wilk
Warszawa
avatar

Informacje

  • Wszystkie kilometry: 302151.84 km
  • Km w terenie: 837.00 km (0.28%)
  • Czas na rowerze: 550d 16h 43m
  • Prędkość średnia: 22.74 km/h
  • Więcej informacji.
baton rowerowy bikestats.pl

Zaprzyjaźnione strony

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wilk.bikestats.pl

Archiwum

Linki

Wpisy archiwalne w kategorii

Canyon 2022

Dystans całkowity:1828.70 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:77:02
Średnia prędkość:23.74 km/h
Maksymalna prędkość:60.10 km/h
Suma podjazdów:13318 m
Liczba aktywności:8
Średnio na aktywność:228.59 km i 9h 37m
Więcej statystyk
Sobota, 10 września 2022Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2022, Ultramaraton
Maraton Północ-Południe 2022

Wrzesień to tradycyjnie koniec sezonu ultra i równie tradycyjnie ów koniec trzeba uczcić przejechaniem Maratonu Północ-Południe ;)). Tak więc w drugi weekend września obowiązkowo melduję się na Helu, podobnie jak na starcie wszystkich siedmiu edycji MPP.

Dojazd na maraton z pewnymi problemami, spóźnia się mój pociąg do Gdyni, w efekcie czego nie wyrabiam się na Regio na Hel i muszę jechać kolejnym, tyle dobrego, że nie było problemów z zabraniem rowerów, do czego przyczyniła się m.in. słaba pogoda, więc i pasażerów w składzie było sporo mniej niż zazwyczaj. Piątkowe popołudnie na Helu wita zawodników zimną i pochmurną pogodą, tyle dobrego że póki co nie pada. Razem z Tomkiem Wyciszczakiem, z którym mamy wspólną kwaterę idziemy na tradycyjną rundkę nad morzem, wieje solidnie, ale na szczęście nie aż tak mocno jak to zapowiadano w prognozach.


Po spacerze tankujemy do pełna dwudaniowy obiad (ja jeszcze i deser wcisnąłem ;)) w sprawdzonej restauracji i udajemy się na naszą kwaterę. W okolicach 21 dociera Jędrzej Gąsiorowski (jak się okazało późniejszy zwycięzca MPP!) i już w pełnym składzie, rozmawiając o tym co nas jutro czeka przygotowujemy rowery i pakujemy sakwy, wnikliwie analizując prognozy pogody na jutro, które niestety dobrze nie wyglądają... 

Spałem sensownie, te 5-6h udało się pospać; poranek wita nas równie ponuro jak wczorajsze popołudnie; tym niewielkim światełkiem w tunelu jest brak opadów, bo nie ma nic gorszego niż start w deszczu. Jak na trasie będzie lało to trudno, jakoś się to przeżyje - ale start na mokro jest wyjątkowo dołujący. Pod latarnią już niezły tłum, tradycyjne rozmowy z innymi znajomymi ultrasami, fotki pod latarnią; pomimo marnej pogody humory dopisują, wszyscy sobie ostrzą zęby na wielką przygodę jaką jest przejechanie całej Polski na rowerze.
Punktualnie o 9 rano cały peleton rusza spod helskiej latarni - i zaczyna się nasza przygoda!


Na MPP tradycyjnie jest wspólny start, co odróżnia ten maraton od większości imprez ultra; dzięki temu sportowa rywalizacja jest wiele naturalniejsza, nie ma potrzeby przeliczania kto w jakiej grupie startował - tutaj kto pierwszy wjeżdża na metę ten wygrywa, kogo wyprzedzimy to jest za nami. Pierwsze ok. 35km jedziemy zwartym peletonem w eskorcie policji, tempo dość spokojnie, w okolicach 25-27km/h, a że jedziemy z mocnym wiatrem w plecy, więc osoby które ubrały się lżej trochę marzną. Temperatura tak na pograniczu jazdy na krótko i długo, ja ubrałem się ciepło, ale nie brakuje osób w krótkich spodenkach. Odcinek Mierzei Helskiej schodzi na rozmowach z Krzyśkiem Dąbrowskim (Blondasem), z którym sporo jeździmy terenowo po Kampinosie, a który nieoczekiwanie zdecydował się na start w MPP, wracając na szosę po wielu latach jeżdżenia tylko MTB, jadąc na pożyczonej szosówce i w luźnych spodenkach MTB bez wkładki. Uprzedzając fakty Krzysiek ukończył imprezę, a z siedzeniem nie miał najmniejszych problemów, żadnych otarć ;)). Na tej długości imprezach nie wypasiony sprzęt ma znaczenie, a głowa - tym najwięcej można zyskać i najwięcej stracić.

Na rondzie we Władysławowie, gdzie kończy się policyjna eskorta tradycyjnie zaczyna się ostre tempo, a mocni zawodnicy wychodzą na czoło peletonu. Ja natomiast zjeżdżam na sikanie - i tak dobrze, że udało się bez tego przejechać całą mierzeję, bo konieczność stawania na tamtym kawałku często oznacza wypadnięcie poza policyjną eskortę i konieczność jazdy w korku za peletonem się tworzącym; a w takiej temperaturze (jest ledwie 11'C) i większym wychłodzeniu pęcherza sporo osób stawało na tym pierwszym kawałku. We wcześniejszych latach często próbowałem się zabierać do szybszych grupek na pierwszą część maratonu, obecnie zdecydowanie preferuję równą jazdę własnym tempem, jedzie się wolniej, ale w drugiej części dnia zaczyna to procentować, bo szybkie rumakowanie ma swoją cenę. W rejonie jeziora Żarnowieckiego jadę kawałek z Gosią Szwaracką i Michałem Szelągiem, na podjeździe znad jeziora (największa górka maratonu na odcinku kaszubskim) jest kilkunastu tasujących się zawodników, a u góry na szczycie spotykam Hipka czekającego na trochę wolniej jadącego Elizjum (chłopaki jechali cały maraton wspólnie, z założeniem spokojnej, turystycznej jazdy na 2  noclegi i dobrze im ten system wypalił). Na przystanku kawałek za podjazdem tradycyjnie przebieram się, bo już się trochę za gorąco zrobiło na jazdę w deszczówce, niemniej żadnego wypasu nie ma. W głębi lądu jest nieco cieplej niż nad morzem, ale to dalej okolice ledwie 13'C, wieje też nieco mniej, jest to wiatr głównie boczno-przeszkadzający. Ale na szczęście trasa na Kaszubach jest na tyle kręta i jest na tyle osłoniętych miejsc, że wiatr aż tak jak się tego obawiałem nie męczy.

Odcinek kaszubski MPP od zmiany bodajże 3 edycje temu jest bardzo przyjemny do jazdy - dużo urozmaiceń, dużo górek, sporo wąskich i widokowych asfaltów. W tym roku pogoda sporo tej widokowości odebrała, ale dalej ta jazda daje sporo frajdy, dobrze wytyczona trasa zawsze była atutem MPP.


Pierwszy krótki postój na tankowanie robię w okolicach 120km, w międzyczasie nadjeżdża Blondas i wspólnie ruszamy dalej na najbardziej pagórkowatą część kaszubskiego odcinka. Są też drobne zmiany trasy w rejonie Egiertowa, więcej bocznych dróg, tak jak prowadził na tym kawałku tegoroczny Podróżnik. Orlen w Egiertowie tym razem odpuszczam, kawałek dalej trochę czasu tracę na regulacje lemondki, bo znowu coś drętwienie dłoni zaczyna mi się dawać we znaki. Zawodników na trasie spotykam cały czas, mija mnie tu między innym Tomek Wyciszczak, kawałek jadę razem z Waldkiem Chodaniem i ekipą z Grupetta. Przed dwusetnym kilometrem niestety pogoda się zepsuła, zaczęło padać, jezdnie zrobiły się mokre, więc jazda grupowa niewiele dawała, chyba że jak chłopaki z Grupetta posiadało się błotniki, ale przy większym deszczu nawet i z tego trochę leciało na jadące z tyłu osoby.

Jednym słowem jazda zrobiła się mało przyjemna, bo kumulacja zimna (okolice 11-12'C) i deszczu to już wymagające warunki do jazdy. Tyle dobrego, że ten deszcz nie był ulewny, chwilami padało solidniej, chwilami był to poziom mżawki, więc jeszcze bez dramatu. W okolicach 200km trasa się wyraźnie wypłaszczyła, za Skarszewami zaczął się nowy odcinek przez Bory Tucholskie, bo w tym roku trasa przekraczała Wisłę w Świeciu, nie Kwidzynie, prowadząc m.in. przez Osieczno i Tleń. Trasa generalnie przyzwoita asfaltowo, choć jak to w Borach trochę monotonna, rejon Tlenia całkiem fajny. Ale już powoli zaczynało zmierzchać, wiec przy padającym deszczu było wyjątkowo ponuro i już odliczałem kilometry do planowanego pierwszego większego postoju za Świeciem. Miałem trochę obawy co do tego postoju, bo była to Moya, nie Orlen (gdzie ma się znajome i sprawdzone menu) - i niestety były to obawy uzasadnione. Na stacji były na ciepło tylko hot-dogi, więc stanąłem (podobnie jak wielu innych zawodników) w barku obok. Zamówiłem hamburgera i frytki, czekać było na to trzeba długo, do tego smaczne to nie było. Frytek dali dużo, ale nie wchodziły mi zupełnie, hamburger też wielki, tylko jego jakość nie dorównywała wymiarom ;)). Wcisnąłem to w siebie na siłę, ale wisiało mi to na żołądku ładnych parę godzin; jedynym plusem barku było to, że było w nim ciepło. Podsumowując - kiepski to był koncept z tym postojem, trzeba było zrobić pośredni postój w Egiertowie jak zawsze, a w Świeciu zjechać z trasy na sprawdzony Orlen lub do Maca.

Gdy ruszyłem z postoju zaczęło solidniej padać i najbliższy odcinek do przyjemnych nie należał. Ale sporym plusem było to, że noc jak na wrzesień była dość ciepła, okolice 11'C, więc niemal to samo co w dzień, wynikało to z niżowej pogody i zachmurzonego nieba. Więc "siła rażenia" deszczu dzięki temu była ograniczona. Zresztą już tak w rejonie Golubia trochę się ten deszcz uspokoił i nie padało specjalnie intensywnie; na tym odcinku mijałem się m.in. z Maćkiem Blimelem, Krzyśkiem Ulbrichtem (jadącym w krótkich spodenkach, żeby zachować suche nogawki na góry ;) i Marcinem Siniarskim, który przed Sierpcem złapał gumę na jakimś szkle i musiał ją robić na deszczu. Dużym plusem tego odcinka były dobre asfalty, dużo lepsze niż na wariancie Kwidzyn - Brodnica jaki był przez ostatnie 2 lata, przy deszczu by się po tym jechało fatalnie, a żniwo kapci byłoby duże. Niemniej miałem na tym tle wpadkę, gdy jadąc po idealnej drodze na lemondce nagle na środku pojawiła się duża dziura w którą mocno przywaliłem, w ogóle się jej nie spodziewając. Koła na szczęście przeżyły, ale uderzenie było tak silne, że aż mi z torebki na ramie zamykanej na magnes wyleciało ileś rzeczy, które musiałem po ciemku zbierać. 

W Płocku miałem planowany drugi postój, koncept był świetny - czyli zjechanie na 24h McDonalds i porządne jedzenie + regeneracja w cieple. Niestety okazało się, że realia nieco od założeń teoretycznych odbiegały, bo Mac był czynny tylko w formie McDrive. Więc musiałem stać sporo w kolejce, razem z samochodami, wypełnionymi podpitym towarzystwem, a wydawanie jedzenia w tej formule jest dużo mniej wydajne niż normalnie w Macu, a później i tak pojechać na Orlen; jednym słowem kolejny mocny niewypał z postojem, straciłem na ten cały Płock blisko godzinę. Ale trochę podbudowała mnie psychicznie informacja o tym, że niemal cała czołówka się wycofała, panujące warunki okazały się dla nich za trudne. Trochę mnie to zaskoczyło, bo osobiście nie odbierałem ich jako bardzo wymagających, choć oczywiście łatwo też nie było. Ale to dobrze pokazało, że ultra to nie tylko mocne nogi, jak się pogoda psuje to zyskują bardziej odporne osoby z mocniejszymi głowami, którym psychika pomaga przetrwać nieuniknione na takiej trasie kryzysowe momenty. A okolice Płocka i Warszawy to są rejony zawsze zbierające największe żniwo wycofów - bo już dużo w nogach, na metę dalej bardzo daleko, natomiast do linii kolejowej na Warszawę bardzo blisko ;)).

Za Płockiem jeszcze ze 20-30km i zaczęło świtać, a przetrwanie długiej wrześniowej nocy to zawsze duży motywacyjny zastrzyk, nawet jeśli świt jest tak marny jak dzisiaj ;). Mazowiecki odcinek na wysokości Skierniewic zmieniono by ominąć DK 70, ale nie wiem czy to miało sens. Objazd był sensownie wytyczony, były to boczne drogi dobrej jakości, ale kilkadziesiąt skrętów mocno wybijało z rytmu. DK70 o tej godzinie, w niedzielny poranek ma niewielki ruch. Też na tym kawałku zaczęło znowu mocniej padać, a w rejonie krótkich hopek przy S8 solidnie lunęło. Kolejny planowany postój, jakżeby inaczej - znowu wtopa. W Żabce w Białej Rawskiej, która miała być czynna od 6 wita mnie kartka na drzwiach że w niedzielę otwarte od 11, więc stanąłem kawałek dalej na przystanku, jedząc zimnego hamburgera z Maca, jaki mi jeszcze został. Nowe Miasto trasa mijała bokiem, wiec na zakupy stanąłem w Woli Klwowskiej, tam znowu z 15min zmarnowałem na próbę wymiany klocka hamulcowego, który wydawał się zjechany, ale okazało się, że był tylko zalany ciemną mazią. Więc klocka nie wymieniłem, za to usmarowałem się ową lepiącą mazią dokumentnie ;)

Kolejna większa miejscowość na trasie to była Przysucha - taka nazwa zobowiązuje, więc mniej więcej od tego miejsca drogi wreszcie zaczęły przysychać i na dobre skończyły się problemy z deszczem (choć dalej mocno pochmurno). Za to wiatr, który miał wg prognoz pomagać zrobił się całkiem mocny, ale często wiał bardziej z zachodu, więc więcej szkodził niż pomagał, sporo więcej zyskali na nim zawodnicy jadący parę godzin z tyłu, bo na kawałku z Płocka do Białej Rawskiej sporo się jechało na wschód. Za Przysuchą jedyna większa wpadka z planowaniem trasy maratonu - z 15km kawałek przez Huciska fatalny asfaltowo, długi, leciutko nachylony podjazd 1-2%, łata na łacie; stara wersja przez Chlewiska i Hutę była o wiele ciekawsza kolarsko (fajne górki) i sporo lepsza asfaltowo. Natomiast dalej na odcinku Odrowąż - Samsonów bardzo fajne interwałowe ścianki i szybkie zjazdy. W rejonie Chęcin nieznany mi kawałek, ciekawy widokowo przejazd dookoła kopalni Miedzianka. W Chęcinach dłuższy postój na stacji Slovnaftu, a w samym miasteczku spotykam Maćka Kordasa, który swoim zwyczajem miał kawałek wcześniej ok. 3h odpoczynek w agroturystyce i z nowymi siłami ruszył dalej. Mnie za to zaczął łapać coraz większy kryzys, zmęczenie już bardzo duże, a głowa cały czas wstawia projekcje wygodnego odpoczynku ;))

Maciek pojechał więc szybciej do przodu, a ja coraz mocniej zamulałem, nawet postoje robiłem i widząc swój stan już praktycznie podjąłem decyzję o wzięciu noclegu w Pińczowie, w końcu to było już 780km - więc wstydu nie ma ;). Kawałek do Pińczowa bardzo fajny, płaskie i zielone tereny Ponidzia, z szeroką perspektywą widokową - to spowodowało, że jakimś cudem nagle odżyłem i postanowiłem spróbować dociągnąć nad Wisłę i tam zobaczyć jak będzie. W Pińczowie stanąłem więc jedynie na stacji na zakupy i ruszyłem dalej, w międzyczasie zrobiło się już ciemno. Tempo miałem dalej niespecjalne, ale psychicznie jakoś odżyłem. W okolicach 22 dojechałem na stację w Koszycach, tutaj zrobiłem jedynie krótki postój zaopatrzeniowy, w międzyczasie dojechał Radek Wierzbiński, ale on stawał tu trochę dłużej na większe jedzenie, ja pociągnąłem dalej. 

Ostatni płaski kawałek, czyli ok. 20km do DK94 (taka umowna granica płaskiego i pasa pogórzy) idzie mi bardzo drętwo, cały czas jedzie się po wiochach, brakuje takiej fajnej pustki jak na Ponidziu; a przede wszystkim dochodziło już zamulenie drugą nocą jazdy, paradoksalnie już nie mogłem się doczekać gór, bo te wybijają z monotonii. I tak rzeczywiście było, od razu pierwszy podjazd za Brzeźnicą dał zdrowo popalić, odcinek z nachyleniami 15% po jakiś fatalnych dziurach, nawet szutru był kawałek. Fajnie prezentował się Nowy Wiśnicz nocą, elegancki rynek z pomnikiem założyciela miasta, Stanisława Lubomirskiego, zwycięzcy spod Chocimia. Na szczycie kolejnej górki przed Lipnicą krótki odpoczynek na przystanku, a akurat jak już ruszałem to nadjechali Radek Wierzbiński i Krzysztof Ulbricht. Wszyscy mieliśmy zbliżone tempo. więc kolejny kawałek jechaliśmy razem lub w bliskim zasięgu. A kolejne podjazdy od razu nam pokazały, ze tegoroczny górski odcinek MPP bynajmniej nie ustępuje stopniem trudności zeszłorocznemu (z Wielką Trójką, czyli Makowską, Obidową i Gliczarowem), niemal każdy podjazd ma tu sekcje grubo ponad 10%. Przed Limanową wjeżdżamy już na ponad 500m, a kawałek przed miastem robimy ostatni popas na Orlenie w Laskowej.

Ze 2-3km dalej na równej drodze łapię kapcia, prawdopodobnie efekt jazdy po sfrezowanych remontowanych odcinkach, których było kilka wcześniej. Chłopaki pojechali, bo ich pomoc i tak by nic nie zmieniła, a ja ze zdjętą z roweru lampką w zębach wziąłem się za naprawę. Kapeć był w tylnym karbonowym kole, na które opona wchodziła z dużym oporem, więc wymiana była ryzykowna, do tego nie byłem w stanie znaleźć dziury w przebitej dętce, więc i ustalić czy jakaś drobinka nie została w oponie. Na szczęście udało się to poprawnie naprawić i po 20min ruszyłem dalej, choć już do końca trasy miałem schizę na tym tle i każde drobne kamyczki czy nierówności pod tylnym kołem wywoływały odczucie jakby mi to koło coś miękło ;))

Limanowa puściutka (to duży bonus w porównaniu z jazdą tego kawałka dniem), na ciężkim podjeździe za miastem nieoczekiwanie doganiam chłopaków, okazało się, że ich zmuliło i stanęli na przystanku. Ja o dziwo pod względem snu trzymam się bardzo przyzwoicie, dużo tu pomogła jazda w grupie, gdzie zawsze można pogadać, także i bardzo ciężkie podjazdy skutecznie wyrywają z zamulenia, do tego noc jest jasna, mocno świeci księżyc bliski pełni, chmury są tylko na części nieba. Robi się przez to oczywiście zimniej, ale dramatu nie ma, najzimniej było w okolicach 6 stopni. Za Limanową zaczyna się najcięższy odcinek maratonu, bardzo wymagające piły Beskidu Wyspowego, nachylenia pod 15% występują regularnie, a prawdziwą wisienką na torcie jest podjazd pod Krzyż, czyli Młyńczyska. Już dojazd jest solidny, a potem następuje długa prosta z nachyleniem 23% (sporo trudniejsze od Gliczarowa), wciągnąłem to już na ostatnich nogach, na szczycie, ze dwie minuty stałem oparty o kierownicę, łapiąc oddech i czekając na chłopaków, którzy woleli już odpuścić tę rzeźnię. Przypomniało mi się jednocześnie, że był to fragment segmentu z RTP (tego covidowego), który w ramach przygotowań do wyścigu sobie przejechałem.

Także i kolejne dwie ścianki do Kamienicy trzymały solidny poziom, tutaj wreszcie zaczęło świtać, ostatnią rzeźnię MPP, czyli Wierch Młynne pokonujemy już za światła dziennego, choć problemem były samochody jadące z naprzeciwka na bardzo wąskiej drodze, ale udało się wciągnąć bez stawania. Na zjeździe miła niespodzianka - wyremontowali drogę do Ochotnicy, dzięki temu zjazd jest bardzo przyjemny, bo i widoki ekstra. Jako regeneracja po tych przeprawach czeka nas łagodny i ciągnący się w nieskończoność podjazd na Knurowską, kawałek przed szczytem doganiamy już mocno skatowanego Maćka Blimela, któremu nizinna kaseta 28 nieźle dała popalić w górach, nabawił się też bardzo bolesnej kontuzji pleców. Na zjeździe otwiera się szeroki widok na Podhale, Tatry niestety jeszcze w chmurach, ale za to mamy ekstra widoczek na jezioro Czorsztyńskie.


Tutaj trochę zamarudziłem próbując przywrócić do życia mój tracker, bo otrzymałem SMS, że znikłem z monitoringu, straciłem na to parę minut. Radek jechał spokojniej, ale gdy się spotkaliśmy w rejonie Dursztyna okazało się, że Krzysiek Ulbricht uciekł z naszego peletoniku i ruszył już mocno na metę - więc zagrała ambicja i rozpoczęliśmy pogoń ;). Po pokonaniu Łapszy mocnym tempem udało się dogonić Krzyśka na skręcie na Czarną Górę. Dziurawy odcinek dojazdowy wykorzystaliśmy na złapanie oddechu, po czym poszliśmy za ciosem i 14% ścianę na Czarną Górę pojechaliśmy już w trupa, Krzysiek nie utrzymał naszego tempa.

To ściganie na samej końcówce dało nam sporo adrenaliny i pozwoliło skutecznie zwalczyć zamulenie. Pozostał nam jeszcze ciężki podjazd w Brzegach, później już łatwiejsze 3km na Głodówkę - i meldujemy się na mecie na 7 pozycji z czasem 48h40min!


Maraton dla mnie bardzo udany - udało się uzyskać najlepszą pozycję z wszystkich moich startów w MPP i po raz pierwszy znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Udało się to dzięki nadspodziewanie dobremu przetrzymaniu dwóch pełnych nocy na rowerze, dotąd na MPP tylko raz udało mi się dokonać tej sztuki, ale wtedy trasa była krótsza o 80km i sporo łatwiejsza, a pogoda dużo lepsza, na metę dojechałem coś po 3 w nocy, ale muliło mnie na trasie potężnie. A tym razem ta druga noc przeszła w sumie bez mocnego kryzysu sennego, dzięki czemu można było dość sprawnie jechać, nie zamulając po przystankach. Też i jazda w grupie drugą nocą, z Radkiem i Krzyśkiem znacznie tu pomogła - podziękowania dla chłopaków za wspólną jazdę i emocjonującą końcówkę. Żeby nie ten kapeć - to kto wie, może 48h udałoby się złamać, bo 20min poleciało na naprawę, a jak byłby cel te 20min można by urwać na tras; ale w tegorocznej edycji 48h to była wysoko zawieszona poprzeczka.

Sumarycznie oceniając - maraton bardzo wymagający, imprezę ukończyło jedynie 63 ze 100 startujących zawodników, to dobrze pokazuje, że MPP ciągle trzyma wysoki poziom. Skala trudności imprezy na która składają się wymagająca wrześniowa pogoda (zimno i nierzadko opady) + długi dystans w połączeniu z bardzo soczystą górską końcówką powodują, że to jedna z trudniejszych imprez ultra w Polsce. Ale jest to jednocześnie kawał przygody, właśnie trudność tego maratonu, w zestawieniu z malowniczą trasą przez całą Polskę, z Helu aż po same Tatry powoduje, że satysfakcja na mecie jest ogromna. Trasa maratonu w tym roku była niemal idealna asfaltowo, słabych odcinków było bardzo niewiele, jedynie z 15km pod Przysuchą i trochę na Pogórzu Wielickim, jak na tej długości trasę było idealnie (pod tym kątem była to najlepsza edycja MPP) i co ważne deszczowa noc wypadła na odcinku bardzo przyzwoitym asfaltowo. 

Pogoda w tym roku zawiesiła wysoko poprzeczkę zawodnikom, było zimno (najwyższa temperatura jaką zanotowałem na trasie to 14'C), padać zaczęło pierwszego dnia po południu i opady utrzymywały się mniej więcej do połowy drugiego dnia. Na szczęście w większości były to opady umiarkowane, niemniej jak widać po liczbie wycofów połączenie deszczu i niskiej temperatury okazało się mocno selektywne. Za to w nagrodę za warunki na trasie maratonu - we wtorek była elegancka pogoda, rankiem widokowa żyleta, więc powrót rowerem do Krakowa był czystą przyjemnością.


Zdjęcia z maratonu

Dane wycieczki: DST: 1018.90 km AVS: 23.79 km/h ALT: 8113 m MAX: 59.60 km/h Temp:11.0 'C
Wtorek, 19 kwietnia 2022Kategoria Canyon 2022, Wycieczka
Kolejny raz w Gassach, tym razem już lepiej ubrany, więc choć zimniej niż wczoraj tym razem termika w porządku ;)
Dane wycieczki: DST: 46.50 km AVS: 29.06 km/h ALT: 97 m MAX: 49.20 km/h Temp:7.0 'C
Poniedziałek, 18 kwietnia 2022Kategoria Canyon 2022, Wycieczka
Pierwszy raz od dobrego pół roku w Gassach ;))
Po oddaniu ścieżki rowerowej wzdłuż nowej trasy wylatującej z tunelu dojazd mam perfekcyjny, zero jazdy w ruchu i wygodne asfaltowe drogi dobrej jakości - a to wielki plus.

Pogoda niby częściowo słoneczna, ale wiał zimny wiatr, więc ubrany dość lekko trochę zmarzłem
Dane wycieczki: DST: 48.40 km AVS: 28.47 km/h ALT: 127 m MAX: 54.00 km/h Temp:12.0 'C
Niedziela, 3 kwietnia 2022Kategoria >100km, Canyon 2022, Wypad
Wyprawka Roztoczańska - dzień 3

Na trzeci dzień wyjazdu miałem w planach długą trasę po górach do Rzeszowa. Jednak rano okazuje się, że w nocy spadł śnieg i jazda na wąskich oponach w góry zupełnie mi się nie uśmiechała. Postanawiam w końcu ruszyć dość płaską drogą do Jarosławia i tam zobaczyć jak będzie ze śniegiem.


Gdy ruszam okazuje się, że nie jest tak źle, okolica cała biała, ale asfalty czarne. Natomiast jest bardzo wilgotno, a że temperatura jest ujemna to cała ta wilgoć zaczyna zamarzać na rowerze. Wkrótce przestaje mi działać tylna przerzutka, po prostu warstwa lodu blokowała jej ruch, a lód był tak twardy, że ręką czy kluczami nie dawało rady tego usunąć. Na szczęście miałem z sobą kuchenkę, więc podgrzałem trochę wody by usunąć lód i przywrócić przerzutkę do pracy. Wkrótce ta sama zabawa powtarza się z tylnym hamulcem, gdzie lodu zebrało się tyle, że zaczęło blokować koło.


Tak więc z ulgą przyjmuję powrót dodatniej temperatury w rejonie Jarosławia. Z drogami jest dobrze, więc postanawiam pojechać jednak w góry i zrobić solidną pętelkę po Pogórzu Dynowskim. Śniegu najwięcej było w okolicy górek pod Jarosławiem i Pruchnikiem, dalej już mniej padało. Natomiast mocno we znaki dawał się zimny wiatr, wiejący z północnego zachodu, więc na powrocie spod Sanoka do Rzeszowa równo w buźkę. Ale zawsze to sporo lepsze niż deszcz przy dwóch stopniach ;). Do Rzeszowa docieram na styk, obiad przed pociągiem tradycyjnie w Macu, a że czasu było bardzo mało to powiększony zestaw opierniczam w 5min z zegarkiem w ręku! :))
Zdjęcia
Dane wycieczki: DST: 188.40 km AVS: 22.79 km/h ALT: 1699 m MAX: 57.80 km/h Temp:2.0 'C
Sobota, 2 kwietnia 2022Kategoria Canyon 2022, Wypad
Wyprawka Roztoczańska - dzień 2

Dzisiaj pogoda była sporo lepsza niż wczoraj, dalej zimno, ale deszcz padał jedynie sporadycznie i mało intensywnie. Większość grupy pojechała na pętelkę po wschodnim Roztoczu, z licznymi odcinkami terenowymi. Ja jako, że miałem rower szosowy postanowiłem wykorzystać dobre położenie bazy Wyprawki by zrobić krótką pętelkę po Ukrainie, by zobaczyć jak wygląda ten kraj w czasie wojny, wjeżdżając przez Hrebenne, wracając przez Budomierz. 

Do Hrebennego bardzo fajna droga przy samej granicy, puściutka zupełnie. W Hrebennem przejeżdżam polską kontrolę bez problemu, niestety na ukraińskiej powrócił stary problem z tym, ze to przejście tylko samochodowe, a nie piesze, a rower traktują jak pieszego. Z informacji, które miałem wynikało, że w czasie wojny zmieniono charakter wszystkich przejść na piesze, ale na miejscu okazało się, ze dotyczy to tylko ruchu z Ukrainy do Polski. Jeden z najidiotyczniejszych przepisów, wymaga przewiezienia roweru jakimś samochodem, jakby to coś zmieniało w stosunku do przejazdu samym rowerem...

Uznałem, wiec że w tej sytuacji nie ma sensu robienie dwukrotnie takiej ekwilibrystyki i stanie w kolejce samochodowej z dobrą godzinę, by przejechać 40km po Ukrainie. Wróciłem wiec tą samą drogą do Horyńca.
Zdjęcia



Dane wycieczki: DST: 56.70 km AVS: 24.30 km/h ALT: 445 m MAX: 46.80 km/h Temp:2.0 'C
Piątek, 1 kwietnia 2022Kategoria >100km, Canyon 2022, Wypad
Wyprawka Roztoczańska - dzień 1

Przez cały marzec mieliśmy bardzo przyjemną pogodę, ale gdy nadszedł czas planowanej od dawna Wyprawki Roztoczańskiej - wszystko skopało się równo. Prognozy nie pozostawiały złudzeń - będzie dużo deszczu połączonego z bardzo niskimi temperaturami, więc prawdziwy kolarski hardkor ;)). Ale miał być deszcz, natomiast śniegu to się nie spodziewałem, a tymczasem patrząc przez okna pociągu do Chełma widzę zimę po całości ;)).

Na szczęście śnieg opanował rejony do Lublina, za tym miastem było go już niewiele. Co nie znaczy, że był lajcik, bo w Chełmie wita mnie deszcz i 0'C.


Pierwszy odcinek do Zamościa idzie sprawnie, liczne podjazdy rozgrzewają, pada dość lekko, miałem jedynie jedną większą zlewę, która niestety zamoczyła mi stopy. W Zamościu odpoczywam w cieple w Macu, spotykam tutaj żołnierzy US Army, widać, że jest ich sporo we wschodniej Polsce. Sam Zamość wygląda bardzo ponuro, skąpany w deszczu


Za Zamościem zaczyna się jechać coraz ciężej, deszcz robi się coraz intensywniejszy, a kolejne godziny na zimnie robią swoje. Za Krasnobrodem pomyliłem się w planowaniu, nie sprawdziłem dobrze trasy i wpakowałem się w parę kilometrów szutru i to z ostrym 15% podjazdem, tyle dobrego, że przez ten deszcz piach był ubity i dało radę przejechać to szosówką. W Suścu krótkie spotkanie w przelocie z Transatlantykiem, który dojeżdżał autem. Kawałek dalej za Narolem podczas zrzucania biegu z przodu na mniejszy zaklinował mi się łańcuch, ale przy okazji spadł też bieg z tyłu na ostatni, a tylna przerzutka przestała działać. Próbowałem coś z tym zrobić, ale na większe naprawy nie było warunków, bo lało równo i było bardzo zimno, a do bazy Wyprawki w Nowinach już niedaleko, więc pojechałem na tym ostatnim biegu. W międzyczasie nadjechał Rufiano i wspólnie jechaliśmy ostatni kawałek. Było kilka górek na tym odcinku, podobnie jak i parę szutrowych odcinków z kałużami, wiec z biegiem na ok. 30-32km/h jechało się drętwo, jeden ciężki podjazd 14% musiałem już wprowadzać. Najpewniej w czasie zaklinowania łańcucha zadziałała blokada tylnej przerzutki, taki patent, który mają elektroniczne przerzutki, by chronić samą przerzutkę podczas gwałtownego uderzenia, po dojechaniu udało się uruchomić przerzutkę.

Do bazy docieramy z wielką ulgą, 140km w takich warunkach to była swoista próba kolarskiego charakteru, po dojechaniu usta miałem już sine ;)). Ale w cieple błyskawicznie wróciłem do stanu używalności, a liczne wyborne trunki pozwoliły się szybko rozgrzać ;))


Zdjęcia

Dane wycieczki: DST: 140.00 km AVS: 23.08 km/h ALT: 1380 m MAX: 60.10 km/h Temp:2.0 'C
Niedziela, 16 stycznia 2022Kategoria Canyon 2022, Wycieczka
Na dworzec okrężną drogą, czyli pętelka po augustowskich jeziorkach
Dane wycieczki: DST: 18.10 km AVS: 19.05 km/h ALT: 94 m MAX: 35.60 km/h Temp:-2.0 'C
Sobota, 15 stycznia 2022Kategoria >100km, >200km, >300km, Wycieczka, Canyon 2022
Augustowskie noce

Ostatni raz na rowerze szosowym siedziałem w połowie września na MPP, tak więc głód porządniejszej trasy był spory. Zimą o mobilizację na samotną długą trasę ciężko, ale gdy udało mi się umówić z Gosią na trasę do Augustowa - ruszyłem z wielką chęcią ;)

Sobotni poranek w Warszawie z lekkim mrozem, ale i pięknym słońcem. Przebijamy się ścieżkami rowerowymi do Okuniewa, tam już się zaczyna płynna jazda dobrymi drogami. Na szosach niewielki ruch, po paru godzinach temperatura lekko powyżej zera, niemniej momentami trafiają się niewielkie zalodzenia. Wiatr na tym odcinku zdecydowanie pomaga, więc sprawnie docieramy najpierw pod zamek w Liwie, a następnie do Węgrowa, gdzie na stacji robimy pierwszy postój.


Za Węgrowem kończy się sielanka, bo trasa skręca na północ i tutaj już zachodni, skręcający w północno-zachodni wiatr znacznie więcej przeszkadza niż pomaga. Ale słońca mamy sporo, co jak na warunki polskiej zimy jest sporym ewenementem, więc jedzie się z przyjemnością. 

Przekraczamy Bug ładnie oświetlony nisko już wiszącym słońcem, kawałek dalej w Czyżewie w sklepie piękna scenka rodzajowa: miejscowy, nie do końca już trzymający pion (który dotarł do sklepu na rowerze) długo odliczając wszystkie posiadane monety kupuje 3 półlitrowe Żubrówki, co stojąca za nim w kolejce pani komentuje tekstem, że szkoda wódki jak się wywali na tym rowerze i rozbije butelki. Na co ten mistrzu odpowiada, że nie ma mowy o wywrotce, bo "lepiej niech się stodoła spali niż flaszka rozwali". Takie małomiasteczkowe smaczki zawsze świetnie dopełniają podróżowanie rowerem po naszym kraju ;)).


Kawałek za Czyżewem zmierzcha, już po ciemku docieramy do Wysokiego Mazowieckiego na zasłużony obiad, na który zjadłem m.in. bardzo smaczną zupę szczawiową, możliwość regeneracji w cieple dużo wnosi na zimowych trasach. Z Wysokiego ruszamy już na mrozie i ciemną nocą i tak będzie do końca trasy. Po ok. 40km docieramy do Tykocina, to miasteczko nocą ma mnóstwo klimatu, a teraz jeszcze załapujemy się na świąteczne dekoracje, na rynku jest nawet ładnie wykonana szopka bożonarodzeniowa.


Kolejny postój na maleńkim Orlenie w Knyszynie, załapaliśmy się jeszcze przed 22, bo nie jest to stacja całodobowa. W Korycinie decydujemy się pojechać objazdem Via Baltica, choć krótsza o dobre 10km trasa główną drogą kusiła. W rejonie Janowa seria góreczek, Gosia trochę zostaje z tyłu, wydawało się jej że zaczyna słabnąć, a tymczasem na szczycie kolejnej z hopek okazuje się, że przyczyną zwolnienia był flak w przednim kole. 

Robienie gumy w środku nocy na mrozie to bardzo wątpliwa przyjemność, ale przy próbie dopompowania koła widzę, że odkręcony jest grzybek presty. Pompujemy więc koło bez łatania gumy i okazało się, że to owe niedokręcenie zaworu było odpowiedzialne za brak powietrza. Końcówka trasy już mocno męcząca, przed Augustowem droga odbija mocniej na zachód, więc wiatr zdecydowanie przeszkadza, do tego nad Biebrzą temperatura spada już do -5'C, a to już poniżej granicy komfortu jazdy w letnich butach, w jakich oboje jechaliśmy. Ostatnie kilometry po Via Baltica (dla której tu już nie ma alternatywy), ale tylko 5km do Sztabina jest bez pobocza. Na odcinku do Augustowa mija nas kilka konwojów tirów jadących po 6-7 jeden za drugim (co jest oczywistym łamaniem przepisów), do tego mamy jedną akcję, gdy nas jeden kierowca mocno strąbił zupełnie nie wiadomo z jakiej przyczyny, na odcinku, gdzie było już pobocze, oboje mieliśmy dobre oświetlenie, odblaski na torbach i kurtkach; niestety kierowcy z Pribałtyki i Rosji są jeszcze gorsi niż polscy.

Do Augustowa docieramy już mocno zmęczeni, miasto wita nas pięknymi świątecznymi iluminacjami, a o 2 w nocy jest zupełnie puściutko.


Po wielu godzinach jazdy na mrozie bardzo przyjemnie było wejść do hotelowego pokoju. Trasa bardzo udana, podziękowania dla Gosi za wspólną jazdę!
Zdjęcia

Dane wycieczki: DST: 311.70 km AVS: 23.47 km/h ALT: 1363 m MAX: 42.70 km/h Temp:-2.0 'C

Blogi rowerowe na www.bikestats.pl