wilk
Warszawa
avatar

Informacje

  • Wszystkie kilometry: 302151.84 km
  • Km w terenie: 837.00 km (0.28%)
  • Czas na rowerze: 550d 16h 43m
  • Prędkość średnia: 22.74 km/h
  • Więcej informacji.
baton rowerowy bikestats.pl

Zaprzyjaźnione strony

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wilk.bikestats.pl

Archiwum

Linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Kwiecień, 2012

Dystans całkowity:1749.90 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:74:28
Średnia prędkość:23.50 km/h
Maksymalna prędkość:68.10 km/h
Suma podjazdów:6936 m
Liczba aktywności:26
Średnio na aktywność:67.30 km i 2h 51m
Więcej statystyk
Poniedziałek, 30 kwietnia 2012Kategoria Treking, Użytkowo
Do pracy
Dane wycieczki: DST: 15.20 km AVS: 22.24 km/h ALT: 36 m MAX: 35.50 km/h Temp:25.0 'C
Niedziela, 29 kwietnia 2012Kategoria >100km, Rower szosowy, Wycieczka
Warszawa - Góra Kalwaria - Magnuszew - Warszawa

Najpierw wypad do centrum Warszawy na spotkanie z Robertem (który przyjechał w odwiedziny do stolicy) oraz Łukaszem na Placu Zamkowym. Trochę pogadaliśmy po czym z Robertem (któremu stolica bardzo się podoba) zrobiliśmy jeszcze krótką rundkę po Warszawie.

Po południu wyjechałem na spotkaniem z Marcelem, który do Warszawy wyruszył nocą aż z Krakowa. Mieliśmy się spotkać pod Czerskiem, ale trochę się to wydłużyło i w efekcie spotkaliśmy się pod Magnuszewem (stan nawierzchni od mostu na Pilicy do do Magnuszewa woła o pomstę do nieba!). Do Warszawy wracaliśmy tą samą drogą, tyle że już nocą, sporo sobie pogadaliśmy o rowerowych planach, miło było spotkać osobiście Marcela (którego od dość dawna znałem z wymian maili); tego dnia Marcel przejechał jakieś 370-380km - duże gratulacje!
Dane wycieczki: DST: 132.80 km AVS: 24.15 km/h ALT: 328 m MAX: 68.10 km/h Temp:23.0 'C
Sobota, 28 kwietnia 2012Kategoria >100km, >200km, Rower szosowy, Wycieczka
Warszawa - Góra Kalwaria - Warka - Brzóza - Radom - Wierzbica - Wąchock - Nowa Słupia - Łysa Góra (595m) - Kielce

Wypad w Góry Świętokrzyskie wspólnie z Łukaszem. Ruszamy po 6 rano spod Metra Kabaty; warunki właściwie idealne do jazdy, leciutki przeciwny wiaterek i wspaniałe rześkie powietrze - widać że dziś będzie naprawdę dobra pogoda.Do Góry Kalwarii docieramy elegancko, podobnie dobrze jedzie się i do Warki, tam krótki postój, też kilka razy poprawiam ustawienia roweru, bo cały czas lekko czuję kolano. Za Warką ładny leśny odcinek, ale już w rejonie Brzózy wiatr wyraźnie przybiera na sile, a że niemal cała nasza trasa prowadzi na południe - uprzykszato jazdę. Na trasie do Radomia miałem jeszcze problemy z żołądkiem, tak więc czasu trochę się nam zeszło. W Radomiu postój w ładnie utrzymanym parku w centrum - i ruszamy w górki. odcinek do Mirca jeszcze dość płaski, więc i wiatr daje popalić, przed Wąchockiem są już większe podjazdy, dla Łukasza to górski debiut - a nie ma łatwo, bo jego rower do leciutkich nie należy ;).

Robimy krótką rundkę po Wąchocku po czym brzydką krajówką przejeżdżamy skrajem Starachowic, dopiero po skręcie na Pawłów zaczyna się fajna trasa, górki są na niej cały czas; nie jest lekko bo do podjazdów i przeciwnego wiatru dochodzi jeszcze niezły upał, temperatura oscyluje koło 31-32 stopni, ręce i nogi po paru godzinach jazdy mamy nieźle spalone. Końcówka przed Nową Słupią męcząca, tutaj z ulgą zatrzymujemy się na zasłużony postój w cieniu pod sklepem. Na dalszej trasie wspinamy się na przełączkę za Słupią (ponad 400m, dla Łukasza to rowerowy rekord wysokości), nowo wyremontowana droga zawiera w sobie ścieżkę rowerową marzenie - czyli pobocze jezdni oznaczone jako pas rowerowy - to się nazywa ścieżka z prawdziwego zdarzenia, a nie te potworki, którymi nas męczą w miastach. Przed podjazdem na Łysą Górę rozdzielamy się - Łukasz już zmęczony serią gór na trasie wolał nie ryzykować męczącego podjazdu, ja ten podjazd bardzo lubię - więc pojechałem. Miałem go wjeżdżać spokojnym tempem, ale gdy na przystanku poprawiałem ustawienie roweru minęła mnie para szosowców , więc postanowiłem za nimi pojechać. Wyprzedziłem dziewczynę, ale ta mnie szybko dogoniła i wrzuciła bardzo mocne tempo, ale dość szybko spasowała - ale ja widząc z przodu jej kolegę starałem się dogonić. Jazda bardzo ostra, tętno przed dobrych parę km non stop na poziomie 200; dogonić go nie dałem rady, utrzymywałem się w stałej odległości, ale jakieś 60-70m w pionie przed szczytem zawrócił; możliwe że tu po prostu trenowali zaliczając określony czas podjazdu. Mogłem więc trochę w samej końcóweczce odpuścić; niemniej na całym podjeździe (licząc od skrętu z drogi wojewódzkiej na szczyt koło gołoborza) wyciągnąłem średnią aż 18,7km/h i to jadąc wolniej pierwszy bardziej płaski kawałek; tak szybko pod górę to chyba nigdy jeszcze nie jechałem, pod klasztorem ledwo na nogach stałem ;)) Powrót do Kielc już łatwiejszy - bo i wiatr i nasza droga nieco skręciły i przestały przeszkadzać; robimy jeszcze krótką pętelkę by zaliczyć gminę Masłów.

Wracamy pociągiem; PKP to instytucja znana z tego, że zawsze jest w stanie zadziwić nawet największych weteranów podróży koleją - i tym razem stanęła na wysokości zadania :)) Zaczęło się od tego, że najszybszym połączeniem do Warszawy była trasa...przez Miechów, babka w kasie oczywiście nie umiała po ludzku wypisać biletu, zamieniała, podała złą cenę, w efekcie czego na peron docieramy tylko z niewielkim zapasem czasu. Sprawnie docieramy do Miechowa, gdzie PKP zafundowała nam naprawdę niezłą rozrywkę. Pociąg TLK do którego wsiadaliśmy był bardzo długi, więc jeszcze na peronie (właściwie szutrowym) wsiadamy na rowery (my i jeszcze jeden chłopak) - by zdążyć do ostatniego wagonu. Tam okazuje się, że są już rowery, więc zawracamy do kolejnych drzwi, ładujemy się z rowerami, gdy włożyliśmy dwa - pociąg zaczyna ruszać, mimo naszych krzyków oraz otwartych drzwi, a Lukasz zostaje z rowerem na peronie! Nie było wyjścia - więc zrobiłem to na co każdy pasażer PKP w skrytości serca miał ochotę - czyli pociągnąłem za czerwoną wajchę hamulca :)) Pociąg wyhamował, Łukasz dojechał i wsiadł do środka, konduktorzy na szczęście uznali swój błąd - bo nikt się do nas za użycie hamulca nie czepiał, przyszli go tylko wyłączyć.
Jednym słowem wrażeń co niemiara, powrót równie ciekawy jak i cała dzisiejsza trasa :))

Zdjęcia

Dane wycieczki: DST: 240.30 km AVS: 23.87 km/h ALT: 1467 m MAX: 63.50 km/h Temp:25.0 'C
Piątek, 27 kwietnia 2012Kategoria Rower szosowy, Użytkowo, Wycieczka
Po mieście - odebrać amortyzator z serwisu. Zapłaciłem prawie 250zł, jeśli ktoś wierzy, że gwarancja jest cokolwiek warta - to szkoda nadziei. Fox okazał się zwykłym szajsem, jeszcze mnie facet w serwisie rozbawił teoriami o tym, że powinienem sobie golenie wymienić na jakieś niezniszczalne (za drobną sumkę 1200zł) i że przeglądy trzeba robić bardzo często jeśli się chce, żeby to dobrze działo. Jednym słowem - do bani z takim gównem, dużo lepiej kupić tańszy amortyzator, bez jakiś kąpieli olejowych i innych cudów, bo jak widać psuje się to bardzo łatwo, a w użyciu różnicę w stosunku do tańszych amortyzatorów ledwo się wyczuwa, daje to tyle co nieco grubsze opony - a w utrzymaniu to majątek. Jednym słowem - to rozwiązanie dla zawodników czy innych napinaczy, ale do jazdy typu enduro, szczególnie na dłuższych wyprawach - do niczego, na trasie nie ma tego jak naprawić; lepszy jest mniej skomplikowany amortyzator z pułapu cenowego 700-1000zł - amortyzuje już przyzwoicie, ale nie jest tak skomplikowany by łatwo nawalał.

Po wizycie w serwisie - trasa do Tarczyna (z amortyzatorem w plecaku :))
Dane wycieczki: DST: 68.80 km AVS: 25.80 km/h ALT: 129 m MAX: 38.30 km/h Temp:24.0 'C
Czwartek, 26 kwietnia 2012Kategoria Treking, Użytkowo
Do pracy
Dane wycieczki: DST: 16.10 km AVS: 21.47 km/h ALT: 40 m MAX: 35.90 km/h Temp:15.0 'C
Środa, 25 kwietnia 2012Kategoria Treking, Użytkowo
Do pracy i po mieście
Dane wycieczki: DST: 40.00 km AVS: 21.62 km/h ALT: 102 m MAX: 38.50 km/h Temp:13.0 'C
Wtorek, 24 kwietnia 2012Kategoria Treking, Użytkowo
Do pracy
Dane wycieczki: DST: 15.20 km AVS: 22.80 km/h ALT: 43 m MAX: 57.90 km/h Temp:14.0 'C
Niedziela, 22 kwietnia 2012Kategoria >100km, Góral, Wypad
Powrót z Harpagana

Czarna Woda - Wdzydze - Kościerzyna - Wieżyca (329m) - Kartuzy - Jar Raduni - Gdańsk

Wczorajsze zmęczenie trochę odpuściło, już po paru kilometrach trasy jestem pod wrażeniem pięknej pogody (słońce, pod 20'C). Pierwsze kilometry jadę częściowo trasami z wczorajszego Harpagana, ale jazda turystyczna to zupełnie co innego niż zasuwanie z wywieszonym językiem na wyścigu - jest czas by sobie pooglądać; duże wrażenie zrobiły na mnie okolice rezerwatu Kamienne Kręgi. W samym rezerwacie nie byłem (to jakieś rzadkie porosty); natomiast przystań na Wdzie w tym miejscu - to widok klasy światowej, do tego wczesnym rankiem była tu zupełna cisza, ileś kaczek sobie startowało z rzeki do lotu itd. Dalej jadę nad jezioro Wdzydze, szlak często prowadzi nad samą wodą, jest szeroka perspektywa na to wielkie jezioro. Dalej (głównie terenem) przebijam się w stronę Kościerzyny, za którą zaczynają się już większe górki - zbliżam się w stronę najwyższego szczytu na wszystkich polskich pojezierzach - czyli Wieżycy (329m). Na asfalcie jest 8%, a w terenowej końcóweczce ponad 10%; szczyt trochę zeszpecony wysoką wieżą widokową.

W dół zjeżdżam czarnym szlakiem, niestety w drugiej części jest w fatalnym stanie - leży na nim kupa gałęzi pościnanych z drzew, co rusz trzeba schodzić z roweru. Tak więc do asfaltu przed Kartuzami docieram z ulgą. Analizując mapę postanowiłem tez pojechać szlakiem przez Jar Raduni - kawałek za Kartuzami odbijam w teren; niestety po dotarciu nad samą Radunię - okazuję się że most jest częściowo zerwany. Szkoda mi było tego kawałka który tu odbiłem, więc zaryzykowałem przeprawę, na szczęście zerwany był tylko koniec mostu i woda za kolana, bo główny nurt to już płynął szybko a woda była co najmniej za klatkę. Niestety po przeprawie okazało się że nie był to dobry pomysł, szlak się na rower nie bardzo nadaje, sporo trzeba było prowadzić, a i widokowy też średnio, za dużo tu dość gęstej roślinności. Drugi most był już nie do przejścia bez pełnej kąpieli, ale było na szczęście odbicie w stronę szosy. W końcówce czekał mnie ostry sprint do Gdańska, bo na ten szlak straciłem masę czasu; ale na szczęście wiatr był zachodni, więc dostałem na czas. Po niemal całym dniu w terenie - przyjemnie było sobie wskoczyć na taką porządną krajóweczkę ;))

Zdjęcia z Harpagana


Zaliczone gminy - 7 (KOŚCIERZYNA - miasto powiatowe, Kościerzyna - wieś, Stężyca, Somonino, KARTUZY - miasto powiatowe, ŻUKOWO, GDAŃSK - miasto wojewódzkie + powiat grodzki)
Dane wycieczki: DST: 140.60 km AVS: 18.96 km/h ALT: 1056 m MAX: 55.10 km/h Temp:15.0 'C
Sobota, 21 kwietnia 2012Kategoria >100km, >200km, Góral, Wycieczka
Harpagan - 43

W nocy sporo padało, co nie wróżyło najlepiej; na szczęście przed startem się uspokoiło. Spotykamy się z Szymonem (dzięki za zapasowy zacisk, na szczęście nie był potrzebny) i Turystą. Wkrótce na stadionie odbieramy mapy, po krótkiej analizie postanawiam ruszyć na punkt 7, już na starcie załapałem się za bardzo mocnego zawodnika (jak się okazało był to najbardziej utytułowany rowerzysta na Harpaganie - Paweł Brudło). Na punkt 7 docieramy tak szybko, że dopiero dobiegał tam organizator z czujnikiem :) Następnie sprawnie zaliczamy 13, w drodze na 19 trochę się nacięliśmy na mapie - most który był na niej zaznaczony istniał tylko na papierze, a rzeka za szeroka na forsowanie. Pojechaliśmy więc przez Bąk, Żebrowo i Borsk; po krótkim kołowaniu znajdujemy 19. Na drodze do 3 sam to bym zginął marnie, ale Paweł w prawdziwym gąszczu przecinek leśnych, których na mapie nie było orientował się doskonale, szybko wykrywając każde zboczenie z właściwego kursu. Jazda zrobiła się ciężka, zaczął padać deszcz, chwilami dość mocno, po mokrym piachu jechało się ciężko, z trudem utrzymywałem się za Pawłem, tętno cały czas w okolicach 175-180. Razem zaliczamy punkty 3 i 1, odpadam kawałek przed 11 na serii piaszczystych góreczek - podziękowania dla Pawła za ok. 60km wspólnej jazdy, trochę się od niego nauczyłem umiejętności nawigacyjnych.

Przed 11 robię głupi błąd, nie przeczytałem opisu punktu (że to pod leśniczówką) i w efekcie pojechałem sporo za daleko, a tablica na leśniczówkę stała jak wół. Tutaj odbijam na asfalt, w Kaliskach kupuję w sklepie Coca-Colę i słodycze, na 9 trafiam bez problemów; do tego wreszcie przestało padać; pogoda się zaczęła ładnie klarować, już przebłyskuje słońce. 17 znajduję z małymi problemami (za późny skręt w Bytoni, przegapiłem rzekę - w rzeczywistości kanałek na 40cm ;)) Z punktem numer 2 miałem spory problem, bo zamokła mi mapa (myślałem, że wystarczy samo zabezpieczenie mapnika, ale trzeba było ją wieźć jeszcze w plastikowej koszulce) - i fragmentu z tym punktem w ogóle nie miałem. Zrobiłem więc zdjęcie mapy od jednego z uczestników i z tym ruszyłem dalej :))

Punkt z pozoru banalny, ale nieźle się tu załatwiłem, źle skręciłem, jakaś babka mi mówiła, że jechało tędy sporo rowerzystów - jednak nie zawsze warto iść za tłumem... Nakołowałem się po serii piaszczystych przecinek strasznie, sporo było tu góreczek, tak więc na punkt trafiłem w końcu tak zjechany, że musiałem stanąć na dłuższy postój. Była to dobra decyzja - bo dalej zaczęło mi się jechać naprawdę dobrze i co ważniejsze - niemal perfekcyjnie pod względem nawigacyjnym, zacząłem zwracać dużą uwagę na kompas, reagując nawet na mniejsze odchyły od właściwego kierunku, dokładnie mierzyć odległości, przydatne były tez kamienne drogowskazy obecne w paru miejscach w lesie; bawiłem się też w Old Shatterhanda analizując ślady po oponach na piachu ;)) W efekcie punkty 15, 14 zaliczam bardzo sprawnie, co mnie na tyle rozbestwiło, że na punkt nr 8 pojechałem krótszą drogą (nie przez Kasparus) - i tak fartownie nawigowałem przez przecinki że wyleciałem elegancko na drewniany mostek zaznaczony na mapie. Stąd już nieco więcej asfaltu - w stronę punktów 16, a następnie 20; po którym długi przerzut na punkt numer 10.

Wszystkie te punkty były proste nawigacyjnie; ale zacząłem już mocno odczuwać trudy tego morderczego dnia, więc koło punktu 10 robię konieczny dla dalszej jazdy odpoczynek, analizuję też szczegółowo czas i mapę. Czasu na 18 już nie było, jadę więc na północ po 6 i 12, droga trafiła się niezłej jakości - dobrze ubita , a w drugiej części już asfalt. Same punkty prościutkie, tuż przy drodze. Wahałem się czy ryzykować jeszcze jazdę na punkt 4, ale głęboki piach w okolicach punktu 12 wybił mi ten pomysł z głowy, jeśli trafiłbym na coś takiego koło 4 - nie zdążyłbym na bank. Dojeżdżam więc do krajówki - i z wiatrem i bardzo już bolącymi nogami zasuwam ponad 30km/h do Czarnej Wody, jestem 9min przed limitem.


Rajd oceniam jako bardzo udany - zaliczyłem aż 17 punktów, zająłem przyzwoite 10 miejsce, do tego 140km z 200 jechałem samotnie i samodzielnie nawigowałem; w porównaniu do jesiennego Harpagana (gdzie znacznie więcej się woziłem) - spora zmiana. Choć inna sprawa - że pod względem nawigacyjnym chyba było nieco łatwiej; a przede wszystkim inny był tu rodzaj gleby. Mimo padającego deszczu po piachach w Borach Tucholskich dawało się sensownie jechać, pod Elblągiem były tony błota. Za to tutaj było jednak sporo więcej terenu,z tych 200km po asfalcie było pewnie z 70-80km. Forumowiczów na trasie nie spotkałem, zobaczyliśmy się dopiero zadowoleni na mecie; Rafał dość pechowo zerwał gwint w gwiazdce od sterów i kawał trasy bujał się z niesprawnymi sterami; z tego powodu nie mógł mi jutro towarzyszyć w drodze do Gdańska.

Zdjęcia z Harpagana


Zaliczone gminy - 6 (Karsin, Stara Kiszewa, Kaliska, Zblewo, Lubichowo, Osiek)
Dane wycieczki: DST: 205.70 km AVS: 20.50 km/h ALT: 915 m MAX: 38.90 km/h Temp:13.0 'C
Piątek, 20 kwietnia 2012Kategoria >100km, Góral, Wypad
Dojazd na Harpagana

Bydgoszcz - Koronowo - Lniano - Tleń - Czarna Woda

Przy wyjeździe krótkie emocje - tak się zbierałem, że wyszedłem w ostatniej chwili i 6km na pętlę autobusową grzałem na fullu z bagażem ze średnią koło 30km/h ;))
Do Bydgoszczy dojeżdżamy zgodnie z planem po 11 - i tutaj wsiadam już na rower. Krótka pętelka po Bydgoszczy, po czym wyjeżdżam z miasta boczną drogą na północ, szybko kończy się na niej asfalt. Pogoda dopisuje, jest nadspodziewanie ciepło (15-20'C), wiatr niewielki, ale raczej korzystny - więc jedzie się przyjemnie. Najpiew ładny kawałek z widokami na Brdę, następnie leśny odcinek do Koronowa. Ciągle mam jakieś problemy z lewym kolanem - wkrótce orientuję się że odpowiada za to obniżające się siodełko, niestety zapomniałem wymienić felerny zacisk sztycy. Od tego momentu mam już całą trasę zepsutą - ciągle się tylko szarpię z tym cholernym zaciskiem; niestety nawet na śrubę z nakrętką po drugiej stronie nie trzyma, bo ta jest przykręcona nieco na ukos i śruby się wyginają. Szukałem jakiegoś sklepu metalowego (zadzwoniłem też do Rafała, który jechał z Gdańska z tą samą prośbą) - ale jechałem przez malutkie miejscowości, gdzie nic takiego nie było. Miałem w planach ciekawy terenowy kawałek dookoła jeziora Żur, ale w tych warunkach pojechałem najkrótszą trasą asfaltem przez Tlen, bo na wybojach, przy silnych wibracjach sztyca wjeżdżała w dół jak w masło.

Do Czarnej Wody docieram mocno zniechęcony, w takich warunkach nie da się Harpagana przejechać; cała moja nadzieja w Szymonie, z którym skontaktował się Rafał - że będzie miał w domu tego typu zacisk. Wkrótce dojeżdża Rafał i w czasie przygotowania rowerów do wyścigu pod takim mini-parkiem zauważa, że parkowe ławki są skręcane śrubami M6, których nigdzie nie mogliśmy dziś dostać. Więc wiele się nie zastanawiając zabawiliśmy się w wandali i wykręciliśmy parę nakrętek - i wreszcie okazało się to skuteczne - śruba i 2 nakrętki, żeby skontrować. Krótka próba na chamskim bruku pod Czarną Wodą okazała się skuteczna; nabrałem wiary w jutrzejszą jazdę ;)

Zdjęcia z Harpagana


Zaliczone gminy - 10 (Osielsko, KORONOWO, Świetakowo, Lubiewo, Cekcyn, Lniano, Osie, Śliwice, Osieczna, CZARNA WODA)
Dane wycieczki: DST: 119.80 km AVS: 22.19 km/h ALT: 443 m MAX: 40.60 km/h Temp:17.0 'C

Blogi rowerowe na www.bikestats.pl