Wpisy archiwalne w kategorii
>200km
Dystans całkowity: | 150165.32 km (w terenie 220.00 km; 0.15%) |
Czas w ruchu: | 6199:18 |
Średnia prędkość: | 23.98 km/h |
Maksymalna prędkość: | 80.19 km/h |
Suma podjazdów: | 1008871 m |
Suma kalorii: | 458356 kcal |
Liczba aktywności: | 433 |
Średnio na aktywność: | 346.80 km i 14h 21m |
Więcej statystyk |
Maraton Podróżnika
W tym roku na Maratonie Podróżnika wybrana została trasa z Kielc przez pogórza w rejonie Krosna, co zapowiadało solidne górki, może nie za wysokie, ale za to odpowiednio soczyste ;)). Na maratonie tym razem jadę bez presji na wynik, jako wsparcie dla Kota. Odpuszczam więc start z pierwszą grupą do której byłem przypisany - i ruszam razem z drugą grupą Marzeny. Pogoda można powiedzieć idealna, nie za zimno, nie za ciepło i lekki wiatr w kierunku południowym, więc na pierwszych ponad 100km w plecy. Na pierwszej większej górce - Przełęczy Krajeńskiej nasza grupka od razu mocno się tasuje, generalnie jedziemy w składzie Kot, Wąski, Lunatyk, Marek i Żubr, czasowo też z innymi osobami, w tym z ekipą z Lublina. Trasa lekko pagórkowata, ale podjazdy łagodne, tych górek się specjalnie nie czuje, niemniej na 100km prawie 600m w pionie się uzbierało. Tempo mamy bardzo przyzwoite, na 100km średnia 31km/h, większość tego dystansu jechałem na czele dyktując takie tempo by Marzena się utrzymywała.
Po przejechaniu Wisły, w Szczucinie był pierwszy punkt kontrolny, tutaj jak najszybciej wpadamy do sklepu by uzupełnić płyny, w dalszą trasę ruszamy w 4-os składzie z Wąskim i Lunatykiem, Marek i Żubr woleli odpuścić bo trochę za mocne było dla nich tempo. Kawałek za Szczucinem nieoczekiwanie doganiamy samotnie jadącego Hipka - okazało się, że jedzie chory. Ale Hipek nawet chory - to zawsze Hipek, wyraźnie go poruszył fakt, że dogonił go Wąski ("Ty tutaj?!") i kawałek dalej nas wyprzedził i już go w tym wyścigu nie zobaczyliśmy ;)). Po 150km zaczynają się górki i powoli nasze tempo zaczyna spadać i tak udało się dowieźć w góry średnią ponad 30km/h co jest niezłym osiągnięciem. Podjazdy z początku w miarę łagodne, pierwszy fragment podjazdów kończymy kapitalnym zjazdem do Tuchowa, powiało trochę w plecy i wyciągnąłem aż 78km/h, gdybym zaczął się trochę wcześniej rozpędzać dałoby rade przekroczyć granicę 80km/h ;)). W Tuchowie robimy drugi postój, bo już słońce zaczynało mocniej operować i trzeba było uzupełnić picie oraz zakupić trochę słodyczy.
Za Tuchowem zaczynają się już konkretniejsze górki, pierwszy podjazd na ponad 300m jeszcze łagodny, ale później przecinamy pasmo Brzanki i tu już nachylenia przekraczają 10%. Na drugi punkt wjechałem trochę przed naszą grupą, żeby poprawić siodełko, dogoniłem też jadącego zupełnie bez postojów Memorka. A nasza ekipa bardzo dobrze się trzymała - Wąski w tym roku zrobił spory postęp i to w górach widać wyraźnie. Ze szczytu ruszałem jako ostatni, po jakichś 100m zorientowałem się, że nie mam okularów, cały fart, że nie było to już na dole, bo zjazd miał parę km ;)). Za Ryglicami górki nieco łagodniejsze, ale są już cały czas, ulgowych fragmentów prawie nie ma. Przed Brzostkiem dwie ciężkie piły, po 100m w pionie i ponad 10%, tutaj mijamy się z rozbitkami z innych grup, a Lunatyk trochę odpuszcza ze względu na problemy z kolanem. Fajny zjazd wąziutką drogą na której daje się przekroczyć 60km/h, przejeżdżamy Wisłokę i rozpoczynamy kolejną serię górek na drodze do Frysztaka. Powoli czas zaczyna nam się dłużyć i z utęsknieniem odliczamy kilometry pozostałe na punkt żywnościowy pod zamkiem w Odrzykoniu, zmęczenie coraz większe, bo tempo trzymaliśmy bardzo przyzwoite, średnią po 250km i ponad 2000m w pionie mieliśmy 28km/h, postojów tylko trochę ponad pół h - jednym słowem parametry z których nasza trójka była bardzo zadowolona.
Ale na punkt żywnościowy musieliśmy jeszcze nielicho popracować, bo prowadził do niego podjazd 200m w pionie, z rzeźnickim odcinkiem 23%. Kot i Wąski za moją radą nawet nie próbowali jechać, szkoda było męczyć mięśnie na nienadających się do takich nachyleń szosowych przełożeniach, bo taki podjazd strasznie wykańcza, ale sam nie odpuściłem sobie satysfakcji jaką daje zaliczenie na kołach takiej ścianki ;)). Punkt zorganizowany przez ekipę Przemielonego - pierwsza klasa, świetna miejscówka z szerokim widokiem z góry na rejon Krosna, jedzenie też doskonałe - smaczny makaron, dużo picia do wyboru, w tym sok (który zatankowałem), świetne ciasto. Siedziało się tak przyjemnie, że zupełnie nie chciało nam się dalej jechać ;)).
Po punkcie niestety szybko okazuje się, że skończyło się rumakowanie, powoli zbieramy żniwo bardzo mocno przejechanej połówki maratonu, chyba jednak za mocno. Marzena ma spore problemy z żołądkiem, który nie jest w stanie przetrawić dużej ilości szybko przyjętego jedzenia (trochę za dużo zjadła na punkcie); ale to też najpewniej częściowy efekt wielogodzinnej jazdy na granicy swoich możliwości. Swoje dodał też twardy napęd w napędzie Kota, 34-29 to było zdecydowanie za mało na ciężkie góry z 300km w nogach (praktycznie na każdej ścianie za punktem nachylenia oscylowały w granicach 11-14%). Niestety wynikało to z ograniczeń napędu Campagnolo do których nie ma szerszych kaset, a system jest niekompatybilny ze wszystkim poza samą Campą; składając rower na ultra, gdzie szerokie kasety stosuje 90% jadących - Campagnolo trzeba się wystrzegać jak ognia, bo żeby założyć szeroką kasetę, trzeba wymienić połowę roweru. Tak więc w górach męczyliśmy się bardzo, postojów było wiele, Marzenka musiała kilka podjazdów wprowadzać, a z punktu zostało nam jeszcze ze 100km ciężkich podjazdów, w większości pokonanych nocą. Większy postój robimy w Brzozowie, siedząc pod sklepem mieliśmy już zapalone lampki na plecakach, co widząc miejscowy menel skomentował mistrzowskim tekstem "Dupy wam się świecą!" ;))
Góry kończą się pod Sędziszowem, tutaj odbijamy (na tym odcinku jechaliśmy głównie we czwórkę, razem z Matwestem) kawałek z trasy maratonu na całodobową stację benzynową, żeby odpocząć po trudach górskiego odcinka, Marzena dalej ma duże problemy z żołądkiem, prawie nic nie je, a to oczywiście w jeździe nie pomaga. Ale też i już odpuściliśmy jazdę na wynik, jedziemy po prostu, żeby maraton ukończyć. Za Sędziszowem wreszcie robi się płasko, na tym odcinku mijamy się też z grupą bardzo wesołego Gustawa, który również jedzie dla przyjemności, nie na wynik. Za Kolbuszową powoli zaczyna świtać, większość osób mocno muli, tutaj drobny kryzys ze snem miał też Wąski, na którego kawałek poczekaliśmy. Powoli dociągamy do Sandomierza, gdzie była pierwsza porządna stacja z ciepłym jedzeniem. Spędzamy tu aż ponad godzinę (razem z Gustawem), Marzena dalej bardzo słabo się czuje, męczy ją zarówno senność, jak i żołądek, dała radę wcisnąć jedynie połowę zapiekanki.
Z Sandomierza zostało jeszcze 90km, które ciągnęły się w nieskończoność, dodatkowo jeszcze niemal całość pod wiatr. Tutaj większość jedziemy już we dwójkę z Kotem, trochę za wolno jechaliśmy dla reszty ekipy. Ale że oni troszkę stawali, czasem na nas czekając, więc spotykamy się jeszcze pod Opatowem i w Nowej Słupcy. Ze Słupcy jeszcze trochę się męczymy, zaliczamy podjazd za Bodzentynem, następnie ostatni podjazd do bazy - i meldujemy się na mecie z czasem 26h 52min, co dało 31 miejsce, a Kotu 3 wśród dziewczyn.
Maraton bardzo udany - doskonała pogoda, masę fajnych ludzi na trasie, szczególne podziękowania dla Kota i Wąskiego z którymi przejechałem niemal całość trasy oraz dla autora trasy i głównego organizatora, a także zwycięzcy maratonu - Tomka. Wielkie brawa dla Marzeny, że pomimo dużych problemów z żołądkiem i silnych mdłości przez niemal połowę trasy - dała radę ukończyć maraton. Po wyniku widać, że trochę chyba przesadziliśmy z tempem na pierwszej części trasy, za co zebraliśmy żniwo na drugiej. Chociaż ciężko tu wymiernie ocenić co spowodowało problemy żołądkowe Kota, bo to było główną przyczyną kryzysu i dużej ilości postojów (5,5h), a nie da się sprawnie jechać prawie nie przyjmując jedzenia. Napęd w szosówce Marzeny na pewno do wymiany ;)). Ale nie wynik jest tu najważniejszy, zabawa na maratonie była przednia, tym razem jadąc bez ścigania na swój wynik miałem okazję to dobrze docenić; taka spokojniejsza jazda dała mi mnóstwo frajdy - a to jest w tej zabawie najważniejsze! :))
Zdjęcia
W tym roku na Maratonie Podróżnika wybrana została trasa z Kielc przez pogórza w rejonie Krosna, co zapowiadało solidne górki, może nie za wysokie, ale za to odpowiednio soczyste ;)). Na maratonie tym razem jadę bez presji na wynik, jako wsparcie dla Kota. Odpuszczam więc start z pierwszą grupą do której byłem przypisany - i ruszam razem z drugą grupą Marzeny. Pogoda można powiedzieć idealna, nie za zimno, nie za ciepło i lekki wiatr w kierunku południowym, więc na pierwszych ponad 100km w plecy. Na pierwszej większej górce - Przełęczy Krajeńskiej nasza grupka od razu mocno się tasuje, generalnie jedziemy w składzie Kot, Wąski, Lunatyk, Marek i Żubr, czasowo też z innymi osobami, w tym z ekipą z Lublina. Trasa lekko pagórkowata, ale podjazdy łagodne, tych górek się specjalnie nie czuje, niemniej na 100km prawie 600m w pionie się uzbierało. Tempo mamy bardzo przyzwoite, na 100km średnia 31km/h, większość tego dystansu jechałem na czele dyktując takie tempo by Marzena się utrzymywała.
Po przejechaniu Wisły, w Szczucinie był pierwszy punkt kontrolny, tutaj jak najszybciej wpadamy do sklepu by uzupełnić płyny, w dalszą trasę ruszamy w 4-os składzie z Wąskim i Lunatykiem, Marek i Żubr woleli odpuścić bo trochę za mocne było dla nich tempo. Kawałek za Szczucinem nieoczekiwanie doganiamy samotnie jadącego Hipka - okazało się, że jedzie chory. Ale Hipek nawet chory - to zawsze Hipek, wyraźnie go poruszył fakt, że dogonił go Wąski ("Ty tutaj?!") i kawałek dalej nas wyprzedził i już go w tym wyścigu nie zobaczyliśmy ;)). Po 150km zaczynają się górki i powoli nasze tempo zaczyna spadać i tak udało się dowieźć w góry średnią ponad 30km/h co jest niezłym osiągnięciem. Podjazdy z początku w miarę łagodne, pierwszy fragment podjazdów kończymy kapitalnym zjazdem do Tuchowa, powiało trochę w plecy i wyciągnąłem aż 78km/h, gdybym zaczął się trochę wcześniej rozpędzać dałoby rade przekroczyć granicę 80km/h ;)). W Tuchowie robimy drugi postój, bo już słońce zaczynało mocniej operować i trzeba było uzupełnić picie oraz zakupić trochę słodyczy.
Za Tuchowem zaczynają się już konkretniejsze górki, pierwszy podjazd na ponad 300m jeszcze łagodny, ale później przecinamy pasmo Brzanki i tu już nachylenia przekraczają 10%. Na drugi punkt wjechałem trochę przed naszą grupą, żeby poprawić siodełko, dogoniłem też jadącego zupełnie bez postojów Memorka. A nasza ekipa bardzo dobrze się trzymała - Wąski w tym roku zrobił spory postęp i to w górach widać wyraźnie. Ze szczytu ruszałem jako ostatni, po jakichś 100m zorientowałem się, że nie mam okularów, cały fart, że nie było to już na dole, bo zjazd miał parę km ;)). Za Ryglicami górki nieco łagodniejsze, ale są już cały czas, ulgowych fragmentów prawie nie ma. Przed Brzostkiem dwie ciężkie piły, po 100m w pionie i ponad 10%, tutaj mijamy się z rozbitkami z innych grup, a Lunatyk trochę odpuszcza ze względu na problemy z kolanem. Fajny zjazd wąziutką drogą na której daje się przekroczyć 60km/h, przejeżdżamy Wisłokę i rozpoczynamy kolejną serię górek na drodze do Frysztaka. Powoli czas zaczyna nam się dłużyć i z utęsknieniem odliczamy kilometry pozostałe na punkt żywnościowy pod zamkiem w Odrzykoniu, zmęczenie coraz większe, bo tempo trzymaliśmy bardzo przyzwoite, średnią po 250km i ponad 2000m w pionie mieliśmy 28km/h, postojów tylko trochę ponad pół h - jednym słowem parametry z których nasza trójka była bardzo zadowolona.
Ale na punkt żywnościowy musieliśmy jeszcze nielicho popracować, bo prowadził do niego podjazd 200m w pionie, z rzeźnickim odcinkiem 23%. Kot i Wąski za moją radą nawet nie próbowali jechać, szkoda było męczyć mięśnie na nienadających się do takich nachyleń szosowych przełożeniach, bo taki podjazd strasznie wykańcza, ale sam nie odpuściłem sobie satysfakcji jaką daje zaliczenie na kołach takiej ścianki ;)). Punkt zorganizowany przez ekipę Przemielonego - pierwsza klasa, świetna miejscówka z szerokim widokiem z góry na rejon Krosna, jedzenie też doskonałe - smaczny makaron, dużo picia do wyboru, w tym sok (który zatankowałem), świetne ciasto. Siedziało się tak przyjemnie, że zupełnie nie chciało nam się dalej jechać ;)).
Po punkcie niestety szybko okazuje się, że skończyło się rumakowanie, powoli zbieramy żniwo bardzo mocno przejechanej połówki maratonu, chyba jednak za mocno. Marzena ma spore problemy z żołądkiem, który nie jest w stanie przetrawić dużej ilości szybko przyjętego jedzenia (trochę za dużo zjadła na punkcie); ale to też najpewniej częściowy efekt wielogodzinnej jazdy na granicy swoich możliwości. Swoje dodał też twardy napęd w napędzie Kota, 34-29 to było zdecydowanie za mało na ciężkie góry z 300km w nogach (praktycznie na każdej ścianie za punktem nachylenia oscylowały w granicach 11-14%). Niestety wynikało to z ograniczeń napędu Campagnolo do których nie ma szerszych kaset, a system jest niekompatybilny ze wszystkim poza samą Campą; składając rower na ultra, gdzie szerokie kasety stosuje 90% jadących - Campagnolo trzeba się wystrzegać jak ognia, bo żeby założyć szeroką kasetę, trzeba wymienić połowę roweru. Tak więc w górach męczyliśmy się bardzo, postojów było wiele, Marzenka musiała kilka podjazdów wprowadzać, a z punktu zostało nam jeszcze ze 100km ciężkich podjazdów, w większości pokonanych nocą. Większy postój robimy w Brzozowie, siedząc pod sklepem mieliśmy już zapalone lampki na plecakach, co widząc miejscowy menel skomentował mistrzowskim tekstem "Dupy wam się świecą!" ;))
Góry kończą się pod Sędziszowem, tutaj odbijamy (na tym odcinku jechaliśmy głównie we czwórkę, razem z Matwestem) kawałek z trasy maratonu na całodobową stację benzynową, żeby odpocząć po trudach górskiego odcinka, Marzena dalej ma duże problemy z żołądkiem, prawie nic nie je, a to oczywiście w jeździe nie pomaga. Ale też i już odpuściliśmy jazdę na wynik, jedziemy po prostu, żeby maraton ukończyć. Za Sędziszowem wreszcie robi się płasko, na tym odcinku mijamy się też z grupą bardzo wesołego Gustawa, który również jedzie dla przyjemności, nie na wynik. Za Kolbuszową powoli zaczyna świtać, większość osób mocno muli, tutaj drobny kryzys ze snem miał też Wąski, na którego kawałek poczekaliśmy. Powoli dociągamy do Sandomierza, gdzie była pierwsza porządna stacja z ciepłym jedzeniem. Spędzamy tu aż ponad godzinę (razem z Gustawem), Marzena dalej bardzo słabo się czuje, męczy ją zarówno senność, jak i żołądek, dała radę wcisnąć jedynie połowę zapiekanki.
Z Sandomierza zostało jeszcze 90km, które ciągnęły się w nieskończoność, dodatkowo jeszcze niemal całość pod wiatr. Tutaj większość jedziemy już we dwójkę z Kotem, trochę za wolno jechaliśmy dla reszty ekipy. Ale że oni troszkę stawali, czasem na nas czekając, więc spotykamy się jeszcze pod Opatowem i w Nowej Słupcy. Ze Słupcy jeszcze trochę się męczymy, zaliczamy podjazd za Bodzentynem, następnie ostatni podjazd do bazy - i meldujemy się na mecie z czasem 26h 52min, co dało 31 miejsce, a Kotu 3 wśród dziewczyn.
Maraton bardzo udany - doskonała pogoda, masę fajnych ludzi na trasie, szczególne podziękowania dla Kota i Wąskiego z którymi przejechałem niemal całość trasy oraz dla autora trasy i głównego organizatora, a także zwycięzcy maratonu - Tomka. Wielkie brawa dla Marzeny, że pomimo dużych problemów z żołądkiem i silnych mdłości przez niemal połowę trasy - dała radę ukończyć maraton. Po wyniku widać, że trochę chyba przesadziliśmy z tempem na pierwszej części trasy, za co zebraliśmy żniwo na drugiej. Chociaż ciężko tu wymiernie ocenić co spowodowało problemy żołądkowe Kota, bo to było główną przyczyną kryzysu i dużej ilości postojów (5,5h), a nie da się sprawnie jechać prawie nie przyjmując jedzenia. Napęd w szosówce Marzeny na pewno do wymiany ;)). Ale nie wynik jest tu najważniejszy, zabawa na maratonie była przednia, tym razem jadąc bez ścigania na swój wynik miałem okazję to dobrze docenić; taka spokojniejsza jazda dała mi mnóstwo frajdy - a to jest w tej zabawie najważniejsze! :))
Zdjęcia
Dane wycieczki:
DST: 535.20 km AVS: 24.91 km/h
ALT: 4552 m MAX: 78.00 km/h
Temp:20.0 'C
Mazury - dzień 2
Dane wycieczki:
DST: 231.90 km AVS: 25.30 km/h
ALT: 1321 m MAX: 54.20 km/h
Temp:25.0 'C
Mazury - dzień 1
Dane wycieczki:
DST: 215.20 km AVS: 28.57 km/h
ALT: 521 m MAX: 55.80 km/h
Temp:17.0 'C
Powrót ze Zlotu przez Budapeszt ;)
Na powrót ze zlotu przygotowaliśmy z Tomkiem wersję specjalną - czyli Budapeszt. W październiku 2015 jechaliśmy do Budapesztu, ale wycofaliśmy się w Zakopanem. Z tego wyjazdu pozostały nam bilety autobusowe, które przełożyliśmy na późniejszy termin i postanowiliśmy wykorzystać właśnie teraz. Z Huty Polańskiej ruszamy parę minut po 8, pierwszy odcinek pokonujemy razem z Rado i Kotem, dalej już we dwójkę. Pogodę mamy przyzwoitą - piękne słońce, ale za to wieje nieprzyjemny, zimy wiatr. Z powodu Zielonych Świątek wszystkie sklepy pozamykane, dopiero w Ożennej udało się nam znaleźć malutki sklepik, w którym uzupełniliśmy zapasy na czekającą nas trasę. Początek wyjazdu pechowy - Tomkowi zaczyna się psuć tylne koło, w którym przy większym obciążeniu głośno cyka bębenek, ja natomiast przy wjeździe pod sklep łapię snejka i muszę zmieniać dętkę. Trochę czasu na to wszystko poleciało, kawałeczek dalej wjeżdżamy na Słowację. Do Bardejowa puściuteńko, ale pogoda zaczyna się psuć, temperatura zamiast rosnąć wraz z upływem dnia - jeszcze zmalała do ledwie 10-12 stopni. Za Bardejowem zaczynają się większe górki zaliczamy kilka ścianek i długi 300m podjazd przed Margecanami. Kawałek dalej zaczyna padać, co już nas solidnie zirytowało, bo wg prognoz miało być chłodno, ale i sucho, tymczasem znowu czeka nas jazda w deszczu, a połączenie tego z niską temperaturą jest bardzo słabe, nie tego się oczekuje w połowie maja.
Kolejne kilometry to długi podjazd na najwyższą górę dzisiejszej trasy czyli Uhornianske Sedlo (999m) - całość w deszczu, na szczycie było ledwie 6 stopni. Zjazd w tych warunkach fatalny, do zimna i deszczu doszły jeszcze solidne dziury, na których zdrowo poleciały nam klocki hamulcowe. Po drugiej stronie masywu, w rejonie Rożniawy przestaje padać, ociepla się też do poziomu mniej więcej 10 stopni. Kawałek dalej wjeżdżamy na Węgry, trasa powoli się wypłaszcza, choć małe podjazdy są niemal cały czas. Już nocą docieramy do Egeru, tutaj robimy długi godzinny postój w Macu, czasu do odjazdu autobusu mamy wiele, więc możemy sobie pozwolić na dłuższe postoje. Za Egerem zaczyna się mocno pagórkowaty odcinek do Gyongyos, drogi zupełnie puste, na 50km spotkaliśmy może z 5 samochodów. W Gyongyos stajemy na niezłej stacji Łukoilu, tak dobrze nam się tam siedziało, że spędziliśmy tam niemal 2h ;)). Po powrocie na trasę świt już blisko, a wraz z nim robi się bardzo zimno, najniżej był zaledwie 1'C, do tego bardzo nieprzyjemny zimny wiatr. Na ostatnim odcinku do Budapesztu zdrowo zasuwaliśmy, jadąc ze średnią bliską 30km/h, okazało się, że na Węgrzech dzień po Zielonych Świątkach również jest świętem, więc dzięki temu mieliśmy ruch na drogach o wiele mniejszy niż w normalny dzień. Przed wjazdem do stolicy Węgier trzeba było jeszcze pokonać podjazd na 300m w rejonie Godollo, po nim jest już głównie z górki, w samym Budapeszcie wiatr się nam odkręcił i zaczęło wiać w twarz, bardzo wyziębiając, bo przewiewało do kości. Czasu zostało nam wiele, więc robimy rundkę po pięknym centrum Budapesztu, a jako, że wróciło słońce - miasto prezentowało się elegancko
Udało się wziąć rewanż za porażkę w zeszłym roku - ale Budapeszt nie poddał się łatwo, sporo zdrowia musieliśmy na tej trasie zostawić ;)). Trasa sama w sobie była wymagająca - długi dystans, wiele przewyższeń, a do tego doszła kiepska pogoda - deszcz i zimno, które w końcówce dało nam popalić; ale tym większa satysfakcja z dotarcia do celu!
Zdjęcia
Na powrót ze zlotu przygotowaliśmy z Tomkiem wersję specjalną - czyli Budapeszt. W październiku 2015 jechaliśmy do Budapesztu, ale wycofaliśmy się w Zakopanem. Z tego wyjazdu pozostały nam bilety autobusowe, które przełożyliśmy na późniejszy termin i postanowiliśmy wykorzystać właśnie teraz. Z Huty Polańskiej ruszamy parę minut po 8, pierwszy odcinek pokonujemy razem z Rado i Kotem, dalej już we dwójkę. Pogodę mamy przyzwoitą - piękne słońce, ale za to wieje nieprzyjemny, zimy wiatr. Z powodu Zielonych Świątek wszystkie sklepy pozamykane, dopiero w Ożennej udało się nam znaleźć malutki sklepik, w którym uzupełniliśmy zapasy na czekającą nas trasę. Początek wyjazdu pechowy - Tomkowi zaczyna się psuć tylne koło, w którym przy większym obciążeniu głośno cyka bębenek, ja natomiast przy wjeździe pod sklep łapię snejka i muszę zmieniać dętkę. Trochę czasu na to wszystko poleciało, kawałeczek dalej wjeżdżamy na Słowację. Do Bardejowa puściuteńko, ale pogoda zaczyna się psuć, temperatura zamiast rosnąć wraz z upływem dnia - jeszcze zmalała do ledwie 10-12 stopni. Za Bardejowem zaczynają się większe górki zaliczamy kilka ścianek i długi 300m podjazd przed Margecanami. Kawałek dalej zaczyna padać, co już nas solidnie zirytowało, bo wg prognoz miało być chłodno, ale i sucho, tymczasem znowu czeka nas jazda w deszczu, a połączenie tego z niską temperaturą jest bardzo słabe, nie tego się oczekuje w połowie maja.
Kolejne kilometry to długi podjazd na najwyższą górę dzisiejszej trasy czyli Uhornianske Sedlo (999m) - całość w deszczu, na szczycie było ledwie 6 stopni. Zjazd w tych warunkach fatalny, do zimna i deszczu doszły jeszcze solidne dziury, na których zdrowo poleciały nam klocki hamulcowe. Po drugiej stronie masywu, w rejonie Rożniawy przestaje padać, ociepla się też do poziomu mniej więcej 10 stopni. Kawałek dalej wjeżdżamy na Węgry, trasa powoli się wypłaszcza, choć małe podjazdy są niemal cały czas. Już nocą docieramy do Egeru, tutaj robimy długi godzinny postój w Macu, czasu do odjazdu autobusu mamy wiele, więc możemy sobie pozwolić na dłuższe postoje. Za Egerem zaczyna się mocno pagórkowaty odcinek do Gyongyos, drogi zupełnie puste, na 50km spotkaliśmy może z 5 samochodów. W Gyongyos stajemy na niezłej stacji Łukoilu, tak dobrze nam się tam siedziało, że spędziliśmy tam niemal 2h ;)). Po powrocie na trasę świt już blisko, a wraz z nim robi się bardzo zimno, najniżej był zaledwie 1'C, do tego bardzo nieprzyjemny zimny wiatr. Na ostatnim odcinku do Budapesztu zdrowo zasuwaliśmy, jadąc ze średnią bliską 30km/h, okazało się, że na Węgrzech dzień po Zielonych Świątkach również jest świętem, więc dzięki temu mieliśmy ruch na drogach o wiele mniejszy niż w normalny dzień. Przed wjazdem do stolicy Węgier trzeba było jeszcze pokonać podjazd na 300m w rejonie Godollo, po nim jest już głównie z górki, w samym Budapeszcie wiatr się nam odkręcił i zaczęło wiać w twarz, bardzo wyziębiając, bo przewiewało do kości. Czasu zostało nam wiele, więc robimy rundkę po pięknym centrum Budapesztu, a jako, że wróciło słońce - miasto prezentowało się elegancko
Udało się wziąć rewanż za porażkę w zeszłym roku - ale Budapeszt nie poddał się łatwo, sporo zdrowia musieliśmy na tej trasie zostawić ;)). Trasa sama w sobie była wymagająca - długi dystans, wiele przewyższeń, a do tego doszła kiepska pogoda - deszcz i zimno, które w końcówce dało nam popalić; ale tym większa satysfakcja z dotarcia do celu!
Zdjęcia
Dane wycieczki:
DST: 437.60 km AVS: 26.76 km/h
ALT: 4241 m MAX: 66.80 km/h
Temp:10.0 'C
Na Zlot
W tym roku na zlot podobnie jak w 2015 wybrałem się razem z Turystą. Ruszam z domu po 15, po 40km spotykam się z Turystą w Sobieniach. Pogoda przyjemna do jazdy, ciepło, słonecznie - więc płaskie kilometry do Dęblina szybko nam lecą. Tam robimy postój w sklepie, na drodze do Puław zaczyna już zmierzchać. W Puławach przekraczamy Wisłę i jej lewym brzegiem jedziemy do Janowca. Na zjeździe tak się rozpędziłem, że nie zauważyłem zamku ;). A zjazd wredny, bo asfalt nagle przechodzi w nierówną kostkę, a nocą zauważyłem to w ostatniej chwili i przy ok. 40km/h wleciałem na na bruk ;)). Dalsza jazda to lekko pagórkowate boczne dróżki do Solca, tam nowiutkim mostem przejeżdżamy na drugą stronę Wisły. Po wjeździe do Lubelskiego od razu zepsuły się drogi i odcinek do Annopola niespecjalny. Tam już dość głodni meldujemy się w środku nocy u Transatlantyka, który uraczył nas dobrą, gęstą zupą.
Już we trójkę po 2 ruszamy dalej na Sandomierz, gdzie oglądamy wspaniały rynek, który nocą prezentuje się równie pięknie jak za dnia. Przed Tarnobrzegiem, już za dnia Marka złapała wielka senność, więc stajemy na stacji, gdzie Transatlantyk serwuje sobie "bombę kofeinową", czyli kawę razem z energetykiem ;). W Mielcu jedziemy fatalną ścieżką rowerową, kawałek dalej zaczynają się pierwsze podjazdy. Za Ropczycami są już solidne górki, w sumie zaliczamy 3 dłuższe podjazdy po ok. 150m. Niestety zgodnie z prognozami zaczyna się psuć pogoda, ulewa łapie nas za Jasłem. Na szczęście za długo nie padało, w Nowym Żmigrodzie już się uspokoiło. Końcówka trasy to spokojna jazda bocznymi drogami do bazy zlotu. Zaliczamy ładny kawałek wariantem przez Myscową, wzdłuż Wisłoki, pokonując dwa wiszące mosty, ostatni kilometr do bazy to szuter - i docieramy do Huty Polańskiej.
Zdjęcia
W tym roku na zlot podobnie jak w 2015 wybrałem się razem z Turystą. Ruszam z domu po 15, po 40km spotykam się z Turystą w Sobieniach. Pogoda przyjemna do jazdy, ciepło, słonecznie - więc płaskie kilometry do Dęblina szybko nam lecą. Tam robimy postój w sklepie, na drodze do Puław zaczyna już zmierzchać. W Puławach przekraczamy Wisłę i jej lewym brzegiem jedziemy do Janowca. Na zjeździe tak się rozpędziłem, że nie zauważyłem zamku ;). A zjazd wredny, bo asfalt nagle przechodzi w nierówną kostkę, a nocą zauważyłem to w ostatniej chwili i przy ok. 40km/h wleciałem na na bruk ;)). Dalsza jazda to lekko pagórkowate boczne dróżki do Solca, tam nowiutkim mostem przejeżdżamy na drugą stronę Wisły. Po wjeździe do Lubelskiego od razu zepsuły się drogi i odcinek do Annopola niespecjalny. Tam już dość głodni meldujemy się w środku nocy u Transatlantyka, który uraczył nas dobrą, gęstą zupą.
Już we trójkę po 2 ruszamy dalej na Sandomierz, gdzie oglądamy wspaniały rynek, który nocą prezentuje się równie pięknie jak za dnia. Przed Tarnobrzegiem, już za dnia Marka złapała wielka senność, więc stajemy na stacji, gdzie Transatlantyk serwuje sobie "bombę kofeinową", czyli kawę razem z energetykiem ;). W Mielcu jedziemy fatalną ścieżką rowerową, kawałek dalej zaczynają się pierwsze podjazdy. Za Ropczycami są już solidne górki, w sumie zaliczamy 3 dłuższe podjazdy po ok. 150m. Niestety zgodnie z prognozami zaczyna się psuć pogoda, ulewa łapie nas za Jasłem. Na szczęście za długo nie padało, w Nowym Żmigrodzie już się uspokoiło. Końcówka trasy to spokojna jazda bocznymi drogami do bazy zlotu. Zaliczamy ładny kawałek wariantem przez Myscową, wzdłuż Wisłoki, pokonując dwa wiszące mosty, ostatni kilometr do bazy to szuter - i docieramy do Huty Polańskiej.
Zdjęcia
Dane wycieczki:
DST: 423.50 km AVS: 24.72 km/h
ALT: 2047 m MAX: 56.00 km/h
Temp:16.0 'C
Krwawa Pętla
Krwawą Pętlę pokonywałem już czterokrotnie - ale to tak fajny szlak, że co roku warto go zaliczyć. W tym roku pojechałem na "gravelu" pożyczonym od brata, by sprawdzić jak taki typ roweru poradzi sobie na takim wymagającym szlaku.
Z domu ruszam po 2 w nocy (noc zupełnie bez snu), w Górze Kalwarii, gdzie wjeżdżam na szlak jestem o 3.15. Chłodniej niż w prognozach, miało być 10 stopni, jest 6, więc w krótkich rękawiczkach już na styk. Na pierwszy ogień idą Lasy Chojnowskie, głównie łatwymi szutrówkami, choć jest kilka piaskownic. W okolicach Zalesia zaczyna już świtać - to jest wielka zaleta jazdy przy długim dniu, we wrześniu jest już sporo gorzej. Kładka nad Czarną jest, więc nie trzeba rzeki forsować wpław ;). Odcinek do Magdalenki dość monotonny, po zarwanej nocy trochę mnie zamula, a do przejechania jeszcze wielki kawał. Dalej trochę rozrywek z forsowaniem nowo wybudowanych dróg, czyli przecinanie DK 7 i S8, nie wygląda na to, żeby budowniczowie drogi w ogóle byli świadomi faktu istnienia szlaku...
Koło świtu na trasie sporo rosy, więc rower mi się nieco zabłocił, ze względu na plecy nie brałem camela, ale z bidonem jazda w terenie to porażka, ciągle się zasyfia. W Podkowie Leśnej krótki postój w parku na dwie kanapki - i ruszam na najłatwiejszy odcinek pętli - czyli dojazd do Zaborowa. Za Podkową kończą się lasy, więc szlak idzie bocznymi asfaltami i szutrówkami. Ale w Zaborowie koniec tej laby - zaczyna się Kampinos, tutaj kilometry trzeba już solidnie wypracować. W Lesznie tradycyjnie robię większy postój, pogoda się wyklarowała, jest już ciepło i świeci słońce. Z Leszna jadę żółtym szlakiem na północ, są piachy w rejonie Posady Łubiec, mijam też bagna za Babską Górą. W rejonie Starej Dąbrowy kilkukilometrowy pas łąk, kapitalnie to wygląda w środku puszczy. Ładnym szlakiem (sporo wydm) jadę w kierunku Leoncina, następnie skręcam za zielony, którym wyjeżdżam z Kampinosu i kieruję się na Modlin. Przekraczam Wisłę, a także dwukrotnie Narew bo obowiązkowo zaliczałem początek czerwonego szlaku na stacji PKP Modlin.
Druga połowa Krwawej Pętli daje solidnie popalić, bo jadąc od południa zgodnie z ruchem wskazówek zegara najtrudniejszy odcinek wypada w drugiej części trasy, gdy najwięcej mamy w nogach - ale na ten szlak nie jedzie się po to żeby było łatwo ;). Generalnie nie ma tu odcinków naprawdę wymagających, ale niemal cały czas są takie, na których trzeba się mocno przyłożyć do jazdy i jest znacznie mniej ulgowych kawałków typu łatwe szutrówki. Z wału wiślanego wjeżdżam w Lasy Chotomskie - są piaseczki i wydmy, kilka fajnych singielków, podobnie wygląda cały teren do Nieporętu, tam staję na zasłużony postój na ryneczku. Kolejne kawałki to wymagające odcinki w rejonie Marek, Zielonki, na szczęście jest suchutko, wszystkie bagna można bez problemu przejechać. Przed Zielonką szlak przecina budowa jakiejś nowej trasy, więc trzeba było przejść z rowerem przez piaszczystą górkę, na szczęście obejście łatwe, strata czasu ze 3min. Zmęczenie rośnie, a górki są co chwilę, niemniej jechało mi się bardzo przyzwoicie. Tak było do czasu gdy za Międzylesiem dorwała mnie krótka ulewa, która zmoczyła całą glebę - i już za przyjemnie sie po mokrych piachach nie jechało. Dolinkę Mieni jadę w niewielkim deszczu, a gdy docieram do Otwocka zaczyna się już burza z piorunami. Akurat miałem robić postój, więc stanąłem na przystanku, "ciepłymi" słowy racząc autorów prognozy pogody. Tuż przed wyjściem na trasę sprawdzałem na yr.no i żadnych opadów nie miało być, więc nawet kurtki na deszcz nie brałem - a tu mam na głowie solidną burzę. Deszcz na szosie przeszkadza, ale poza tym że się zmoknie to nie ma tragedii, natomiast w terenie nie dość, że się moknie, to jazda robi się dużo trudniejsza, bo rozmięka nawierzchnia. Deszcz był ulewny, ale krótki, więc gdy skończyłem postój przestało padać; niestety gdy ruszałem okazało się że mam kapeć w tylnym kole, nie ma to jak dobra kumulacja! Wymieniam dętkę i ruszam dalej, jazda po rozmiękniętym terenie mało przyjemna, ale dobrze że w tym rejonie są piaszczyste gleby, więc to tak nie przeszkadza jak te błotniste jakie są w Lasach Chojnowskich - bo tam w czasie deszczu jest już dramat. Za Pogorzelą jeszcze jeden trudniejszy kawałek w rejonie bunkrów, później asfaltowy przerzut do Kępy Nadbrzeskiej i jazda po wale na most na Wiśle. Po przejechaniu mostu jeszcze 13% podjazd po wyślizganym po deszczu bruku - i o 20.27 kończę Krwawą Pętle, z czasem 17h i 12min, co do minuty jak mój rekordowy przejazd, żeby nie ten kapeć pewnie bym poniżej 17h zszedł ;)
Ale nie czas jest tu ważny, na takim szlaku nie warto cisnąć z nosem w liczniku, lepiej jechać tak by można było spokojnie pooglądać okolicę, porobić zdjęcia, podelektować się jazdą. Wcześniejsze cztery razy jechałem szlak na fulu, tym razem na sztywnym gravelu. Różnica jest zauważalna, na fullu jedzie się wygodniej, natomiast sztywny rower bez wątpienia jest efektywniejszy, mniej energii włożonej w pedałowanie się marnuje. Generalnie jest to dobrze pomyślany typ roweru, nazwa "gravel" świetnie oddaje jego zastosowanie. Świetnie się sprawdza na szutrach, natomiast na terenie z dużą ilością korzeni, dziur, czy zrytym kopytami końskim - odbija już solidnie nawet przy lekko napompowanych kołach. Ale za to na szosie idzie wyraźnie lepiej, a w terenie duże koła też są efektywniejsze, więc braku szerszych opon właściwie nie odczuwałem. W trudniejszym terenie minusem jest to co na szosie pomaga - czyli baranek. O ile na szutrach sprawdza się bardzo fajnie, o tyle na trudnych zjazdach czy podjazdach w terenie, gdzie cały czas trzeba mocno trzymać kierownicę - chwyt na klamkach jest mniej wygodny niż na prostej kierownicy. pod koniec ręce i nadgarstki już solidnie bolały, ale i na fullu mi się to zdarzało, a przede wszystkim trzeba mieć na uwadze, że tego typu trasa jak ta jest mało reprezentatywna, bo 300km i ponad 200km w terenie bardzo rzadko się jeździ i na każdym rowerze wiele części ciała będzie boleć. Ale co mnie zaskoczyło - to to, że siedzenie bolało mnie umiarkowanie, pozostałe przejazdy mimo jazdy na fullu kończyłem już na stojąco, a tutaj pomimo tego że rower na dziurach mocniej "odbija" niż full było w normie, a na asfaltowym powrocie z Góry prawie w ogóle przestałem niedogodności odczuwać.
Zdjęcia z trasy
Krwawą Pętlę pokonywałem już czterokrotnie - ale to tak fajny szlak, że co roku warto go zaliczyć. W tym roku pojechałem na "gravelu" pożyczonym od brata, by sprawdzić jak taki typ roweru poradzi sobie na takim wymagającym szlaku.
Z domu ruszam po 2 w nocy (noc zupełnie bez snu), w Górze Kalwarii, gdzie wjeżdżam na szlak jestem o 3.15. Chłodniej niż w prognozach, miało być 10 stopni, jest 6, więc w krótkich rękawiczkach już na styk. Na pierwszy ogień idą Lasy Chojnowskie, głównie łatwymi szutrówkami, choć jest kilka piaskownic. W okolicach Zalesia zaczyna już świtać - to jest wielka zaleta jazdy przy długim dniu, we wrześniu jest już sporo gorzej. Kładka nad Czarną jest, więc nie trzeba rzeki forsować wpław ;). Odcinek do Magdalenki dość monotonny, po zarwanej nocy trochę mnie zamula, a do przejechania jeszcze wielki kawał. Dalej trochę rozrywek z forsowaniem nowo wybudowanych dróg, czyli przecinanie DK 7 i S8, nie wygląda na to, żeby budowniczowie drogi w ogóle byli świadomi faktu istnienia szlaku...
Koło świtu na trasie sporo rosy, więc rower mi się nieco zabłocił, ze względu na plecy nie brałem camela, ale z bidonem jazda w terenie to porażka, ciągle się zasyfia. W Podkowie Leśnej krótki postój w parku na dwie kanapki - i ruszam na najłatwiejszy odcinek pętli - czyli dojazd do Zaborowa. Za Podkową kończą się lasy, więc szlak idzie bocznymi asfaltami i szutrówkami. Ale w Zaborowie koniec tej laby - zaczyna się Kampinos, tutaj kilometry trzeba już solidnie wypracować. W Lesznie tradycyjnie robię większy postój, pogoda się wyklarowała, jest już ciepło i świeci słońce. Z Leszna jadę żółtym szlakiem na północ, są piachy w rejonie Posady Łubiec, mijam też bagna za Babską Górą. W rejonie Starej Dąbrowy kilkukilometrowy pas łąk, kapitalnie to wygląda w środku puszczy. Ładnym szlakiem (sporo wydm) jadę w kierunku Leoncina, następnie skręcam za zielony, którym wyjeżdżam z Kampinosu i kieruję się na Modlin. Przekraczam Wisłę, a także dwukrotnie Narew bo obowiązkowo zaliczałem początek czerwonego szlaku na stacji PKP Modlin.
Druga połowa Krwawej Pętli daje solidnie popalić, bo jadąc od południa zgodnie z ruchem wskazówek zegara najtrudniejszy odcinek wypada w drugiej części trasy, gdy najwięcej mamy w nogach - ale na ten szlak nie jedzie się po to żeby było łatwo ;). Generalnie nie ma tu odcinków naprawdę wymagających, ale niemal cały czas są takie, na których trzeba się mocno przyłożyć do jazdy i jest znacznie mniej ulgowych kawałków typu łatwe szutrówki. Z wału wiślanego wjeżdżam w Lasy Chotomskie - są piaseczki i wydmy, kilka fajnych singielków, podobnie wygląda cały teren do Nieporętu, tam staję na zasłużony postój na ryneczku. Kolejne kawałki to wymagające odcinki w rejonie Marek, Zielonki, na szczęście jest suchutko, wszystkie bagna można bez problemu przejechać. Przed Zielonką szlak przecina budowa jakiejś nowej trasy, więc trzeba było przejść z rowerem przez piaszczystą górkę, na szczęście obejście łatwe, strata czasu ze 3min. Zmęczenie rośnie, a górki są co chwilę, niemniej jechało mi się bardzo przyzwoicie. Tak było do czasu gdy za Międzylesiem dorwała mnie krótka ulewa, która zmoczyła całą glebę - i już za przyjemnie sie po mokrych piachach nie jechało. Dolinkę Mieni jadę w niewielkim deszczu, a gdy docieram do Otwocka zaczyna się już burza z piorunami. Akurat miałem robić postój, więc stanąłem na przystanku, "ciepłymi" słowy racząc autorów prognozy pogody. Tuż przed wyjściem na trasę sprawdzałem na yr.no i żadnych opadów nie miało być, więc nawet kurtki na deszcz nie brałem - a tu mam na głowie solidną burzę. Deszcz na szosie przeszkadza, ale poza tym że się zmoknie to nie ma tragedii, natomiast w terenie nie dość, że się moknie, to jazda robi się dużo trudniejsza, bo rozmięka nawierzchnia. Deszcz był ulewny, ale krótki, więc gdy skończyłem postój przestało padać; niestety gdy ruszałem okazało się że mam kapeć w tylnym kole, nie ma to jak dobra kumulacja! Wymieniam dętkę i ruszam dalej, jazda po rozmiękniętym terenie mało przyjemna, ale dobrze że w tym rejonie są piaszczyste gleby, więc to tak nie przeszkadza jak te błotniste jakie są w Lasach Chojnowskich - bo tam w czasie deszczu jest już dramat. Za Pogorzelą jeszcze jeden trudniejszy kawałek w rejonie bunkrów, później asfaltowy przerzut do Kępy Nadbrzeskiej i jazda po wale na most na Wiśle. Po przejechaniu mostu jeszcze 13% podjazd po wyślizganym po deszczu bruku - i o 20.27 kończę Krwawą Pętle, z czasem 17h i 12min, co do minuty jak mój rekordowy przejazd, żeby nie ten kapeć pewnie bym poniżej 17h zszedł ;)
Ale nie czas jest tu ważny, na takim szlaku nie warto cisnąć z nosem w liczniku, lepiej jechać tak by można było spokojnie pooglądać okolicę, porobić zdjęcia, podelektować się jazdą. Wcześniejsze cztery razy jechałem szlak na fulu, tym razem na sztywnym gravelu. Różnica jest zauważalna, na fullu jedzie się wygodniej, natomiast sztywny rower bez wątpienia jest efektywniejszy, mniej energii włożonej w pedałowanie się marnuje. Generalnie jest to dobrze pomyślany typ roweru, nazwa "gravel" świetnie oddaje jego zastosowanie. Świetnie się sprawdza na szutrach, natomiast na terenie z dużą ilością korzeni, dziur, czy zrytym kopytami końskim - odbija już solidnie nawet przy lekko napompowanych kołach. Ale za to na szosie idzie wyraźnie lepiej, a w terenie duże koła też są efektywniejsze, więc braku szerszych opon właściwie nie odczuwałem. W trudniejszym terenie minusem jest to co na szosie pomaga - czyli baranek. O ile na szutrach sprawdza się bardzo fajnie, o tyle na trudnych zjazdach czy podjazdach w terenie, gdzie cały czas trzeba mocno trzymać kierownicę - chwyt na klamkach jest mniej wygodny niż na prostej kierownicy. pod koniec ręce i nadgarstki już solidnie bolały, ale i na fullu mi się to zdarzało, a przede wszystkim trzeba mieć na uwadze, że tego typu trasa jak ta jest mało reprezentatywna, bo 300km i ponad 200km w terenie bardzo rzadko się jeździ i na każdym rowerze wiele części ciała będzie boleć. Ale co mnie zaskoczyło - to to, że siedzenie bolało mnie umiarkowanie, pozostałe przejazdy mimo jazdy na fullu kończyłem już na stojąco, a tutaj pomimo tego że rower na dziurach mocniej "odbija" niż full było w normie, a na asfaltowym powrocie z Góry prawie w ogóle przestałem niedogodności odczuwać.
Zdjęcia z trasy
Dane wycieczki:
DST: 315.20 km AVS: 19.44 km/h
ALT: 888 m MAX: 44.40 km/h
Temp:22.0 'C
Ultramaraton Piękny Wschód
Piękny Wschód to najwcześniej organizowany ultramaraton w Polsce, już na przełomie kwietnia i maja. Należy się więc liczyć z tym, że pogoda nie musi być optymalna - i tak też było tym razem ;)). Na maraton dojeżdżam razem z Tomkiem (dzięki za transport!), trochę czasu się zeszło, do Mińska jechaliśmy w korku, bo już się zaczęła fala wyjazdów na majówki. Nocowałem pod namiotem, tradycyjnie prawie bez snu, nie wiem czy godzinę pospałem, ale już mnie to w ogóle nie zdziwiło, na trasie 24h to jeszcze nie problem ;).
Rano po wczorajszej dobrej pogodzie nic nie zostało, od północy padało i pada również rano, temperatura 7-8 stopni. Startuję w drugiej grupie razem z Hipkami i ekipą z Włocławka. Początek to mocne, dość szarpane tempo, po ok. 10-15km dogania nas startująca po nas trzecia grupa w której jechał Tomek, ponownie zobaczyłem go dopiero na mecie, bo jak się okazało dojechał w zwycięskiej grupie - wielkie gratulacje! Na maratonie dość nietypowo było bardzo dużo punktów kontrolnych, szczególnie w pierwszej części trasy, część były to punkty nieobsadzone, czyli takie gdzie trzeba było podstemplować kartę np. w sklepie czy na stacji benzynowej. Pierwszy taki punkt jest na ok. 40km w Kołaczach. Ekipa z Włocławka, która niepotrzebnie szarpała i zgubiła mnie z Hipkami przed puntem została tu dłużej (i już nas nie dogonili), Hipki błyskawicznie ruszyli, a ja musiałem napełnić bidon wodą (zapomniałem na starcie! :)) i podnieść siodło, więc ruszyłem z 400-500m stratą i przez kolejne 10km się naszarpałem, żeby ich dogonić.
Do Chełma jedziemy wspólnie, do Cycowa pomagał wiatr, dalej już przeszkadzał, na tym odcinku połączyliśmy się z CFCFanem (dał radę dojechać na samą metę z Hipkami). W Chełmie plaga zakazów dla rowerów (dobre 30), ale ścieżka słaba, więc jechaliśmy szosą. Punkt na rynku, również krótka chwilka i już jedziemy dalej. Za Chełmem zaczęły się pierwsze zauważalne góreczki, na których niestety złapał mnie kryzys, we znaki dał mi się męczący mnie w tym roku ból pleców. Uznałem więc że nie ma sensu się szarpać próbując utrzymać mocne tempo, bo i tak będę musiał stawać na zmianę ustawień roweru i dalej pojechałem już sam. Na punkcie w Wojsławicach na 125km staję na ok. 15min - przestawiam siodło w rowerze i gruntownie się przebieram, bo od ok. 80km przestało padać, a drogi już wysychały. Na odcinku do Hrubieszowa dogania mnie Stasiej, za którym się zabrałem, kryzys jeszcze trzymał, więc zmian nie mogłem dawać. W Hrubieszowie tylko stempluję, dalej ruszamy już osobno, Stasiej za miastem stanął na przebieranie się, ja jadę dalej. Liczyłem że po zmianie kierunku jazdy wiatr zacznie tym razem pomagać - ale mocno się oszukałem, bo cały odcinek do Tomaszowa wiało czołowo. Nie mam szczęścia do tego regionu, na początku kwietnia jadąc na Ukrainę wiatr też mnie tu nieźle wytelepał, gdy jechaliśmy z Kviato na przejście w Dołhobyczowie. Na odcinku do Tomaszowa było też największe nagromadzenie górek na tym maratonie, więc cały odcinek na punkt w Krasnobrodzie dał w kość. Tam staję na ok. 15min, krótko po mnie dojeżdżają Stasiej i Jurek Królikowski, z którymi w trójkę ruszamy dalej. Razem jechaliśmy mniej więcej za Zwierzyniec, dalej odpuściłem bo trochę za mocno dla mnie było, mijaliśmy się jeszcze za Biłgorajem i spotkaliśmy się na postoju obiadowym w Janowie Lubelskim. Od Biłgoraja wreszcie się wiatr uspokoił, a za Frampolem zaczął nawet pomagać.
Postój obiadowy bardzo dobrze zorganizowany, świetny pęczak, dobre surówki. Odpoczynek i dobry posiłek wiele mi dał i złapałem drugi oddech, cały odcinek do Kazimierza przejechałem razem z Jurkiem Królikowskim (najmocniejszym z naszej trójki), Stasiej jechał kawałek za nami. Nocą jechało się całkiem przyzwoicie, niezłe drogi. W Kazimierzu kiepściutki punkt - po 100km od wcześniejszego, na powietrzu (a było zimno), jeszcze obsługujący coś narzekał, że nie wiedział, że aż tyle czasu będzie musiał tu siedzieć ;). Przenieśliśmy się więc 300m dalej na stację Orlenu, Jurek pojechał dalej, ja jeszcze zjadłem zapiekankę na ciepło. Pozostało jeszcze 100km na metę, pierwszy odcinek w rejonie Nałęczowa pagórkowaty, dalej już płasko. Niemniej kilometry się bardzo dłużyły, dawało się we znaki duże zmęczenie. Na metę docieram jeszcze przed świtem, z czasem 20h 51min.
Start w miarę udany, czas przyzwoity, bo warunki nie były łatwe, a połowę trasy jechałem solo, przejechane tydzień wcześniej 700km też pewnie swój wpływ miało. Oczywiście mogło być lepiej, nie uniknąłem kryzysów, dopiero w drugiej części trasy złapałem lepszy rytm. Za Wojsławicami już nie miałem wielkiego ciśnienia na wynik, więc nie pilnowałem specjalnie czasu postojów, w ten sposób niewątpliwie jedzie się dużo przyjemniej, można zjeść normalny posiłek, dać parę minut odpoczynku zmęczonym mięśniom, zamiast wcinać tylko słodycze i żele; choć oczywiście czasu więcej schodzi.
Organizacja maratonu bardzo przyzwoita, duży pakiet startowy, dużo jedzenia na punktach, smaczny obiad w Janowie, jedynie w Kazimierzu wpadka ze słabym punktem.
Kilka fotek
Piękny Wschód to najwcześniej organizowany ultramaraton w Polsce, już na przełomie kwietnia i maja. Należy się więc liczyć z tym, że pogoda nie musi być optymalna - i tak też było tym razem ;)). Na maraton dojeżdżam razem z Tomkiem (dzięki za transport!), trochę czasu się zeszło, do Mińska jechaliśmy w korku, bo już się zaczęła fala wyjazdów na majówki. Nocowałem pod namiotem, tradycyjnie prawie bez snu, nie wiem czy godzinę pospałem, ale już mnie to w ogóle nie zdziwiło, na trasie 24h to jeszcze nie problem ;).
Rano po wczorajszej dobrej pogodzie nic nie zostało, od północy padało i pada również rano, temperatura 7-8 stopni. Startuję w drugiej grupie razem z Hipkami i ekipą z Włocławka. Początek to mocne, dość szarpane tempo, po ok. 10-15km dogania nas startująca po nas trzecia grupa w której jechał Tomek, ponownie zobaczyłem go dopiero na mecie, bo jak się okazało dojechał w zwycięskiej grupie - wielkie gratulacje! Na maratonie dość nietypowo było bardzo dużo punktów kontrolnych, szczególnie w pierwszej części trasy, część były to punkty nieobsadzone, czyli takie gdzie trzeba było podstemplować kartę np. w sklepie czy na stacji benzynowej. Pierwszy taki punkt jest na ok. 40km w Kołaczach. Ekipa z Włocławka, która niepotrzebnie szarpała i zgubiła mnie z Hipkami przed puntem została tu dłużej (i już nas nie dogonili), Hipki błyskawicznie ruszyli, a ja musiałem napełnić bidon wodą (zapomniałem na starcie! :)) i podnieść siodło, więc ruszyłem z 400-500m stratą i przez kolejne 10km się naszarpałem, żeby ich dogonić.
Do Chełma jedziemy wspólnie, do Cycowa pomagał wiatr, dalej już przeszkadzał, na tym odcinku połączyliśmy się z CFCFanem (dał radę dojechać na samą metę z Hipkami). W Chełmie plaga zakazów dla rowerów (dobre 30), ale ścieżka słaba, więc jechaliśmy szosą. Punkt na rynku, również krótka chwilka i już jedziemy dalej. Za Chełmem zaczęły się pierwsze zauważalne góreczki, na których niestety złapał mnie kryzys, we znaki dał mi się męczący mnie w tym roku ból pleców. Uznałem więc że nie ma sensu się szarpać próbując utrzymać mocne tempo, bo i tak będę musiał stawać na zmianę ustawień roweru i dalej pojechałem już sam. Na punkcie w Wojsławicach na 125km staję na ok. 15min - przestawiam siodło w rowerze i gruntownie się przebieram, bo od ok. 80km przestało padać, a drogi już wysychały. Na odcinku do Hrubieszowa dogania mnie Stasiej, za którym się zabrałem, kryzys jeszcze trzymał, więc zmian nie mogłem dawać. W Hrubieszowie tylko stempluję, dalej ruszamy już osobno, Stasiej za miastem stanął na przebieranie się, ja jadę dalej. Liczyłem że po zmianie kierunku jazdy wiatr zacznie tym razem pomagać - ale mocno się oszukałem, bo cały odcinek do Tomaszowa wiało czołowo. Nie mam szczęścia do tego regionu, na początku kwietnia jadąc na Ukrainę wiatr też mnie tu nieźle wytelepał, gdy jechaliśmy z Kviato na przejście w Dołhobyczowie. Na odcinku do Tomaszowa było też największe nagromadzenie górek na tym maratonie, więc cały odcinek na punkt w Krasnobrodzie dał w kość. Tam staję na ok. 15min, krótko po mnie dojeżdżają Stasiej i Jurek Królikowski, z którymi w trójkę ruszamy dalej. Razem jechaliśmy mniej więcej za Zwierzyniec, dalej odpuściłem bo trochę za mocno dla mnie było, mijaliśmy się jeszcze za Biłgorajem i spotkaliśmy się na postoju obiadowym w Janowie Lubelskim. Od Biłgoraja wreszcie się wiatr uspokoił, a za Frampolem zaczął nawet pomagać.
Postój obiadowy bardzo dobrze zorganizowany, świetny pęczak, dobre surówki. Odpoczynek i dobry posiłek wiele mi dał i złapałem drugi oddech, cały odcinek do Kazimierza przejechałem razem z Jurkiem Królikowskim (najmocniejszym z naszej trójki), Stasiej jechał kawałek za nami. Nocą jechało się całkiem przyzwoicie, niezłe drogi. W Kazimierzu kiepściutki punkt - po 100km od wcześniejszego, na powietrzu (a było zimno), jeszcze obsługujący coś narzekał, że nie wiedział, że aż tyle czasu będzie musiał tu siedzieć ;). Przenieśliśmy się więc 300m dalej na stację Orlenu, Jurek pojechał dalej, ja jeszcze zjadłem zapiekankę na ciepło. Pozostało jeszcze 100km na metę, pierwszy odcinek w rejonie Nałęczowa pagórkowaty, dalej już płasko. Niemniej kilometry się bardzo dłużyły, dawało się we znaki duże zmęczenie. Na metę docieram jeszcze przed świtem, z czasem 20h 51min.
Start w miarę udany, czas przyzwoity, bo warunki nie były łatwe, a połowę trasy jechałem solo, przejechane tydzień wcześniej 700km też pewnie swój wpływ miało. Oczywiście mogło być lepiej, nie uniknąłem kryzysów, dopiero w drugiej części trasy złapałem lepszy rytm. Za Wojsławicami już nie miałem wielkiego ciśnienia na wynik, więc nie pilnowałem specjalnie czasu postojów, w ten sposób niewątpliwie jedzie się dużo przyjemniej, można zjeść normalny posiłek, dać parę minut odpoczynku zmęczonym mięśniom, zamiast wcinać tylko słodycze i żele; choć oczywiście czasu więcej schodzi.
Organizacja maratonu bardzo przyzwoita, duży pakiet startowy, dużo jedzenia na punktach, smaczny obiad w Janowie, jedynie w Kazimierzu wpadka ze słabym punktem.
Kilka fotek
Dane wycieczki:
DST: 514.50 km AVS: 27.84 km/h
ALT: 2339 m MAX: 52.90 km/h
Temp:9.0 'C
Olsztyn dłuższą drogą
Do dłuższej całodobowej trasy szykowałem się już od jakiegoś czasu - i w końcu przyszedł czas na realizację ;). O 8.30 startuję bezpośrednio z Warszawy, pierwszy kawałek tradycyjnie marny, 30km przeprawy przez Warszawę, a jeszcze do tego 10km bonusowych - czyli remont DW 637 do Węgrowa powodujący korki na mijankach. Dopiero przed Stanisławowem zaczyna się normalna jazda. Od razu daje się odczuć wpływ mocnego 8-10m/s wiatru w plecy, wieje z zachodu, skręcając lekko na południe; utrzymanie 30km/h nie jest problemem. Pierwszy postój robię w Sokołowie po 100km, za tym miastem zaczyna się ciekawsza jazda, bardziej podlaskie klimaty, przyjemna droga Siemiatycze - Hajnówka, ze sporymi leśnymi odcinkami.
Do Hajnówki średnia to aż 31,5km/h, niestety cena za te 200km rumakowania była wysoka - kolejne ponad 400km musiałem jechać pod wiatr ;)). Za Hajnówką robi się bardzo cieniutko, bo wiatr, który wg prognoz miał się zmniejszać pod wieczór wcale nie miał takiego zamiaru, a za to skręcił bardziej na południe. Po 40km walki z wiatrem staję na postój obiadowy w lesie, następnie wizyta nad zalewem Siemianówka po której czekał mnie ciężki odcinek do Michałowa - tam robi się już ciemno i wiatr powoli nieco się zmniejsza. Już po ciemku zaliczam 5km odcinek szutru przed Kruszynianami i jadę wzdłuż białoruskiej granicy. Spokojne asfalty wysokiej jakości, na odcinku 50km ledwie kilka samochodów mnie minęło. W nocy przyjemna jazda, bo było bardzo jasno, cały czas świecił mocno księżyc blisko pełni, co też miało swoje odbicie w temperaturze. Wg prognoz miało najniżej spaść do 0 stopni, byłem przygotowany na niskie temperatury, niemniej okazało się, że pod tym kątem było ciężko, prawie 150km musiałem jechać na mrozie, spadającym do -4'C, do tego po terenach bez żadnych miejsc, gdzie można się ogrzać. Bocznymi drogami przez Puszczę Augustowską (sporo napotkanych zajęcy i saren) przebijam się do szosy na Ogrodniki, którą z Kotem parę razy jechaliśmy do Wilna oraz na Pierścieniu, powoli zaczyna już dnieć.
Okolice świtu bardzo przyjemne, pomimo niskiej temperatury - bo dzień robi się słoneczny, cała oszroniona okolica wygląda pięknie, do tego pojawia się coraz więcej jezior. Jadę chyba najciekawszym mazurskim asfaltem, czyli drogą Sejny - Gołdap, również znaną z Pierścienia. W porannym słońcu okolica prezentuje się jeszcze lepiej, liczne wzgórza z soczyście zieloną trawą robią wrażenie. Temperatura zaczyna wreszcie rosnąć, ale ciepło wcale nie jest, bo jadę pod zimny, nieprzyjemny wiatr. Nad ranem jeszcze niewiele przeszkadzał, ale wraz z upływem dnia zaczyna coraz mocniej dawać się we znaki. W puszczy Rominckiej staję na większy posiłek, na kolejnych kilometrach powoli coraz mocniej dają się odczuć dolegliwości tak długich tras - siedzenie boli, mięśnie coraz bardziej zmęczone, a jak to na Mazurach - górki są właściwie cały czas. Trasa do Węgorzewa urozmaicona akcją z dwójką wyjątkowych chamów jadących tirami, którzy postanowili mnie zmusić do jazdy ścieżką, którą nie jechałem bo co rusz pojawiały się na niej a to kamyczki, a to gałęzie, a to piach, a poprowadzona była tak fatalnie, że jadąc przy samej drodze zaliczała ze dwa razy więcej przewyższeń, a na drodze ruch był niewielki. Te ścieżki to prawdziwa zmora mazurskich szos, ostatnio pełno tego, a nie stanowią sensownej alternatywy dla szosy, bo co rusz przechodzą w szutry.
Za Węgorzewem zrobiłem długi, godzinny postój, co było wielkim błędem, źle obliczyłem czas, kawałek później złapałem gumę i wymieniałem już wytartą do oplotu oponą na zapasową. I w efekcie ostatnie ponad 100km musiałem zasuwać bardzo mocno, żeby się wyrobić na ostatni pociąg z Olsztyna, załatwiłem się tak samo głupio jak na zeszłorocznej trasie do Budapesztu. A trzymać to mocne tempo koło 25km/h z takim dystansem w nogach i przede wszystkim pod ten wiatr 5-6m/s było bardzo trudne. Za Reszlem łapie mnie ulewa, nie było już czasu na przebieranie się, więc trochę mnie przeczesało; ale wyszedłem na tym deszczu doskonale - bo wraz z ulewą zmienił się zupełnie wiatr, zaczął nawet leciutko wiać w plecy; bez tego nie dałbym już rady wyrobić się na pociąg.
Trasa bardzo wymagająca, dużo wiatru, niska temperatura, ogromny dystans, sporo górek na Mazurach. Ale widokowo było ekstra, dużo słońca, piękne krajobrazy wiosny budzącej się do życia, kapitalne chwile po świcie; jednym słowem - warto się było pomęczyć!
Zdjęcia
Do dłuższej całodobowej trasy szykowałem się już od jakiegoś czasu - i w końcu przyszedł czas na realizację ;). O 8.30 startuję bezpośrednio z Warszawy, pierwszy kawałek tradycyjnie marny, 30km przeprawy przez Warszawę, a jeszcze do tego 10km bonusowych - czyli remont DW 637 do Węgrowa powodujący korki na mijankach. Dopiero przed Stanisławowem zaczyna się normalna jazda. Od razu daje się odczuć wpływ mocnego 8-10m/s wiatru w plecy, wieje z zachodu, skręcając lekko na południe; utrzymanie 30km/h nie jest problemem. Pierwszy postój robię w Sokołowie po 100km, za tym miastem zaczyna się ciekawsza jazda, bardziej podlaskie klimaty, przyjemna droga Siemiatycze - Hajnówka, ze sporymi leśnymi odcinkami.
Do Hajnówki średnia to aż 31,5km/h, niestety cena za te 200km rumakowania była wysoka - kolejne ponad 400km musiałem jechać pod wiatr ;)). Za Hajnówką robi się bardzo cieniutko, bo wiatr, który wg prognoz miał się zmniejszać pod wieczór wcale nie miał takiego zamiaru, a za to skręcił bardziej na południe. Po 40km walki z wiatrem staję na postój obiadowy w lesie, następnie wizyta nad zalewem Siemianówka po której czekał mnie ciężki odcinek do Michałowa - tam robi się już ciemno i wiatr powoli nieco się zmniejsza. Już po ciemku zaliczam 5km odcinek szutru przed Kruszynianami i jadę wzdłuż białoruskiej granicy. Spokojne asfalty wysokiej jakości, na odcinku 50km ledwie kilka samochodów mnie minęło. W nocy przyjemna jazda, bo było bardzo jasno, cały czas świecił mocno księżyc blisko pełni, co też miało swoje odbicie w temperaturze. Wg prognoz miało najniżej spaść do 0 stopni, byłem przygotowany na niskie temperatury, niemniej okazało się, że pod tym kątem było ciężko, prawie 150km musiałem jechać na mrozie, spadającym do -4'C, do tego po terenach bez żadnych miejsc, gdzie można się ogrzać. Bocznymi drogami przez Puszczę Augustowską (sporo napotkanych zajęcy i saren) przebijam się do szosy na Ogrodniki, którą z Kotem parę razy jechaliśmy do Wilna oraz na Pierścieniu, powoli zaczyna już dnieć.
Okolice świtu bardzo przyjemne, pomimo niskiej temperatury - bo dzień robi się słoneczny, cała oszroniona okolica wygląda pięknie, do tego pojawia się coraz więcej jezior. Jadę chyba najciekawszym mazurskim asfaltem, czyli drogą Sejny - Gołdap, również znaną z Pierścienia. W porannym słońcu okolica prezentuje się jeszcze lepiej, liczne wzgórza z soczyście zieloną trawą robią wrażenie. Temperatura zaczyna wreszcie rosnąć, ale ciepło wcale nie jest, bo jadę pod zimny, nieprzyjemny wiatr. Nad ranem jeszcze niewiele przeszkadzał, ale wraz z upływem dnia zaczyna coraz mocniej dawać się we znaki. W puszczy Rominckiej staję na większy posiłek, na kolejnych kilometrach powoli coraz mocniej dają się odczuć dolegliwości tak długich tras - siedzenie boli, mięśnie coraz bardziej zmęczone, a jak to na Mazurach - górki są właściwie cały czas. Trasa do Węgorzewa urozmaicona akcją z dwójką wyjątkowych chamów jadących tirami, którzy postanowili mnie zmusić do jazdy ścieżką, którą nie jechałem bo co rusz pojawiały się na niej a to kamyczki, a to gałęzie, a to piach, a poprowadzona była tak fatalnie, że jadąc przy samej drodze zaliczała ze dwa razy więcej przewyższeń, a na drodze ruch był niewielki. Te ścieżki to prawdziwa zmora mazurskich szos, ostatnio pełno tego, a nie stanowią sensownej alternatywy dla szosy, bo co rusz przechodzą w szutry.
Za Węgorzewem zrobiłem długi, godzinny postój, co było wielkim błędem, źle obliczyłem czas, kawałek później złapałem gumę i wymieniałem już wytartą do oplotu oponą na zapasową. I w efekcie ostatnie ponad 100km musiałem zasuwać bardzo mocno, żeby się wyrobić na ostatni pociąg z Olsztyna, załatwiłem się tak samo głupio jak na zeszłorocznej trasie do Budapesztu. A trzymać to mocne tempo koło 25km/h z takim dystansem w nogach i przede wszystkim pod ten wiatr 5-6m/s było bardzo trudne. Za Reszlem łapie mnie ulewa, nie było już czasu na przebieranie się, więc trochę mnie przeczesało; ale wyszedłem na tym deszczu doskonale - bo wraz z ulewą zmienił się zupełnie wiatr, zaczął nawet leciutko wiać w plecy; bez tego nie dałbym już rady wyrobić się na pociąg.
Trasa bardzo wymagająca, dużo wiatru, niska temperatura, ogromny dystans, sporo górek na Mazurach. Ale widokowo było ekstra, dużo słońca, piękne krajobrazy wiosny budzącej się do życia, kapitalne chwile po świcie; jednym słowem - warto się było pomęczyć!
Zdjęcia
Dane wycieczki:
DST: 699.50 km AVS: 26.28 km/h
ALT: 3674 m MAX: 61.20 km/h
Temp:8.0 'C
Wiosna na Ukrainie i Słowacji - dzień 3
Rano szybko docieram do Iwano-Frankowa, ładnie położonego nad Jaworowym Stawem, krótki kawałek nową drogą do Korczowej (jedyne dwa kilometry dobrego asfaltu jakie miałem na Ukrainie :)). Za to droga do Gródka to już jest dramat, kratery jak po bombardowaniu, chwilami już nawet nieliczne samochody wyprzedzam, bo rowerem jestem w stanie sprawniej manewrować miedzy dziurami. W Gródku krótki postój na przebranie się, parę km za miastem wjeżdżam na drogę Lwów- Sambor. Ruch znacznie rośnie, ale asfaltowi daleko do jakości europejskiej, jak wiadomo Europa kończy się na Bugu :)). Do Samboru jazda nieprzyjemna, dużo ciężkich ciężarówek na drodze, które na tych dziurach hałasują niemiłosiernie, bo wszystko co w nich może to lata. Dopiero za Starym Samborem ruch zdecydowanie maleje i robi się całkiem przyjemne, kierowcy ciężarówek jednak wolą się nie zapuszczać wyżej w góry tą drogą ;). Spory kawałek jadę doliną Dniestru, nad rzeką robię też większy odpoczynek pod mostem kolejowym, słońce zaczyna prażyć już całkiem konkretnie, 27'C. Kilkanaście km za Starym Samborem zaczynają się większe podjazdy, okolica powoli zmienia charakter, pojawia się dużo bieszczadzkich połonin. Za Turką decyduję się jechać przez przełęcz Użocką i wjechać na Słowację wcześniej, przed Użgorodem zamiast jak pierwotnie planowałem, odbić do głównej drogi Lwów-Mukaczewo. Uznałem, że lepiej jechać po dziurach niż tłuc się drogą ( o której wcale nie było gwarancji, że będzie wiele lepsza) w huku ciężarówek.
Ale nie wiedziałem jeszcze na co się piszę - bo za Turką droga (której do optimum bardzo wiele brakowało) drastycznie się zepsuła i jazda na przełęcz Użocką zamieniła się w prawdziwą przeprawę po wszelkich typach nawierzchni - kraterach, szutrach, kamieniach, pozostałościach po spływających drogą potokach itd ;)). I to wszystko na karbonowej szosówce z bagażem, na oponach 25mm. Byłem na tej drodze 20 lat temu, jeszcze w liceum, na swojej pierwszej zagranicznej trasie rowerowej - wtedy droga była wiele lepsza, wyglądało to tak, jakby przez te 20 lat Ukraińcy nawet palcem nie kiwnęli, byłem w wielu krajach na rowerze, ale żaden się nawet nie zbliżał do poziomu ukraińskiego dziadostwa, drogowo to już poziom trzeciego świata. Sama droga ładna, pusto, wiele bieszczadzkich połonin dookoła, ale to jakość nawierzchni przykuwa 90% uwagi rowerzysty, na zjazdach cały czas trzeba jechać na hamulcach, ręce drętwieją od hamowania i ściskania kierownicy. Na samej przełęczy bramka kontrolna, gdzie sprawdzają paszport, dalej zaczyna się Zakarpacka Obłast i droga powraca do standardu sprzed Turki - czyli dziury cały czas, ale daje się już normalnie jechać. Na przejście graniczne dojeżdżam już po zmierzchu, na szczęście okazało się, że również i tu jest przejście piesze, więc bez większych kłopotów wjeżdżam na Słowację, gdzie od razu okazuje się, że jednak da się zrobić równą drogę, bo podróżując po Ukrainie można stracić tę wiarę ;)
Zdjęcia z wyjazdu
Rano szybko docieram do Iwano-Frankowa, ładnie położonego nad Jaworowym Stawem, krótki kawałek nową drogą do Korczowej (jedyne dwa kilometry dobrego asfaltu jakie miałem na Ukrainie :)). Za to droga do Gródka to już jest dramat, kratery jak po bombardowaniu, chwilami już nawet nieliczne samochody wyprzedzam, bo rowerem jestem w stanie sprawniej manewrować miedzy dziurami. W Gródku krótki postój na przebranie się, parę km za miastem wjeżdżam na drogę Lwów- Sambor. Ruch znacznie rośnie, ale asfaltowi daleko do jakości europejskiej, jak wiadomo Europa kończy się na Bugu :)). Do Samboru jazda nieprzyjemna, dużo ciężkich ciężarówek na drodze, które na tych dziurach hałasują niemiłosiernie, bo wszystko co w nich może to lata. Dopiero za Starym Samborem ruch zdecydowanie maleje i robi się całkiem przyjemne, kierowcy ciężarówek jednak wolą się nie zapuszczać wyżej w góry tą drogą ;). Spory kawałek jadę doliną Dniestru, nad rzeką robię też większy odpoczynek pod mostem kolejowym, słońce zaczyna prażyć już całkiem konkretnie, 27'C. Kilkanaście km za Starym Samborem zaczynają się większe podjazdy, okolica powoli zmienia charakter, pojawia się dużo bieszczadzkich połonin. Za Turką decyduję się jechać przez przełęcz Użocką i wjechać na Słowację wcześniej, przed Użgorodem zamiast jak pierwotnie planowałem, odbić do głównej drogi Lwów-Mukaczewo. Uznałem, że lepiej jechać po dziurach niż tłuc się drogą ( o której wcale nie było gwarancji, że będzie wiele lepsza) w huku ciężarówek.
Ale nie wiedziałem jeszcze na co się piszę - bo za Turką droga (której do optimum bardzo wiele brakowało) drastycznie się zepsuła i jazda na przełęcz Użocką zamieniła się w prawdziwą przeprawę po wszelkich typach nawierzchni - kraterach, szutrach, kamieniach, pozostałościach po spływających drogą potokach itd ;)). I to wszystko na karbonowej szosówce z bagażem, na oponach 25mm. Byłem na tej drodze 20 lat temu, jeszcze w liceum, na swojej pierwszej zagranicznej trasie rowerowej - wtedy droga była wiele lepsza, wyglądało to tak, jakby przez te 20 lat Ukraińcy nawet palcem nie kiwnęli, byłem w wielu krajach na rowerze, ale żaden się nawet nie zbliżał do poziomu ukraińskiego dziadostwa, drogowo to już poziom trzeciego świata. Sama droga ładna, pusto, wiele bieszczadzkich połonin dookoła, ale to jakość nawierzchni przykuwa 90% uwagi rowerzysty, na zjazdach cały czas trzeba jechać na hamulcach, ręce drętwieją od hamowania i ściskania kierownicy. Na samej przełęczy bramka kontrolna, gdzie sprawdzają paszport, dalej zaczyna się Zakarpacka Obłast i droga powraca do standardu sprzed Turki - czyli dziury cały czas, ale daje się już normalnie jechać. Na przejście graniczne dojeżdżam już po zmierzchu, na szczęście okazało się, że również i tu jest przejście piesze, więc bez większych kłopotów wjeżdżam na Słowację, gdzie od razu okazuje się, że jednak da się zrobić równą drogę, bo podróżując po Ukrainie można stracić tę wiarę ;)
Zdjęcia z wyjazdu
Dane wycieczki:
DST: 211.60 km AVS: 22.43 km/h
ALT: 1569 m MAX: 51.30 km/h
Temp:20.0 'C
Wiosna na Ukrainie i Słowacji - dzień 2
W nocy było -2'C, rano wszystko oszronione, gdy ruszam temperatura ledwo przekracza zero, ale szybko rośnie, bo jest równie słonecznie jak wczoraj. Na dzisiejszą trasę umówiłem się z Kviato, spotykamy się na moście na Wieprzu koło Nielisza. Razem ruszamy w stronę granicy ukraińskiej, ale od razu widać, że dziś takiej sielanki jak wczoraj nie będzie - bo tym razem wiatr jest przeciwny. W Zamościu robimy zakupy, odwiedzamy przepiękny rynek (o wczesnej godzinie jeszcze bez bud z jedzeniem i pamiątkami) - i ruszamy na wschód. Wiatr dał nam sporo popalić, bo tereny w rejonie Tyszowiec obfitują w długie proste po odkrytym terenie. Temperatura już całkiem znośna, ale wiatr zimny i nieprzyjemny. Za Tyszowcami kuriozalny wypadek z mojej winy, Kviato stał trochę przede mną na jezdni, ja natomiast jechałem wpatrzony w GPS i przywaliłem równo w jego rower. Obaj się wywróciliśmy bo prędkość była pod 20km/h, ale na szczęście nic poważniejszego się ani nam, ani rowerom nie stało, jedyna strata to pęknięta szprycha w kole Kviato, ale dało się z tym dalej jechać. Tak więc z GPS na pewno warto uważać :)). Końcówka do Dołhobyczowa to wredna walka z wiatrem na prostych, na granicę docieramy przed 14. Tutaj żegnam się z Kviato, który rowerem wraca do siebie (tego dnia wyszło mu ponad 200km) - dzięki za spotkanie i towarzystwo na trasie!
Wjeżdżam na Ukrainę, przejście w Dołhobyczowie wygodne, bo piesze, więc nie ma problemów z rowerami. Początek za Uhrynowem jeszcze od biedy w normie, ale gdy wjeżdżam na główniejszą do Czerwonogradu dziur znacznie przybywa. Wiatr się nieco uspokoił, więc jedzie się całkiem OK, tyle że boli siedzenie, bo dziury są wszechobecne. W Żółkwi fragment po masakrycznym szutrze, po czym na ładnym rynku staję na odpoczynek, również przykuwając uwagę menela liczącego na dwie hrywny ;). Dwa tygodnie temu razem z Żubrem również tu robiliśmy postój, ale wtedy było zimno i nieprzyjemnie, teraz bez problemu można siedzieć w krótkich spodenkach! Końcówka dnia to jazda fatalną drogą za Żółkwią, choć tereny ładne (rejon Jaworowskiego Parku Narodowego), wioseczki mocno zapyziałe, ale dzięki temu trzymające swój klimat. Nocuję w lesie na szczycie niewielkiego podjazdu.
Zdjęcia z wyjazdu
W nocy było -2'C, rano wszystko oszronione, gdy ruszam temperatura ledwo przekracza zero, ale szybko rośnie, bo jest równie słonecznie jak wczoraj. Na dzisiejszą trasę umówiłem się z Kviato, spotykamy się na moście na Wieprzu koło Nielisza. Razem ruszamy w stronę granicy ukraińskiej, ale od razu widać, że dziś takiej sielanki jak wczoraj nie będzie - bo tym razem wiatr jest przeciwny. W Zamościu robimy zakupy, odwiedzamy przepiękny rynek (o wczesnej godzinie jeszcze bez bud z jedzeniem i pamiątkami) - i ruszamy na wschód. Wiatr dał nam sporo popalić, bo tereny w rejonie Tyszowiec obfitują w długie proste po odkrytym terenie. Temperatura już całkiem znośna, ale wiatr zimny i nieprzyjemny. Za Tyszowcami kuriozalny wypadek z mojej winy, Kviato stał trochę przede mną na jezdni, ja natomiast jechałem wpatrzony w GPS i przywaliłem równo w jego rower. Obaj się wywróciliśmy bo prędkość była pod 20km/h, ale na szczęście nic poważniejszego się ani nam, ani rowerom nie stało, jedyna strata to pęknięta szprycha w kole Kviato, ale dało się z tym dalej jechać. Tak więc z GPS na pewno warto uważać :)). Końcówka do Dołhobyczowa to wredna walka z wiatrem na prostych, na granicę docieramy przed 14. Tutaj żegnam się z Kviato, który rowerem wraca do siebie (tego dnia wyszło mu ponad 200km) - dzięki za spotkanie i towarzystwo na trasie!
Wjeżdżam na Ukrainę, przejście w Dołhobyczowie wygodne, bo piesze, więc nie ma problemów z rowerami. Początek za Uhrynowem jeszcze od biedy w normie, ale gdy wjeżdżam na główniejszą do Czerwonogradu dziur znacznie przybywa. Wiatr się nieco uspokoił, więc jedzie się całkiem OK, tyle że boli siedzenie, bo dziury są wszechobecne. W Żółkwi fragment po masakrycznym szutrze, po czym na ładnym rynku staję na odpoczynek, również przykuwając uwagę menela liczącego na dwie hrywny ;). Dwa tygodnie temu razem z Żubrem również tu robiliśmy postój, ale wtedy było zimno i nieprzyjemnie, teraz bez problemu można siedzieć w krótkich spodenkach! Końcówka dnia to jazda fatalną drogą za Żółkwią, choć tereny ładne (rejon Jaworowskiego Parku Narodowego), wioseczki mocno zapyziałe, ale dzięki temu trzymające swój klimat. Nocuję w lesie na szczycie niewielkiego podjazdu.
Zdjęcia z wyjazdu
Dane wycieczki:
DST: 203.00 km AVS: 23.07 km/h
ALT: 912 m MAX: 39.20 km/h
Temp:14.0 'C