wilk
Warszawa
avatar

Informacje

  • Wszystkie kilometry: 320328.34 km
  • Km w terenie: 837.00 km (0.26%)
  • Czas na rowerze: 583d 04h 04m
  • Prędkość średnia: 22.78 km/h
  • Więcej informacji.
baton rowerowy bikestats.pl

Zaprzyjaźnione strony

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wilk.bikestats.pl

Archiwum

Linki

Sobota, 6 września 2025Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, CANYON 2025, Ultramaraton
Maraton Północ-Południe 2025

2025 rok miałem rowerowo bardzo aktywny, ale MPP to dla mnie obowiązkowa pozycja w kalendarzu, więc nie mogło mnie zabraknąć na starcie, tym bardziej, że w tym roku była jubileuszowa 10 edycja i z tej okazji organizatorzy przygotowali specjalną wersję trasy. Trochę się obawiałem jak to będzie z regeneracją po ukończonym ledwie 3,5 tygodnia wcześniej wycieńczającym The Transcontinental Race liczącym aż 4700km, tym bardziej, że 10 dni po wyścigu nie mogłem sobie odmówić przyjemności wyjechania na trasę MRDP by spotykać i pokibicować wielu jadącym wyścig zawodnikom. Początkowo planowałem dociągnąć do Przemyśla, ale tak mi się dobrze jechało, że w sumie trasą maratonu przejechałem od Terespola aż do Zakopanego i dokręciłem kolejne 900km tempem maratonowym, w tym sporo po górkach ;). Po tym uznałem więc, że regeneracja jest przereklamowana, w czym utwierdziło mnie kilku zawodników (Kuba Szumański, Jędrek Gąsiorowski, Marcin Wiktorowicz) jadących MRDP, którzy po przejechaniu 3200km planowali wystartować w MPP po ledwie...kilku dniach przerwy :P. Natomiast nie miałem żadnych planów sportowych, tym razem Północ-Południe chciałem przejechać wsłuchując się we własny organizm i jego potrzeby, bez żadnej presji na wyniki.

Dojazd na Hel w moim przypadku przebiegł bezproblemowo, aczkolwiek w Pendolino, którym podróżowałem do Gdyni jeden z zawodników jadących na MPP dostał koło 200zł kary za brak biletu na rower; ale na całe szczęście obsługa nie kazała mu opuścić pociągu. Już na peronie w Gdyni spotykam wielu dobrych znajomych, regularnie jeżdżących ten maraton, a po południu razem z Maćkiem i Wyciorem wybieramy się na obowiązkową pętlę nad morze, a następnie w Kuttrze ( także obowiązkowo!) tankujemy do pełna kalorie, bo szansa na kolejną sensowną wyżerkę będzie dopiero na Głodówce, a przecież dobrze wiadomo, że ultra jeździ się tylko po to, żeby móc jeść bez żadnych ograniczeń ;)

Start MPP to można powiedzieć takie prawdziwe kolarskie święto, bo to jedna z niewielu imprez, gdzie start jest wspólny dla wszystkich zawodników, a w tym roku była rekordowa frekwencja i na trasę MPP ruszył wielki peleton złożony z aż 196 kolarzy. Startujemy punktualnie o 9 spod latarni na Helu, pierwsze 35km do Władysławowa to wspólna jazda w eskorcie policji. Na pierwszym odcinku w lesie, patrząc na długiego, wijącego się węża bardzo urozmaiconych strojów kolarskich, rowerów i typów ekwipunku wszelakiego rodzaju nachodzi mnie taka refleksja, że oto właśnie wypuszczono na rynek nowy film czy grę z mojego ulubionego Uniwersum Ultra i wraz z dwustoma innymi kolorowymi Pokemonami zaludniamy świeżutki MPP Volume 10 ;)


Z eskortą policyjną na MPP często bywały problemy pod kątem utrzymania sensownego tempa, nie inaczej było i tym razem. Dopóki za policją jechał samochód z fotografami wyścigu było z tym OK, ale gdy przed Jastarnią (gdzie na trasę wyszedł mój brat z rodziną, akurat będący tu na wakacjach - dzięki!) ów samochód obsługi medialnej zjechał to policja wyraźnie przyspieszyła do poziomu 35, a później już pod 40km/h, przez co peleton szybko zaczął się rwać, co natychmiast wykorzystywali kierowcy wcinając się między rowerzystów. Przesunąłem się więc na czoło peletonu i podjechałem do policjantów prosząc o zwolnienie i odtąd już 30km/h nie przekraczali. Ale i to nie wystarczyło by powstrzymać kierowców, niestety kultura drogowa w Polsce ciągle jest na żenującym poziomie, pytałem się wcinającego się w peleton motocyklistę, dlaczego to robi to mi powiedział, że on nie będzie czekać aż przejedzie cała grupa i jadące za nią samochody. Bank rozbił kierowca osobówki, który widząc jadący w przeciwnym kierunku autobus wyprzedził i peleton i policję dosłownie na żyletki unikając czołowego zderzenia z owym autobusem, bo przecież jaśnie pan nie może czekać. Robienie takiego numeru jak bardzo niebezpieczne wyprzedzanie radiowozu policji to już nie tylko  nieodpowiedzialna brawura, ale i na Nagrodę Darwina się kwalifikowało, policja od razu go przyhaltowała.

Za rondem we Władysławowie kończy się eskorta - i od razu poszły konie po betonie! Kolejne 20-30km to okres formowania się grup, w czym wydatnie pomagają kaszubskie pagóreczki. Załapałem się do grupki razem z Danielem z naszego forum, który debiutował w ultra jako bardzo młody chłopak na pierwszym Podróżniku, a teraz po ponad 10 latach wrócił do intensywnego jeżdżenia i któremu trochę pomagałem w przygotowaniach do MPP. Zachęcanie ludzi do ultra  i obserwowanie jak później przełamują własne bariery zawsze dawało mi masę frajdy, bo choć wielu osobom trudno w to uwierzyć to tak naprawdę nie jest to nic specjalnie elitarnego, jest to w zasięgu każdego jako-tako wysportowanego człowieka, trzeba tylko wierzyć we własne możliwości i być gotowym pocierpieć, dlatego właśnie głowa i nastawienie psychiczne są w tym najważniejsze. W przypadku Daniela było widać, że jest forma, czyli ta "kolarska noga", bez problemu utrzymywał się w grupce, gdzie ja już musiałem się żyłować by utrzymać koło. Bo nasza grupka cisnęła solidnie, średnia oscylowała koło 31km/h, w czym pomagał korzystny wiatr. Pierwsze 200km tego maratonu to zawsze dość szarpana jazda, grupki nieustannie się tasują - a to na kolejnych podjazdach odpuszczają ci dla których tempo jest za mocne, a to dołączają ci którzy odpadli z grupek przed nami. A przy tak dużej liczbie zawodników na starcie jak w tym roku owa fluktuacja w składzie grupek była wysoka.


Gdzieś w okolicach 120-130km przykre wydarzenie, doszło do scysji zawodnika z naszej grupki z kierowcą wkurzonym tym że nie może łatwo nas wyprzedzić na wąskiej drodze, jeden i drugi się dość agresywnie zachowywali, sam tego nie widziałem, bo akurat jechałem na końcu grupki, ale ci co to widzieli później wspominali, że i kolarz się za mocno nakręcił, pluł na samochód itd. Ale takie sytuacje choć niepotrzebne się czasami zdarzają, gdy ludzi za bardzo poniosą nerwy, natomiast w tym wypadku kierowca już przegiął po całości, bo w końcu gdy mu się udało wyprzedzić naszą grupkę postanowił się odegrać i złośliwie i z pełną premedytacją dość ostro zahamował, przez co niespodziewający się tego rowerzysta uderzył w samochód i się przewrócił. Przy zderzeniu pękła też klamkomanetka w rowerze, co w konsekwencji zmusiło zawodnika do wycofu. Mieliśmy paruminutową przerwę, ale szczęście w nieszczęściu, że samemu zawodnikowi nic poważnego się nie stało, choć jak wspominałem przez awarię sprzętu musiał zakończyć jazdę maratonu. Już po zakończeniu imprezy dowiedziałem się, że policja wezwana na miejsce wypadku za winnego uznała kierowcę i ukarała go wysokim mandatem 3000zl. I w mojej opinii bardzo słusznie, bo zupełnie inny ciężar gatunkowy ma jakaś pyskówka, w której wina była po obu stronach, niż użycie ważącego tonę samochodu jako swoistej broni przeciw rowerzyście, a to zrobił ów kierowca złośliwie ostro hamując, to się mogło skończyć dużo gorzej niż uszkodzeniem roweru.

Tak od około setnego kilometra zaczęło też popadywać, z początku to ledwo co siąpiło, ale wraz z upływem kilometrów deszcz robił się coraz bardziej odczuwalny. I tak w rejonie Egiertowa, koło 140km zgodnie z moim założeniem by słuchać własnego organizmu odpuszczam jazdę z konkretnie cisnącą grupką Daniela, żeby ubrać kurtkę od deszczu, bo już powoli marznąć zaczynałem, a wiedziałem, że jak za długo ten moment odwlekę to kara będzie wyższa niż utrata grupy, której efektywność przy rosnących opadach będzie stopniowo maleć. Na tym samym przystanku zatrzymał się Michał Chrostowski, który zmieniał szkła w okularach, krótki kawałek za Egiertowem jechaliśmy wspólnie, było gołym okiem widać jaki spory postęp zrobił przez ostatni rok. Dalej kręciłem głównie solo, choć przy tej frekwencji dalej dość często się ludzi spotykało. 

Przesadziłem też trochę z brakiem postojów (owo skrajne ciśnienie to jest na każdym maratonie znak firmowy u prawie wszystkich zawodników, przez pierwsze 200km to nawet postój na głupie 2min jest traktowany jak utrata niepodległości, podczas gdy po 700-800km w nogach to już nawet godzinny postój niewielu poza czołówką rusza ;)). Próbowałem dociągnąć na raz do Kwidzyna koło 235km, bo tam i tak miałem w planach stawać na jedzenie na ciepło, więc przy okazji kupiłbym wodę bez konieczności dodatkowego postoju. A na starcie miałem tylko 2 litrowe bidony z piciem, bo tym razem nie brałem bukłaka (co sumarycznie było dobrą decyzją, bo poza tym jednym początkowym odcinkiem mi owe dwa litry wystarczały na przeskoki pomiędzy popasami). Ale już mnie suszyć zaczynało, więc w Pelplinie przypominając sobie, że miałem słuchać własnego organizmu staję w końcu na tankowanie, bo koszt jazdy kolejnych 35km bez wody szybko bym zapłacił i byłby dużo wyższy niż te parę minut poświęcone na zakupy. Za Pelplinem spotykam Wyciora, na chwilę stajemy, bo Tomkowi obluzowała się lampka. I znowu tradycji stało się zadość, od ładnych paru lat na MPP udaje nam się pojechać jakiś kawałek, tym razem wspólnie dojechaliśmy do Kwidzyna, w międzyczasie deszcz już konkretnie się rozkręcił, choć w samym mieście odpuścił i mieliśmy nadzieję (o święta naiwności!), że to już koniec opadów, bo prognozy przed startem pokazywały, że koło zmierzchu deszcz miał się skończyć

W Kwidzynie zgodnie z planem staję na Orlenie na jedzenie na ciepło, zjadłem hamburgera i jeszcze ćwiartkę pizzy, której już nie był w stanie wcisnąć inny zawodnik. Cały postój zajął koło 20min, sensownie się zregenerowałem. Natomiast sumarycznie ów postój kosztował mnie koło 30min, bo zaraz po ruszeniu zorientowałem się, że zapomniałem przelać do bidonów wodę, którą na stacji kupiłem ;). Zjeżdżam więc na kolejną stację, ale gdy ruszam okazuje się, że przednia przerzutka nie wrzuca mi na dużą tarczę. Co się okazało? Przerzutka Di2 obluzowała się na śrubie i nieco przesunęła. Była to tylko i wyłącznie moja wina i niechlujstwo, bo dałem tam jakąś dziadowską śrubę, która teraz się zjechała i nie byłem w stanie jej ani odkręcić, ani dokręcić. Przez chwilę stanęło przede mną widmo powtórki z rozrywki, czyli z TCR, gdzie przerzutka padła mi dzień przed startem i całe 4700km z masą gór musiałem jechać bez przedniej przerzutki (co było niesamowicie upierdliwe), ale udało mi się na chama przesunąć przerzutkę ręką na pozycję w której wchodziła duża tarcza i o dziwo ta samoróbka wytrzymała mi do końca trasy. 

Kawałek za miastem dojeżdżam do Tadka Baranowskiego, który mnie mijał gdy kupowałem wodę i zaraz dopada nas potężna ulewa, to już była ściana wody. I to trzymało długi kawałek, koło 2h. Padało na tyle intensywnie, że pomimo dość wysokiej temperatury (13-15'C) wolałem nie ryzykować i stanąłem na przystanku by się przebrać w ciepłe ciuchy. I to była bardzo dobra decyzja, bo odtąd zaczęło mi się świetnie jechać; poza deszczem były dobre warunki - noc ciepła, 12-13 stopni i prawie cały czas wiatr w plecy. A jaka to była przyjemna odmiana po wycieńczających upałach na bałkańskim odcinku TCR, gdzie na podjazdach w ponad 40 stopniach nieraz mi farba z nosa poszła; tam się strasznie męczyłem, natomiast jazda w deszczach zawsze była moim FORTE ;)). Z Tadkiem mijaliśmy się tak do Nowego Miasta Lubawskiego (300km), gdzie docieramy już po ciemku; tutaj Tadek planował postój w cieple, ja natomiast czułem się dobrze i nie marzłem więc pojechałem dalej i na popas stanąłem na Orlenie w Żurominie (350km). Tu już było widać, że wiele godzin jazdy w deszczu (w tym kilka w silnych opadach) zaczyna zbierać swoje żniwo wśród maratończyków, na stacjach nie brakowało przemarzniętych i trzęsących się z zimna kolarzy, pojawiają się pierwsze DNF-y, których do świtu będzie już znacząca liczba.

Do tego u wielu zawodników zaczęły się pojawiać się typowe dla deszczu problemy techniczne z elektroniką, przede wszystkim z zalanymi lampkami czy nawigacjami, iluś zawodników musiało robić dłuższe postoje w cieple, żeby nie ryzykować ładowania nawigacji na deszczu, innym z kolei puszczały nie do końca wodoodporne torby, w których zalewało im zapasowe ogniwa do lampek, tez i przypadki zwarć ogniw były. Nie będę tu wygłaszać żadnych mądrości odnośnie przygotowania sprzętu do jazdy w deszczu, bo jako znany na naszym forum z przemądrzałości "ekspert od wszystkiego" na TCR całkowicie się skompromitowałem, zamieniając jazdę tej imprezy w Wielką Improwizację, a i tutaj ta akcja ze zjechaną śrubą od przerzutki dała pokaz moich niemałych możliwości w tym temacie ;)). Tym razem dopisało mi szczęście i obeszło się bez żadnych problemów, sprzęt działał jak powinien.

Za Żurominem deszcz się uspokoił, co prawda padać nie przestało, ale solidne opady przeszły w mniej intensywną mżawkę i tak trzymało jeszcze wiele godzin, do samego świtu. Złapałem tu dobry rytm, powoli zacząłem nadrabiać dystans do ludzi przede mną;  w takiej pogodzie zdecydowanie wolałem jechać solo, bo IMO jazda grupą przy deszczu nic nie dawała, bo i tak się na kole jechać nie dawało ze względu na spray spod kół, natomiast dochodziły upierdliwości szarpanego tempa i oślepianie tylnych lampek odbijających się od wody. Kawałek przed Wyszogrodem spotykam Tomka Iwanka - okazało się, że na deszczu padła mu lampka, na szczęście Jędrucha pożyczył mu swoją zapasową, może nie za mocną, ale ważne, że dawało się na niej dalej jechać. Przed mostem na Wiśle spotykamy Cokemana, który namierzył mnie na monitoringu i wyjechał pokibicować. To świetnie oddaje magię naszego forum - że komuś chciało się w środku nocy wyjechać w tak fatalną pogodę i zrobić w deszczu 170km, tylko żeby przybić piątkę paru znajomym. Dzięki za ten bardzo miły gest! Kawałek pojechaliśmy wspólnie, ale Michał jechał na trekingu, więc trudno było mu utrzymać nasze tempo, tak po ok. 10km żegnamy się, a Michał rusza na spotkanie kolejnych zawodników. Na trasę MPP w świętokrzyskim rejonie planował też wyjechać Transatlanyk, niestety akurat mu się trafił ślub w rodzinie i nie dało rady.


Na kolejny postój zatrzymuję się na Orlenie w Żyrardowie po 500km, chwilkę po mnie przyjeżdża Tomek Iwanek i wjeżdżając na stację na śliskiej nawierzchni notuje bolesną wywrotkę na bok, mocno obtłukując i obcierając się z boku; taki duży minus jazdy w deszczu, że niestety czasem się takie akcje zdarzają. Na stacji okazuje się, że dogoniłem tu mocno już okrojoną grupkę Daniela, którą ostatni raz widziałem 350km temu w Egiertowie, było widać, ze towarzystwo jest już konkretnie ujechane. Stacja wyjątkowo dziadowska, nic poza hot-dogami nie było, nawet kibel był nieczynny i trzeba było latać w krzaki. Więc długo tu nie zabawiłem, ruszam z 5min po grupce Daniela, po chwili dojeżdża Tomek Iwanek - okazuje się, że padła mu i ta druga pożyczona lampka od Jędrka (prawdziwa kumulacja pecha na tym maratonie!), więc daję mu swoją dość silną czołówkę, którą wiozłem jako zapasowe oświetlenie. Grupkę Daniela doganiam kawałek dalej pod Mszczonowem i jakiś kawałek jechaliśmy wspólnie. 

Niestety u Daniela zaczęły się nasilać problemy żołądkowe, czego przed startem maratonu najbardziej się obawiał. Coraz trudniej było mu utrzymywać tempo grupy, więc doradziłem Danielowi, żeby dał chwilę odpocząć żołądkowi leżąc na przystanku, no i generalnie trochę odpuścił, zmniejszył tempo, wtedy łatwiej idzie trawienie. I tak też koło świtu Daniel zrobił - duże brawa za to, że udało się przełamać ciężki kryzys na tym maratonie, wrócić do gry i w efekcie ukończyć MPP (który dla Daniela był pierwszym 1000km w życiu) z bardzo przyzwoitym czasem poniżej 60h.

Z bodajże 4-os grupką pojechałem jeszcze kawałek, ale że w Odrzywole zjeżdżali na Orlen to dalej pociągnąłem już solo, bo jeszcze nie potrzebowałem odpoczynku. Za Przysuchą kończy się płaskie Mazowsze i zaczynają hopki Gór Świętokrzyskich, kawałek dalej mija doba jazdy przez którą przejechałem 633km, poprawiając swój rekord dobowy o dobre 25km, jednym słowem jest dobrze, to też pokazuje, że poza deszczem warunki do jazdy w tym roku były naprawdę dobre.


Ale zaczynam już czuć zmęczenie, popas robię w Zagnańsku (znanym z Dębu Bartek, który był przy samej trasie maratonu); kolejny odcinek to już konkretne podjazdy, m.in. przecinamy parabolę Łysej Góry i zaliczamy część podjazdu na Święty Krzyż. Po tym odcinku nóżki już mam miękkie i czuję, że powoli zaczyna ze mnie schodzić powietrze jak ze starej dętki ;)). Ale inni mają jeszcze gorzej, gdzieś w tym rejonie trasą maratonu, ale w przeciwnym kierunku jedzie Damian Pazikowski, który potem na Stravie napisał o tym, że wszystko poszło zgodnie z jego planem i ten wycof planował od samego początku, co na mecie wprawiło w dobry humor wielu zawodników ;))

Kolejne 100km już coraz bardziej zaczynałem zdychać - tempo siadło, coraz mocniej muliła senność, co zaowocowało paroma zupełnie niepotrzebnymi postojami, które nic poza stratą czasu nie wnosiły. Wreszcie solidnie już wypruty dociągam koło 17 na stację BP w Koszycach (805km), gdzie planowałem ostatni większy postój przed górami. Stacja niby BP, ale jest tu takie samo dziadostwo jakie zawsze było, gdy jeszcze nazywała się Huzar. Na ciepło nic poza hot-dogami nie było, chcąc nie chcąc zamówiłem dwa duże, ale syfne to tak było, że połówki drugiego już nie dałem rady wciągnąć. Jest tu obok restauracja, tam można było zjeść normalny obiad, ale to już oznaczałoby stratę ponad godziny. Ale i tak poleciało mi tu blisko 40min, bo właśnie tu złapałem największy dołek na maratonie, bardzo ciężko było się zebrać do dalszej jazdy, Dobijała perspektywa tego co mnie czekało, wiedziałem, że górski odcinek to będzie kawał rzeźni. 8 stówek już w nogach, a tu trzeba będzie jechać drugą noc z rzędu (a już tutaj senność mnie składać zaczynała) i do tego z okazji 10-tej jubileuszowej edycji w tym roku była najtrudniejsza trasa w historii MPP, z masą bardzo ostrych ścianek, na których nie wypadało mi odpuszczać, bo przecież jeszcze ani razu na MPP nie podprowadzałem, czyli:

Reputacja!
I gdy tak rozmyślałem po co się tak męczyć to przypomniałem sobie jeden z moich ulubionych filmów, czyli piękną baśń "Stardust" i występującą tam postać Kapitana Shakespear'a, który przez całe życie musiał dbać o reputację nieustraszonego zabijaki. Postać kapitalnie zagrana przez Roberta de Niro, który słynąc z ról wielu twardzieli dał jej jeszcze dodatkowego smaczku. Bo tak naprawdę to Kapitan był człowiekiem gołębiego serca kochającym przebierać się w damskie ciuszki i tańczyć w rytm kankana :))


I tak to mniej więcej prezentowała się moja sytuacja przed górami ;)) Tak naprawdę w głębi serca to bym chętnie jak biały człowiek powpychał te podjazdy, poodpoczywał, pospał, ale w uszach dzwonił mi tekst Kapitana "Reputation, you know. Lifetime to build, seconds to destroy". Po tym jak tyle lat i energii poświęciłem na budowę swojej reputacji jako tego co się najgorszym podjazdom nie kłania to po prostu nie mogłem sobie pozwolić na żadne odpuszczanie, bo by na forum przez rok ze mnie łacha ciągnęli jak z Berkowicza w Ikei ;)))

Trochę humoru i dystansu do siebie samego świetnie pomaga by w takich chwilach kryzysu ustawić głowę do pionu, więc dalej ruszam z nową psychiką, z zawadiacką miną podkręcając wąsa - jak Kapitan w pełnej zgodzie ze swoją reputacją ;))


Po przejechaniu Wisły jeszcze 30km płaskiego i na początku drugiej nocy wjeżdżam w góry mając na ustach świetnie pasujący do tej chwili tekst zasłyszany niedawno na MRDP od bardzo zacnego zawodnika walczącego wtedy na 18% podjeździe pod Banicę, czyli:

Wóda, Dziwki, Koks!

I z taką właśnie ułańską fantazją już po ciemku wjeżdżam w zabójcze ścianki Pogórza Wiśnickiego, żadnej tam asekuracji, oszczędzania sił  i zdroworozsądkowego myślenia, co ma być to i będzie - jedziemy to na maksa, albo z tarczą, albo na tarczy, tertium non datur! A Pogórza od razu pokazują, że ich reputacja bynajmniej nie jest na wyrost, każda kolejna ścianka ma sekcje sporo ponad 10%. Bodajże trzecia w kolejności mocno mnie zaskoczyła, już ledwo się turlam na 15% i przed sobą widzę wyłaniający się z ciemności ostry zakręt, więc pewien jestem, że to już koniec górki, a tymczasem za zakrętem nachylenie dowala do 20%, gdzie już trzeba walczyć o utrzymanie równowagi na rowerze ;). Podjazdy nie są tu jedyną trudnością, bo i zjeżdżanie po nocy bocznymi, wąziutkimi i mocno nachylonymi dróżkami to nie była bułka paryska, nie było tu mowy o prawdziwym odpoczynku, cały czas trzeba było jechać bardzo skoncentrowanym, mocno ściskając hamulce. Natomiast wjeżdżanie takich ścian miało jeden dość istotny bonus - zmuszało do wejścia na maksymalny dostępny poziom tętna (coś czego nie da nawet litr energetyka czy kawy), dzięki czemu senność, która jeszcze na 800km mocno mnie atakowała w górach zupełnie odpuściła. 

Po kilku ściankach króciutkie zakupy na Orlenie w Ujanowicach (885km) i wjeżdżam w Beskid Wyspowy słynący z najcięższych podjazdów w Polsce. Creme de la creme tego odcinka był podjazd pod Skiełek, z bardzo długim odcinkiem 20-22% nachylenia. Na dole wyprzedzam dwóch zawodników, którzy wpychali cały podjazd, zresztą jeden z nich jechał MPP na rowerze czasowym, który na pierwszych 800km pewnie jakieś bonusy dawał, ale w górach na takim sprzęcie było już sporo gorzej. Walka była sroga, ale udało się cały Skiełek wciągnąć kanonicznie - w korbach i bez zatrzymywania. Już na wypłaszczeniu u góry, gdy mijałem jakiś mały przysiółek zaatakowało mnie parę psów, bo na wielu wioskach ciągle kultywuje się obyczaj by na noc puszczać psy luzem żeby sobie pobiegały, a że za rowerami zawsze biega im się najlepiej, więc takiej okazji nigdy nie odpuszczają :)). Z czego jeden kundel był wyjątkowo wredny, co mi się go udało odgonić i wsiadałem na rower by jechać dalej to ten znowu ruszał do ataku. A gdy w końcu udało mi się wyjechać z przysiółka to się okazało, że ten skubaniec okrążył od tyłu chałupy i wyleciał na drogę powyżej tej osady! Ale sumarycznie powinienem być wdzięczny tej ekipie sierściuchów, bo skutecznie zadbała o to bym nie przysypiał i by mój poziom tętna utrzymywał się w wysokich zakresach ;))

Kawałek dalej była kolejna rzeźnicka ściana, czyli podjazd pod wielki krzyż w Młyńczyskach, tutaj płacę cenę za wciągnięcie Skiełka. Już na pierwszej, łagodniejszej części (w przypadku tej klasy podjazdów łagodne to jest nachylenie 10% ;)) czuję jak łapie mnie skurcz w prawej nodze, myślałem, że już będzie game over i jednak będę musiał pchać, bo przy skurczu nie ma cudów i "dwudziestki" się nie przepchnie. Ale przesunąłem się maksymalnie na bok, by przenieść główne obciążenie na lewą nogę i jadąc wygięty jak żydowski paragraf jakimś cudem dałem radę tę górę wjechać, całe szczęście, że w kolarstwie nie ma not za styl ;)). Z bardzo ostrych ścian został mi jeszcze Wierch Młynne, ale to już jest jedna liga niżej niż Skiełek i Młyńczyska, więc jakoś to poszło. Po zjeździe już się robi sporo łatwiej, bo podjazd na przełęcz Knurowską jest łagodny i ciągnie się wiele kilometrów, więc można się było co nieco zregenerować po rzeźniach Beskidu Wyspowego. Zjazd na Podhale bardzo kręty, więc hamulce są cały czas w użyciu, na dole zauważam, że prawa klamka przestała mi do końca odbijać. Pokręciłem z tym z 10km, ale jako że coś drętwo się kręciło to robię inspekcję roweru i widzę, że tylne koło w ogóle się nie kręci - tłoki hamulca przestały się cofać i w efekcie klocki trą o tarczę. Nie miałem czasu ani chęci waflować się z tym po nocy, więc po prostu zdjąłem klocki uznając, że pozostałe do mety 40km z dwoma większymi zjazdami spokojnie ujadę z jednym hamulcem.

Podjazd pod Dursztyn prawdziwie magiczny, ciemną nocą jadę wśród gęstych mgieł, gdy nagle nade mną rozjaśnia się niebo i wychodzi piękny księżyc, zdjęcie niestety zupełnie nie jest w stanie oddać magii tej chwili:


Zjazd na Łapsze po wąziutkiej drodze z sekcją +15% z tym moim jednym hamulcem był emocjonującym przeżyciem, po tym ruszam na Łapszankę, gdzie powoli zaczyna świtać, dzięki czemu ponownie mam przepiękne widoki chmur ścielących się u stóp Tatr. Takie chwile jak na Dursztynie czy Łapszance to jest właśnie najwspanialsza nagroda za przetrzymanie nocy na rowerze, po to z pewnością warto było pocierpieć. Było tak pięknie, że nie mogłem sobie odmówić krótkiego postoju i kilku zdjęć. 


Z Łapszanki meta już w zasięgu, zostaje jeden zjazd i długi podjazd na Głodówkę z ostrzejszą sekcją w Brzegach. Na metę docieram parę minut przed 7, a jako, że już byłem ostro ujechany to trochę smęciłem orgom, że taka trudna ta trasa w tym roku, ale Michał Więcki zgasił mnie moim własnym tekstem, że przecież "MPP to nie jest impreza dla francuskich piesków" i trudno się z tym nie zgodzić :)). Dojechałem z czasem 45h56min co dało mi 6 pozycję na 196 zawodników, którzy stanęli na starcie; bardzo zadowolony byłem, bo był najlepszy wynik jaki uzyskałem w historii swoich startów na MPP. Założenie by jechać wsłuchując się w swój organizm dobrze zagrało, blisko 80% trasy przejechałem solo, dzięki czemu dobrze rozłożyłem siły, nie przegiąłem w pierwszej części i na drugą zostało mi sporo energii. Polecam też jazdę TCR jako formę przygotowania do MPP - to naprawdę działa! :P


Na mecie tradycyjnie doskonała atmosfera, oklaskiwanie kolejnych znajomych kończących maraton, wysłuchiwanie masy ciekawych opowieści i przygód jakie mieli inni zawodnicy na trasie. No i oczywiście JEDZENIE, bo jak pisałem na wstępie po to właśnie się jeździ takie imprezy ;)). Garmin pokazał mi na tej trasie 22 500 spalonych kalorii, więc miejsce na 2 dwudaniowe obiady, kilka deserów i parę przekąsek spokojnie udało się wygospodarować. A we wtorek jako, że była piękna pogoda, a na maratonie szczęśliwie obeszło się bez kontuzji to tradycyjnie pojechałem jeszcze bardzo przyjemną trasę do Krakowa, dalej z tylko jednym hamulcem, bo po cofnięciu tłoków okazało się, ze hamulec jest zapowietrzony ;)

Zdjęcia z maratonu
Dane wycieczki: DST: 1009.90 km AVS: 24.60 km/h ALT: 10766 m MAX: 69.60 km/h Temp:14.0 'C
Środa, 18 czerwca 2025Kategoria CANYON 2025, Wycieczka
Wieczorkiem do Gassów
Dane wycieczki: DST: 43.15 km AVS: 31.19 km/h ALT: 100 m MAX: 44.71 km/h Temp:24.0 'C
Czwartek, 29 maja 2025Kategoria CANYON 2025, Użytkowo
Okazało się, że pociąg KD z Kudowy do Kłodzka złapał opóźnienie ponad godzinę, więc musiałem na gwałt zasuwać na rowerze do Kłodzka. Jechałem w cywilnych ciuchach, z ciężkim plecakiem - na szczęście udało się wyrobić na pociąg do Wrocławia tak bym tam się z kolei wyrobił na pociąg do Warszawy. PKP zawsze potrafi zaskoczyć nawet prawdziwych weteranów podrózy koleją ;))
Dane wycieczki: DST: 12.94 km AVS: 24.26 km/h ALT: 51 m MAX: 36.22 km/h Temp:12.0 'C
Sobota, 24 maja 2025
Race Through Poland 2025

...czyli bądź jak Pies Myśliwski z Cape 😛
Ten przystojniak jest może niepozorny, niezgrabny, nie za szybki, ale wytrzymałością i nieodpuszczaniem zajeżdża zwierzaki dwa razy mocniejsze, większe i szybsze od siebie :)


Końcówka maja to już od paru lat u mnie termin stale zarezerwowany na Race Through Poland, w mojej opinii obecnie (poza rozgrywanym raz na 4 lata MRDP) zdecydowanie najciekawszy i najtrudniejszy szosowy ultramaraton w Polsce. "W Polsce" w cudzysłowie, bo już od paru lat ta nazwa nie do końca odzwierciedla stan faktyczny i większość trasy wyścigu prowadzi albo przez Słowację, albo jak w tym roku przez Czechy. Ale nazwa RTP wyrobiła sobie silną markę, więc w pełni zrozumiałe, że dalej funkcjonuje na podobnej zasadzie jak Rajd Dakar, który już od dawna po Afryce nie jeździ. Zasady pozostają niezmienne - trzeba zaliczyć 4 obowiązkowe Punkty Kontrolne, wraz z długimi i bardzo wymagającymi górskimi segmentami + segment startowy i finiszowy. Natomiast pomiędzy segmentami każdy samodzielnie planuje trasę (z zakazem jazdy po drogach krajowych, którymi wolno przejechać maksymalnie do 1km) , układ całości dobrze widać na monitoringu

Tegoroczna edycja zapowiadała się jako ta z najtrudniejszą trasą w historii, bo układ obowiązkowych do zaliczenia Punktów Kontrolnych był taki, że po raz pierwszy nie było dłuższego płaskiego przerzutu. Zaowocowało to sumą podjazdów na poziomie 24-26tys w porównaniu do standardowo ok. 20tys; Czechy to kraj, który kolarzom nie wybacza ;)).

W piątek docieram do Polanicy, nocuję w MOSIRZe w pokoju wraz z Jędrkiem Gąsiorowskim, Grześkiem Chłopkiem i Marcinem Podrażką (który będzie wolontariuszem na CP1), bardzo wygodnie, bo w bazie zawodów. Dzień upływa miło na rozmowach z mnóstwem znajomych z wielu kolarskich imprez, większą ekipą wybieramy się też na pizzę, bo tankowanie kalorii przed dużym wyścigiem to najważniejszy obowiązek każdego  zawodnika ;)). Po obiedzie idziemy na obowiązkową odprawę, są też robione portrety wszystkich zawodników, którzy jutro ruszą na trasę Race Through Poland:

fot. Adrian Crapciu

Widać, ze w tym roku będzie rekordowa obsada, wyścig jedzie ponad 100 ludzi, w tym wielu bardzo mocnych zawodników z zagranicy; to jest niejako wyznacznik RTP, jest jedyną polską imprezą kolarską na którą masowo jeżdżą zagraniczni zawodnicy, wśród których zdecydowanie dominują Niemcy, na co na pewno spory wpływ miał układ tegorocznej trasy. Start stosunkowo blisko niemieckiej granicy (z Drezna do Polanicy jest sporo bliżej niż z Warszawy), a i jeden z obowiązkowych punktów był w Niemczech. Do samego wieczora rozważałem na jaką strategię noclegową postawić, czy jechać lżej i spać w hotelach, czy też zabrać sprzęt do spania, w końcu uznałem, że ów sprzęt jednak wezmę, by mieć sporo większą mobilność na trasie. 

Startujemy bardzo wcześnie, już o 5 rano, ale to dla mnie zdecydowanie lepsze rozwiązanie niż start wieczorny czy popołudniowy. Maj w tym roku mamy jaki mamy, więc nie zdziwiłem się gdy temperatura przez ponad godzinę trzymała poniżej zera. Zgodnie z planem nie szarżuję, jadę swoje spokojnym tempem. Segment startowy choć oczywiście był górzysty to jednak wiele łatwiejszy niż segment na CP1, który miał się zacząć po ok. 180km i wiedziałem, że jak przegnę z tempem na początku to tam będę płacić rachunek. Pogoda do jazdy fifty-fifty, z jednej strony słonecznie, z drugiej zimno i zimny wiatr wiejący z zachodu, gdzie jechaliśmy. Pierwszy mniej standardowy podjazd zaliczamy ze Szczytnej do Karłowa Kręgielnym Traktem. Jedzie się po takim dość specyficznym bruku, ale po lewej stronie jest wąski pasek sensowniejszej nawierzchni i po nim stara się jechać większość ludzi. Ale uważać warto, jadący kawałek przede mną zawodnik zaliczył dość widowiskową glebę, gdy mu się koło w bok obsunęło, na szczęście prędkość na podjeździe była niewielka i nic się nie stało.

Z Karłowa jak większość zawodników zjeżdżam do Czech i kieruję się na Mieroszów, wreszcie zaczyna się ocieplać, choć szału żadnego nie ma. Po przejechaniu granicy zjeżdżam na boczną drogę do samego Mieroszowa, bo ta wojewódzka po stronie czeskiej zamienia się w polską krajówkę, DK35. I chyba wiele osób tu zanotowało wpadkę i potencjalną karę za dłuższy niż dozwolony regulaminem 1km po krajówce, sam widziałem kilka osób co tam pojechały. Niby był tam chodnik równoległy do szosy, ale z tego co patrzyłem na Stravie paru uczestników wyścigu to ludzie jechali szosą, nie chodnikiem, widać się nie zorientowali, ze to krajówka.

Jechało mi się średnio, trochę kombinowałem z kątem siodełka, bo miałem wrażenie, że przy wczorajszym transporcie roweru pociągami coś się ruszyło i nie było optymalnie, też rozbieram się z ciepłych ubrań założonych na mroźny poranek. Z Kamiennej Góry większość ludzi wybrała wariant przez Jelenią Górę, ja natomiast pojechałem przez przełęcz Kowarską. Odcinek krótszy o parę km, za to ze 200m w pionie więcej, wybrałem go przede wszystkim ze względu na większą płynność jazdy, bez konieczności przejazdu przez duże miasto, bo sama mniejsza liczba kilometrów czy przewyższeń wcale nie zawsze oznacza, że taka droga będzie szybsza. I jak sobie po wyścigu z ciekawości przejrzałem ślady jadących w moim pobliżu zawodników - oba warianty czasowo praktycznie wyszły identycznie. Na tym odcinku solidnie dawał się we znaki przeciwny wiatr i tu już zacząłem odczuwać pierwsze problemy z gardłem, które będą mnie męczyć na tym wyścigu. Bo pogoda była dość zdradliwa - niby słonecznie, ale rzadko powyżej 15 stopni było, no i ten zimny przeciwny wiatr. Jak się człowiek trochę rozebrał to za zimno, jak ubrał to za gorąco - i tak to się jechalo ;)

W Leśnej, po ok. 175km,  gdzie zaczynał się segment CP1 robię pierwsze zakupy w sklepie i z odpowiednim zapasem wody  ruszam na bardzo wymagający segment CP1. Najpierw seria małych hopek i kąśliwy bród na małej rzece, a że czaił się tam wyścigowy fotograf to nie było opcji by tego nie przejechać ;)). Tutaj taka anegdotka z kultowej edycji RTP z 2019 Weather to Scratch, którą mi opowiedział niestety nieżyjący już Wiesiu Jańczak. Na sam koniec tej edycji był segment finiszowy z serią krótkich, ale ostrych hopek na Wzgórzach Trzebnickich pod Wrocławiem, Wiesiu już ujechany potwornie chciał jak biały człowiek te hopki w spokoju powprowadzać, a tu mu przyjechała ekipa fotografów wyścigowych i pół segmentu za nim jechała. No i biedny Wiesiu, żeby nie wyjść na zdjęciach jak ta p...a co to nawet jakieś krótkie hopki wpychać musi musiał się żyłować na maksa i wszystko wjeżdżać. Tak więc każda motywacja jest dobra ;))

Segment wymagający ze względu na wielką liczbę przewyższeń (2600m w pionie na 110km), ale po czeskiej stronie o sensownym poziomie trudności i co najważniejsze bez niespodzianek nawierzchniowych, a tego się mocno obawiałem. Było jedynie parę odcinków po betonowych płytach, ale zupełnie do przeżycia, dużo to przyjemniejsza była jazda niż na zeszłorocznym węgierskim segmencie pod Kekeszem, gdzie te drogi były w dramatycznym stanie. Sporo tutaj jechałem w niewielkiej odległości do Rafała Wanata, z którym regularnie się spotykamy na kolejnym RTP, Rafał tradycyjnie dla siebie preferuje system jazdy z codziennymi dłuższymi postojami na noc na kwaterach czy w hotelach, dzięki czemu ruszając z noclegu jest dużo świeższy od tych co noc męczyli, czy kimali po przystankach i później szybko ich łyka. Mijałem się tu też z Kubą Tomasikiem, jednym z polskich faworytów w tym wyścigu, młodym i bardzo mocnym zawodnikiem. Niestety Kuba zaczął wyścig bardzo pechowo - spóźnił się na start, miał spore problemy z nawigacją, zdążył już złapać dwa kapcie, a wkrótce gdy go mijałem to robił trzeciego. Ale jak już zaczynał jechać na swoim poziomie to było widać jaką ma moc i jak szybko nadrabia straty

Wisienką na torcie pierwszego segmentu oczywiście była słynna Katorga, czyli podjazd pod Stóg Izerski, jeden z najcięższych podjazdów w Polsce, jak nie najcięższy. 1,5km ze średnim nachyleniem 17,85% i z maksami zdrowo ponad 20%, sprawia, że Przełęcz Karkonoska wygląda przy tym jak lajcik ;). Miałem z tym podjazdem rachunek do wyrównania, bo właśnie na wspomnianym wcześniej RTP z 2019 Weather to Scratch poległem tu z kretesem i całość musiałem wpychać, więc tym razem moja taktyka na ten podjazd nie była skomplikowana:


Z czysto zdroworozsądkowego punktu widzenia bardziej się opłaca tę ścianę wepchnąć, bo jej wjechanie kosztuje tyle sił, że się to nie kalkuluje, do tego ryzykuje się kontuzjami, ale who cares? Ja należę do tych co nie umieją odpuszczać i nutkę szaleństwa oraz pełen spontan zawsze stawiałem wyżej niż zdrowy rozsądek. Walka była sroga, parę razy czułem podchodzące skurcze, ale udało mi się wytrzymać do końca, cały podjazd wjechałem kanonicznie - w korbach i bez stawania. A i pod kątem wyścigu jakiś zysk był, bo chyba z 7 osób wyprzedziłem, bo zdecydowana większość zawodników wolała podjazd podejść. A że na takim nachyleniu idzie się z rowerem bardzo niewygodnie i wolno, więc nawet jadąc na granicy równowagi zyskuje się tu koło 15min.

W końcówce jeszcze jedna hopka i zjazd do Chatki Górzystów, gdzie mieścił się pierwszy punkt kontrolny, wstrzeliłem się perfekcyjnie w Golden Hour krótko przed zmierzchem, wspaniałe było światło, szkoda, że wyścigowy reżim nie pozwalał na porobienie ładniejszych kadrów niż jadąc z ręki. Było po prostu pięknie, jedna z prawdziwie magicznych chwil na tym wyścigu. Na punkcie postoju nie robiłem, jedynie podbiłem książeczkę i ruszyłem do Świeradowa, by zjechać w świetle dziennym. Zdecydowałem się zjechać do samego miasta i to była bardzo dobra decyzja, bo większość zjazdu była po eleganckim asfalcie, dużo to było wygodniejsze niż zwożenie się bardzo nachyloną i nierówną Katorgą, co wybrało wiele osób. Do tego w Świeradowie zajechałem do Żabki, gdzie zjadłem sensowny obiad i uzupełniłem zaopatrzenie przed nocną jazdą. Był to niestety ostatni na tym wyścigu popas w bardzo wygodnym polskim fast-foodzie, bo stacje benzynowe w Czechach w porównaniu z tymi polskimi to straszna nędza, a tych czynnych 24h jest co kot napłakał.

A miało to swoje znaczenie, bo po ponownym wjeździe do Czech szybko zapadł zmierzch i zrobiło się bardzo zimno, przez zdecydowaną większość nocy były temperatury w okolicach 0-2 stopnie, co nie pomogło na problemy z gardłem. Na tym odcinku jechałem wariantem można powiedzieć wschodnim, uznałem, ze warto nadrobić troszkę dystansu by nie musieć ciągle lawirować omijając krajówki na osi Litomerice - Chomutov. Jedyna stacja 24h na tym odcinku była w Roudnicach nad Łabą, gdzie przeżyłem chwilę mocnej niepewności, gdy okazało się że jedyny most na Łabie jest mocno rozpruty, bo gdyby nie dałoby się tutaj Łaby przejechać to musiałbym nadrobić wiele kilometrów. Droga dla samochodów była zerwana całkowicie, został tylko metalowy szkielet mostu, a zamiast szosy świeciła wielka dziura i rzeka na dole, ale na szczęście bokiem było przejście dla pieszych. W mieście staję na bardzo nędznej stacji - nic ciepłego do jedzenia, usiąść też nie było gdzie, a ciepłe napoje na które bardzo liczyłem były tylko w... automacie na monety, na które nie można było rozmienić pieniędzy nawet jak się miało gotówkę! Na szczęście trafiłem na bardzo ludzkiego pracownika stacji i mi tę herbatę zafundował.

Po wyjeździe ze stacji już powoli zaczynało świtać, był to w sumie najbardziej płaski odcinek maratonu, ale czułem już solidne nocne zamulenie i jechało się drętwo. Przed wjazdem na segment nabieram wody w specjalnym kraniku dla rowerzystów, który namierzyłem na etapie planowania trasy, przyjemne uczucie gdy się zmaterializował, bo tak do końca to nie byłem co do tego przekonany, bo tego typu kraniki lubią nie działać gdy tego potrzeba.


Gdy wjeżdżałem na drugi segment coraz marniej pogoda zaczęła wyglądać, temperatura poniżej 10 stopni, ale co gorzej coraz mocniej się na deszcz zapowiadało. Na początek idzie podjazd na ponad 800m, później zjazd na sam dół na poziom 300m i kolejny długi podjazd, z bardzo ostrym fragmentem. Tak na wysokości 600-700m zaczęło już padać i padało przez niemal cały segment. Wnerwiło mnie to, bo w prognozach przed wyścigiem jedynie jakieś przelotne opady miały być, a tu zaczęła się regularna obsrywka, przy temperaturach w zakresie 3-7 stopni i to na najcięższym segmencie całego wyścigu (aż 3170m w pionie na 122km). Na dojeździe pod Klinovec widoki znane z zeszłorocznej trasy z również jadącym RTP Rafałem Mianowskim, tylko wtedy mieliśmy perfekcyjną pogodę i piękny nocleg z widokiem na Fichtelberg. A w okolicy naprawdę jest co oglądać, tyle, że teraz na Klinovcu to było mniej więcej tak:


Kawałek przed szczytem sieknęło solidnie, nie było się gdzie sensownie przebrać więc wjechałem w deszczu na mierzący 1244m szczyt, gdzie było zaledwie 3'C. Dopóki jechałem pod górę to był jaki taki komfort termiczny, ale na zjeździe ostro mnie wytrzepało, najbardziej w stopy, bo miałem tylko cieniutkie letnie skarpetki. Solidnie przeczesany docieram więc do stacji benzynowej na granicy czesko-niemieckiej (również znanej z zeszłorocznej trasy z Rafałem) i tam wracam do sensownej termiki, niestety stacja to typowe dla Czech dziadostwo, czyli nic ciepłego do jedzenia czy picia, tyle, ze trochę w cieple można było posiedzieć; Polacy naprawdę nie doceniają tego dobra narodowego jakim są stacje Orlenu :)). Minorowy nastrój w tamtym momencie dobrze oddaje moja ponura mina, gdy wychodziłem ze stacji by wrócić na deszcz:

fot. Adrian Crapciu

Ale gdy ubrałem się konkretniej dało się już normalnie jechać, na szczęście nie padało jakoś mocno, ciuchów pod kapotą przeciwdeszczową nie przemaczało, tyle że standardowo z mokrymi stopami. Natomiast padało przez niemal cały segment, a jechało się go wiele godzin, bo kilometrów bardzo powoli ubywało. Ciężko było nie tylko od strony fizycznej, ale i od strony mentalnej - widoki prawie żadne, kupa ciężkich podjazdów, na śliskich i mokrych zjazdach trzeba uważać, odpocząć w cieple nie było gdzie.

Zły byłem też na siebie, że przyżydziłem na klockach hamulcowych, patrząc na prognozy przed wyścigiem wydawało się, że będą tylko przelotne i krótkie opady, więc zostawiłem już trochę zużyte klocki żywiczne. A tymczasem okazało się, ze muszę jechać wiele godzin w deszczu i w górach, gdzie żywiczne klocki schodzą dość szybko. Miałem oczywiście zapasowy komplet klocków, ale zakładanie nowych klocków do hamulców hydraulicznych na trasie niesie jednak pewne ryzyko, bo trzeba cofnąć tłoki, a przy tym hamulce potrafią się zapowietrzyć, tłoki też lubią się przyblokować, np. spory problem z hamulcami na tegorocznym RTP miał Jędrek Gąsiorowski. Ale odpukując - na szczęście klocki wytrzymały do końca, choć już na oparach.

W tych warunkach segment ciągnął się w nieskończoność, sporo tu się tasowaliśmy z Pawłem Wszołkowskim i razem robimy obfitującą w ostre ścianki końcówkę segmentu do punktu w hotelu Barenstein. Na punkcie nieoczekiwanie spotykam Wojtka Bystrzyckiego, czyli naszego głównego polskiego faworyta. Wojtek długo jechał bardzo mocno w samym czubie, niestety później zapłacił cenę i gdy zorientował się, ze moc spadła mu już bardzo nisko, a warunki się schrzaniły zdecydował się odpuścić. Na CP2 wycofuje się także Paweł Wszołkowski, pomimo całkiem dobrego wyniku po prostu stracił przyjemność z tej jazdy i nie bawiła go perspektywa podobnych męczarni jakie mieliśmy na całym segmencie na dalszej trasie. Jednym słowem DNF-ów poleciało tego dnia sporo, na CP1 dojechałem na 31 pozycji, tutaj awansowałem już na 18 miejsce. Też trzeba przyznać, że osoby jadące ten segment w podobnym co ja czasie naprawdę źle trafiły, kolejnego dnia była już tu elegancka, słoneczna pogoda i piękne widoki, a osoby jadące te 10-15h za nami złą pogodę miały na nizinach, gdzie to daje w kość jednak sporo mniej. 

Ale jako, że na CP2 wreszcie była możliwość dobrego, ciepłego posiłku (zjadłem smaczne spaghetti) to morale szybko wróciło mi do pionu, a fakt, że teraz będzie nieco łatwiejszy odcinek mocno dodawał otuchy. Ale żeby nie było za dobrze pojawił się niezły fuck-up z telefonem, który gdy spróbowałem go na punkcie ładować uraczył mnie komunikatem o wilgoci w gnieździe USB, niestety w Samsungach jest to notoryczny problem, byle jakaś symboliczna ilość wody się pojawi koło gniazda USB to telefon odmawia ładowania i jesteśmy w dupie. Poprzestawiałem pewne ustawienia i liczyłem że po paru godzinach wróci możliwość ładowania, bo już niewiele mi baterii zostało. Też było to dobre porównanie odporności na warunki z Garminem - telefon miałem przez większość opadów w pokrowcu przeciwdeszczowym lub w sakwie, w pokrowcu dotyk fatalnie działał, bez pokrowca na mokrym ekranie nie działał praktycznie w ogóle. A tymczasem Garmin z otwartą zaślepką gniazda USB - zero problemów, ekranu też dało się sensownie używać. Dlatego w mojej opinii telefon jako urządzenie do nawigowania na poważnych wyścigach nawet nie ma podejścia do dedykowanej rowerowej nawigacji, właśnie odporność na trudne warunki i dużo mniejsza prądożerność to jest coś co te urządzenia odróżnia. 

Za CP2 jest jeszcze z 10km górek, po czym zaczynają się zjazdy do Kadania i biorę kierunek na południe. Wyjeżdżając z Kadania mijałem jeszcze paru zawodników, którzy dopiero dojeżdżali na segment, pod względem pogodowym na pewno sporo wygrali ;)). Zastanawiałem się czy jeszcze coś pociągnąć nocą, bo urobek 2 dni marnie wyglądał, ledwie niecałe 700km, czy teź już nocować. Ale że już byłem solidnie ujechany, a o zmierzchu trafiła się sensowna miejscówka na polu to rozłożyłem się do snu, licząc, że już padać nie będzie. Niestety choć deszcz się skończył to wszędzie było mokro i pochmurno, więc z noclegiem szału nie było.

Statystyki 1 i 2 dnia jazdy
Dystans - 691,2km
Prędkość średnia - 20,0 km/h
Suma podjazdów - 11 654m

Pospałem ze 3h i wracam na trasę kontynuując jazdę pagórkowatą trasą na południe Czech. Pogoda dalej mizerna, wiatr też nie pomaga; świtać zaczyna gdzieś na wysokości Pilzna. W Svihovie zatrzymuję się pod sklepem na śniadanie. Przed granicą niemiecką zaczynają się podjazdy na poziom 900m, ale co ważniejsze na wschodzie zaczyna się pojawiać pas słonecznej pogody. Gdy zaliczam podjazdy i zjeżdżam do Niemiec wreszcie wychodzi słońce i robi się piękna pogoda. Ze względu na konieczność omijania parku narodowego Bayerischer Wald trzeba było na tym kawałku jechać z 10km szutrowymi drogami, ale te były dobrej jakości i całkiem ładne. Natomiast mocno wredny był kawałek między Fraenau i Spiegelau, był tam jakiś większy remont na drodze, po ominięciu miejsca robót w samym Fraenau dało się normalnie jechać, tyle, ze cały ten odcinek to był bardzo wredny do jazdy sfrezowany asfalt. I jako, ze było też pod górę ciągnęło się to w nieskończoność.

Za Spiegelau zaczynał się już obowiązkowy segment na CP3 prowadzący najpierw przez Bayerisher Wald, a po przejechaniu na czeską stronę przez park narodowy Sumava. Głównym "daniem" segmentu były 2 duże podjazdy, pierwszy dość mocno nachylony na 1120m, a drugi o zupełnie innej charakterystyce - dość łagodny podjazd wzdłuż rzeki. I tam już się zaczęło robić naprawdę pięknie, był to odcinek maratonu, który zdecydowanie najbardziej mi się spodobał, było tam tak po "szumawsku". Czyli puściutko, zielone hale przy drodze i wiele szerokich widoków, a na mój odbiór tego odcinka z pewnością duży wpływ miała doskonała, słoneczna pogoda.


Po zaliczeniu drugiej góry zjeżdżam na czeską stronę i robię zakupy w Kvildzie, bo ten rejon jest specyficzny pod tym kątem - sklepy są bardzo krótko czynne (spora część do 14-15), a płatność jest możliwa niemal wyłącznie gotówką; powiedziałbym, że to całkiem dobrze koreluje z pewną "innością" Sumavy względem reszty Czech. Kawałek dalej dojeżdżam do ładnie ulokowanego CP3 na Knizeci Plane, kolejny raz dobrze się wstrzeliłem czasowo, bo kuchnia była czynna i mogłem zjeść normalny obiad, który dobrze mi zrobił. Udało się też wreszcie doładować telefon, który przy słonecznej pogodzie przestał odmawiać ładowania. 

Okazało się, że lokalizacja tego PK nie dla wszystkich zawodników była oczywista, z reguły te punkty były ulokowane na samym końcu segmentu, natomiast w tym jednym przypadku punkt był pośrodku obowiązkowego parcouru. I nie brakowało ludzi, którzy sobie z tego nie zdawali sprawy i docierało to do nich dopiero po kolejnych 40km i wjechaniu na kończący segment wysoki szczyt Dreisessel - warto jednak dokładnie przeczytać manual wyścigu ;)). Na CP3 znowu przesunąłem się trochę do góry w klasyfikacji i wskoczyłem już na 14 pozycję co dało mi motywację i sportowy cel na wyścigu by spróbować powalczyć o pierwszą "dychę". Patrząc na monitoring i rywalizację o zwycięstwo pomiędzy Niemcem Adamem Białkiem i Szwajcarem Bruno Wichtem zorientowałem się, że można tu zyskać ok. 2-3h na puszczeniu trasy z powrotem po segmencie do Czech w porównaniu do wariantu przez Austrię tak jak miałem zaplanowane. Tym bardziej, że tam był myk z promem przez duże jezioro Lipno, który to prom skracał trasę o ok. 20km. Tyle, że ja dojechałbym tam w nocy, gdy prom nie kursuje i musiałbym te 20km więcej jechać.

Uznałem więc, ze w tej sytuacji warto przeplanować mocno trasę, zrobiłem więc zupełnie nowy wariant. I myślę, że to była dobra decyzja, choć takie planowanie na szybko zawsze niesie ryzyko wtopy, bo nie ma czasu na dokładne rozważenie różnych wariantów, w domu się siedzi nad tym godzinami, a tu machnąłem traskę na 500km w 15min. Tak to właśnie bywa - niby człowiek przygotowany na tip-top, a na trasie odwala się takie improwizacje jak zaprojektowanie na kolanie 1/3 trasy 😉. Po obiedzie wracam na segment, jego końcówka to bardzo przyjemna jazda przez Sumavę, a po powrocie do Niemiec wymagający podjazd na panujący nad okolicą, wysoki na1333m Dreisessel. Znowu, podobnie jak na CP1 świetnie trafiłem, na szczycie melduję się krótko przed zachodem słońca mając z góry piękny spektakl światła i cienia jaki urządziły chmury i nisko świecące słońce
 
Na szczycie spotykam fińskiego zawodnika Lari Rauno, który bardzo mocno cisnąc wyprzedzał mnie przed podjazdem - chłopak jest załamany, bo właśnie się zorientował, że punkt na którym należało podstemplować książeczkę brevetową był 40km wcześniej... W tym wypadku znacznie bardziej opłacało się wrócić na punkt i dalej pojechać przez Czechy, ale chłopak był kiepsko ogarnięty i wracał z powrotem pod Dreisessel sumarycznie nadrabiając ponad 80km, do tego jeszcze złamał bezwzględne zakazy jazdy poza segmentem zarówno w parku narodowym Sumava, jak i wcześniej w parku Bayericher Wald, w rejonie Zeleznej Rudy. A to zgodnie z zapowiedziami organizatora oznacza automatyczną dyskwalifikację.  

Ja natomiast już nocą wracam po trasie segmentu do Czech, zależało mi żeby przed noclegiem przepchnąć się przez góry i zjechać na drugą stronę na poziom 500-600m. Problematyczny był tu podjazd za Zatonem, wg RWGPS miał być szutrowy, ale faktycznie cały czas był asfalt. Niemniej była chwila nerwów gdy drogę zagrodziła mi wielka brama do jakiegoś leśnictwa czy czegoś takiego, na szczęście było przejście dla pieszych, choć z rowerem nie było łatwo wejść po mocno chybotliwych i stromych drewnianych schodkach:


Zjazd choć asfaltowy to jednak wredny - wąska droga, co jakiś czas pojawiały się na niej gałęzie, naniesiony piach itd, jednym słowem wolałem zjeżdżać powoli by gdzieś tu nie zaliczyć niepotrzebnej wywrotki. Po przejechaniu tej góry zacząłem się rozglądać za noclegiem, za pierwszym razem notuję wpadkę, bo jak się rozłożyłem ze sprzętem to zaczął łazić jakiś człowiek z lampką, więc wolałem pojechać kawałek dalej, sumarycznie rozkładam się na polu z wysoką i mokrą trawą.

Mając plan walki o pierwszą dziesiątkę postanowiłem spać tylko godzinę, by nadrobić w ten sposób czas do zawodników przede mną i myślę, że to była moja najgłupsza decyzja na tym wyścigu. Jak mawiał nasz wybitny pięściarz, dwukrotny mistrz olimpijski Jerzy Kulej (tak na marginesie nigdy nie nazywajcie pięściarzy bokserami bo to wielkie faux pas w tym fachu, bokser to jest rasa psa) 


Parafrazując - nie ma ludzi odpornych na brak snu, cenę za niewyspanie zawsze trzeba będzie zapłacić, prędzej czy później.

Statystyka 3 dnia
Dystans - 347,5km
Prędkość średnia - 18,7km/h
Suma podjazdów - 5 631m


Nocleg tej klasy, że budzę się bardziej wymięty niż się kładłem - ale co robić, takie są realia ultra... Ruszam więc dalej, ten pierwszy odcinek jeszcze z niewielkimi podjazdami, świt łapie mnie w okolicy Temelina - ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że zmieniając wczoraj trasę puściłem ją tuż koło słynnej czeskiej elektrowni atomowej. Jechałem tędy w zeszłym roku wracając z Alp, ale wtedy to celowo tak trasę puściłem, teraz wyszło tak samoistnie. Gigantyczne kominy Temelina robią wrażenie, dla porównania skali - drzewa i wielopiętrowy budynek:


Z zeszłego roku przypomniało mi się, że kawałek dalej w Tynie nad Wełtawą jest dobra stacja Shella 24h na której jest ciepłe jedzenie - więc tam zajechałem na śniadanie; tak dobrze się siedziało, że poleciało mi ze 45min. Za Tynem zaczyna się już solidna czeska rąbanka - coraz więcej hopek, coraz trudniejsze, coraz wyższe podjazdy. Kulminacja górek jest w rejonie Pelhrimova, tu już jedzie mi się cieniutko, kilometry lecą bardzo powoli, a z podjazdu wpada się w zjazd, ze zjazdu w podjazd i to długie ściany ponad 100m w pionie, z solidnym nachyleniem. Znowu więc przeprojektowuję swoją trasę - puszczam ją bardziej na północ pod polską granicę, bo tam jest trochę mniej gór niż jadąc przez centrum Moraw. Ale generalnie zupełnie nie szła mi ta jazda, gdy po ok. 200km w Hlinsku spojrzałem na licznik i zobaczyłem, że mam blisko 4h postojów - to już myślałem, że się rozpłaczę, to nawet na turystykę jest słabo, co dopiero na wyścigu; aforyzm Kuleja boleśnie pokazywał mi swoją aktualność. Co z tego, że przyciąłem czas snu, jak organizm swoje odbierał w postaci zamulania, wolnego tempa, ciągłych postojów a to na to, a to na tamto. 

Ale to też wreszcie trochę mnie otrzeźwiło i wziąłem się w garść, bo wiedziałem, że z takim zamulaniem to nie ma mowy by osiągnąć pierwszą dychę, a byłem tak w okolicach mniej więcej 13 miejsca. I końcówkę dnia miałem już solidniejszą, zacząłem wreszcie jako tako jechać. Zmierzch łapie mnie w bliskim rejonie polskiej granicy. stąd do początku segmentu na Pradziada było ok. 30km. Segment był dość krótki (51km), ale potężnie nabity górami - aż 2000m w pionie. Na dzień dobry podjazd na 750m, po zjeździe z którego następują dwa główne dania - najpierw podjazd na Dlouhe Strane, a później na samego Pradziada, oba to bardzo długie i ciężkie podjazdy. Na podjeździe na Dlouhe Strane senność atakuje mnie z taką siłą, że już nie jestem w stanie jechać, postanawiam na jakąś godzinkę się położyć tuż przy drodze. Ale jak to już wiele razy mi się na końcówkach maratonów zdarzało - pomimo potężnego niedospania nie jestem w stanie zasnąć, adrenalina, wysoki rytm serca na trudnym podjeździe powodują, że usnąć nie potrafiłem. Ale samo poleżenie tej godziny też coś tam mnie pokrzepiło, więc gdy ruszyłem dalej jakoś się jechało. Po wjechaniu na górę (ponad 1300m) - fantastyczny klimat, ciemna noc, a w oddali świeci wieża telewizyjna na Pradziadzie, gdzie zaraz będę się wspinać:


I to jest ta prawdziwa magia ultra - człowiek ujechany już w trzy dupy, kręci się w środku nocy po jakimś full zadupiu - ale klimat jest klasy Władcy Pierścieni, tylko czekać aż z lasu wyjdzie jakiś ent...

Okrążam zbiornik elektrowni wodnej na Dlouhe Strane i zjeżdżam na poziom ok. 600m, skąd trzeba wjechać na sam szczyt Pradziada, mierzącego aż 1492m, który był najwyższym punktem tegorocznego RTP. Podjazd ciężki, najpierw dobry asfalt, później słaby, wreszcie przechodzi w szuter, powoli zaczyna się już rozjaśniać. A w końcówce szuter przechodzi w kamulce, pojechałem tym kawałek - było to wjeżdżalne, nachylenie spore, ale do przejechania:


Ale uznałem, ze ryzyko uszkodzenia kół na takiej nawierzchni jest za duże by było warto ryzykować, coś bardzo podobnego zaliczałem kiedyś szosówką w Dolinie Chochołowskiej, wjechać wjechałem, ale mi wyrwało szprychę z obręczy i koło było do wymiany. To nie jest nawierzchnia na koła szosowe, tylko droga na rower górski, więc przy zaledwie 130km do mety wolałem nie ryzykować, bo konieczność wycofania się po takim wysiłku przez awarię sprzętu byłaby nie do zniesienia. Było może z 15min spaceru, a gdy kamulce się skończyły jeszcze krótki kawałek do CP4 umieszczonego w górskim schronisku Svycarna. Ale nie zajeżdżając na punkt od razu pociągnąłem na Pradziada, bo moja trasa powrotna (jak 95% zawodników) prowadziła z powrotem w dół po trasie obowiązkowego segmentu. Droga od schroniska do głównej szosy na Pradziada to już była prawdziwa rozpacz, za coś takiego to się bez wyroku sądu powinno stawiać pod murem. Niby asfalt, ale wiele gorszy do jazdy niż szuter co był niżej. Za to końcówka już na głównej szosie na Pradziada - bajeczka, dojechałem równo ze wschodem słońca, wściekle zimno, ale widoki wszystko rekompensowały. 




Na zjeździe po tych fatalnych dziurach spotykam wjeżdżającego pod górę Anglika George Juckesa, pozdrawiam go ręką, a ten jak szanujący się szosowiec na podwarszawskich Gassach na rowerze za 50 klocków - nic, tylko zmierzył mnie zaciętym wzrokiem. Zagotowałem się i postanawiam, że żeby skały srały to mnie ten Angol nie wyprzedzi ;)). Na CP4 docieram na 10 pozycji, ale faktycznie jestem ósmy, bo z powodu awarii Di2 wycofał się Czech Milan Hanyk, a Juckes choć był przede mną na samym punkcie to jeszcze nie zaliczył Pradziada. To też pokazało, że pomimo całego swojego zamulania jednak cały czas przesuwałem się do przodu, ja cierpiałem, ale inni zawodnicy jeszcze bardziej i tez nie dali rady na raz dociągnąć na metę, więc paru minąłem gdy spali. 

Zjeżdżam więc segmentem, na podjeździe za Rejhoticami (pokonywanym drugi raz, tym razem za dnia) dogania mnie Milan Hanyk, który się wycofał i wraca na metę po samochód. Okazało się, że miał jakąś chińską podróbkę ładowarki do Di2, dotąd mu to działało, ale tutaj zawiodło i nie mógł doładować baterii od elektronicznych przerzutek i zdecydował się wycofać. Kawałek dalej notuję głupią pomyłkę, skręcam w złą stronę, kapnąłem się po 2km. Cisnę solidnie, bo "Junkers" siedzi mi na plecach, przewagę mam tak na poziomie 20-30min, a do mety zostało jeszcze tyle gór, że można to bez problemu nadrobić. 

Gdy wjechałem do Polski okazało się, ze w tej części Kotliny Kłodzkiej nie ma zasięgu w sieci Orange, więc nie mogłem sprawdzić na monitoringu jak wygląda moja przewaga. W międzyczasie wyszło słońce i się ociepliło, co spowodowało, że na podjeździe pod Puchaczówkę strasznie zaczęła mnie męczyć senność, tak że musiałem się na jakieś 10min położyć. Pospać znowu nie pospałem, ale coś odzipnąłem. Zasięg wrócił dopiero za Puchaczówką w rejonie Bystrzycy Kłodzkiej i tam odetchnąłem, bo okazało się że Anglik odpoczywa od dłuższego czasu na polskiej granicy, a stamtąd na Puchaczówkę to jest co najmniej godzina. Na rynku w Bystrzycy położyłem się więc jeszcze na chwilę by odzipnąć, ale gdy sprawdziłem monitoring to widzę, ze Junkers właśnie wjechał na Puchaczówkę! Okazało się, ze przez te problemy z zasięgiem monitoring nie odświeżał i "wypluł" punkty dopiero gdy zasięg wrócił na przełęczy. 

Ruszam więc natychmiast i solidnym tempem (jak na 1500km w nogach ;)) wciągam Spaloną i tam już widzę, że tę ósmą pozycję dowiozę. Niestety w Dolinie Orlicy psuje się pogoda, zaczyna solidnie padać i tak już było właściwie do samego końca, tyle dobrego, że w deszczu odeszło zamulenie. Na metę docieram z czasem 104h 25min jako ósmy zawodnik i drugi z Polaków za Jędrkiem Gąsiorowskim, który zajął doskonałą czwartą pozycję, schodząc poniżej 4 dób.

Wjeżdżam na metę, fot. Tadek Ciechanowski

Zdjęć z mety, gdy po zejściu z z roweru opadła cała adrenalina nie będę wrzucać, bo to nie jest dobra reklama ultra ;). W skrócie przy tym potężnym niedospaniu i zmęczeniu ponad 4 dobami na rowerze wyglądałem jak trzy ćwierci od śmierci. 

Statystyki 4 i połowy piątego dnia:
Dystans - 507,8km
Prędkość średnia - 19,4km/h
Suma podjazdów - 8 012m

Statystyka całego wyścigu:
Dystans - 1546,5km
Prędkość średnia - 19,5km/h
Suma podjazdów - 25 297m
Czas jazdy - 79h 21min
Czas całości - 104h 25min

Ale furda zmęczenie - satysfakcja na mecie była wielka, był to najmocniej obsadzony Race Through Poland w historii, z zawodnikami ze ścisłej światowej czołówki jak zwycięzca Szwajcar Bruno Wicht czy też drugi Niemiec Adam Białek, w takim gronie dostać się do pierwszej dziesiątki to dla mnie doskonałe osiągnięcie. Nie pierwszy raz okazało się, że zawodnicy w typie Myśliwskiego Psa z Cape co to nigdy nie odpuszczają (jak Jędrek czy ja) nadrabiający przede wszystkim wytrzymałością są w stanie zrobić dobry wynik, bo to wytrzymałość i mocna głowa na takich trasach więcej znaczy niż szybkość. Gdy cała polska czołówka ultra poległa na trasie, zastąpiła ją forumowa stara gwardia, która ma podejście do sprawy jak w słynnej rozmowie pod Waterloo, która przeszła do legend. Gdy generał Cambronne dowodzący napoleońską Starą Gwardią na propozycję kapitulacji powiedział "Gwardia umiera, ale się nie poddaje!" (inna wersja mówi, że generał miał powiedzieć po prostu "Merde! :)). Bo w mojej opinii niezmiennie kluczem na takich trasach jest psychika, gdy głowa daje radę to ciało zawsze jakoś pociągnie, ale gdy siada głowa to najmocniejsza noga niewiele zmieni. 

Wielkie gratulacje dla wszystkich, którzy imprezę ukończyli, bo tegoroczny wyścig był bardzo wymagający i każdy kto dotarł do mety musiał przełamywać niejeden kryzys. Na najcięższą i najbardziej górzystą trasę w historii RTP nałożyła się słabiutka jak na maj pogoda, było sporo deszczu, temperatury też jak na niemal początek czerwca bardzo mizerne, wystarczy powiedzieć, ze ani razu nie jechałem w samej koszulce kolarskiej, a i w krótkich spodenkach to może ze 200km ujechałem. To był mój piąty ukończony RTP i jedynie kultowa edycja Weather to Scratch w 2019 roku była trudniejsza, ale tam to już był prawdziwy pogodowy armagedon. Najlepiej o skali trudności imprezy mówi fakt, że wyścig dało radę ukończyć jedynie 66 zawodników spośród 113, którzy ruszyli na trasę, co daje zaledwie 58%, wśród kobiet pogrom był jeszcze większy - z 13 na starcie dojechało tylko 6, co daje 46%.

Impreza zorganizowana doskonale, z ręką na sercu mogę ją polecić każdemu miłośnikowi długich dystansów, RTP od lat trzyma doskonały poziom. Tegoroczne parkury były przez Pawła Puławskiego zaprojektowane wyśmienicie, były oczywiście bardzo wymagające, ale nie było takich terenowych rąbanek jak w zeszłym roku, poza bardzo krótkimi kawałkami było to przejeżdżalne w całości. Najbardziej przypadł mi do gustu segment na CP3 przez parki narodowe Bayerischer Wald i Sumava, było z planowaniem trasy w tym rejonie sporo zagwozdek - ale z pewnością było warto tamtędy puścić wyścig, bo te rejony są tego warte i nie bez powodu objęte ochroną. 

Zdjęcia z wyścigu


Dane wycieczki: DST: 0.00 km AVS: km/h ALT: m MAX: 0.00 km/h Temp: 'C
Poniedziałek, 24 lutego 2025Kategoria >100km, MTB 2025, Wypad
Biwak w Kampinosie 2

Drugiego dnia pogoda już nie taka dobra, głównie pochmurno. Ale warunki idealne na Kampinos, śniegu jedynie śladowe ilości, a piach twardo zbity, przejechałem w całości czerwony Główny Szlak Puszczański - od Brochowa do Dziekanowa Leśnego

Zdjęcia z wyjazdu





Dane wycieczki: DST: 109.18 km AVS: 18.93 km/h ALT: 514 m MAX: 40.25 km/h Temp:3.0 'C
Niedziela, 23 lutego 2025Kategoria MTB 2025, Wypad
Biwak w Kampinosie 1

Zimowy biwak w Kampinosie to już można powiedzieć stała pozycja w moim rowerowym kalendarzu, więc nie mogło jej zabraknąć i tej zimy. Warunki eleganckie do jazdy, w większości słonecznie, w dzień ponad 5'C, dopiero pod wieczór się ochłodziło. Noc z lekkim mrozem, a nad ranem obudził mnie klangor żurawi

Zdjęcia z wyjazdu





Dane wycieczki: DST: 80.11 km AVS: 19.30 km/h ALT: 263 m MAX: 37.44 km/h Temp:4.0 'C
Sobota, 22 lutego 2025Kategoria TRENAŻER 2025
Jazda na Zwifcie
Dane wycieczki: DST: 27.82 km AVS: 27.82 km/h ALT: 535 m MAX: 83.16 km/h Temp: 'C
Wtorek, 18 lutego 2025Kategoria TRENAŻER 2025
Jazda na Zwifcie
Dane wycieczki: DST: 37.27 km AVS: 36.07 km/h ALT: 235 m MAX: 67.61 km/h Temp: 'C
Sobota, 15 lutego 2025Kategoria Wycieczka, MTB 2025
Zimowa pętelka po Lesie Kabackim i nad Wisłę. 
Śnieg to ostatnimi zimami nieczęsty gość w Polsce, więc jak juz się pojawi to warto skorzystać ;)
Dane wycieczki: DST: 30.52 km AVS: 20.35 km/h ALT: 91 m MAX: 31.10 km/h Temp:-2.0 'C
Poniedziałek, 10 lutego 2025Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, CANYON 2025, Wycieczka
Jeden z najbardziej prawdziwych cytatów z "Władcy Pierścieni" to tekst Bilba: "To niebezpieczna rzecz, Frodo, wyjść za próg domu. Wstępujesz na Drogę i jeśli nie powstrzymasz swoich stóp, nie wiadomo, dokąd cię może ponieść". Wypisz wymaluj historia tego wyjazdu 😆

Zgodnie z planem miałem jechać do Poznania. Początek nadspodziewanie mroźny, aż do Sochaczewa trzymało kolo - 9'C, mróz odpuścił dopiero koło 11.


Założeniem tej trasy była jazda z wiatrem, więc postawiłem na najlepszą drogę w Polsce do tego typu wyjazdu - czyli DK92. Ta krajówka jest niemal w osi wschód - zachód przez 300km do Poznania, więc przy wschodnich i zachodnich wiatrach trzymamy idealnie kierunek. Do tego trasa jest stricte nizinna i prowadzi niemal caly czas po odkytych, rolniczych terenach, więc nic nie blokuje wiatru. Od Sochaczewa jedzie się elegancko, a od Łowicza to już bajka, nie brakowało odcinków z przelotową koło 35km/h. Na drogowskazach pojawia się Świecko i to powoduje, że maksyma Bilba zaczyna brać górę, Droga kusi coraz mocniej 😄. Więc na postoju w Kłodawie zmieniam trasę i postanawiam dać się ponieść Drodze.




"Titanic" pod Koninem ;))


DK92 tak mniej więcej do Konina jest wygodna do jazdy, ruch solidny, ale przy poboczu to nie tragedia. Natomiast odcinek z Konina do Poznania, szczególnie w dzień powszedni i w godzinach szczytu to już inna rozmowa - to można powiedzieć szosa dla koneserów mocnych wrażeń, typu pociągi 10 tirów. Rzadko już tak jeżdżę, ale swego czasu zdobyłem na rowerze "skalpy" z paru najbardziej hardkorowych szos w Polsce jak stara zakopianka, szosa krakowska, czy DK8 z Białegostoku do Augustowa, tutaj były podobne klimaty 😉


Dopiero po długim odpoczynku w Macu w Swarzędzu się to uspokoiło, a za Poznaniem już luzik. Noc piękna i księżycowa, ale to oczywiście oznaczało solidny mróz, od Świebodzina już koło - -7-8'C. Tak więc jeśli ktoś myśli że to był wyjazd typu "z wiatrem to i śmieci polecą" - to nic z tych rzeczy, jechalo się szybko, ale pogoda potrafiła ukąsić. Za Świebodzinem dostałem mocno w kość, tam moja trasa odbijała sporo na południe i miałem dużo bocznego wiatru, a wschodnie wiatry zimą niemal zawsze są lodowate, więc przy tych -8'C zmarzłem na kość, tak że aż ze 20km musiałem jechać w puchówce, którą zabieram tylko na postoje.


Nocą nNad Bobrem:


Niemiecki odcinek już za dnia, aż do aglomeracji Berlina ladne tereny - lasy, jeziora, trochę hopek. Niestety z asfaltami straszna słabizna, nie tyle dziury co dużo falującego, nierownego asfaltu, do tego w paru miejscach bruki wysokiej klasy, takie na 10km/h 😉. Nie spodziewałem się że w Niemczech będzie z tym gorzej niż w Polsce, ale w landach byłego NRD szału nie ma. Gdybym wiedział że tak to będzie to wjechalbym do Berlina bardziej z polnocy, rowninami od Frankfurtu, nudniej ale szybciej i po lepszych asfaltach, bo przy ponad 500km w nogach i siedzeniu kiepski asfalt to nie jest to co tygrysy lubią najbardziej...


Głodny już byłem solidnie, a żemiałem ze sobą kuchenkę więc odpaliłem sobie zupki chińskie. Ależ to smakowało! Restauracja z trzema gwiazdkami Michelina może się schować ;). Nie zna prawdziwego życia ten, kto po 500km w nogach nie wciągał takiego specjału ;))


Przez to wszystko zrobiło sie krucho z czasem i końcówka już była emocjonujaca, na dworzec dotarłem 20min przed odjazdem pociągu. Niby zapas czasu miałem, ale musiałem się przebić przez cały Berlin, gdzie było mnóstwo świateł. Do tego ostatnie 100km jechałem na zdychajacej baterii od Di2, planując Poznań nie wziąłem ladowarki, a w tych temperaturach szybko bateria zeszła, zresztą ona już chyba do wymiany się nadaje, bo słabiutko mi ostatnio trzyma. Więc na tych ostatnich 100km już dużo rzadziej niż normalnie zmieniałem biegi, w tym cały Berlin przejechałem ruszając spod świateł na biegu tak mniej więcej na 28km/h, co teraz solidnie czuję w kolanach 😉


Ale z pewnością było warto, a że nie wszystko poszło jak w planie - to miał rację Bilbo mówiąc że to niebezpieczna rzecz wyjść za próg domu i nie powstrzymać swoich nóg 😉
Zdjęcia z wyjazdu
<button>•••</button>

Dane wycieczki: DST: 649.37 km AVS: 28.32 km/h ALT: 2164 m MAX: 49.97 km/h Temp:-3.0 'C

Blogi rowerowe na www.bikestats.pl