wilk
Warszawa
avatar

Informacje

  • Wszystkie kilometry: 302151.84 km
  • Km w terenie: 837.00 km (0.28%)
  • Czas na rowerze: 550d 16h 43m
  • Prędkość średnia: 22.74 km/h
  • Więcej informacji.
baton rowerowy bikestats.pl

Zaprzyjaźnione strony

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy wilk.bikestats.pl

Archiwum

Linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Lipiec, 2011

Dystans całkowity:2243.60 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:94:36
Średnia prędkość:23.72 km/h
Maksymalna prędkość:64.10 km/h
Suma podjazdów:7954 m
Liczba aktywności:19
Średnio na aktywność:118.08 km i 4h 58m
Więcej statystyk
Niedziela, 31 lipca 2011Kategoria Treking, Użytkowo
Z Marcinem pooglądać warszawski etap Tour de Pologne oraz pojeździć po sklepach. Powrót w potężnej ulewie, na Rzymowskiego musiałem jechać w wodzie po piasty; policja z tego powodu zamknęła tą ulice dla samochodów
Dane wycieczki: DST: 48.40 km AVS: 21.51 km/h ALT: 242 m MAX: 40.30 km/h Temp:22.0 'C
Sobota, 30 lipca 2011Kategoria Treking, Użytkowo
Do pracy
Dane wycieczki: DST: 15.30 km AVS: 22.95 km/h ALT: 40 m MAX: 37.40 km/h Temp:17.0 'C
Piątek, 29 lipca 2011Kategoria Treking, Użytkowo
Do pracy i do sklepu
Dane wycieczki: DST: 15.80 km AVS: 22.05 km/h ALT: 42 m MAX: 38.30 km/h Temp:22.0 'C
Czwartek, 28 lipca 2011Kategoria Treking, Użytkowo
Do pracy
Dane wycieczki: DST: 15.30 km AVS: 22.95 km/h ALT: 40 m MAX: 40.60 km/h Temp:22.0 'C
Niedziela, 24 lipca 2011Kategoria >100km, >200km, >300km, Rower szosowy, Wycieczka, >500km, Ultramaraton
Bałtyk - Bieszczady Tour 2011, czyli THE WAY OF PAIN


W 2011 termin wyścigu Bałtyk-Bieszczady Tour zmieniono z tradycyjnego sierpniowego na lipcowy (ze względu na odbywający się raz na 4 lata wyścig Paryż-Brest-Paryż, w którym startuje kilku uczestników naszego ultramaratonu). Jak wiadomo - w Polsce lipiec jest miesiącem zdecydowanie mniej pewnym niż sierpień i przeciętnie znacznie bardziej deszczowym.

Już w piątek pogoda w rejonie Świnoujścia była delikatnie mówiąc daleka od oczekiwań uczestników; w sobotę podczas startu honorowego z promu zaczęło już regularnie lać. Ruszam na trasę w drugiej grupie, podobnie jak w zeszłym roku postanowiłem na początku utrzymywać się w miarę sił z przodu stawki, tak by odcinek do Bydgoszczy pokonać dość szybko. W mojej grupie jechał bardzo mocny Jarosław Kędziorek (ukończył m.in maraton w Warce 800km/24h), ruszył on w pościg za najmocniejszą pierwszą grupą startową, na pierwszym odcinku jechałem za nim w cieniu (o zmianach właściwie nie było mowy, bo Kurier jest ode mnie wiele mocniejszy). Pogoda fatalna, leje równo, jadąc na kole ma się na twarzy strumienie wody spod koła kolegi, przydały mi się okulary z przezroczystą szybką. Poza deszczem było także nadspodziewanie zimno, zaledwie 13'C - jednym słowem pogoda dobra na marzec czy kwiecień, nie lipiec; uczucie chłodu potęgował także mocny wiatr, aczkolwiek ten na szczęście był zdecydowanie sprzyjający. Niestety bardzo szybko (szczerze mówiąc dużo szybciej niż na to liczyłem) - odezwało się moje kontuzjowane kolano, czuję je już po zaledwie 15km! Bardzo mocne tempo jakim jechaliśmy (na pierwszym punkcie kontrolnym w Płotach na 76km średnia wynosiła aż 35km/h) na pewno mu nie pomogło. Na punkcie utworzyła się trochę większa grupka, jednak bardzo szybko z niej odpadłem - próbując jeść w czasie jazdy bułkę zapchałem się nią, straciłem oddech i musiałem puścić koło :)) Ale większego znaczenia to i tak nie miało, bo tempo było dla mnie za mocne, a kolano odczuwałem coraz bardziej. Kolejne kilometry to jazda ze Zdzisławem Piekarskim, który popełnił duży błąd - licząc, że pogoda się szybko poprawi ubrał się w krótkie spodenki i krótki rękawek, po 80-100km był całkowicie przemarznięty; gdy dojechaliśmy do Łobza planował już kupić byle jakie ubranie w ciucholandzie, ale dzikim fartem akurat nas wyprzedzał busik z naszymi rzeczami jadącymi na duży punkt kontrolny w Bydgoszczy - i na nasze wezwanie zatrzymał się.

Na odcinku od Drawska Pomorskiego (ciepła herbata na punkcie) jadę ze 30-40km z dwójką Ślązaków (nie pamiętam już numerów startowych), w skrócie jest coraz gorzej, a ja robię się coraz bardziej sfrustrowany, kilka razy zmieniałem pozycję siodełka, ale na kolano nic nie pomaga, co powoduje, że jadę coraz wolniej. W jednym z miasteczek mamy niegroźne zderzenie po tym jak mijaliśmy na zakręcie zalane wodą dziury, po ok. 160-170km wreszcie pogoda zaczyna się nieco klarować i przestaje padać. Na tym odcinku pokonujemy fatalną drogę z Czaplinka do Wałcza, niepotrzebnie zmieniono trasę w porównaniu z zeszłym rokiem, rzekomo miał być tu mniejszy ruch - a faktycznie jest tragedia, niekończący się sznur samochodów, a przed samym Wałczem korek na dobre 3km, trzeba go mijać ścieżką rowerową z masą krawężników. Na drodze do Piły jest nieco lepiej, na kolano pomógł nieco nacisk na pedały palcami, nie śródstopiem (jak to zawsze robiłem); na tym odcinku jadę z grupą Waxmunda, który od startu już dużo nadrobił. W Pile bardzo marny punkt (zaledwie banan i jeden batonik) - a był to przecież najdłuższy odcinek pomiędzy punktami, wcześniejszy aż 100km wcześniej. Za Piłą ponownie wraca ból kolana, nic na niego nie pomaga, co powoduje, że po jakiś 50km odpadam od grupy Waxmunda; przed tym jeszcze spotykamy Cinka, który wyjechał by spotkać się z jadącym kawałek z tyłu Transatlantykiem

Na dużym punkcie kontrolnym w Bydgoszczy zasłużony odpoczynek, ciepły obiad; Waxmund wyjeżdża sporo wcześniej; tutaj na trasie widzieliśmy się po raz ostatni. Wszyscy narzekają na pogodę, wielu na kontuzje, pożyczam też linkę do przerzutki Oskarowi, który z powodu awarii musiał jechać z zaledwie dwoma biegami (co do przyjemności na pewno nie należało, bo trochę górek tu było, dopiero za Bydgoszczą się zupełnie wypłaszcza). Z punktu wyjeżdżam samotnie, wkrótce łapie mnie zmrok, natomiast w rejonie Solca Kujawskiego dogania mnie Marek, dalej jedziemy razem ładną leśną trasą do Torunia; robimy kilka krótkich przerw by poprawić torbę Marka, która zaczęła przycierać o koło. Tempo niespecjalne, ale to powoduje że jakoś sobie z tym kolanem daję radę, aczkolwiek jazda z taką kontuzją jest bardzo frustrująca. Zaliczamy razem punkty w Toruniu i we Włocławku (tu jak zwykle świetna organizacja, najlepiej sprawdzają się punkty prowadzone przez rowerzystów - bo ci wiedzą czego potrzeba kolarzom na takiej trasie); były nawet koce do przykrycia, by się nie wyziębić na postoju. Bo warto dodać, że noc bardzo zimna, zaledwie 8'C, w lipcu nieczęsto się trafia takie temperatury. Wyjazd z Włocławka fatalny, po dziurawej kostce, za to odcinek do Soczewki świetny, dużo lepszy wariant trasy niż zeszłoroczny z przejazdem przez Kowal i Gostynin. Do tego zaczyna świtać, więc mamy piękne widoki na Wisłę, szosa często prowadzi nad samą rzeką. Na tym kawałku jedziemy większą grupką, my dogoniliśmy paru zawodników, ktoś dogonił nas; tutaj Marek ma też krótkie spięcie z Pawsolem, który w nieprzyjemny sposób odmówił przełączenia tylnej lampki z trybu migającego na stały, a że miał mocną lampkę - rzeczywiście to przeszkadzało jadącym za nim. Tutaj kolano zaczyna mnie męczyć coraz bardziej, nie jestem w stanie utrzymać tempa grupy która jechała i tak wolniutko (20-25km/h). Za punktem w Gąbinie jadę już sam, nie było sensu by Marek na mnie czekał, bo co chwile poprawiałem siodełko, łudząc się że może coś to zmieni, jechałem też bardzo wolno; jednym słowem traciłem za dużo czasu. Powolutku doczłapałem się do punktu w Guzowie, tutaj Marek robił długi postój (ponad pół h, bo punkt był wzorowo prowadzony przez grupkę kolarskich entuzjastów z Siedlec). Postanawiam się więc znowu podłączyć do Marka rezygnując z postoju, był to dobry pomył - bo do Grójca jechało się bardzo ciężko ze względu na przeciwny wiatr, Marek jadący cały czas z przodu bardzo mi tu pomógł. Niemniej w Grójcu byłem już mocno zjechany (nie odpoczywałem w Guzowie), więc tutaj żegnam się z Markiem by go nie opóźniać. Do Wsoli jechało mi się bardzo marnie, kolano coraz silniej boli, zaczynam się poważnie zastanawiać nad wycofaniem się z wyścigu; zdaję sobie sprawę, że na płaskich odcinkach jak tu - daje się jeszcze jechać "na jedną nogę", natomiast w górach będzie to już niewykonalne. Przed Wsolą łapie mnie jeszcze krótka burza.

We Wsoli odpoczynek, zjadam dobry rosół, tutaj bardzo pomógł mi lekarz wyścigu, który dał mi środki przeciwbólowe; wziąłem je na zasadzie by mieć czyste sumienie, że wszystkiego spróbowałem - a tymczasem nieoczekiwanie zadziały błyskawicznie, po 15min w ogóle nie czułem kolana, nigdy takich środków nie używałem, nie spodziewałem się, że mogą być aż tak skuteczne! Momentalnie odżyłem, wróciła motywacja do jazdy, sprawnie przejechałem przez Radom i ruszyłem na Iłżę. Za Skaryszewem złapała mnie bardzo mocna burza, trochę pokołowałem po lesie próbując znaleźć osłonięte miejsce, ale w końcu uznałem że nie ma to sensu - i ruszyłem w trasę. Na punkcie w Iłży (zastąpił Wsolę jako duży punkt) - sporo rowerzystów, wielu z podobnymi problemami jak ja; deszczowa i zimna pogoda zebrała obfite żniwa w postaci wielu kontuzji. Jako, że straciłem masę czasu na trasie - postanawiam spróbować przejechać cały wyścig bez snu, rezygnując z dłuższego odpoczynku w Iłży lub Ostrowcu (tam odpoczywał Marek u siebie w firmie). Ruszam z Iłży wspólnie z Łukaszem Rojewskim (ma jeszcze większe problemy z kolanem niż ja), cały mocno pagórkowaty odcinek do następnego punktu w Lipniku jedziemy w deszczu, na samym punkcie leje jak z cebra; na szczęście udało się załatwić by otworzono nam część baru, dzięki czemu możemy odpocząć w cieple. Na dalszej trasie pogoda się uspokaja, niestety w wyniku deszczu zaczyna szwankować moja tylna lampka, co rusz się sama wyłącza, krótkie naprawy w ciemnościach wiele nie dały, więc muszę jechać dalej bez niej; na szczęście miałem dobrą kurtkę z licznymi odblaskami, które dają więcej niż lampka; niemniej nie jest to sytuacja komfortowa psychicznie.

W Nowej Dębie kolejny fajny punkty, dostaliśmy duży talerz makaronu, a obsługa złożona z miejscowych rowerzystów naprawiła mi lampkę oraz nasmarowała przeczesany deszczem napęd. Do Rzeszowa w porównaniu z zeszłym rokiem znacznie się poprawiły szosy, krajowa 9 jest zrobiona już w całości, co bardzo pomaga w sprawnej nocnej jeździe. Niemniej na tym odcinku zaczynam mocno odczuwać brak snu, ze dwa razy zatrzymałem się na chwilę na przystankach, parę minut siedzenia z zamkniętymi oczami przynosi krótką ulgę. W samym Rzeszowie już świta, na punkcie Pod Skrzydłami jest już widno; tutaj zasypiam na złożonych krzesłach w barze na jakieś 10min, to już mnie lepiej pokrzepiło. Wyjazd z Rzeszowa nieprzyjemny, już się zaczął poranny szczyt. Za Domaradzem zaczynają się góry, od tego momentu tak jest właściwie do samego końca, płaskich odcinków prawie nie ma - cały czas tylko góra-dół. Na kolejnym fajnym punkcie w Brzozowej wcinamy świetny żurek i kierujemy się na Sanok; to chyba najkrótszy odcinek pomiędzy punktami; sensownie to zorganizowano, że w końcówce (gdzie uczestnicy są już bardzo zmęczeni) punkty są rozstawione gęściej. Za Sanokiem już poważniejsze podjazdy, ciężkie serpentyny do Leska, tam krótki odpoczynek na lody (podobnie jak w zeszłym roku).

Odcinek do Ustrzyk Dolnych również wymagający, za Leskiem długi podjazd, potem ostro w dół, następnie przełęcz na 500m przed samymi Ustrzykami, Na tym odcinku żegnam się z Łukaszem, którego kontuzja zmusza do bardzo wolnej jazdy; do tego łapie nas kolejna potężna ulewa. W czasie gdy się przebieram - widzę jak nadjeżdża Transatlantyk; Marek nie przejmował się w ogóle burzą - pojechał w krótkim rękawku i spodenkach. Widok zasuwającego Marka zmobilizował mnie do dużego wysiłku - postanawiam się więc przyłączyć do wyścigu - kto będzie pierwszy na mecie; a żeby pokonać Marka musiałem nadrobić nad nim 5min (o tyle później stratował ze Świnoujścia). Na przełęcz 500m docieram jeszcze w deszczu, kawałek dalej zgodnie z mapą skręcam na Równicę, zaliczam kilka ostrych ścianek i melduję się na ostatnim punkcie kontrolnym na Gęsim Zakręcie. Tutaj okazuje się, że Marka jeszcze nie było - pomylił drogę i pojechał przez centrum Ustrzyk. Stracił na tym 2,5km; aczkolwiek starta czasowa była sporo mniejsza bo na drodze przez Równicę są dużo ostrzejsze podjazdy. Niemniej - o tym kto będzie pierwszy na mecie i tak decydowały dwie największe przełęcze wyścigu - Żłobek i Lutowiska, a że w końcówce jechało mi się doskonale nadrobiłem wystarczająco czasu (Markowi, jak wspominał - na drugim podjeździe odcięło prąd i w wiosce na dole musiał zrobić jeszcze krótki postój na colę). Końcówka trasy - to żmudny podjazd w lesie wzdłuż Wołosatego - odliczanie kilometrów pozostałych do mety; wreszcie pojawia się upragniona tablica z napisem Ustrzyki Górne; wreszcie jest brama na mecie; wreszcie można zsiąść z roweru z ogromną satysfakcją oraz świadomością, że już na niego prędko wsiadać nie trzeba będzie :))

Po paru minutach dociera i Marek, wspólnie dzielimy się wrażeniami z całego wyścigu, po pewnym czasie pojawia się również odsypiający trasę Waxmund (pokonał całą trasę w doskonałym czasie poniżej 49h); później zaliczamy z Markiem niezbędną drzemkę - i jako tako pokrzepieni po 2,5h mocnego snu - idziemy razem z Waxmundem świętować nasz sukces do restauracji :))


Tegoroczna edycja okazała się zdecydowanie trudniejsza od zeszłorocznej; najdobitniej widać to po liczbie zawodników, którzy musieli się wycofać - w 2010 zaledwie 3, obecnie aż 11. Przede wszystkim pogoda rozdawała tu karty, wielogodzinna jazda w deszczu i zimnie miała znaczący wpływ na liczne kontuzje i otarcia; wielu uczestników musiało jechać z zagryzionymi zębami, cały walcząc z bólem; nie byłem więc tu jakimś wyjątkiem; kemping w Ustrzykach we wtorek rano wyglądał jak jakiś obóz paralityków - a to ludzie chodzący jak kaczki, a to ostrożnie siadający, a to schodzący bokiem po schodach. Wysiłek to był nieludzki, osobiście musiałem wytrzymać aż 54h bez snu (a i w Świnoujściu spałem niespecjalnie) - ale jednak było warto, to doskonała próba sprawdzenia swoich możliwości, nauka pokory; satysfakcja na mecie jest tym większa - im ciężej było na trasie, im więcej własnych słabości udało nam się pokonać.

Impreza ma swój niepowtarzalny klimat, który tworzą przede wszystkim startujący w niej ludzie oraz bardzo zaangażowani organizatorzy. Wpadki organizacyjne na moje oko były dwie - zamiana dużego punktu z Wsoli na Iłżę już w trakcie trwania wyścigu, oraz zupełnie niepotrzebna zamiana trasy na Pomorzu - przejazd przez Czaplinek, zamiast przez Kamień Pomorski, rzekomo miał być tam mniejszy ruch a faktycznie odcinek Czaplinek - Wałcz był po prostu tragiczny pod tym względem. Ale nie myli się tylko ten co nic nie robi - dlatego takie drobne sprawy nie mają wpływu na ogólną ocenę wyścigu, który jak dla mnie jest świetnie zorganizowany; widać, że ludzie pracujący przy wyścigu bardzo starają się pomóc uczestnikom, ułatwić im pokonanie tak morderczej trasy, że naprawdę się w to mocno angażują.

Fotek zaledwie kilka, bardzo niedoskonałych, ale nie miałem na trasie głowy do fotografowania



Zaliczone gminy - 73 (ŚWINOUJŚCIE - powiat grodzki, MIĘDZYZDROJE, WOLIN, GOLCZEWO, PŁOTY, RESKO, ŁOBEZ, DRAWSKO POMORSKIE - miasto powiatowe, ZŁOCIENIEC, CZAPLINEK, Wałcz - wieś, WAŁCZ- miasto powiatowe, Szydłowo, PIŁA - miasto powiatowe, Kaczory, Miasteczko Krajeńskie, Białośliwie, WYRZYSK, Sadki, NAKŁO NAD NOTECIĄ - miasto powiatowe, Sicienko, BYDGOSZCZ - miasto wojewódzkie i powiatowe + powiat grodzki, Białe Błota, Nowa Wieś Wielka, SOLEC KUJAWSKI, Wielka Nieszawka, TORUŃ - miasto powiatowe + powiat grodzki, Aleksandrów Kujawski - wieś, Raciążek, Waganiec, Lubanie, WŁOCŁAWEK - miasto powiatowe + powiat grodzki, Włocławek - wieś, Nowy Duninów, Łąck, GĄBIN, Sanniki, Iłów, Młodzieszyn, Jedlińsk, SKARYSZEW, IŁŻA, Brody, KUNÓW, OSTROWIEC ŚWIĘTOKRZYSKI - miasto powiatowe, Bodzechów, Sadowie, OPATÓW - miasto powiatowe, Lipnik, Klimontów, Łoniów, TARNOBRZEG - miasto powiatowe + powiat grodzki, NOWA DĘBA, Majdan Królewski, Cmolas, KOLBUSZOWA - miasto powiatowe, GŁOGÓW MAŁOPOLSKI, Trzebownisko, RZESZÓW - miasto wojewódzkie i powiatowe + powiat grodzki, BOGUCHWAŁA, Czudec, Niebylec, Domaradz, Jasienica Rosielna, BRZOZÓW - miasto powiatowe, Sanok - wieś, SANOK - miasto powiatowe, ZAGÓRZ, LESKO - miasto powiatowe, Olszanica, USTRZYKI DOLNE - miasto powiatowe, Czarna, Lutowiska)
Dane wycieczki: DST: 1020.30 km AVS: 23.95 km/h ALT: 4837 m MAX: 64.10 km/h Temp:16.0 'C
Piątek, 22 lipca 2011Kategoria Rower szosowy, Użytkowo
Dojazd na dworzec w Warszawie oraz krótki kawałek po Świnoujściu.

Zmiana opon na nowe przy stanie 5692 km. Przebieg przedniej opony 7988km (w tym 5515km na tyle), przebieg tylnej opony 5692km (w tym 2473km na tyle)
Dane wycieczki: DST: 14.00 km AVS: 23.33 km/h ALT: 34 m MAX: 34.30 km/h Temp:17.0 'C
Czwartek, 21 lipca 2011
Bałtyk - Bieszczady Tour 1008km

Zapraszam wszystkich na relację on-line z tego
najdłuższego polskiego maratonu. Tym co odróżnia Bałtyk-Bieszczady od
innych maratonów szosowych - jest wspaniała trasa poprowadzona po
przekątnej całej Polski - ze Świnoujścia aż do Ustrzyk Górnych.
Oczywiście wiele łatwiej byłoby taką imprezę zorganizować np. na 10
pętlach po 100km, ale wówczas nie byłoby takiego rozmachu i przede
wszystkim motywacji do jazdy, nie byłoby 150km gór w samej końcówce.
W tym roku z dystansem 1008km zmierzy się rekordowa liczba uczestników
- aż 85. Startujemy w sobotę 23 lipca o 8 rano, limit czasowy na
pokonanie trasy wynosi 72h, najmocniejsi zawodnicy jadący w ogóle bez
snu docierają do Ustrzyk w okolicach 40h (rekord trasy to 35h 58min).
Podobnie jak w zeszłym roku - uczestnicy będą wieźć nadajniki GPS,
dzięki czemu zainteresowani będą mogli dokładnie śledzić przebieg
wyścigu "na żywo" w internecie.

Po raz trzeci na trasę tego ultramaratonu wyruszy kolarz całkowicie
niezwykły - 54-letni Henryk Fortoński. Przed kilkunastu laty pracując
jako górnik w jednej z wałbrzyskich kopalni w wyniku groźnego wypadku
stracił nogę. Nie załamał się, dzięki sportowi ponownie stanął na
nogi; jest człowiekiem bardzo aktywnym - gra w kosza, biega na
nartach, no i przede wszystkim jeździ na rowerze. Swoją postawą
dobitnie udowadnia, że nie ma rzeczy niemożliwych, że CHCIEĆ TO MÓC,
że nawet tak wyczerpujący maraton jest w zasięgu każdego:
http://img.naszemiasto.pl/grafika2/nowy/23/cd/4aaf796f427b6_o.jpg

Ja, jak już wspominałem bardzo pechowo dorobiłem się poważnej kontuzji kolana tydzień przed wyścigiem; więc ten start jest dla mnie wielką niewiadomą; z kolanami nigdy nic nie wiadomo - ból może przejść, może też uniemożliwić ukończenie maratonu. Jeszcze raz wszystkich zapraszam do kibicowania i śledzenia poczynań wszystkich zawodników w internecie na stronie
http://1008.pl
Dane wycieczki: DST: 0.00 km AVS: km/h ALT: m MAX: 0.00 km/h Temp: 'C
Środa, 20 lipca 2011Kategoria Użytkowo, Treking
Praca
Dane wycieczki: DST: 15.20 km AVS: 21.71 km/h ALT: 29 m MAX: 33.10 km/h Temp:21.0 'C
Wtorek, 19 lipca 2011Kategoria Użytkowo, Treking
Do pracy
Dane wycieczki: DST: 15.20 km AVS: 24.00 km/h ALT: 42 m MAX: 41.00 km/h Temp:24.0 'C
Poniedziałek, 18 lipca 2011Kategoria Użytkowo, Treking
Praca
Dane wycieczki: DST: 15.80 km AVS: 24.31 km/h ALT: 42 m MAX: 38.60 km/h Temp:22.0 'C

Blogi rowerowe na www.bikestats.pl