nocą. Początek bardzo niemrawy, muli solidnie i jakoś nie bardzo idzie ta jazda. Ale trasa dobrze mi znana, lubię te tereny, więc wkrótce się jakoś wkręcam i już odliczam minuty do świtu. Za Janowem zaczyna już dnieć, a czołg przed Terespolem już dobrze widać. Niestety mizerny to świt, liczyłem na słońce jak wczoraj, a tu Żółta Twarz za chmurami i tak od samego początku ten dzień marnie mi się zapowiadał - i jak się okazało przeczucie mnie nie myliło...

W Terespolu byłem jeszcze za wcześnie na zjedzenie czegoś ciepłego czy zakupy, więc postanawiam jechać do Sławatycz, gdzie jest kilka większych sklepów, dzięki temu wysunąłem się na trzecią pozycję, co niewątpliwie działało motywująco. Jazda w czubie mocno nakręca i motywuje do wysiłku; podobną rolę spełnia tu limit, dopóki człowiek o niego walczy to jest w stanie z siebie wykrzesać bardzo wiele; natomiast nie rozumiem zupełnie sensu jechania takiej imprezy z założeniem od razu na starcie, że się zamierza ten limit mocno przekroczyć, a parę takich osób również było. W Sławatyczach już otwarte sklepy, tutaj też po raz pierwszy spotykam zawodników jadącego w drugą stronę Wschodu 1400, parę słów udało się zamienić; bardzo niecodzienna sytuacja by dwie duże imprezy ultra spotykały się w ten sposób. 

Następny odcinek do Włodawy jadę głównie po idącym wzdłuż szosy Greenvelo, które jest w dużo lepszym stanie od szosy, na tym kawałku, spotykam już wiele grupek zawodników Wschodu, m.in. udało mi się namierzyć Wikiego (niestety wspólna fotka jaką zrobiłem .w jakiś dziwny sposób mi się skasowała). Przed samą Włodawą rowerówka już się psuje, jakieś przeskoki na drugą stronę, później kostka, więc wracam na szosę. Za Włodawą przybywa kiepskich asfaltów, jest taka przeplatanka, raz lepiej, raz gorzej; pogoda dość ponura, pochmurno, a temperatura wyżej jak 14-15'C nie chce wskoczyć. Za Doruhuskiem asfalty psują się już mocno, a liczyłem, że ten odcinek wyremontowali, podpadł mi tu Mariusz Filipek, który po zeszłorocznym Wschodzie MRDP twierdził, że ten kawałek wyremontowali ;). Niestety realia są bolesne, żadnego remontu nie było - prawie cały długi odcinek aż pod Zosin to nie są nawet dziury, a jeszcze gorsze od nich łaty; bo drogi tu się naprawia wylewając kolejne łaty na te już istniejące, trochę rozgrzanego żwirku - i gotowe. Tu mija druga doba jazdy, po 48h jazdy mam na liczniku równe BBT, czyli 1008km, tylko raz na BBT lepszy czas wykręciłem, a tu przecież spałem po drodze. Jednym słowem jest dobrze, z takim zapasem kilometrów przed górami można realnie myśleć o poprawieniu rekordu.



Kawałek dalej w Dubience bardzo miłe spotkanie z Pawłem i Rochem z forum, którzy kręcąc w okolicy kibicowali uczestnikom maratonu. Robiłem tu krótkie zakupy, więc był czas trochę pogadać z chłopakami, dostałem też i wałówkę na trasę - dzięki za spotkanie! Na odcinku do Zosina zaczyna się jechać coraz gorzej, dziury niszczą siedzenie, ale gorszy jest narastający od jakichś 100km problem z achillesem, którego zaczynam coraz mocniej odczuwać. W 2017 to właśnie kontuzja achillesa spowodowała, że musiałem odpuścić walkę w samym czubie, pomimo że świetnie mi się jechało, tak więc byłem na to bardzo wyczulony. Robię ileś zmian pozycji by zapobiec dalszemu obciążeniu ścięgna, bo bez sprawnego achillesa nie ma co marzyć o przejechaniu gór. I co się dzieje w takim momencie, gdy nic nie idzie jak potrzeba? Oczywiście zaczyna padać deszcz! :P

Jak pisałem od samego początku dnia mi ta dzisiejsza pogoda źle pachniała (sprawdzaniem prognoz nie zawracałem sobie w ogóle głowy) i niestety te ponure chmury przeszły w deszczowe. Tak więc końcówka odcinka do Zosina do niczego, coraz mocniej nawalający achilles i siedzenie, do tego już pod Hrubieszowem kilka postojów na przebieranie się, bo padający z początku umiarkowanie deszcz przechodzi w ostrzejszą ulewę. Przy okazji bardzo szybko załatwiłem skarpetki przeciwdeszczowe, które są fajne tylko dopóki nie przemokną, bo wysuszenie ich na trasie gdy nie ma słońca graniczy z cudem (od tego momentu skarpetki wiozłem głównie mokre w bagażu, ważące ze 3 razy tyle co na sucho). Porażką okazują się też nowe ochraniacze na buty Castelli Pioggia, na sucho w domu wyglądały całkiem OK; teraz przekonałem się, że są cholernie niewygodne i czasochłonne w zakładaniu, a suwak po paru deszczach bardzo topornie działał - to była największa porażka sprzętowa na tym maratonie.

Straciłem na te wszystkie zabawy ileś czasu, przed Hrubieszowem wyprzedził mnie Przemek Kijak. Za Hrubieszowem kończą się równiny, zaczyna się mocno pagórkowaty odcinek do Tomaszowa; normalnie to ciekawe urozmaicenie po setkach kilometrów równin - ale dziś jedzie się do niczego. Deszcz leje; są to opady typu konwekcyjnego, czyli raz wali mocno, na trochę przestaje i tak cały czas, do tego na drodze jest spory ruch, a przy mokrej szosie zjazdy są niebezpieczne, bo tez i zawiewa chwilami solidnie, w ogóle większość dzisiejszego dnia było pod lekki wiatr. Na pagórkach przed Tomaszowem czuję już solidnie nogi, po drodze jeszcze miłe spotkanie w locie z Rufiano, który strzelił mi tę fotkę:

(fot. Rufiano)

Jednym słowem do Tomaszowa docieram już solidnie wypruty, na Orlenie jakieś bardzo słabe zaopatrzenie było, więc podjechałem do Żabki i popas niestety musiałem robić na zewnątrz. Natomiast cieszy fakt, że wreszcie uspokoił się achilles, zmiany pozycji przyniosły pewną poprawę, ścięgno dalej czuć, ale się to już nie pogarsza. Za Tomaszowem dalej kiepska jazda, za Narolem łapie mnie zmierzch i aż do Lubaczowa jadę w deszczu i solidnym ruchu, co mnie mocno zaskoczyło; na wcześniejszych imprezach jechałem tu grubo po północy i było zupełnie puściutko; więc nie wiedziałem jak to wygląda za dnia. Za Lubaczowem wjeżdżam na boczną drogę do Wielkich Oczu i ruch się kończy, też i deszcz odpuszcza. Ale jedzie się tak sobie, zmęczenie już solidnie, organizm domaga się odpoczynku, a do planowanego w Przemyślu noclegu jeszcze kawał drogi; dziś jeszcze mocniej niż wczoraj poczułem niedogodności systemu noclegów pod dachem; choć z drugiej strony spanie na dziko w deszczowych warunkach tez pozostawia wiele do życzenia; i tak źle i tak niedobrze...

Tak więc ostatni odcinek do Przemyśla jechało mi się już bardzo topornie, rosnąca senność coraz mocniej dawała się we znaki, za Wielkimi Oczami była pętelka przy samej granicy ukraińskiej bardzo wąskimi drogami, częściowo w lesie - za dnia pewnie bardzo fajny kawałek, ale teraz po sporych opadach deszczu było mnóstwo wilgoci i mgieł, chwilami tyle, że światełko na kierownicy już nie wystarczało by drogę skutecznie oświetlić. Ale pocieszałem się, że zawsze to lepsze niż by znowu miało padać - no i gdy myślałem, ze już dociągnę do tego Przemyśla bez deszczu to tak z15km przed miastem lunęło i tym razem to już na maksa. Cały odcinek remontowaną krajówką z Medyki to wręcz surrealistyczne klimaty, szkoda, że w tych warunkach nie było jak zrobić zdjęcia, bo niesamowicie wyglądała ta ściana deszczu w światłach jadących z naprzeciwka samochodów. Do hotelu dociągam przed północą, już z wielką ulgą, ociekając deszczem; rower usmarowany od góry do dołu, więc proponowanie zabrania go do pokoju byłoby niezłą bezczelnością ;). Na szczęście było miejsce w zamkniętym korytarzu, gdzie mogłem go zostawić, a czekał już tu rower Przemka, który również w tym samym hotelu nocował, a który dotarł tu przede mną.

Ale pomimo fatalnej pogody (ze 200km na mokro) morale dalej miałem wysokie, udało się zrealizować plan maksimum i zrobić duży zapas kilometrowy przed górami, a także i nad własnym czasem z wcześniejszych lat. Pytanie było jak tak intensywna jazda pierwszej części wyścigu odbije się na dyspozycji w kolejnych dniach, bo za Przemyślem zaczynały się już góry.
Zdjęcia z wyścigu
Dane wycieczki: DST: 433.70 km AVS: 23.92 km/h ALT: 1660 m MAX: 57.40 km/h Temp:14.0 'C
Sobota, 21 sierpnia 2021Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2021, Ultramaraton, MRDP 2021
MRDP - Wstęp

Maraton Rowerowy Dookoła Polski to impreza ultra z długą już tradycją, rozgrywana jest bardzo nietypowo - co 4 lata; dotąd odbyły się 4 edycje, w 2021 była piąta. Startowałem w 2013 i 2017, więc i w 2021 roku nie mogło mnie zabraknąć na linii startu. MRDP to bardzo trudny maraton samowystarczalny, nie bez kozery uznawany w środowisku długodystansowych kolarzy za zdecydowanie najtrudniejszy ultramaraton w Polsce, który są w stanie ukończyć jedynie nieliczni. Podstawowe założenie MRDP to bardzo wymagający limit, czyli 10 dni na pokonanie dystansu 3200km, co oznacza aż 320km na dzień. W przypadku imprez na 500km czy 1000km taki poziom limitu nie jest specjalnie trudny, ale w przypadku tras wiele dłuższych to już zupełnie co innego, bo wydajność z dnia na dzień spada, brak snu się potęguje, a na trasie jest ponad 1000km gór.

Ale na tym właśnie polega cały urok tej imprezy, że nie jest tu łatwo. To właśnie przyciąga na start wielu zawodników, chęć zmierzenia się z takim wyzwaniem, chęć sprawdzenia się na ekstremalnej imprezie. Jak na żadnym innym maratonie limit wyznacza tu strategię jazdy i zmusza zawodników do znalezienia w sobie sił wtedy gdy nic nie idzie, gdy pogoda i własny organizm rzucają nam liczne kłody pod nogi. Czymś niezwykłym w tej imprezie jest stopień poświęcenia jakiego wymaga, tego nie da się ukończyć jadąc na pół gwizdka, tu trzeba się na te 10dni wyłączyć zupełnie z życia i jego spraw, tu jest tylko rower i droga, nic zbędnego, nic ponadto. Jak mawiał Michał Anioł tworząc swoje wspaniałe rzeźby - on po prostu bierze kamień i usuwa co zbędne. I to jest w MRDP piękne, tu nie ma żadnych zbędnych dodatków, zostaje jedynie nasz prywatny film drogi, zostaje czyste piękno długodystansowej jazdy!

Impreza wymaga dobrego przygotowania zarówno od strony fizycznej jak i logistycznej. Tak w dużym skrócie można powiedzieć, ze sukces zależy po 1/3 - od przygotowania fizycznego, od logistyki i od psychiki, bo mocną głową bardzo wiele się tu zyskuje, a równie wiele można stracić, gdy psychika zawodzi i nie potrafimy swojego na trasie odcierpieć. Bo też MRDP jest to swoista impreza na wyniszczenie, znaleźć w sobie motywację po tygodniu bardzo intensywnej jazdy nie jest łatwo; do tego swoje dołożyć potrafi pogoda - i w tym roku dołożyła niemało :)).

MRDP było moim głównym celem sportowym na ten sezon, przygotowałem się do niego solidnie, w tym sezonie nietypowo dla siebie postawiłem na bardziej usystematyzowany trening typu sportowego, korzystając ze wsparcia trenerskiego Radka Rogóża, z którym bardzo dobrze mi się współpracowało, każdemu polecam. Celem maksimum w który celowałem było poprawienie mojego rekordu z 2013, czyli 8 dni 14h i 16min, a to już bardzo wysoko zawieszona poprzeczka, tym bardziej, że w 2021 trasa była dłuższa o prawie 70km niż w 2013 oraz doszło ok. 3000m w pionie, co realnie wydłużyło tę trasę o przynajmniej 4h w stosunku do 2017, a z 5h do 2013 (choć odpadł też czasochłonny prom na Wiśle). Plan jazdy na imprezę miałem dość ogólny, nie przywiązywałem za dużej wagi do tego, nastawiając się na bieżącą improwizację, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że na takiej trasie jest tyle zmiennych wpływających na to ile danego dnia można przejechać i gdzie dotrzeć, że nie sposób przed startem precyzyjnie tego zaplanować. Startuję oczywiście w królewskiej kategorii Solo, tak w mojej opinii długie dystanse jeździ się najlepiej, a na trasach tej długości wspólna jazda z innymi zawodnikami więcej strat przynosi niż zysków (wyłączając z tego bardzo zgrane rowerowo pary, ale takich wielu nie ma).

I dzień - Rozewie - Braniewo - Bartoszyce - Gołdap - Sejny - Kuźnica - Hajnówka - Siemiatycze

Start imprezy odbywa się tradycyjnie spod latarni na Rozewiu, czyli symbolicznym, najdalej na północ wysuniętym fragmencie Polski. Obsada w tym roku bardzo mocna i liczna (jak na tej długości imprezę), na podjęcie wyzwania okrążenia całej Polski w 10 dni zdecydowało się 49 osób w kategorii Solo, 27 osób w kategorii Open oraz 2 osoby w pobocznej kategorii Support jadącej na zupełnie innych zasadach (z wsparciem wozu technicznego). Punktualnie o 12.00 starujemy całym peletonem i drogami dla rowerów wyjeżdżamy z Jastrzębiej Góry.

(fot.MRDP)

W tej edycji na odcinku trójmiejskim została mocno zmieniona trasa, nie ma już bardzo niekomfortowego przejazdu przez Trójmiasto, które mija się od zachodu. Na początek mamy idealne warunki - słoneczna pogoda, okolice 20 stopni i sprzyjający wiatr; pierwsze kilometry to jeszcze dość ciasno zbici w mniejsze i większe peletony zawodników, wszyscy pełni sił, z wysokim morale, jeszcze nie wiedzą co będzie za 2-3 dni, że ten stan niestety nie potrwa już za długo i że wkrótce zacznie się klasyczna jazda na wyniszczenie. Jak wojsko idące do pierwszej bitwy, w świeżutkich mundurach, a za parę dni to będą już realia wojny okopowej :P

Po ok. 15km wjeżdżamy na DW 216 i kolejne 15km jedziemy w korku do Redy (na szczęście jest tu sporo odcinków z poboczem); niestety choć samo Trójmiasto mijamy to i na drogach w okolicy jest spory ruch. Wyjazd z Redy masakrycznie dziurawy, na szczęście to podjazd, więc nie ma tragedii. Kawałek dalej w Karczemkach jestem świadkiem wypadku. Na tym odcinku był zakaz dla rowerów i trzeba było wjechać na drogę dla rowerów, która prowadziła równolegle do szosy. I zaraz na początku tej rowerówki przecinała ona zjazd na stację benzynową, był tam przejazd rowerowy, więc to rowerówka miała pierwszeństwo przejazdu. Jakieś 30m przede mną jechał najmłodszy uczestnik MRDP Grzesiu Szamrowicz i na moich oczach skręcający na stację samochód wjechał na przejazd rowerowy bez oglądania się, bez redukcji prędkości. Na cale szczęście Grzesiek wjeżdżający już na przejazd rowerowy zobaczył go kątem oka i w ostatniej chwili wykonał unik w prawą stronę, unik dzięki któremu uniknął poważnego wypadku, a jedynie dostał lekko w tylne koło, na szczęście nieszkodliwie. Ochrzaniliśmy zdrowo kierowcę, a Grzesiu (czemu trudno się dziwić) powiedział, że do końca maratonu żadnymi rowerówkami nie pojedzie. Taki dobitny przykład na to, że wiele dróg rowerowych jest bardziej niebezpiecznych niż jazda szosą, dotyczy to przede wszystkim takich jak ta - przecinających wiele wjazdów w bok, na których kierowcy notorycznie wymuszają pierwszeństwo.

Na odcinku "trójmiejskim" jak to na Kaszubach - sporo górek, niestety ruch na wielu drogach jest dotkliwy i psuje przyjemność z jazdy, taki urok sąsiedztwa dużej aglomeracji; czekam już z upragnieniem na Pruszcz Gdański za którym liczę, że powinno się uspokoić. Na tym kawałku jadę blisko Adama Kałużnego, z którym dzisiaj sporo będę się mijać. Przed Pruszczem jeszcze krótka wizyta w sklepie i wjeżdżam na Żuławy. Zmienia się zupełnie charakter jazdy - robi się całkiem płasko i wreszcie ruch zdecydowanie maleje. Mija tutaj pierwsze 100km maratonu, więc zaglądam na monitoring wyścigu (orientując się przy okazji, że bardzo fajnie działa; monitoring FollowMyChallenge to obecnie chyba najlepsze rozwiązanie na rynku), po którym orientuję się że raczej trzymam tyły, jestem bodajże 33 na 49 osób w Solo - ludzie tradycyjnie solidnie wyrwali do przodu. Ale zupełnie się tym nie przejąłem, wolę zdecydowanie jechać swoim równym tempem, wiedząc że miarodajne będzie jak kto przejechał noc i dopiero pozycje po ok. 24h coś tam powiedzą. Na Żuławach spotykam Krzyśka Wolańskiego i Damiana Pałyskę, z którymi trochę rozmawiamy, póki co humory zdecydowanie dopisują. Co prawda wiatr który miał być zachodni i pchać zamiast tego przeszkadza - to takie pierwsze sygnały tego jak można ufać prognozom pogody ;)). Ale generalnie jedzie się elegancko, cały czas jest słonecznie, a na horyzoncie pojawiają się już pagórki Wysoczyzny Elbląskiej. 


Po pięknym kawałku nad Nogatem, ładnie oświetlonym popołudniowym słońcem wjeżdżamy w pagóreczki, jeszcze jesteśmy dość ciasno pogrupowani i co chwilę się kogoś spotyka, między innymi Kaziu Piechówka przyjął z ulgą pierwsze górki, bo narzekał, że niszczy go monotonia - i rzeczywiście, gdy tylko się skończyło płaskie to na pierwszym podjeździe wyrwał do przodu jak Pantani; też i Tomek Wyciszczak mocno cisnął; Tomek nietypowo już pierwszej nocy planował spać, bo większość zawodników szykowała się na noc na siodełku. Odcinek bardzo fajny, ostry zjazd do Suchacza, jeszcze ze dwie większe ścianki i zjeżdża się do Fromborka, ze wspaniałą katedrą tuż przy drodze. Kawałek dalej w Braniewie jak wiele osób zatrzymałem się na dłuższy postój, bo to ostatni sensowny punkt zaopatrzeniowy na sporym odcinku; też już się ściemniać zaczęło, więc przebrałem się do nocnej jazdy. Od Braniewa już po ciemku, trochę obawiałem się na tym odcinku słabszych asfaltów, bo na wcześniejszych edycjach było tu sporo dziur - ale okazało się, że jest elegancko, prawie cały ten kawałek to wyremontowane drogi. Na tym odcinku mijam się z Robertem Woźniakiem i Adamem Kałużnym, od początku dnia mocno męczy mnie sikanie, chwilami już co 15min muszę się zatrzymywać; w Górowie Iławieckim na nieczynnej stacji gdzie spotykam Rybę (Grzegorza Rybkowskiego) trochę poprawiam pozycję. Kawałek dalej jedziemy objazdem przez Bezledy, po wjeździe na krajówkę do Olsztyna niemiłe zaskoczenie - bo pomimo, że już było po 23 ruch był bardzo duży, samochód za samochodem. Jak się później dowiedziałem w Bezledach był koncert Zenka Martyniuka, a na takich "artystów" to mało wyszukana publiczność chodzi. I akurat jak jechaliśmy wracało z niego dużo już pijanej hołoty. W pewnym momencie ktoś mocno rzucił we mnie jabłkiem, jakimś cudem o centymetry minęło przednie koło, bo takie zupełnie niespodziewane, dość silne uderzenie łatwo może doprowadzić do groźnej wywrotki. Analogiczną sytuację miał jadący w bliskiej odległości Robert Woźniak, jak czytałem w jego relacji w niego z kolei butelką rzucili. To jest właśnie ten poziom ludzi, którzy za doskonały żart uważają rzucić czymś w rowerzystę, opluć go, albo nawet uderzyć drzwiami samochodu (była taka sytuacja na BBT, do tego zakończona pobiciem), a ich mózgi są za małe by przewidzieć jak groźne mogą być konsekwencje takich zachowań.

Za Bartoszycami jechało mi się całkiem przyzwoicie, siły jeszcze są, dobrej jakości drogi zachęcają do ciśnięcia. Na 3PK w Korszach spotykam jadących wspólnie Maćka Blimela i Władysława Pieleckiego (bardzo sprawnie współpracowali), no i zaczyna się robić zdecydowanie zimno, temperatura spada w okolice 5-6 stopni, więc trzeba się porządnie ubrać. Do tego na trasie było dużo wilgoci, szczególnie w okolicach licznych tu jezior; w okularach już nie dało się jechać, bo od razu parowały. Wielu zawodnikom to zimno dało mocno w kość, ale mnie wiele to nie ruszyło, zimno oczywiście czułem, ale też nie byłem jakoś wielce zmarznięty, choć za Baniami Mazurskimi termometr już tylko 3 stopnie pokazywał. Tak więc odcinek do Gołdapi pokonuję całkiem sprawnie, tutaj zasłużony postój na Orlenie, gdzie już panowała atmosfera w stylu "The Walking Dead"; spotykam tu między innymi mocno już ugotowanego Wojtka Gubałę, prawdziwego Króla DNF-ów; i tym razem nie zawiódł, tradycyjnie przeholowując mocno z tempem w pierwszej fazie maratonu.

Za Gołdapią zaczyna już świtać i zaczyna się kapitalny kawałek do Szypliszek, uwielbiam ten odcinek, wiele razy tu jechałem, ale zawsze z przyjemnością tu wracam. Kawałek wymagający, bo zimnica cały czas trzyma, a górek nie brakuje. Ale widoki są kapitalne, wioseczki jak na końcu świata, pełno mgieł oświetlanych blaskiem wchodzącego słońca - po takie chwile się jeździ ultramaratony!


Za Wiżajnami mijam się z Góralem Nizinnym (Adamem Szczygłem), a na postoju na przebranie się (przed Sejnami wreszcie zaczęło się ocieplać!) spotykam się ze Śrubą (Krzysztofem Naskrętem), zawsze fajnie wybić się z monotonii samotnej jazdy chwilę rozmawiając. Wraz ze wzrostem temperatury rośnie i morale, a wzrosło jeszcze mocniej jak sprawdziłem sytuację na monitoringu i okazało się, że jestem już w pierwszej dziesiątce. To od razu dało mi wiatr w skrzydła, bo widziałem, że moja taktyka "tisze jediesz dalsze budiesz", czyli spokojnej, równej jazdy swojego bez oglądania się na to jak jadą inni przyniosła dobry skutek. Zimna noc zweryfikowała część zawodników i ponieśli sporo strat, a 500km w nogach to też ten poziom, gdy już przechodzi się z szybkości na wytrzymałość i różnice w mocy ze startu zaczynają się zmniejszać.

Za Sejnami kawałek krajówki, następnie przejazd przez Puszczę Augustowską i dojazd pod białoruską granicę w rejonie Nowego Dworu. Zaczyna się Podlasie i bardzo fajny, długi i pusty odcinek wzdłuż granicy, były obawy czy nie będzie jakiś problemów w związku z kryzysem z uchodźcami - ale zero problemów, nawet żadnej wzmożonej aktywności służb nie widziałem. Odcinek malowniczy, ale i sporo górek na odcinku do Krynek, więc czuć już coraz mocniejsze zmęczenie w nogach, 600km strzela przed Kuźnicą. Cały dalszy odcinek to już coraz bardziej rosnące zmęczenie, w takich chwilach wzrasta rola głowy, trzeba umieć znaleźć w sobie motywację by dalej jechać. Inaczej niż na poprzedniej edycji wygląda kawałek za Kruszynianami, nie ma już odcinka szutrowego, zamiast tego jedziemy asfaltem przez Bobrowniki co dodało parę km i kilka górek. Za Bobrownikami już coraz większe zamulanie, zmęczenie już bardzo duże; w rejonie zalewu Siemianówka miłe zaskoczenie - zrobili nowy asfalt, bo były tam bardzo ostre dziury, teraz został tego tylko krótki kawałeczek, a jeszcze wczesną wiosną straszyły tam niezłe kratery. 

Razem z jadącym w bliskiej odległości Śrubą już mocno wypompowani stajemy na postój w Narewce, chodzi się już z trudem i powolutku. Z Narewki już blisko do Hajnówki, gdzie robię większe zakupy i ogarniam kwestię noclegu. Postanawiam jechać objazdem, a na noc dociągnąć do Siemiatycz. W Kleszczelach zaczyna się ściemniać, a ponieważ słaba o tej porze była widoczność, więc jechałem bez okularów - i wpada mi do oka muszka. I tak pechowo się złożyło, że próbując ją usunąć rozbabrało mi się to oko bardzo mocno; niestety nie było w tym rejonie stacji z toaletami, gdzie na spokojnie można było to ogarnąć. A że oko dalej mocno szczypało, a ja nie byłem w stanie ustalić czy ta muszka jeszcze dalej siedzi w oku, a rąk też nie miałem czystych - więc sumarycznie opuchło to bardzo mocno, do tego zaszło ropą. Tak więc długi, nocny odcinek do Siemiatycz strasznie mi się ciągnął, oprócz oka zmęczenie dystansem było już bardzo duże, tak więc docieram do hotelu z wielką ulgą.

W tej edycji postawiłem na noclegi na kwaterach, chcąc sprawdzić na ile inaczej wyjdzie jazda MRDP niż w poprzednich edycjach, gdy jechałem śpiąc na dziko. Pierwsze minusy tego systemu już widzę, czyli konieczność jazdy na dużym wypruciu by dociągnąć w miejsce noclegu, zamiast spać wtedy gdy organizm zaczyna tego mocno potrzebować. Też w hotelu straciłem ze 20min na samo meldowanie się, chodzili sprawdzać pokój itd. Ale są też i spore plusy - hotel elegancki, można wziąć prysznic, a w łóżku wygodniej się śpi niż na zewnątrz, mogłem też ogarnąć i przemyć to oko. Sumarycznie - pierwsze 1,5 dnia na duży plus, przejechałem aż 800km i wypracowałem pewien zapas kilometrowy nad swoim rekordowym czasem, także i w klasyfikacji imprezy byłem blisko czuba.
Zdjęcia z wyścigu
Dane wycieczki: DST: 796.20 km AVS: 26.01 km/h ALT: 4719 m MAX: 60.60 km/h Temp:14.0 'C

Blogi rowerowe na www.bikestats.pl