Wpisy archiwalne w kategorii
>500km
Dystans całkowity: | 52168.87 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
Czas w ruchu: | 2046:42 |
Średnia prędkość: | 24.75 km/h |
Maksymalna prędkość: | 79.00 km/h |
Suma podjazdów: | 373913 m |
Suma kalorii: | 235098 kcal |
Liczba aktywności: | 76 |
Średnio na aktywność: | 686.43 km i 27h 17m |
Więcej statystyk |
Sobota, 20 maja 2023Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2023, Ultramaraton
Race Through Poland 2023 na pełnym spontanie
Race Through Poland przez 4 pierwsze edycje zdobył sobie bardzo dobrą renomę wśród polskich imprez ultra, więc bez zastanawiania się zapisałem się również na 5 edycję. To jeden z najtrudniejszych wyścigów ultra w Polsce, impreza wzorowana na największym europejskim wyścigu Transcontinental Race. Podobnie jak na TCR zawodnicy muszą zaliczyć 4 obowiązkowe punkty kontrolne na których są obowiązkowe segmenty (+ segment startowy i finiszowy), a pomiędzy nimi trasę każdy planuje samodzielnie. Z tym, że na RTP obowiązuje zakaz używania dróg krajowych (poza odcinkami łącznikowymi długości 1km (Polska i Czechy) lub 2km (Słowacja). I to ograniczenie jest tu kluczowe, bo to znacznie podnosi poprzeczkę trudności planowania trasy, powoduje, że ten element ma znaczący wpływ na wynik w wyścigu.

W tym roku start RTP był bardzo nietypowy - raz, że z wysoko położonego schroniska Przysłop pod Baranią Górą (dobrze znanego uczestnikom Wisły 1200), a dwa - start był popołudniowy, o godzinie 16.30. Dojeżdżam dzień wcześniej, już w pociągu spotykam innych zawodników z Warszawy jadących na RTP - Krzyśka Sienkiewicza i Jędrka Gąsiorowskiego, tak więc podróż szybko schodzi na rozmowach o wyścigu. My z Jędrkiem w Pszczynie przesiadamy się na pociąg do Wisły, Krzysiek jedzie do Bielska i dalej koło 50km na kołach. Pociąg do Wisły mało komfortowy, miejsca mało, większą część podróży musieliśmy stać; ale to był pryszcz przy dojeździe na kwaterę. Bo już na pierwszym podjeździe okazuje się, że zaczyna mi mocno strzelać w napędzie, a specjalnie niedługo przed imprezą wymieniałem łożyska w suporcie. Na kwaterze próbowałem z tym coś zrobić, zdjąłem korbę, poprawiałem blaszki kryjące łożyska, smarowałem to, ale niestety bez żadnych sukcesów, co mocno zepsuło mi humor; jazda bardzo górskiego maratonu z mocno trzeszczącym suportem słabo mi się widziała, tak więc już przed startem udało mi się osiągnąć pierwszy szczebel na drabinie wkurzenia ;))
Ale że wyjścia żadnego nie miałem - trzeba było z tym jechać. Noc taka sobie, chciałem pospać na zapas do jakiejś 10-11, ale niewiele z tego wyszło, dlatego nie lubię popołudniowych czy wieczornych startów, zdecydowanie wolę już ruszać wściekle wcześnie, jak na zeszłorocznym RTP, gdy start z Krakowa był o 5 rano. Bo przy popołudniowym starcie wiele dłużej niż przy porannym i tak się nie pośpi, jednym słowem więcej godzin bez snu mamy na starcie. Kwaterę miałem kawałek od schroniska, więc zaliczam dłuższy podjazd pod Przysłop, w schronisku załatwiam wszystkie sprawy formalne, odbieram pakiet i czapeczkę, daję rower do kontroli. Ponad setka zawodników powoduje, że na starcie aż roi się od rowerów, spotykam wielu znajomych z tras ultra, więc oczekiwanie na start przechodzi w bardzo przyjemnej atmosferze. Trochę ten nastrój zepsuł deszcz, który spadł tuż przed startem, ale na szczęście na samym starcie już nie padało, choć droga była mokra. A miało to znaczenie, bo pierwsze parę km to jest zjazd pokonywany wielkim peletonem, dopiero na jego końcu był start ostry. Bardzo więc uważałem, na szczęście obeszło się bez wypadków.
Na Lysą Horę
Pierwsze kilometry trasy od razu pokazują jak wymagający jest segment startowy, szybko pojawiają się nachylenia powyżej 15%, bo to rejon Koniakowa, gdzie aż się roi od potężnych nachyleń.

(fot. Bite of Me)
Po jakiś 10km spotykam Maćka Kordasa, który właśnie przebił oponę na tubelessie, który to system mi tak zachwalał krótko przed startem ;)). Generalnie cały pierwszy segment jedzie się w bliskim towarzystwie innych zawodników - zawsze widać kogoś albo z przodu, albo z tyłu. Segment miał ledwo coś koło 35km, ale dał w kość zdrowo. Zresztą zaraz po jego zakończeniu na granicy z Czechami rozpoczyna się segment na CP1, więc tu również wszyscy zawodnicy mają wspólną trasę. Niestety zaczęła mi szwankować przednia (elektryczna) przerzutka, zmieniało się te biegi na tyle słabo, że musiałem się wziąć za naprawę, przeżyłem też krótką chwilę grozy, gdy nie mogłem znaleźć kluczy imbusowych, bo już się bałem, że jakimś cudem udało mi się je zgubić. Straciłem na tę awarię w sumie z 20min, ale udało mi się ustawić ją poprawnie i już do końca imprezy działała bez zarzutu, nie był to problem z elektroniką, po prostu przerzutka się mechanicznie przesunęła na śrubie i trzeba ją było od nowa wyregulować. Niemniej taka akcja na początku wyścigu irytująca, bo wielu zawodników mnie w tym czasie minęło.
Pierwszy segment był ulokowany na kultowym czeskim podjeździe, czyli Lysej Horze, na którym jeszcze nigdy nie byłem. Ale oprócz Lysej Hory były jeszcze dwa długie podjazdy + kilka mniejszych, co w całości (licząc z segmentem startowym) dawało potężne przewyższenie ok. 3000m na zaledwie 100km, jednym słowem ta pierwsza setka to była prawdziwa rzeźnia. Do tego były tutaj odcinki szutrowe, zarówno na podjazdach jak i zjazdach, sumarycznie pewnie pod 10km się tego uzbierało; na szczęście odbyło się bez gum, ale jazda po takich drogach na oponach 25mm była daleka od komfortu. Zmierzch łapie mnie po tym szutrowym kawałku, gdy zaczynam podjazd na Lysą Horę, widzę lampki zjeżdżających w dół zawodników z czołówki, to znaczy, ze już ponad godzinę przynajmniej urwali. Góra bardzo wymagająca, dłuższe odcinki po 13-14% i aż koło 700m w pionie, więc jechałem to już na bardzo miękkich nogach, nie tyle sama Lysa Hora tak mi dała popalić, co kumulacja tych 3000m na tak krótkim odcinku.
Na CP1 dojechałem trochę przed 23, więc ta setka zabrała mi ponad 6h (w tym ze 20min na awarię). Mocno zaskoczył mnie fakt, że przede mną dojechało aż ponad 60 zawodników na 86, którzy wystartowali, wiec można powiedzieć, że trzymałem tyły. Trochę to było zadziwiające, bo wcale nie czułem, że słabo jadę, moc znormalizowaną miałem w okolicach 180W, co jak na mnie jest dobrym parametrem. Ale też miałem na tyle doświadczenia, by wiedzieć, że nie opłaca się szarżować powyżej własnych możliwości na samym początku, na każdej imprezie tego typu roi się od "mistrzów pierwszych 300km" i dopiero po pierwszej nocy z grubsza widać na co kogo stać.
W Karkonosze
Po krótkim odpoczynku na punkcie ruszam w dół, teraz czekał mnie zasłużony dłuższy odcinek w miarę płaskiego terenu. Wybrałem wariant przez Ostravę, w mieście nieźle wkurzył mnie koleś na rowerze z silnikiem spalinowym; niepojęte jest dla mnie jak można na takim potworku chcieć jeździć, hałas to generuje potworny, a gość chyba złośliwie siedział mi na ogonie dobre 5-7km. Do Polski wjeżdżam w rejonie Raciborza, choć samo miasto omijam. Na tym kawałku spotykam dobrze znanego z RTP Krzyśka Wolańskiego (również weterana legendarnej edycji "Weather to Scratch"), chwilę pogadaliśmy, ale Krzysiek mocno narzekał, że słabo mu się jedzie, z tego co pamiętam przeforsował się dość mocnymi treningami przed wyścigiem, coś tam ponaciągał i teraz zaczynały go męczyć kontuzje, jak się okazało później na tyle poważne, ze Krzysiek musiał się wycofać. Ja na szczęście wręcz przeciwnie - czułem się bardzo przyzwoicie, jechałem swoje, widziałem też na monitoringu, że powoli zaczynam się przesuwać do przodu, bo wiele osób zaczynało płacić cenę za ostre rumakowanie po górach na pierwszych 100km. Świta kawałek za Głuchołazami, na zasłużony postój staję po ponad 300km na Orlenie w Nysie. Dzień robi się piękny, za Ząbkowicami Śląskimi jest już wręcz gorąco.
Procentuje mój wariant trasy, jadę bardziej na północ omijając sporo wzniesień z którymi zmagają się inni zawodnicy. Ale koło 400km w nogach powoli zaczyna się kończyć Wersal, zmęczenie coraz większe, a na horyzoncie wyrasta potężny masyw Karkonoszy na który zaraz będę się musiał wspinać. Na stacji w rejonie Mysłakowic robię popas przed górami, zaraz czeka mnie najtrudniejszy segment RTP - 79km i aż 2700m w pionie, ale to dopiero pestka przy informacji co "robi" te 2700m w górę - dwa legendarne dzięki swojemu nachyleniu podjazdy - uznawana za najtrudniejszą górę w Polsce przełęcz Karkonoska i najcięższy podjazd Czech, czyli Modre Sedlo. Do tego gdy ruszam zupełnie się zepsuła pogoda - zaczyna padać, a co dużo gorsze nad Karkonoszami pojawiają się sine chmury; jednym słowem pogoda-marzenie do jazdy na wyższych wysokościach ;). Początkowo popaduje umiarkowanie, chwilami nawet przestaje, ale gdy zaczynam podjazd na Karkonoską (1200m) rozkręca się coraz mocniej. Gdy kończę pierwszą łatwiejszą część podjazdu na wysokości 800m zaczyna się już regularna burza - leje jak z cebra, a do tego co chwilę widać błyskawice.

Była tu wygodna wiata, więc postanowiłem chwilę poczekać czy burza nie przejdzie, bo wjeżdżanie powyżej granicy lasu na dość odkryty rejon przełęczy przy walących piorunach niespecjalnie mi się uśmiechało. Chwilę po mnie dojechała Ede Harrison, zawodniczka z Wielkiej Brytanii i jeszcze jeden zawodnik bodajże z Holandii. Posiedzieliśmy parę minut, ale że burza nie wyglądała na taką co szybko przejdzie - razem z Ede w akompaniamencie gromów (takie atrakcje to tylko na ultra!) ruszamy do góry, Holender jeszcze został.
Za wiatą zaczyna się już rzeźnia z której słynie Karkonoska, ściany powyżej 20% i to wszystko w lejącym na potęgę deszczu. Ale że podprowadzać rower to nie honor - zaciąłem się i wjechałem całość bez pchania, suport trzeszczy już na potęgę, słychać go dobre 50m przed i za mną, na szczęście poza tym nic z napędem się nie dzieje; niemniej od tych trzasków wątroba cały czas rośnie. Przed przełęczą burza przechodzi, kawałek przed szczytem doganiam prowadzących w kategorii par Niemców Roberta Huke i Hannesa Grubnera, z którymi na tym maratonie będę się jeszcze nieraz mijać. Niemcy pojechali w dół, ja jeszcze trochę czasu na przebieranie się straciłem - i ruszam na długi i elegancki zjazd na czeską stronę Karkonoszy. Dojazd do podnóży Morskiego Sedla bynajmniej nie był płaski, na tym kawałku trzeba było zaliczyć wiele krótszych ścianek, które skutecznie wysysały siły. Dojazd do Pecu pod Śnieżką w drugiej części prowadził leśnymi drogami dość słabej jakości, ale pod górę to wiele nie przeszkadza, po wyjechaniu nad poziom lasu na wysokości ok. 1100m otwiera się elegancki widok na główny masyw Karkonoszy, z dobrze widoczną Śnieżką, na tym kawałku mijam się z litewską zawodniczką, rudowłosą Viktorią Tomasevicienie, prowadzącą wówczas wśród kobiet; walczyła dzielnie, ale było widać, ze już jest zdrowo ujechana. Do Pecu wymagający, bardzo mocno nachylony zjazd po wąziutkiej i krętej drodze, na hamulcach obręczowych takie odcinki nie należą do przyjemności, by być w stanie zahamować trzeba cały czas jechać w dolnym chwycie i mocno cisnąć klamki, przez co oczywiście solidnie obrywają dłonie.
W Pecu robię popas na trawie zbierając siły przed Modrym Sedlem, gdy jadłem swoje zapasy minęła mnie Ede, a z góry zjechali Olo Pachulski i Paweł Miłkowski, którzy po zaliczeniu CP2 planowali (jak wiele osób) nocleg w Pecu. Modre Sedlo kiedyś już wjeżdżałem, więc wiedziałem co mnie czeka, myślę, że to jeszcze cięższy podjazd niż Karkonoska, bo dłuższe są tam odcinki wielkiego nachylenia, do tego była to kolejna góra z rzędu, na sam koniec tego rzeźnickiego segmentu. Na najcięższym odcinku dogoniłem Ede, która już wpychała, jak mi powiedziała - rozpoznawała mnie doskonale już z daleka po moim suporcie :)). Podjazd wyciął mnie strasznie, ale dałem radę wciągnąć bez pchania, choć z paroma zatrzymaniami; końcówka magiczna - już późna faza zmierzchu i przejazd przez śniegowe tunele w rejonie przełęczy (1505m).

Z przełęczy ostry zjazd - i melduję się w schronisku Loucni Bouda, gdzie mieści się drugi Punkt Kontrolny wyścigu. Okazało się, że tutaj mam już 20 miejsce, więc jadąc cały czas bardzo równo nadrobiłem aż ponad 40 pozycji w stosunku do wielu zawodników, którzy przeszarżowali na pierwszym segmencie; dobrze zaplanowana trasa z CP1 też swoje zrobiła.
Na Słowację
Niestety dużym minusem było to, że dojechałem już po zamknięciu schroniskowej kuchni, więc nic zjeść się nie dało; jedynie chwilę odzipnąłem i krótko po tym jak dotarł Kamil Kamyczek ruszyłem w dół. Zjeżdżałem ostrożnie, bo droga z Modrego Sedla jest bardzo wredna - wąska, z dziurawymi odcinkami, do tego jest na niej ileś przepustów na których łatwo można złapać gumę. Do Pecu docieram z dużą ulgą i mocno nawalającymi dłońmi, bo na tak ostrym zjeździe trzeba było cały czas mocno cisnąć hamulce. Po zaliczeniu tego morderczego segmentu ogarnia mnie wielka fala entuzjazmu i na pełnym spontanie postanowiłem jechać drugą noc z rzędu. Nie lubię za wiele planować na takich imprezach, wolę raczej słuchać własnego serca, własnego organizmu, czasem się na tym wygra, czasem przegra - ale dzięki można poczuć tę wielką frajdę jaką odczuwają ludzie, którzy poszli za instynktem zamiast za cyferkami i chłodnymi kalkulacjami.
Pierwsza część nocy idzie bardzo sprawnie, pomimo solidnej ilości górek trzymam sensowne tempo, do tego wysoka motywacja, bo minąłem sporo osób, które zdecydowały się spać w Pecu, nad ranem byłem już w okolicach pierwszej "10". Ale to oczywiście było mocno na kredyt, bo osoby, które wyprzedziłem spały w nocy, a ja miałem drugą nockę z rzędu na siodle. Do tego nie zjadłem normalnego obiadu wieczorem, jechałem tylko na słodyczach, których już miałem resztki i które coraz oporniej mi wchodziły. I nad ranem zacząłem płacić za to cenę, na nogach byłem już koło 48h,a to granica powyżej której zaczyna się już solidne zamulanie; do tego żołądek coraz bardziej zaczynał szwankować, już mnie nawet na wymoioty zaczynało brać. Koło 6 rano kryzys senny dopada mnie z coraz większą siłą, zaczynają się coraz częstsze postoje, jak wstawałem z przystanku to z wielką prędkością przemknął Martin Haubold, kawałek za nim Jakub Tomasik, ciekawy bo bardzo młody zawodnik jeszcze poniżej 20 lat; jak na swoje pierwsze duże ultra doskonale jadący; i jak to często młodzi ludzie trochę narwany i nie do końca ogarniający reguły samowystarczalności ;). W Moravskiej Trebovie wreszcie znajduję otwarty sklep z normalnym jedzeniem, co nieco pomogło na nawalający żołądek, ale senność jest już porażająca. Dwa razy próbowałem drzemek, ale pomimo dobrych warunków (już się ciepło zrobiło) nie byłem w stanie zasnąć, straciłem na te próby blisko godzinę. Ale nawet leżenie bez spania coś tam krzepi, więc jakoś tam się turlałem dalej, ale tempo i morale już sporo niższe niż na początku nocy.

(fot. Bite of Me)
Czechy trochę mnie zaskoczyły dość słabymi asfaltami, tak 15-20 lat temu Czesi mieli sporo lepsze drogi niż w Polsce, obecnie to powiedziałbym, że z polskimi przegrywają; albo po prostu takiego miałem pecha na trasie którą jechałem. Ale i na mniejszych i na większych drogach było sporo odcinków, gdzie prawa część pas była solidnie dziurawa lub z licznymi przełomami; dość skutecznie wybijało to z tempa, utrudniając znacznie jazdę na lemondce. Do tego spory ruch, bo jechałem przez ileś większych miejscowości jak Prościejów, Kromeryż itd. Za Kromeryżem kolejna próba drzemki, po czym wjechałem na długą drogę rowerową wzdłuż Moravy, niby fajna do jazdy, bo asfalt i bez ruchu, ale w drugiej części jazda tym zrobiła się już upierdliwa, bo były przewężenia w rejonie śluz.W Uherskim Hradiszczu jest już upalnie, robię popas na stacji benzynowej, kawałek dalej orientuję się, że zgubiłem fajną i drogą tylną lampkę przypiętą do torby podsiodłowej, miałem oczywiście zapasową (bo tego wymaga regulamin RTP), ale żeby się wylajtować to nie brałem do niej baterii - więc musiałem specjalnie po to zjechać do sklepu i je kupić; to tak w kontekście kretyńskich oszczędności wagowych :)).
Za Uherskim Brodem zaczynają się podjazdy w stronę słowackiej granicy, jedzie się fatalnie, bo podjazd jest na zupełnie odkrytym terenie, a słońce pali już ostro; niby to nie była wielka góra, ale dało mi popalić niewąsko. Po stronie słowackiej upał powoli przechodzi, a gdy dojeżdżam do doliny Wagu to mam już zupełnie inne problemy, bo na horyzoncie pojawiają się sine chmury nadchodzącej burzy, do tego ok. 15km po drogach rowerowych wzdłuż Wagu musiałem jechać pod coraz silniejszy wiatr, jaki prawie zawsze poprzedza burzę. Ale jakimś dzikim fartem udało mi sie uniknąć głównego uderzenia burzy, tylko troche pokapało; w dobrym momecie wypadł mi postój na stacji. Za Trencinem dość wredny objazd by uniknąć krajówki - trzeba było zaliczyć ciężki szutrowy podjazd ze świeżo rozmiękniętą drogą (tamtędy poszła burza, której uniknąłem). Ten odcinek był wredny nawigacyjnie, bo trzeba było mocno lawirować trasą by uniknąć krajówek, a wtedy zawsze łatwo o wpadkę i ja taką też zanotowałem, już pod samym Partizanskie, gdzie miałem nocleg. Wjazd do miasta miałem jakimiś trawiastymi ścieżkami w rejonie polowego lotniska, jeszcze był i błotnisty odcinek na którym usmarowałem mocno rower; tutaj dało się to lepiej zaplanować, ze 20-30min straciłem na tym kawałku. W centrum miasta robię zakupy i jadę do hotelu, tam znowu czas straciłem, bo hotel zamknięty na głucho, musiałem wydzwaniać na telefon zanim ktoś przyszedł i mnie wpuścił; ale porządna regeneracja była mi w tym momencie niezbędna, bo nie spałem już koło 60h. W hotelu notuję kolejną wtopę - okazuje się, że wyrobiło się złącze w ładowarce do ogniw do lampki; tak więc nie byłem ich w stanie naładować; na szczęście miałem je z pewną górką.
Statystyki pierwszego i drugiego dnia:
Dystans - 909,7km
Średnia prędkość - 20,8km/h
Suma podjazdów - 11 219m
Na Polanę
Pospałem 3h, na cały postój oczywiście zeszło się sporo więcej, ok. 2 w nocy wracam na trasę. Na dzień dobry idzie podjazd na drodze do Żarnovicy, wjeżdża się na poziom ok. 600m, zjazd słabiutki, długo ciągnące się remonty i sporo dziurawych nawierzchni, nocą jechało się tamtędy do niczego. Za Żarnovicą był kawałek bardzo trudny nawigacyjnie, tu liczyłem się z tym, ze moja trasa będzie po szutrach no i tak rzeczywiście było. Tyle że to wcale nie były gładkie szuterki, a droga klasy "ch..., d... i kamieni kupa" ;))

A dopiero świtać zaczynało, więc jeszcze po ciemku po takich drogach trzeba było mocno rzeźbić na szosówce po solidnych kamulcach. Ale to był rejon, gdzie prawie wszyscy zawodnicy mieli takie problemy i musieli omijać krajówkę szutrami, a jeszcze sporo gorzej mieli ludzie którzy do Zvolenia czy Banskej Bystrzycy dojeżdżali od północy lub zachodu. Niemniej po wyścigu dowiedziałem się, że była tam możliwość ominięcia tego kawałka, ale to ledwie paru osobom udało się znaleźć dobry objazd tego wrednego szutrowego kawałka.
Po tym kamienistym kawałku, jeszcze się turlałem spory odcinek po rozmiękniętej łące, tam z kolei błoto kilka razy zapychało mi hamulce, więc kilka razy musiałem je przepychać kluczami imbusowymi i znalezionym patykiem. W sumie tych terenowych rewelacji to było może parę km, ale kosztowało to sporo czasu. Do Zvolenia docieram przed 7, Mac na którego liczyłem był jeszcze zamknięty, wiec robię postój na stacji. Za Zvoleniem kieruję się w stronę gór, jakieś 30km za miastem zaczyna się segment prowadzący na trzeci Punkt Kontrolny. Segment w sporej części urokliwy (pomogła też słoneczna pogoda), wąskie leśne asfalty, ruch minimalny, a w górnej części praktycznie zerowy i niemal brak zabudowań. Kilka razy otwierały się szerokie widoki na zielone hale, jednym słowem miał ten segment wiele klimatu, taki rejon gdzie diabeł mówi dobranoc. Ceną tego było kilka odcinków o chamskiej nawierzchni, jak to z rosyjskiego nazywam "bywszego asfaltu", a prawdziwą wisienką na torcie był ostro nachylony zjazd po nierównych płytach betonowych, z parę kilometrów tego jak pamiętam było - i przez cały odcinek co 3m łup kołami na łączeniu płyt; że ja tu na swoich oponach 25mm gumy nie złapałem to na prawdziwy cud zakrawało ;). Dłonie bardzo mocno obrywały na takich kawałkach, ze dwa razy musiałem stanąć bo prostu na tyle traciłem siłę w dłoniach, ze nie byłem w stanie skutecznie hamować. W tym rejonie ponownie spotykam się z prowadzącymi w kategorii par Niemcami, którzy mnie tu wyprzedzali, później ja ich dogoniłem gdy stawali w sklepie itd. Finałowy podjazd segmentu prowadzi na Polanę - dawny wulkan na którym obecnie ulokowany jest hotel górski. Podjazd zdecydowanie najtrudniejszy na całym segmencie, dobre 750m w pionie i długie odcinki koło 10-12%, do tego na długich odcinkach nawierzchnia jak po bombardowaniu. Na szczyt docieram trochę po Niemcach, hotel choć dość monumentalny to lata świetności ma już dawno za sobą, liczyłem, że zjem tu może jakiś obiad, ale kuchni w ogóle nie było, jedynie kiepściutko wyposażony sklepik ze słodyczami; ale swój klimacik to miejsce bez wątpienia miało. Miałem tu sporo szczęścia do pogody, bo już było widać, że idzie burza, podobnie jak wczoraj dzień był gorący, a po południu niebo zachodziło chmurami i zaczęło lać; ludzi jadących koło 1-2h za mną burza dopadła w rejonie Polany, na dużej wysokości i ten wredny zjazd musieli jechać na mokro.
Komedia pomyłek
Zjeżdżam z duszą na ramieniu, by nie wpaść w te wielkie leje po bombach, na pierwszym podjeździe za Hrinovą kolejny raz doganiają mnie któżby inny jak nie Niemcy, co już przyznam zaczynało mnie wnerwiać. Kawałek pojechałem z grubsza ich tempem, ale troszkę za mocno jechali by był sens tak się napinać, z rozmowy dowiedziałem się, ze cisną mocno, bo chcą złamać 4 doby na mecie, co wydawało mi się mocno nierealne. Przy czym jeden z Niemców miał kapitalny sposób jazdy po górach - jechał tylko na blacie (i to bynajmniej nie najlżejszym przełożeniu z tyłu), praktycznie cały podjazd na stojąco z nieziemsko niską kadencją. Wydawać by się mogło, że to bezsensowny sposób jeżdżenia - ale jak widać to tylko kwestia czysto indywidualna, są kolarze którzy zdecydowanie wolą przepychać niż młynkować z wysoką kadencją. Po kilku solidniejszych górkach dojeżdżam do większej miejscowości Hnusta, gdzie miałem w planach zjeść wreszcie normalny obiad; ale nie mogłem namierzyć sensownego lokalu i w końcu (znowu na spontanie!) uznałem, że nie będę czasu tracić na szukanie knajpy i pojadę do położonej za 50km Revucy. I była to kluczowa na tym maratonie pomyłka; pomyłka przez którą wkręciłem się w prawdziwą komedię pomyłek ;)).
Bo kawałek za Hnustą zaczęło lać i nie była to bynajmniej mżaweczka, a wielogodzinna ściana deszczu. Na jednym z podjazdów orientuję się, że przestaje mi działać wysokościomierz w Garminie, który zalała wodą, co mnie nieziemsko wnerwiło. O ile wszelakie załamania pogody niewiele mnie ruszają, to na awarie elektroniki reaguję jak 15-latki na trądzik ;)). I to bynajmniej nie na awarię nawigacji, bo to mnie wiele nie rusza, ileś lat jeździłem z papierowymi mapami, swego czasu całą Grecję przejechałem na mapie 1:800tys. Natomiast nic mnie tak nie wyprowadza z równowagi jak awarie samego licznika; to jest dla mnie niepojęte jak przez 20 lat nie można tego poprawnie rozwiązać, ten problem miały pierwsze liczniki z wysokościomierzem na rynku (jak Cateye), ma i najnowszy Garmin za ponad 3000zł, przy czym w modelu 1040 gniazdo wysokościomierza jest po prostu fatalnie rozwiązane, klapka mająca zabezpieczać gniazdo USB ma otwór, przez co woda nie tylko się tam dostaje, ale i stoi, więc wysokościomierz pada nawet na niewielkim deszczu. Z pół godziny poleciało na próby rozwiązania tego problemu, ale w końcu musiałem się poddać. Za to był jakiś mały bonus, bo wkurzyłem się na tyle, ze senność odeszła i znalazłem w sobie siły na mocniejsze ciśnięcie, bo na mnie (pomimo wielu prób) pozytywna motywacja niestety nie działa. Jestem w tym względzie prawdziwym Polakiem, z tych co to w wyborach zawsze głosują "przeciwko", a nie "za"; i im bardziej wkurzony tym mocniejszy, żadne tam psychologiczne nowinki ze zniewieściałego Zachodu nie wchodzą w grę. Zresztą nawet i na Zachodzie najbardziej ikoniczną postacią popkultury jest Darth Vader stojący po Ciemnej Stronie Mocy :)).
Dlatego przewalczyłem zamulenie senne i do Revucy twardo jechałem, pomimo że warunki były tragiczne, lało jak z cebra, było coraz chłodniej, do tego zaczęła się noc. Z tego względu pojechałem trochę dłuższą drogą przez Jelsavę, bo wiedziałem, ze tam jest dobra szosa, a krótsza droga przez góry była po drogach niższej kategorii, więc w tych warunkach nie chciałem ryzykować krętych zjazdów po wąziutkich dróżkach. Przez te wszystkie akcje - z deszczem, z wysokościomierzem i z dłuższą drogą do Revucy (do której wyszło ze 20km więcej niż te 50km co to mi się wydawało w Hnuscie) docieram dopiero koło 21.30, ale jako, że miałem tam namierzoną pizzerię czynną do 22 uznałem, że jestem zwycięzcą ;)). Na stacji benzynowej kupiłem więc jedynie parę słodyczy i pojechałem z kilometr do centrum miasta. A tam okazuje się, ze pizzeria choć otwarta to już jedzenia nie wydaje, to samo było w kilku innych knajpkach. Wracam więc na pełnej rurze na stację, gdzie docieram parę minut po 22, czyli tuż po owej stacji zamknięciu. Noż kur...teczka!
Próby namierzenia noclegu również kończą się widowiskową klęską, pluję sobie w brodę, że nie zarezerwowałem noclegu, gdy wyjeżdżałem z Hnusty, gdy jeszcze były miejsca w Revucy, bo teraz nic nie jest dostępne, byłem nawet w hotelu gdzie na monitoringu widziałem innych zawodników z maratonu, proponowałem że zapłacę pełną cenę za nocleg na glebie - sprawa nie do ruszenia, Słowacy to są straszne nieużyci ludzie, zupełnie inne podejście do człowieka niż w Czechach czy w Polsce i to nie jest tylko moja opinia, to samo słyszałem od niejednej osoby jadącej maraton; zero serdeczności, zero zrozumienia dla pewnych nietypowych sytuacji. I w ten sposób po raz pierwszy w życiu znalazłem się w sytuacji z moich najczarniejszych maratonowych koszmarów - totalnie przemoczony, bez sprzętu do spania, bez suchych ciuchów do przebrania się, a jechać dalej też nie byłem w stanie z powodu zmęczenia i skrajnego niedospania (ledwie 3h snu na 3,5 doby). Niestety właśnie teraz zabrakło rezerwy "sennej" na czarną godzinę, rezerwy z której się wyprztykałem jadąc dwie pierwsze noce z rzędu. Nazywając rzeczy po imieniu - znalazłem się w klasycznej ciemnej dupie...
Statystyki trzeciego dnia:
Dystans - 282,4km
Średnia prędkość - 17,3km/h
Suma podjazdów - 4 622m
Z ciemnej dupy w Tatry
Jako, że deszcz już od wielu godzin padał ulewnie za wielu opcji noclegu na dziko nie miałem, zabunkrowałem się na miejscowym cmentarzu, gdzie była jakaś kaplica czy dom pogrzebowy i zadaszone miejsce, ale leżeć trzeba było na gołym betonie; to miejsce idealnie oddawało stan mojego ducha - memento mori!

Miałem jedynie cieniutki worek NRC, prawie nic to nie dawało, bo byłem cały mokry, a od betonu ciągnęło zimnem. Tak więc o spaniu nie było mowy, tylko trząsłem się w tym worku, a morale jak u Marcellusa Wallace'a z Pulp Fiction "pretty fucking far from OK" ;)). Przekiblowałem tam ze 4h, w końcu nie mogąc spać odpaliłem jakąś stronę z informacjami na telefonie i tam trafiłem na relację z wojny ukraińskiej, z trwających walk o Bachmut. I to mnie błyskawicznie ustawiło do pionu - to ja się tu rozklejam jak ostatni pizdeusz, bo zmarznięty, przemoczony i niedospany muszę biwakować, a tam przecież żołnierze wiele dni siedzą w błocie w okopach, pod kulami i ostrzałem ciężkiej artylerii, a dookoła śmierć, pourywane kończyny, zabici koledzy...
Ruszam więc dalej, deszcz powoli się kończyć zaczynał, po paru km już nie pada. Za Muraniem zaczyna się solidny podjazd, to jeszcze wciągam, ale senność łapie mnie już na potęgę, więc gdy (już po świcie) znalazłem jakiś pustostan przy drodze to się położyłem. Zeszło się ponad 2h, ale tym razem wreszcie z 1-1,5h udało się pospać. Ruszam dalej, w sklepie w Telgarcie (gdzie spałem na zeszłorocznym RTP) robię zakupy, spotykam Tomka Rozmiarka, który podobnie jak ja musiał biwakować na dziko w Revucy. Od Telgartu jadę już po 4 obowiązkowym segmencie, bardzo długim, bo liczącym blisko 200km; pierwszy kawałek bardzo fajny - po Słowackim Raju bocznymi drogami, których dotąd jeszcze nie znałem; następnie na zachód wzdłuż masywu Tatr wśród małych wioseczek i zielonych hal. Same Tatry niestety w chmurach, a szkoda bo przy dobrej pogodzie na tym odcinku są ekstra widoki. W rejonie Tatrzańskiej Stryby znowu zaczyna padać, na podjeździe pod Strbskie Pleso już mocno leje, więc stanąłem się przebrać na długo, bo temperatura poniżej 10'C zaczynała spadać, natomiast Tomek Rozmiarek jadący tuż koło mnie - twardo jechał cały czas na krótki rękawek. Ja jednak byłem bardzo zadowolony, że zdecydowałem się przebrać, bo na zjeździe ze Strbskiego Plesa już i w grubszych ciuchach telepać zaczynało, tym bardziej że na Drodze Wolności było sporo remontów i wahadłowego ruchu.
Podjazd pod Śląski Dom w tych warunkach zniszczył mnie mocno, bo był to najwyższy punkt wyścigu, aż 1670m i drugi co do trudności podjazd na Słowacji (po Kralovej Holi)

(fot. Mateusz Birecki)
Na szczęście u góry nie było wiele zimniej niż na poziomie 1000m jak się obawiałem, niemniej to cholernie ciężki podjazd i na tym poziomie wyjechania już solidnie mnie zniszczył. Ale w Śląskim Domu (gdzie mieścił się czwarty PK) wreszcie dobrze trafiłem - to luksusowy hotel, kuchnia na dużym wypasie, więc w końcu mogłem zjeść ciepły i smaczny posiłek za którym tak długo tęskniłem. Jako, że Mateusz, który był wolontariuszem na punkcie powiedział mi, że chłopaki przede mną robili drzemki w luksusowym hotelowym kiblu spróbowałem i ja, ale tradycyjnie nic z tego nie wyszło ;). Sumarycznie te 45min spędzonych w Śląskim Domu bardzo dobrze mi zrobiło, więc w dalszą trasę ruszyłem nieco wzmocniony. Na zjeździe spotykam znowu Niemców, o 96, czy nawet 100h już zupełnie nie ma mowy, jednak już widziałem że znowu mocno cisną i na pewno będą chcieli mnie dorwać ;).
Na metę z Niemcami do porzygu
Odcinek do Zakopanego świetnie znałem, pogoda nieco się poprawiła, bo padało już tylko przelotnie, ale dalej było chłodno. Po wjechaniu do Polski znowu mnie zmuliło, chwilę poleżałem sobie na przystanku, próbując oszukać organizm.

(fot. Tadek Ciechanowski)
W Zakopanem postój w Żabce i ostatnie zakupy przed metą, w tym olej spożywczy, bo przez te wszystkie deszcze już mi się skończył zapas smaru do łańcucha ;)). W samym Zakopanem Piko bez litości dla zawodników wstawił nam jeszcze krótką ostrą ściankę po bruku ;)). Następnie już o zmierzchu wjeżdżam na Gubałówkę, gdzie łapie mnie gęsta mgła, chwilami to widać było na 20m. W Chochołowie musiałem skorzystać z toalety w knajpie, gdy wychodzę to widzę przemykających Niemców. Jak to mówią komentatorzy jeździectwa - śledziona we mnie zagrała i ruszyłem w pogoń. Nażyłowałem się nieźle, ale po paru km ich dorwałem i w sumie aż do rejonu Namestova jechaliśmy w bliskim zasięgu wzroku.

(fot. Tadek Ciechanowski)
Tam musiałem wymienić ogniwo w lampce, która po zaledwie paru km na nowej baterii przełącza mi się na niższy tryb. Motyla noga! Moje ostatnie, rezerwowe ogniwo okazało się walnięte! Wprost fantastyczna wiadomość na ostatnie 100km wyścigu, nocą i w ciężkich górach...
Musiałem więc jechać na trybie 100 lumenów na ogniwach w których zostały resztki prądu, licząc że wytrzymają do końca. Myślałem, ze Niemcy już mi odjechali, ale gdy sprawdziłem monitoring że są za mną, na gravelowym odcinku (był tu objazd krajówki); uznałem więc że chyba złapali tam gumę (a faktycznie stali wcześniej na stacji). Zrobiłem więc błąd i trochę luźniej pojechałem odcinek do polskiej granicy, a gdy tam odpaliłem monitoring to okazało się, że Niemcy cisną jak wszyscy diabli i już prawie mnie dogonili. W sumie nie miałem się z nimi o co ścigać, bo jechali przecież w innej kategorii, to była czysto ambicjonalna rywalizacja, bo i oni ewidentnie za wszelką cenę chcieli mnie dogonić, więc uznałem, że nie odpuszczę i żeby skały srały to tym razem mnie nie dogonią, byłem jak Gandalf krzyczący do Balroga "You shall not pass!" ;). Po takie przeżycia się właśnie jeździ ultra wyścigi!
I w ten sposób zaczął się 50km sprint na metę, na już potężnym poziomie wyprucia. Z Glinki długi zjazd, po czym w Rajczy wjeżdżam na ostatni finiszowy segment wyścigu, do mety zostaje ledwie 40km. Nie wiem jakim cudem, ale jakoś mi się wbiło się w głowę, że ten segment jest stosunkowo łatwy. A tymczasem okazało się, że jest tam potworna rzeźnia - rajd po chyba wszystkich możliwych ostrych ściankach w rejonie Koniakowa. I każdy podjazd jechany do porzygu, bo już z góry widziałem lampki Niemców siedzących mi na ogonie i wiedziałem, że oni widząc moją lampkę i słysząc mój suport nie odpuszczą. Przy czym rejon Koniakowa to nie tylko ostre ściany, bo dochodzą też bardzo wąskie, pełne zakrętów dróżki i równie strome zjazdy. A na poziomie 700-800m wjeżdżało się w gęstą mgłę, więc z tą moją lampką na słabiutkim trybie jechało się na słowo honoru. Była tu też rzeźnicka 20% ściana, której już nie dałem rady wciągnąć, tak z 50m musiałem wepchnąć rower, RTP to jedyny maraton szosowy który mnie w tym zakresie pokonał zmuszając do pchania roweru i to już po raz drugi, bo w 2019 Stóg wpychałem (aczkolwiek tam to wszyscy wpychali).
Ciągnął się ten segment nieprawdopodobnie, w rejonie Zameczka to już był zupełny hardkor, tam ze względu na gęstą mgłę już prawie nic nie było widać, musiałem się orientować na krawędzie szosy, a wtedy nietrudno wylecieć z drogi co kilka razy miało miejsce. Najgorzej było na zjeździe z Zameczka, myślałem, że skoro tam jest rezydencja prezydencka to droga będzie wysokiej jakości, tymczasem wręcz przeciwnie - u góry to była dziura na dziurze. I na tym zjeździe nagle gaśnie mi całkowicie lampka, wpadam centralnie w wielką dziurę i ledwie daję radę wyhamować. Jakimś cudem gumy nie złapałem, ale musiałem wyciągać z bagażu pozostałe ogniwa i założyć do lampki takie w którym jeszcze resztka prądu została. Byłem przekonany, że Niemcy mnie dojdą, ale najwyraźniej i ich musiało w końcu odciąć, bo ostatni raz ich światła widziałem na tej 20% ścianie. Modliłem się by jakoś dotrwać do końca zjazdu i finalnie jakoś się sturlałem na dół na symbolicznym trybie 10 lumenów; w rejonie rezydencji prezydenckiej jest już oświetlenie przy drodze, więc wiedziałem, że jestem uratowany, bo końcowe 7km to już podjazd do schroniska, na którym można i w ogóle bez światła jechać, bo asfalt jest elegancki. Niemniej cisnąłem na maxa do samego końca, oglądając się co chwilę za siebie nie popełniając już błędu jaki zrobiłem przed polską granicą. Potwornie skatowany, ledwo trzymając się na nogach docieram na metę o 2.16, gdzie wita mnie Paweł Puławski, docieram z czasem 4dni 9h i 46min, co daje mi 15 pozycję w wyścigu; level upodlenia - extreme!


(fot. Adrian Crapciu)
Statystki czwartego dnia:
Dystans - 330,5km
Średnia prędkość - 19,1km/h
Suma podjazdów - 5 796m
Wyścig dla mnie niezwykły, przez bardzo spontaniczną jazdę miałem mnóstwo niespodziewanych sytuacji na trasie, a to walka z sennością i żołądkiem w Czechach, a to konieczność biwakowania będąc całkowicie mokrym na Słowacji, a to epicki wyścig z Niemcami mglistą nocą ze zdychającą lampką. Czy gdym pojechał RTP dokładniej planując ileś spraw uzyskałbym lepszy wynik? Niewątpliwie! Czy żałuję pojechania RTP bardzo spontanicznie? Nigdy w życiu! Pojechałem ten wyścig wierny mickiewiczowskiemu:
"Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko"
Bo właśnie taka forma jazdy dała mi mnóstwo frajdy i przyjemności, dała wielką przygodę - a to jest dużo ważniejsze niż cyferki. Zrozumiałem też w pełni dlaczego wyścigi samowystarczalne są tym co lubię jeździć najbardziej, wyścig tej długości co RTP to jest zupełnie co innego niż maraton z przepakami i punktami kontrolnymi typu BBT czy RAP. Tutaj wielu spraw po prostu nie da się zaplanować, po pierwszych 500-700km z reguły zaczyna się wielka improwizacja, w moim przypadku była to już skrajna improwizacja. I dlatego wyścigi samowystarczalne w tym aspekcie czysto przygodowym zdecydowanie przerastają imprezy z różnymi formami wsparcia, gdzie kluczowe są cyferki, średnie, waty itd. Na RTP oczywiście parametry czysto kolarskie też są bardzo istotne, ale oprócz tego trzeba umieć sobie dawać radę z mnóstwem innych spraw - z dobrym zaplanowaniem trasy, z całą logistyką jazdy, z naprawami roweru (restrykcyjny w tym zakresie regulamin wymaga pełnej samodzielności). To wszystko zebrane do kupy powoduje, że jazda tego wyścigu jest prawdziwą przygodą.
Oceniając imprezę - Race Through Poland cały czas trzyma bardzo wysoki poziom organizacyjny. Segmenty są zaprojektowane z dużym znawstwem tematu, widać, że to opracowuje kolarz z ogromnym doświadczeniem, jakim jest dyrektor wyścigu Paweł Puławski. Atmosfera na imprezie doskonała, zarówno wśród zawodników jak i na punktach, gdzie wielu wolontariuszy jest bardzo pomocnych i w zdecydowanej większości są to ludzie sami jeżdżący na rowerach, więc doskonale siedzący w temacie. Jednym słowem RTP to wyścig, który polecam każdemu miłośnikowi ultra, obecnie to moim zdaniem zdecydowanie najciekawszy polski ultramaraton szosowy. W tegorocznej edycji nie było żadnych ekstremów z nawierzchniami, na obowiązkowych segmentach było może z 7-8km szutrów, do tego też sporo dziurawych odcinków, ale z tym jadąc RTP trzeba się liczyć, to nie jest impreza dla osób oczekujących tylko gładziutkich asfaltów. Sporo większe ekstrema terenowe trafiłem na odcinkach samodzielne projektowanych, przede wszystkim na Słowacji na dojeździe do trzeciego segmentu, bo tam układ szos był taki, że bardzo trzeba było lawirować by uniknąć zakazanych dróg krajowych. Parę drobnych wpadek przy projektowaniu trasy zaliczyłem, ale generalnie dobrze narysowana trasa była na tym wyścigu moim atutem, bo było sporo ludzi, którzy zaliczyli wpadki nawigacyjne kosztujące długie godziny.
Kwestie sprzętowe - jechałem maraton na rowerze szosowym starszego typu, z hamulcami szczękowymi i oponami 25mm (bo szersze do mojej ramy nie wchodzą). Oczywiście spokojnie da się na takim sprzęcie ukończyć RTP (na takim sprzęcie ukończyłem 3 edycje); niemniej jazda na takim rowerze terenowych odcinków czy często spotykanego na górskich segmentach podłego asfaltu jest bolesna. Amortyzacja jest żadna, mocno obrywa zarówno siedzenie, jak i dłonie. Na całe szczęście w ostatniej chwili zrezygnowałem z jazdy na karbonowych kołach i założyłem zwykłe aluminiowe - i była to doskonała decyzja, bo koła karbonowe ze szczękowymi hamulcami na takich drogach to jest całkowita porażka; tak jechałem w 2022 roku i kosztowało mnie to mocno zdrętwiałe dłonie, które ze 3 miesiące dochodziły do siebie. Jakieś niewielkie zyski ze stożków zupełnie nie są warte dużo gorszego poziomu hamowania na zjazdach, bo to od komfortu najwięcej tu zależy. Natomiast optymalnym rowerem na tego typu trasę będzie szosówka na tarczach przyjmująca dość szerokie opony, rzędu 32mm, widziałem nawet osoby na oponach powyżej 40mm, też i na uszosowionych gravelach dużo ludzi jechało. Taki sprzęt jest najlepszym kompromisem pomiędzy odcinkami szutrowymi oraz normalną szosową jazdą. Awarii na szczęście uniknąłem, mimo bardzo wąskich opon nawet jednego kapcia nie miałem, jedynie regulacja przedniej przerzutki na samym początku maratonu.
Na koniec jeszcze parę słów o moim suporcie. Choć trzeszczał niemożebnie przez cały wyścig udało się dotrzeć bez problemów na metę wyścigu. Parę tygodni po powrocie po wielu próbach rozwiązania tego problemu udało mi się w końcu znaleźć jądro problemu. "Suport" okazał się zaciskiem tylnego koła, który trochę przed wyścigiem zmieniałem. Zasrany zacisk! Ileż to mi krwi na tym wyścigu napsuło to głowa mała! Potwierdziła się stara kolarska prawda, ze ustalenie źródła podejrzanych dźwięków to 95% sukcesu ;))
Zdjęcia z maratonu
Race Through Poland przez 4 pierwsze edycje zdobył sobie bardzo dobrą renomę wśród polskich imprez ultra, więc bez zastanawiania się zapisałem się również na 5 edycję. To jeden z najtrudniejszych wyścigów ultra w Polsce, impreza wzorowana na największym europejskim wyścigu Transcontinental Race. Podobnie jak na TCR zawodnicy muszą zaliczyć 4 obowiązkowe punkty kontrolne na których są obowiązkowe segmenty (+ segment startowy i finiszowy), a pomiędzy nimi trasę każdy planuje samodzielnie. Z tym, że na RTP obowiązuje zakaz używania dróg krajowych (poza odcinkami łącznikowymi długości 1km (Polska i Czechy) lub 2km (Słowacja). I to ograniczenie jest tu kluczowe, bo to znacznie podnosi poprzeczkę trudności planowania trasy, powoduje, że ten element ma znaczący wpływ na wynik w wyścigu.

W tym roku start RTP był bardzo nietypowy - raz, że z wysoko położonego schroniska Przysłop pod Baranią Górą (dobrze znanego uczestnikom Wisły 1200), a dwa - start był popołudniowy, o godzinie 16.30. Dojeżdżam dzień wcześniej, już w pociągu spotykam innych zawodników z Warszawy jadących na RTP - Krzyśka Sienkiewicza i Jędrka Gąsiorowskiego, tak więc podróż szybko schodzi na rozmowach o wyścigu. My z Jędrkiem w Pszczynie przesiadamy się na pociąg do Wisły, Krzysiek jedzie do Bielska i dalej koło 50km na kołach. Pociąg do Wisły mało komfortowy, miejsca mało, większą część podróży musieliśmy stać; ale to był pryszcz przy dojeździe na kwaterę. Bo już na pierwszym podjeździe okazuje się, że zaczyna mi mocno strzelać w napędzie, a specjalnie niedługo przed imprezą wymieniałem łożyska w suporcie. Na kwaterze próbowałem z tym coś zrobić, zdjąłem korbę, poprawiałem blaszki kryjące łożyska, smarowałem to, ale niestety bez żadnych sukcesów, co mocno zepsuło mi humor; jazda bardzo górskiego maratonu z mocno trzeszczącym suportem słabo mi się widziała, tak więc już przed startem udało mi się osiągnąć pierwszy szczebel na drabinie wkurzenia ;))
Ale że wyjścia żadnego nie miałem - trzeba było z tym jechać. Noc taka sobie, chciałem pospać na zapas do jakiejś 10-11, ale niewiele z tego wyszło, dlatego nie lubię popołudniowych czy wieczornych startów, zdecydowanie wolę już ruszać wściekle wcześnie, jak na zeszłorocznym RTP, gdy start z Krakowa był o 5 rano. Bo przy popołudniowym starcie wiele dłużej niż przy porannym i tak się nie pośpi, jednym słowem więcej godzin bez snu mamy na starcie. Kwaterę miałem kawałek od schroniska, więc zaliczam dłuższy podjazd pod Przysłop, w schronisku załatwiam wszystkie sprawy formalne, odbieram pakiet i czapeczkę, daję rower do kontroli. Ponad setka zawodników powoduje, że na starcie aż roi się od rowerów, spotykam wielu znajomych z tras ultra, więc oczekiwanie na start przechodzi w bardzo przyjemnej atmosferze. Trochę ten nastrój zepsuł deszcz, który spadł tuż przed startem, ale na szczęście na samym starcie już nie padało, choć droga była mokra. A miało to znaczenie, bo pierwsze parę km to jest zjazd pokonywany wielkim peletonem, dopiero na jego końcu był start ostry. Bardzo więc uważałem, na szczęście obeszło się bez wypadków.
Na Lysą Horę
Pierwsze kilometry trasy od razu pokazują jak wymagający jest segment startowy, szybko pojawiają się nachylenia powyżej 15%, bo to rejon Koniakowa, gdzie aż się roi od potężnych nachyleń.

(fot. Bite of Me)
Po jakiś 10km spotykam Maćka Kordasa, który właśnie przebił oponę na tubelessie, który to system mi tak zachwalał krótko przed startem ;)). Generalnie cały pierwszy segment jedzie się w bliskim towarzystwie innych zawodników - zawsze widać kogoś albo z przodu, albo z tyłu. Segment miał ledwo coś koło 35km, ale dał w kość zdrowo. Zresztą zaraz po jego zakończeniu na granicy z Czechami rozpoczyna się segment na CP1, więc tu również wszyscy zawodnicy mają wspólną trasę. Niestety zaczęła mi szwankować przednia (elektryczna) przerzutka, zmieniało się te biegi na tyle słabo, że musiałem się wziąć za naprawę, przeżyłem też krótką chwilę grozy, gdy nie mogłem znaleźć kluczy imbusowych, bo już się bałem, że jakimś cudem udało mi się je zgubić. Straciłem na tę awarię w sumie z 20min, ale udało mi się ustawić ją poprawnie i już do końca imprezy działała bez zarzutu, nie był to problem z elektroniką, po prostu przerzutka się mechanicznie przesunęła na śrubie i trzeba ją było od nowa wyregulować. Niemniej taka akcja na początku wyścigu irytująca, bo wielu zawodników mnie w tym czasie minęło.
Pierwszy segment był ulokowany na kultowym czeskim podjeździe, czyli Lysej Horze, na którym jeszcze nigdy nie byłem. Ale oprócz Lysej Hory były jeszcze dwa długie podjazdy + kilka mniejszych, co w całości (licząc z segmentem startowym) dawało potężne przewyższenie ok. 3000m na zaledwie 100km, jednym słowem ta pierwsza setka to była prawdziwa rzeźnia. Do tego były tutaj odcinki szutrowe, zarówno na podjazdach jak i zjazdach, sumarycznie pewnie pod 10km się tego uzbierało; na szczęście odbyło się bez gum, ale jazda po takich drogach na oponach 25mm była daleka od komfortu. Zmierzch łapie mnie po tym szutrowym kawałku, gdy zaczynam podjazd na Lysą Horę, widzę lampki zjeżdżających w dół zawodników z czołówki, to znaczy, ze już ponad godzinę przynajmniej urwali. Góra bardzo wymagająca, dłuższe odcinki po 13-14% i aż koło 700m w pionie, więc jechałem to już na bardzo miękkich nogach, nie tyle sama Lysa Hora tak mi dała popalić, co kumulacja tych 3000m na tak krótkim odcinku.
Na CP1 dojechałem trochę przed 23, więc ta setka zabrała mi ponad 6h (w tym ze 20min na awarię). Mocno zaskoczył mnie fakt, że przede mną dojechało aż ponad 60 zawodników na 86, którzy wystartowali, wiec można powiedzieć, że trzymałem tyły. Trochę to było zadziwiające, bo wcale nie czułem, że słabo jadę, moc znormalizowaną miałem w okolicach 180W, co jak na mnie jest dobrym parametrem. Ale też miałem na tyle doświadczenia, by wiedzieć, że nie opłaca się szarżować powyżej własnych możliwości na samym początku, na każdej imprezie tego typu roi się od "mistrzów pierwszych 300km" i dopiero po pierwszej nocy z grubsza widać na co kogo stać.
W Karkonosze
Po krótkim odpoczynku na punkcie ruszam w dół, teraz czekał mnie zasłużony dłuższy odcinek w miarę płaskiego terenu. Wybrałem wariant przez Ostravę, w mieście nieźle wkurzył mnie koleś na rowerze z silnikiem spalinowym; niepojęte jest dla mnie jak można na takim potworku chcieć jeździć, hałas to generuje potworny, a gość chyba złośliwie siedział mi na ogonie dobre 5-7km. Do Polski wjeżdżam w rejonie Raciborza, choć samo miasto omijam. Na tym kawałku spotykam dobrze znanego z RTP Krzyśka Wolańskiego (również weterana legendarnej edycji "Weather to Scratch"), chwilę pogadaliśmy, ale Krzysiek mocno narzekał, że słabo mu się jedzie, z tego co pamiętam przeforsował się dość mocnymi treningami przed wyścigiem, coś tam ponaciągał i teraz zaczynały go męczyć kontuzje, jak się okazało później na tyle poważne, ze Krzysiek musiał się wycofać. Ja na szczęście wręcz przeciwnie - czułem się bardzo przyzwoicie, jechałem swoje, widziałem też na monitoringu, że powoli zaczynam się przesuwać do przodu, bo wiele osób zaczynało płacić cenę za ostre rumakowanie po górach na pierwszych 100km. Świta kawałek za Głuchołazami, na zasłużony postój staję po ponad 300km na Orlenie w Nysie. Dzień robi się piękny, za Ząbkowicami Śląskimi jest już wręcz gorąco.
Procentuje mój wariant trasy, jadę bardziej na północ omijając sporo wzniesień z którymi zmagają się inni zawodnicy. Ale koło 400km w nogach powoli zaczyna się kończyć Wersal, zmęczenie coraz większe, a na horyzoncie wyrasta potężny masyw Karkonoszy na który zaraz będę się musiał wspinać. Na stacji w rejonie Mysłakowic robię popas przed górami, zaraz czeka mnie najtrudniejszy segment RTP - 79km i aż 2700m w pionie, ale to dopiero pestka przy informacji co "robi" te 2700m w górę - dwa legendarne dzięki swojemu nachyleniu podjazdy - uznawana za najtrudniejszą górę w Polsce przełęcz Karkonoska i najcięższy podjazd Czech, czyli Modre Sedlo. Do tego gdy ruszam zupełnie się zepsuła pogoda - zaczyna padać, a co dużo gorsze nad Karkonoszami pojawiają się sine chmury; jednym słowem pogoda-marzenie do jazdy na wyższych wysokościach ;). Początkowo popaduje umiarkowanie, chwilami nawet przestaje, ale gdy zaczynam podjazd na Karkonoską (1200m) rozkręca się coraz mocniej. Gdy kończę pierwszą łatwiejszą część podjazdu na wysokości 800m zaczyna się już regularna burza - leje jak z cebra, a do tego co chwilę widać błyskawice.

Była tu wygodna wiata, więc postanowiłem chwilę poczekać czy burza nie przejdzie, bo wjeżdżanie powyżej granicy lasu na dość odkryty rejon przełęczy przy walących piorunach niespecjalnie mi się uśmiechało. Chwilę po mnie dojechała Ede Harrison, zawodniczka z Wielkiej Brytanii i jeszcze jeden zawodnik bodajże z Holandii. Posiedzieliśmy parę minut, ale że burza nie wyglądała na taką co szybko przejdzie - razem z Ede w akompaniamencie gromów (takie atrakcje to tylko na ultra!) ruszamy do góry, Holender jeszcze został.
Za wiatą zaczyna się już rzeźnia z której słynie Karkonoska, ściany powyżej 20% i to wszystko w lejącym na potęgę deszczu. Ale że podprowadzać rower to nie honor - zaciąłem się i wjechałem całość bez pchania, suport trzeszczy już na potęgę, słychać go dobre 50m przed i za mną, na szczęście poza tym nic z napędem się nie dzieje; niemniej od tych trzasków wątroba cały czas rośnie. Przed przełęczą burza przechodzi, kawałek przed szczytem doganiam prowadzących w kategorii par Niemców Roberta Huke i Hannesa Grubnera, z którymi na tym maratonie będę się jeszcze nieraz mijać. Niemcy pojechali w dół, ja jeszcze trochę czasu na przebieranie się straciłem - i ruszam na długi i elegancki zjazd na czeską stronę Karkonoszy. Dojazd do podnóży Morskiego Sedla bynajmniej nie był płaski, na tym kawałku trzeba było zaliczyć wiele krótszych ścianek, które skutecznie wysysały siły. Dojazd do Pecu pod Śnieżką w drugiej części prowadził leśnymi drogami dość słabej jakości, ale pod górę to wiele nie przeszkadza, po wyjechaniu nad poziom lasu na wysokości ok. 1100m otwiera się elegancki widok na główny masyw Karkonoszy, z dobrze widoczną Śnieżką, na tym kawałku mijam się z litewską zawodniczką, rudowłosą Viktorią Tomasevicienie, prowadzącą wówczas wśród kobiet; walczyła dzielnie, ale było widać, ze już jest zdrowo ujechana. Do Pecu wymagający, bardzo mocno nachylony zjazd po wąziutkiej i krętej drodze, na hamulcach obręczowych takie odcinki nie należą do przyjemności, by być w stanie zahamować trzeba cały czas jechać w dolnym chwycie i mocno cisnąć klamki, przez co oczywiście solidnie obrywają dłonie.
W Pecu robię popas na trawie zbierając siły przed Modrym Sedlem, gdy jadłem swoje zapasy minęła mnie Ede, a z góry zjechali Olo Pachulski i Paweł Miłkowski, którzy po zaliczeniu CP2 planowali (jak wiele osób) nocleg w Pecu. Modre Sedlo kiedyś już wjeżdżałem, więc wiedziałem co mnie czeka, myślę, że to jeszcze cięższy podjazd niż Karkonoska, bo dłuższe są tam odcinki wielkiego nachylenia, do tego była to kolejna góra z rzędu, na sam koniec tego rzeźnickiego segmentu. Na najcięższym odcinku dogoniłem Ede, która już wpychała, jak mi powiedziała - rozpoznawała mnie doskonale już z daleka po moim suporcie :)). Podjazd wyciął mnie strasznie, ale dałem radę wciągnąć bez pchania, choć z paroma zatrzymaniami; końcówka magiczna - już późna faza zmierzchu i przejazd przez śniegowe tunele w rejonie przełęczy (1505m).

Z przełęczy ostry zjazd - i melduję się w schronisku Loucni Bouda, gdzie mieści się drugi Punkt Kontrolny wyścigu. Okazało się, że tutaj mam już 20 miejsce, więc jadąc cały czas bardzo równo nadrobiłem aż ponad 40 pozycji w stosunku do wielu zawodników, którzy przeszarżowali na pierwszym segmencie; dobrze zaplanowana trasa z CP1 też swoje zrobiła.
Na Słowację
Niestety dużym minusem było to, że dojechałem już po zamknięciu schroniskowej kuchni, więc nic zjeść się nie dało; jedynie chwilę odzipnąłem i krótko po tym jak dotarł Kamil Kamyczek ruszyłem w dół. Zjeżdżałem ostrożnie, bo droga z Modrego Sedla jest bardzo wredna - wąska, z dziurawymi odcinkami, do tego jest na niej ileś przepustów na których łatwo można złapać gumę. Do Pecu docieram z dużą ulgą i mocno nawalającymi dłońmi, bo na tak ostrym zjeździe trzeba było cały czas mocno cisnąć hamulce. Po zaliczeniu tego morderczego segmentu ogarnia mnie wielka fala entuzjazmu i na pełnym spontanie postanowiłem jechać drugą noc z rzędu. Nie lubię za wiele planować na takich imprezach, wolę raczej słuchać własnego serca, własnego organizmu, czasem się na tym wygra, czasem przegra - ale dzięki można poczuć tę wielką frajdę jaką odczuwają ludzie, którzy poszli za instynktem zamiast za cyferkami i chłodnymi kalkulacjami.
Pierwsza część nocy idzie bardzo sprawnie, pomimo solidnej ilości górek trzymam sensowne tempo, do tego wysoka motywacja, bo minąłem sporo osób, które zdecydowały się spać w Pecu, nad ranem byłem już w okolicach pierwszej "10". Ale to oczywiście było mocno na kredyt, bo osoby, które wyprzedziłem spały w nocy, a ja miałem drugą nockę z rzędu na siodle. Do tego nie zjadłem normalnego obiadu wieczorem, jechałem tylko na słodyczach, których już miałem resztki i które coraz oporniej mi wchodziły. I nad ranem zacząłem płacić za to cenę, na nogach byłem już koło 48h,a to granica powyżej której zaczyna się już solidne zamulanie; do tego żołądek coraz bardziej zaczynał szwankować, już mnie nawet na wymoioty zaczynało brać. Koło 6 rano kryzys senny dopada mnie z coraz większą siłą, zaczynają się coraz częstsze postoje, jak wstawałem z przystanku to z wielką prędkością przemknął Martin Haubold, kawałek za nim Jakub Tomasik, ciekawy bo bardzo młody zawodnik jeszcze poniżej 20 lat; jak na swoje pierwsze duże ultra doskonale jadący; i jak to często młodzi ludzie trochę narwany i nie do końca ogarniający reguły samowystarczalności ;). W Moravskiej Trebovie wreszcie znajduję otwarty sklep z normalnym jedzeniem, co nieco pomogło na nawalający żołądek, ale senność jest już porażająca. Dwa razy próbowałem drzemek, ale pomimo dobrych warunków (już się ciepło zrobiło) nie byłem w stanie zasnąć, straciłem na te próby blisko godzinę. Ale nawet leżenie bez spania coś tam krzepi, więc jakoś tam się turlałem dalej, ale tempo i morale już sporo niższe niż na początku nocy.

(fot. Bite of Me)
Czechy trochę mnie zaskoczyły dość słabymi asfaltami, tak 15-20 lat temu Czesi mieli sporo lepsze drogi niż w Polsce, obecnie to powiedziałbym, że z polskimi przegrywają; albo po prostu takiego miałem pecha na trasie którą jechałem. Ale i na mniejszych i na większych drogach było sporo odcinków, gdzie prawa część pas była solidnie dziurawa lub z licznymi przełomami; dość skutecznie wybijało to z tempa, utrudniając znacznie jazdę na lemondce. Do tego spory ruch, bo jechałem przez ileś większych miejscowości jak Prościejów, Kromeryż itd. Za Kromeryżem kolejna próba drzemki, po czym wjechałem na długą drogę rowerową wzdłuż Moravy, niby fajna do jazdy, bo asfalt i bez ruchu, ale w drugiej części jazda tym zrobiła się już upierdliwa, bo były przewężenia w rejonie śluz.W Uherskim Hradiszczu jest już upalnie, robię popas na stacji benzynowej, kawałek dalej orientuję się, że zgubiłem fajną i drogą tylną lampkę przypiętą do torby podsiodłowej, miałem oczywiście zapasową (bo tego wymaga regulamin RTP), ale żeby się wylajtować to nie brałem do niej baterii - więc musiałem specjalnie po to zjechać do sklepu i je kupić; to tak w kontekście kretyńskich oszczędności wagowych :)).
Za Uherskim Brodem zaczynają się podjazdy w stronę słowackiej granicy, jedzie się fatalnie, bo podjazd jest na zupełnie odkrytym terenie, a słońce pali już ostro; niby to nie była wielka góra, ale dało mi popalić niewąsko. Po stronie słowackiej upał powoli przechodzi, a gdy dojeżdżam do doliny Wagu to mam już zupełnie inne problemy, bo na horyzoncie pojawiają się sine chmury nadchodzącej burzy, do tego ok. 15km po drogach rowerowych wzdłuż Wagu musiałem jechać pod coraz silniejszy wiatr, jaki prawie zawsze poprzedza burzę. Ale jakimś dzikim fartem udało mi sie uniknąć głównego uderzenia burzy, tylko troche pokapało; w dobrym momecie wypadł mi postój na stacji. Za Trencinem dość wredny objazd by uniknąć krajówki - trzeba było zaliczyć ciężki szutrowy podjazd ze świeżo rozmiękniętą drogą (tamtędy poszła burza, której uniknąłem). Ten odcinek był wredny nawigacyjnie, bo trzeba było mocno lawirować trasą by uniknąć krajówek, a wtedy zawsze łatwo o wpadkę i ja taką też zanotowałem, już pod samym Partizanskie, gdzie miałem nocleg. Wjazd do miasta miałem jakimiś trawiastymi ścieżkami w rejonie polowego lotniska, jeszcze był i błotnisty odcinek na którym usmarowałem mocno rower; tutaj dało się to lepiej zaplanować, ze 20-30min straciłem na tym kawałku. W centrum miasta robię zakupy i jadę do hotelu, tam znowu czas straciłem, bo hotel zamknięty na głucho, musiałem wydzwaniać na telefon zanim ktoś przyszedł i mnie wpuścił; ale porządna regeneracja była mi w tym momencie niezbędna, bo nie spałem już koło 60h. W hotelu notuję kolejną wtopę - okazuje się, że wyrobiło się złącze w ładowarce do ogniw do lampki; tak więc nie byłem ich w stanie naładować; na szczęście miałem je z pewną górką.
Statystyki pierwszego i drugiego dnia:
Dystans - 909,7km
Średnia prędkość - 20,8km/h
Suma podjazdów - 11 219m
Na Polanę
Pospałem 3h, na cały postój oczywiście zeszło się sporo więcej, ok. 2 w nocy wracam na trasę. Na dzień dobry idzie podjazd na drodze do Żarnovicy, wjeżdża się na poziom ok. 600m, zjazd słabiutki, długo ciągnące się remonty i sporo dziurawych nawierzchni, nocą jechało się tamtędy do niczego. Za Żarnovicą był kawałek bardzo trudny nawigacyjnie, tu liczyłem się z tym, ze moja trasa będzie po szutrach no i tak rzeczywiście było. Tyle że to wcale nie były gładkie szuterki, a droga klasy "ch..., d... i kamieni kupa" ;))

A dopiero świtać zaczynało, więc jeszcze po ciemku po takich drogach trzeba było mocno rzeźbić na szosówce po solidnych kamulcach. Ale to był rejon, gdzie prawie wszyscy zawodnicy mieli takie problemy i musieli omijać krajówkę szutrami, a jeszcze sporo gorzej mieli ludzie którzy do Zvolenia czy Banskej Bystrzycy dojeżdżali od północy lub zachodu. Niemniej po wyścigu dowiedziałem się, że była tam możliwość ominięcia tego kawałka, ale to ledwie paru osobom udało się znaleźć dobry objazd tego wrednego szutrowego kawałka.
Po tym kamienistym kawałku, jeszcze się turlałem spory odcinek po rozmiękniętej łące, tam z kolei błoto kilka razy zapychało mi hamulce, więc kilka razy musiałem je przepychać kluczami imbusowymi i znalezionym patykiem. W sumie tych terenowych rewelacji to było może parę km, ale kosztowało to sporo czasu. Do Zvolenia docieram przed 7, Mac na którego liczyłem był jeszcze zamknięty, wiec robię postój na stacji. Za Zvoleniem kieruję się w stronę gór, jakieś 30km za miastem zaczyna się segment prowadzący na trzeci Punkt Kontrolny. Segment w sporej części urokliwy (pomogła też słoneczna pogoda), wąskie leśne asfalty, ruch minimalny, a w górnej części praktycznie zerowy i niemal brak zabudowań. Kilka razy otwierały się szerokie widoki na zielone hale, jednym słowem miał ten segment wiele klimatu, taki rejon gdzie diabeł mówi dobranoc. Ceną tego było kilka odcinków o chamskiej nawierzchni, jak to z rosyjskiego nazywam "bywszego asfaltu", a prawdziwą wisienką na torcie był ostro nachylony zjazd po nierównych płytach betonowych, z parę kilometrów tego jak pamiętam było - i przez cały odcinek co 3m łup kołami na łączeniu płyt; że ja tu na swoich oponach 25mm gumy nie złapałem to na prawdziwy cud zakrawało ;). Dłonie bardzo mocno obrywały na takich kawałkach, ze dwa razy musiałem stanąć bo prostu na tyle traciłem siłę w dłoniach, ze nie byłem w stanie skutecznie hamować. W tym rejonie ponownie spotykam się z prowadzącymi w kategorii par Niemcami, którzy mnie tu wyprzedzali, później ja ich dogoniłem gdy stawali w sklepie itd. Finałowy podjazd segmentu prowadzi na Polanę - dawny wulkan na którym obecnie ulokowany jest hotel górski. Podjazd zdecydowanie najtrudniejszy na całym segmencie, dobre 750m w pionie i długie odcinki koło 10-12%, do tego na długich odcinkach nawierzchnia jak po bombardowaniu. Na szczyt docieram trochę po Niemcach, hotel choć dość monumentalny to lata świetności ma już dawno za sobą, liczyłem, że zjem tu może jakiś obiad, ale kuchni w ogóle nie było, jedynie kiepściutko wyposażony sklepik ze słodyczami; ale swój klimacik to miejsce bez wątpienia miało. Miałem tu sporo szczęścia do pogody, bo już było widać, że idzie burza, podobnie jak wczoraj dzień był gorący, a po południu niebo zachodziło chmurami i zaczęło lać; ludzi jadących koło 1-2h za mną burza dopadła w rejonie Polany, na dużej wysokości i ten wredny zjazd musieli jechać na mokro.
Komedia pomyłek
Zjeżdżam z duszą na ramieniu, by nie wpaść w te wielkie leje po bombach, na pierwszym podjeździe za Hrinovą kolejny raz doganiają mnie któżby inny jak nie Niemcy, co już przyznam zaczynało mnie wnerwiać. Kawałek pojechałem z grubsza ich tempem, ale troszkę za mocno jechali by był sens tak się napinać, z rozmowy dowiedziałem się, ze cisną mocno, bo chcą złamać 4 doby na mecie, co wydawało mi się mocno nierealne. Przy czym jeden z Niemców miał kapitalny sposób jazdy po górach - jechał tylko na blacie (i to bynajmniej nie najlżejszym przełożeniu z tyłu), praktycznie cały podjazd na stojąco z nieziemsko niską kadencją. Wydawać by się mogło, że to bezsensowny sposób jeżdżenia - ale jak widać to tylko kwestia czysto indywidualna, są kolarze którzy zdecydowanie wolą przepychać niż młynkować z wysoką kadencją. Po kilku solidniejszych górkach dojeżdżam do większej miejscowości Hnusta, gdzie miałem w planach zjeść wreszcie normalny obiad; ale nie mogłem namierzyć sensownego lokalu i w końcu (znowu na spontanie!) uznałem, że nie będę czasu tracić na szukanie knajpy i pojadę do położonej za 50km Revucy. I była to kluczowa na tym maratonie pomyłka; pomyłka przez którą wkręciłem się w prawdziwą komedię pomyłek ;)).
Bo kawałek za Hnustą zaczęło lać i nie była to bynajmniej mżaweczka, a wielogodzinna ściana deszczu. Na jednym z podjazdów orientuję się, że przestaje mi działać wysokościomierz w Garminie, który zalała wodą, co mnie nieziemsko wnerwiło. O ile wszelakie załamania pogody niewiele mnie ruszają, to na awarie elektroniki reaguję jak 15-latki na trądzik ;)). I to bynajmniej nie na awarię nawigacji, bo to mnie wiele nie rusza, ileś lat jeździłem z papierowymi mapami, swego czasu całą Grecję przejechałem na mapie 1:800tys. Natomiast nic mnie tak nie wyprowadza z równowagi jak awarie samego licznika; to jest dla mnie niepojęte jak przez 20 lat nie można tego poprawnie rozwiązać, ten problem miały pierwsze liczniki z wysokościomierzem na rynku (jak Cateye), ma i najnowszy Garmin za ponad 3000zł, przy czym w modelu 1040 gniazdo wysokościomierza jest po prostu fatalnie rozwiązane, klapka mająca zabezpieczać gniazdo USB ma otwór, przez co woda nie tylko się tam dostaje, ale i stoi, więc wysokościomierz pada nawet na niewielkim deszczu. Z pół godziny poleciało na próby rozwiązania tego problemu, ale w końcu musiałem się poddać. Za to był jakiś mały bonus, bo wkurzyłem się na tyle, ze senność odeszła i znalazłem w sobie siły na mocniejsze ciśnięcie, bo na mnie (pomimo wielu prób) pozytywna motywacja niestety nie działa. Jestem w tym względzie prawdziwym Polakiem, z tych co to w wyborach zawsze głosują "przeciwko", a nie "za"; i im bardziej wkurzony tym mocniejszy, żadne tam psychologiczne nowinki ze zniewieściałego Zachodu nie wchodzą w grę. Zresztą nawet i na Zachodzie najbardziej ikoniczną postacią popkultury jest Darth Vader stojący po Ciemnej Stronie Mocy :)).
Dlatego przewalczyłem zamulenie senne i do Revucy twardo jechałem, pomimo że warunki były tragiczne, lało jak z cebra, było coraz chłodniej, do tego zaczęła się noc. Z tego względu pojechałem trochę dłuższą drogą przez Jelsavę, bo wiedziałem, ze tam jest dobra szosa, a krótsza droga przez góry była po drogach niższej kategorii, więc w tych warunkach nie chciałem ryzykować krętych zjazdów po wąziutkich dróżkach. Przez te wszystkie akcje - z deszczem, z wysokościomierzem i z dłuższą drogą do Revucy (do której wyszło ze 20km więcej niż te 50km co to mi się wydawało w Hnuscie) docieram dopiero koło 21.30, ale jako, że miałem tam namierzoną pizzerię czynną do 22 uznałem, że jestem zwycięzcą ;)). Na stacji benzynowej kupiłem więc jedynie parę słodyczy i pojechałem z kilometr do centrum miasta. A tam okazuje się, ze pizzeria choć otwarta to już jedzenia nie wydaje, to samo było w kilku innych knajpkach. Wracam więc na pełnej rurze na stację, gdzie docieram parę minut po 22, czyli tuż po owej stacji zamknięciu. Noż kur...teczka!
Próby namierzenia noclegu również kończą się widowiskową klęską, pluję sobie w brodę, że nie zarezerwowałem noclegu, gdy wyjeżdżałem z Hnusty, gdy jeszcze były miejsca w Revucy, bo teraz nic nie jest dostępne, byłem nawet w hotelu gdzie na monitoringu widziałem innych zawodników z maratonu, proponowałem że zapłacę pełną cenę za nocleg na glebie - sprawa nie do ruszenia, Słowacy to są straszne nieużyci ludzie, zupełnie inne podejście do człowieka niż w Czechach czy w Polsce i to nie jest tylko moja opinia, to samo słyszałem od niejednej osoby jadącej maraton; zero serdeczności, zero zrozumienia dla pewnych nietypowych sytuacji. I w ten sposób po raz pierwszy w życiu znalazłem się w sytuacji z moich najczarniejszych maratonowych koszmarów - totalnie przemoczony, bez sprzętu do spania, bez suchych ciuchów do przebrania się, a jechać dalej też nie byłem w stanie z powodu zmęczenia i skrajnego niedospania (ledwie 3h snu na 3,5 doby). Niestety właśnie teraz zabrakło rezerwy "sennej" na czarną godzinę, rezerwy z której się wyprztykałem jadąc dwie pierwsze noce z rzędu. Nazywając rzeczy po imieniu - znalazłem się w klasycznej ciemnej dupie...
Statystyki trzeciego dnia:
Dystans - 282,4km
Średnia prędkość - 17,3km/h
Suma podjazdów - 4 622m
Z ciemnej dupy w Tatry
Jako, że deszcz już od wielu godzin padał ulewnie za wielu opcji noclegu na dziko nie miałem, zabunkrowałem się na miejscowym cmentarzu, gdzie była jakaś kaplica czy dom pogrzebowy i zadaszone miejsce, ale leżeć trzeba było na gołym betonie; to miejsce idealnie oddawało stan mojego ducha - memento mori!

Miałem jedynie cieniutki worek NRC, prawie nic to nie dawało, bo byłem cały mokry, a od betonu ciągnęło zimnem. Tak więc o spaniu nie było mowy, tylko trząsłem się w tym worku, a morale jak u Marcellusa Wallace'a z Pulp Fiction "pretty fucking far from OK" ;)). Przekiblowałem tam ze 4h, w końcu nie mogąc spać odpaliłem jakąś stronę z informacjami na telefonie i tam trafiłem na relację z wojny ukraińskiej, z trwających walk o Bachmut. I to mnie błyskawicznie ustawiło do pionu - to ja się tu rozklejam jak ostatni pizdeusz, bo zmarznięty, przemoczony i niedospany muszę biwakować, a tam przecież żołnierze wiele dni siedzą w błocie w okopach, pod kulami i ostrzałem ciężkiej artylerii, a dookoła śmierć, pourywane kończyny, zabici koledzy...
Ruszam więc dalej, deszcz powoli się kończyć zaczynał, po paru km już nie pada. Za Muraniem zaczyna się solidny podjazd, to jeszcze wciągam, ale senność łapie mnie już na potęgę, więc gdy (już po świcie) znalazłem jakiś pustostan przy drodze to się położyłem. Zeszło się ponad 2h, ale tym razem wreszcie z 1-1,5h udało się pospać. Ruszam dalej, w sklepie w Telgarcie (gdzie spałem na zeszłorocznym RTP) robię zakupy, spotykam Tomka Rozmiarka, który podobnie jak ja musiał biwakować na dziko w Revucy. Od Telgartu jadę już po 4 obowiązkowym segmencie, bardzo długim, bo liczącym blisko 200km; pierwszy kawałek bardzo fajny - po Słowackim Raju bocznymi drogami, których dotąd jeszcze nie znałem; następnie na zachód wzdłuż masywu Tatr wśród małych wioseczek i zielonych hal. Same Tatry niestety w chmurach, a szkoda bo przy dobrej pogodzie na tym odcinku są ekstra widoki. W rejonie Tatrzańskiej Stryby znowu zaczyna padać, na podjeździe pod Strbskie Pleso już mocno leje, więc stanąłem się przebrać na długo, bo temperatura poniżej 10'C zaczynała spadać, natomiast Tomek Rozmiarek jadący tuż koło mnie - twardo jechał cały czas na krótki rękawek. Ja jednak byłem bardzo zadowolony, że zdecydowałem się przebrać, bo na zjeździe ze Strbskiego Plesa już i w grubszych ciuchach telepać zaczynało, tym bardziej że na Drodze Wolności było sporo remontów i wahadłowego ruchu.
Podjazd pod Śląski Dom w tych warunkach zniszczył mnie mocno, bo był to najwyższy punkt wyścigu, aż 1670m i drugi co do trudności podjazd na Słowacji (po Kralovej Holi)

(fot. Mateusz Birecki)
Na szczęście u góry nie było wiele zimniej niż na poziomie 1000m jak się obawiałem, niemniej to cholernie ciężki podjazd i na tym poziomie wyjechania już solidnie mnie zniszczył. Ale w Śląskim Domu (gdzie mieścił się czwarty PK) wreszcie dobrze trafiłem - to luksusowy hotel, kuchnia na dużym wypasie, więc w końcu mogłem zjeść ciepły i smaczny posiłek za którym tak długo tęskniłem. Jako, że Mateusz, który był wolontariuszem na punkcie powiedział mi, że chłopaki przede mną robili drzemki w luksusowym hotelowym kiblu spróbowałem i ja, ale tradycyjnie nic z tego nie wyszło ;). Sumarycznie te 45min spędzonych w Śląskim Domu bardzo dobrze mi zrobiło, więc w dalszą trasę ruszyłem nieco wzmocniony. Na zjeździe spotykam znowu Niemców, o 96, czy nawet 100h już zupełnie nie ma mowy, jednak już widziałem że znowu mocno cisną i na pewno będą chcieli mnie dorwać ;).
Na metę z Niemcami do porzygu
Odcinek do Zakopanego świetnie znałem, pogoda nieco się poprawiła, bo padało już tylko przelotnie, ale dalej było chłodno. Po wjechaniu do Polski znowu mnie zmuliło, chwilę poleżałem sobie na przystanku, próbując oszukać organizm.

(fot. Tadek Ciechanowski)
W Zakopanem postój w Żabce i ostatnie zakupy przed metą, w tym olej spożywczy, bo przez te wszystkie deszcze już mi się skończył zapas smaru do łańcucha ;)). W samym Zakopanem Piko bez litości dla zawodników wstawił nam jeszcze krótką ostrą ściankę po bruku ;)). Następnie już o zmierzchu wjeżdżam na Gubałówkę, gdzie łapie mnie gęsta mgła, chwilami to widać było na 20m. W Chochołowie musiałem skorzystać z toalety w knajpie, gdy wychodzę to widzę przemykających Niemców. Jak to mówią komentatorzy jeździectwa - śledziona we mnie zagrała i ruszyłem w pogoń. Nażyłowałem się nieźle, ale po paru km ich dorwałem i w sumie aż do rejonu Namestova jechaliśmy w bliskim zasięgu wzroku.

(fot. Tadek Ciechanowski)
Tam musiałem wymienić ogniwo w lampce, która po zaledwie paru km na nowej baterii przełącza mi się na niższy tryb. Motyla noga! Moje ostatnie, rezerwowe ogniwo okazało się walnięte! Wprost fantastyczna wiadomość na ostatnie 100km wyścigu, nocą i w ciężkich górach...
Musiałem więc jechać na trybie 100 lumenów na ogniwach w których zostały resztki prądu, licząc że wytrzymają do końca. Myślałem, ze Niemcy już mi odjechali, ale gdy sprawdziłem monitoring że są za mną, na gravelowym odcinku (był tu objazd krajówki); uznałem więc że chyba złapali tam gumę (a faktycznie stali wcześniej na stacji). Zrobiłem więc błąd i trochę luźniej pojechałem odcinek do polskiej granicy, a gdy tam odpaliłem monitoring to okazało się, że Niemcy cisną jak wszyscy diabli i już prawie mnie dogonili. W sumie nie miałem się z nimi o co ścigać, bo jechali przecież w innej kategorii, to była czysto ambicjonalna rywalizacja, bo i oni ewidentnie za wszelką cenę chcieli mnie dogonić, więc uznałem, że nie odpuszczę i żeby skały srały to tym razem mnie nie dogonią, byłem jak Gandalf krzyczący do Balroga "You shall not pass!" ;). Po takie przeżycia się właśnie jeździ ultra wyścigi!
I w ten sposób zaczął się 50km sprint na metę, na już potężnym poziomie wyprucia. Z Glinki długi zjazd, po czym w Rajczy wjeżdżam na ostatni finiszowy segment wyścigu, do mety zostaje ledwie 40km. Nie wiem jakim cudem, ale jakoś mi się wbiło się w głowę, że ten segment jest stosunkowo łatwy. A tymczasem okazało się, że jest tam potworna rzeźnia - rajd po chyba wszystkich możliwych ostrych ściankach w rejonie Koniakowa. I każdy podjazd jechany do porzygu, bo już z góry widziałem lampki Niemców siedzących mi na ogonie i wiedziałem, że oni widząc moją lampkę i słysząc mój suport nie odpuszczą. Przy czym rejon Koniakowa to nie tylko ostre ściany, bo dochodzą też bardzo wąskie, pełne zakrętów dróżki i równie strome zjazdy. A na poziomie 700-800m wjeżdżało się w gęstą mgłę, więc z tą moją lampką na słabiutkim trybie jechało się na słowo honoru. Była tu też rzeźnicka 20% ściana, której już nie dałem rady wciągnąć, tak z 50m musiałem wepchnąć rower, RTP to jedyny maraton szosowy który mnie w tym zakresie pokonał zmuszając do pchania roweru i to już po raz drugi, bo w 2019 Stóg wpychałem (aczkolwiek tam to wszyscy wpychali).
Ciągnął się ten segment nieprawdopodobnie, w rejonie Zameczka to już był zupełny hardkor, tam ze względu na gęstą mgłę już prawie nic nie było widać, musiałem się orientować na krawędzie szosy, a wtedy nietrudno wylecieć z drogi co kilka razy miało miejsce. Najgorzej było na zjeździe z Zameczka, myślałem, że skoro tam jest rezydencja prezydencka to droga będzie wysokiej jakości, tymczasem wręcz przeciwnie - u góry to była dziura na dziurze. I na tym zjeździe nagle gaśnie mi całkowicie lampka, wpadam centralnie w wielką dziurę i ledwie daję radę wyhamować. Jakimś cudem gumy nie złapałem, ale musiałem wyciągać z bagażu pozostałe ogniwa i założyć do lampki takie w którym jeszcze resztka prądu została. Byłem przekonany, że Niemcy mnie dojdą, ale najwyraźniej i ich musiało w końcu odciąć, bo ostatni raz ich światła widziałem na tej 20% ścianie. Modliłem się by jakoś dotrwać do końca zjazdu i finalnie jakoś się sturlałem na dół na symbolicznym trybie 10 lumenów; w rejonie rezydencji prezydenckiej jest już oświetlenie przy drodze, więc wiedziałem, że jestem uratowany, bo końcowe 7km to już podjazd do schroniska, na którym można i w ogóle bez światła jechać, bo asfalt jest elegancki. Niemniej cisnąłem na maxa do samego końca, oglądając się co chwilę za siebie nie popełniając już błędu jaki zrobiłem przed polską granicą. Potwornie skatowany, ledwo trzymając się na nogach docieram na metę o 2.16, gdzie wita mnie Paweł Puławski, docieram z czasem 4dni 9h i 46min, co daje mi 15 pozycję w wyścigu; level upodlenia - extreme!


(fot. Adrian Crapciu)
Statystki czwartego dnia:
Dystans - 330,5km
Średnia prędkość - 19,1km/h
Suma podjazdów - 5 796m
Wyścig dla mnie niezwykły, przez bardzo spontaniczną jazdę miałem mnóstwo niespodziewanych sytuacji na trasie, a to walka z sennością i żołądkiem w Czechach, a to konieczność biwakowania będąc całkowicie mokrym na Słowacji, a to epicki wyścig z Niemcami mglistą nocą ze zdychającą lampką. Czy gdym pojechał RTP dokładniej planując ileś spraw uzyskałbym lepszy wynik? Niewątpliwie! Czy żałuję pojechania RTP bardzo spontanicznie? Nigdy w życiu! Pojechałem ten wyścig wierny mickiewiczowskiemu:
"Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko"
Bo właśnie taka forma jazdy dała mi mnóstwo frajdy i przyjemności, dała wielką przygodę - a to jest dużo ważniejsze niż cyferki. Zrozumiałem też w pełni dlaczego wyścigi samowystarczalne są tym co lubię jeździć najbardziej, wyścig tej długości co RTP to jest zupełnie co innego niż maraton z przepakami i punktami kontrolnymi typu BBT czy RAP. Tutaj wielu spraw po prostu nie da się zaplanować, po pierwszych 500-700km z reguły zaczyna się wielka improwizacja, w moim przypadku była to już skrajna improwizacja. I dlatego wyścigi samowystarczalne w tym aspekcie czysto przygodowym zdecydowanie przerastają imprezy z różnymi formami wsparcia, gdzie kluczowe są cyferki, średnie, waty itd. Na RTP oczywiście parametry czysto kolarskie też są bardzo istotne, ale oprócz tego trzeba umieć sobie dawać radę z mnóstwem innych spraw - z dobrym zaplanowaniem trasy, z całą logistyką jazdy, z naprawami roweru (restrykcyjny w tym zakresie regulamin wymaga pełnej samodzielności). To wszystko zebrane do kupy powoduje, że jazda tego wyścigu jest prawdziwą przygodą.
Oceniając imprezę - Race Through Poland cały czas trzyma bardzo wysoki poziom organizacyjny. Segmenty są zaprojektowane z dużym znawstwem tematu, widać, że to opracowuje kolarz z ogromnym doświadczeniem, jakim jest dyrektor wyścigu Paweł Puławski. Atmosfera na imprezie doskonała, zarówno wśród zawodników jak i na punktach, gdzie wielu wolontariuszy jest bardzo pomocnych i w zdecydowanej większości są to ludzie sami jeżdżący na rowerach, więc doskonale siedzący w temacie. Jednym słowem RTP to wyścig, który polecam każdemu miłośnikowi ultra, obecnie to moim zdaniem zdecydowanie najciekawszy polski ultramaraton szosowy. W tegorocznej edycji nie było żadnych ekstremów z nawierzchniami, na obowiązkowych segmentach było może z 7-8km szutrów, do tego też sporo dziurawych odcinków, ale z tym jadąc RTP trzeba się liczyć, to nie jest impreza dla osób oczekujących tylko gładziutkich asfaltów. Sporo większe ekstrema terenowe trafiłem na odcinkach samodzielne projektowanych, przede wszystkim na Słowacji na dojeździe do trzeciego segmentu, bo tam układ szos był taki, że bardzo trzeba było lawirować by uniknąć zakazanych dróg krajowych. Parę drobnych wpadek przy projektowaniu trasy zaliczyłem, ale generalnie dobrze narysowana trasa była na tym wyścigu moim atutem, bo było sporo ludzi, którzy zaliczyli wpadki nawigacyjne kosztujące długie godziny.
Kwestie sprzętowe - jechałem maraton na rowerze szosowym starszego typu, z hamulcami szczękowymi i oponami 25mm (bo szersze do mojej ramy nie wchodzą). Oczywiście spokojnie da się na takim sprzęcie ukończyć RTP (na takim sprzęcie ukończyłem 3 edycje); niemniej jazda na takim rowerze terenowych odcinków czy często spotykanego na górskich segmentach podłego asfaltu jest bolesna. Amortyzacja jest żadna, mocno obrywa zarówno siedzenie, jak i dłonie. Na całe szczęście w ostatniej chwili zrezygnowałem z jazdy na karbonowych kołach i założyłem zwykłe aluminiowe - i była to doskonała decyzja, bo koła karbonowe ze szczękowymi hamulcami na takich drogach to jest całkowita porażka; tak jechałem w 2022 roku i kosztowało mnie to mocno zdrętwiałe dłonie, które ze 3 miesiące dochodziły do siebie. Jakieś niewielkie zyski ze stożków zupełnie nie są warte dużo gorszego poziomu hamowania na zjazdach, bo to od komfortu najwięcej tu zależy. Natomiast optymalnym rowerem na tego typu trasę będzie szosówka na tarczach przyjmująca dość szerokie opony, rzędu 32mm, widziałem nawet osoby na oponach powyżej 40mm, też i na uszosowionych gravelach dużo ludzi jechało. Taki sprzęt jest najlepszym kompromisem pomiędzy odcinkami szutrowymi oraz normalną szosową jazdą. Awarii na szczęście uniknąłem, mimo bardzo wąskich opon nawet jednego kapcia nie miałem, jedynie regulacja przedniej przerzutki na samym początku maratonu.
Na koniec jeszcze parę słów o moim suporcie. Choć trzeszczał niemożebnie przez cały wyścig udało się dotrzeć bez problemów na metę wyścigu. Parę tygodni po powrocie po wielu próbach rozwiązania tego problemu udało mi się w końcu znaleźć jądro problemu. "Suport" okazał się zaciskiem tylnego koła, który trochę przed wyścigiem zmieniałem. Zasrany zacisk! Ileż to mi krwi na tym wyścigu napsuło to głowa mała! Potwierdziła się stara kolarska prawda, ze ustalenie źródła podejrzanych dźwięków to 95% sukcesu ;))
Zdjęcia z maratonu
Dane wycieczki:
DST: 1522.60 km AVS: km/h
ALT: 21637 m MAX: 65.10 km/h
Temp:14.0 'C
Sobota, 10 września 2022Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2022, Ultramaraton
Maraton Północ-Południe 2022
Wrzesień to tradycyjnie koniec sezonu ultra i równie tradycyjnie ów koniec trzeba uczcić przejechaniem Maratonu Północ-Południe ;)). Tak więc w drugi weekend września obowiązkowo melduję się na Helu, podobnie jak na starcie wszystkich siedmiu edycji MPP.
Dojazd na maraton z pewnymi problemami, spóźnia się mój pociąg do Gdyni, w efekcie czego nie wyrabiam się na Regio na Hel i muszę jechać kolejnym, tyle dobrego, że nie było problemów z zabraniem rowerów, do czego przyczyniła się m.in. słaba pogoda, więc i pasażerów w składzie było sporo mniej niż zazwyczaj. Piątkowe popołudnie na Helu wita zawodników zimną i pochmurną pogodą, tyle dobrego że póki co nie pada. Razem z Tomkiem Wyciszczakiem, z którym mamy wspólną kwaterę idziemy na tradycyjną rundkę nad morzem, wieje solidnie, ale na szczęście nie aż tak mocno jak to zapowiadano w prognozach.

Po spacerze tankujemy do pełna dwudaniowy obiad (ja jeszcze i deser wcisnąłem ;)) w sprawdzonej restauracji i udajemy się na naszą kwaterę. W okolicach 21 dociera Jędrzej Gąsiorowski (jak się okazało późniejszy zwycięzca MPP!) i już w pełnym składzie, rozmawiając o tym co nas jutro czeka przygotowujemy rowery i pakujemy sakwy, wnikliwie analizując prognozy pogody na jutro, które niestety dobrze nie wyglądają...
Spałem sensownie, te 5-6h udało się pospać; poranek wita nas równie ponuro jak wczorajsze popołudnie; tym niewielkim światełkiem w tunelu jest brak opadów, bo nie ma nic gorszego niż start w deszczu. Jak na trasie będzie lało to trudno, jakoś się to przeżyje - ale start na mokro jest wyjątkowo dołujący. Pod latarnią już niezły tłum, tradycyjne rozmowy z innymi znajomymi ultrasami, fotki pod latarnią; pomimo marnej pogody humory dopisują, wszyscy sobie ostrzą zęby na wielką przygodę jaką jest przejechanie całej Polski na rowerze.
Punktualnie o 9 rano cały peleton rusza spod helskiej latarni - i zaczyna się nasza przygoda!

Na MPP tradycyjnie jest wspólny start, co odróżnia ten maraton od większości imprez ultra; dzięki temu sportowa rywalizacja jest wiele naturalniejsza, nie ma potrzeby przeliczania kto w jakiej grupie startował - tutaj kto pierwszy wjeżdża na metę ten wygrywa, kogo wyprzedzimy to jest za nami. Pierwsze ok. 35km jedziemy zwartym peletonem w eskorcie policji, tempo dość spokojnie, w okolicach 25-27km/h, a że jedziemy z mocnym wiatrem w plecy, więc osoby które ubrały się lżej trochę marzną. Temperatura tak na pograniczu jazdy na krótko i długo, ja ubrałem się ciepło, ale nie brakuje osób w krótkich spodenkach. Odcinek Mierzei Helskiej schodzi na rozmowach z Krzyśkiem Dąbrowskim (Blondasem), z którym sporo jeździmy terenowo po Kampinosie, a który nieoczekiwanie zdecydował się na start w MPP, wracając na szosę po wielu latach jeżdżenia tylko MTB, jadąc na pożyczonej szosówce i w luźnych spodenkach MTB bez wkładki. Uprzedzając fakty Krzysiek ukończył imprezę, a z siedzeniem nie miał najmniejszych problemów, żadnych otarć ;)). Na tej długości imprezach nie wypasiony sprzęt ma znaczenie, a głowa - tym najwięcej można zyskać i najwięcej stracić.
Na rondzie we Władysławowie, gdzie kończy się policyjna eskorta tradycyjnie zaczyna się ostre tempo, a mocni zawodnicy wychodzą na czoło peletonu. Ja natomiast zjeżdżam na sikanie - i tak dobrze, że udało się bez tego przejechać całą mierzeję, bo konieczność stawania na tamtym kawałku często oznacza wypadnięcie poza policyjną eskortę i konieczność jazdy w korku za peletonem się tworzącym; a w takiej temperaturze (jest ledwie 11'C) i większym wychłodzeniu pęcherza sporo osób stawało na tym pierwszym kawałku. We wcześniejszych latach często próbowałem się zabierać do szybszych grupek na pierwszą część maratonu, obecnie zdecydowanie preferuję równą jazdę własnym tempem, jedzie się wolniej, ale w drugiej części dnia zaczyna to procentować, bo szybkie rumakowanie ma swoją cenę. W rejonie jeziora Żarnowieckiego jadę kawałek z Gosią Szwaracką i Michałem Szelągiem, na podjeździe znad jeziora (największa górka maratonu na odcinku kaszubskim) jest kilkunastu tasujących się zawodników, a u góry na szczycie spotykam Hipka czekającego na trochę wolniej jadącego Elizjum (chłopaki jechali cały maraton wspólnie, z założeniem spokojnej, turystycznej jazdy na 2 noclegi i dobrze im ten system wypalił). Na przystanku kawałek za podjazdem tradycyjnie przebieram się, bo już się trochę za gorąco zrobiło na jazdę w deszczówce, niemniej żadnego wypasu nie ma. W głębi lądu jest nieco cieplej niż nad morzem, ale to dalej okolice ledwie 13'C, wieje też nieco mniej, jest to wiatr głównie boczno-przeszkadzający. Ale na szczęście trasa na Kaszubach jest na tyle kręta i jest na tyle osłoniętych miejsc, że wiatr aż tak jak się tego obawiałem nie męczy.
Odcinek kaszubski MPP od zmiany bodajże 3 edycje temu jest bardzo przyjemny do jazdy - dużo urozmaiceń, dużo górek, sporo wąskich i widokowych asfaltów. W tym roku pogoda sporo tej widokowości odebrała, ale dalej ta jazda daje sporo frajdy, dobrze wytyczona trasa zawsze była atutem MPP.

Pierwszy krótki postój na tankowanie robię w okolicach 120km, w międzyczasie nadjeżdża Blondas i wspólnie ruszamy dalej na najbardziej pagórkowatą część kaszubskiego odcinka. Są też drobne zmiany trasy w rejonie Egiertowa, więcej bocznych dróg, tak jak prowadził na tym kawałku tegoroczny Podróżnik. Orlen w Egiertowie tym razem odpuszczam, kawałek dalej trochę czasu tracę na regulacje lemondki, bo znowu coś drętwienie dłoni zaczyna mi się dawać we znaki. Zawodników na trasie spotykam cały czas, mija mnie tu między innym Tomek Wyciszczak, kawałek jadę razem z Waldkiem Chodaniem i ekipą z Grupetta. Przed dwusetnym kilometrem niestety pogoda się zepsuła, zaczęło padać, jezdnie zrobiły się mokre, więc jazda grupowa niewiele dawała, chyba że jak chłopaki z Grupetta posiadało się błotniki, ale przy większym deszczu nawet i z tego trochę leciało na jadące z tyłu osoby.
Jednym słowem jazda zrobiła się mało przyjemna, bo kumulacja zimna (okolice 11-12'C) i deszczu to już wymagające warunki do jazdy. Tyle dobrego, że ten deszcz nie był ulewny, chwilami padało solidniej, chwilami był to poziom mżawki, więc jeszcze bez dramatu. W okolicach 200km trasa się wyraźnie wypłaszczyła, za Skarszewami zaczął się nowy odcinek przez Bory Tucholskie, bo w tym roku trasa przekraczała Wisłę w Świeciu, nie Kwidzynie, prowadząc m.in. przez Osieczno i Tleń. Trasa generalnie przyzwoita asfaltowo, choć jak to w Borach trochę monotonna, rejon Tlenia całkiem fajny. Ale już powoli zaczynało zmierzchać, wiec przy padającym deszczu było wyjątkowo ponuro i już odliczałem kilometry do planowanego pierwszego większego postoju za Świeciem. Miałem trochę obawy co do tego postoju, bo była to Moya, nie Orlen (gdzie ma się znajome i sprawdzone menu) - i niestety były to obawy uzasadnione. Na stacji były na ciepło tylko hot-dogi, więc stanąłem (podobnie jak wielu innych zawodników) w barku obok. Zamówiłem hamburgera i frytki, czekać było na to trzeba długo, do tego smaczne to nie było. Frytek dali dużo, ale nie wchodziły mi zupełnie, hamburger też wielki, tylko jego jakość nie dorównywała wymiarom ;)). Wcisnąłem to w siebie na siłę, ale wisiało mi to na żołądku ładnych parę godzin; jedynym plusem barku było to, że było w nim ciepło. Podsumowując - kiepski to był koncept z tym postojem, trzeba było zrobić pośredni postój w Egiertowie jak zawsze, a w Świeciu zjechać z trasy na sprawdzony Orlen lub do Maca.
Gdy ruszyłem z postoju zaczęło solidniej padać i najbliższy odcinek do przyjemnych nie należał. Ale sporym plusem było to, że noc jak na wrzesień była dość ciepła, okolice 11'C, więc niemal to samo co w dzień, wynikało to z niżowej pogody i zachmurzonego nieba. Więc "siła rażenia" deszczu dzięki temu była ograniczona. Zresztą już tak w rejonie Golubia trochę się ten deszcz uspokoił i nie padało specjalnie intensywnie; na tym odcinku mijałem się m.in. z Maćkiem Blimelem, Krzyśkiem Ulbrichtem (jadącym w krótkich spodenkach, żeby zachować suche nogawki na góry ;) i Marcinem Siniarskim, który przed Sierpcem złapał gumę na jakimś szkle i musiał ją robić na deszczu. Dużym plusem tego odcinka były dobre asfalty, dużo lepsze niż na wariancie Kwidzyn - Brodnica jaki był przez ostatnie 2 lata, przy deszczu by się po tym jechało fatalnie, a żniwo kapci byłoby duże. Niemniej miałem na tym tle wpadkę, gdy jadąc po idealnej drodze na lemondce nagle na środku pojawiła się duża dziura w którą mocno przywaliłem, w ogóle się jej nie spodziewając. Koła na szczęście przeżyły, ale uderzenie było tak silne, że aż mi z torebki na ramie zamykanej na magnes wyleciało ileś rzeczy, które musiałem po ciemku zbierać.
W Płocku miałem planowany drugi postój, koncept był świetny - czyli zjechanie na 24h McDonalds i porządne jedzenie + regeneracja w cieple. Niestety okazało się, że realia nieco od założeń teoretycznych odbiegały, bo Mac był czynny tylko w formie McDrive. Więc musiałem stać sporo w kolejce, razem z samochodami, wypełnionymi podpitym towarzystwem, a wydawanie jedzenia w tej formule jest dużo mniej wydajne niż normalnie w Macu, a później i tak pojechać na Orlen; jednym słowem kolejny mocny niewypał z postojem, straciłem na ten cały Płock blisko godzinę. Ale trochę podbudowała mnie psychicznie informacja o tym, że niemal cała czołówka się wycofała, panujące warunki okazały się dla nich za trudne. Trochę mnie to zaskoczyło, bo osobiście nie odbierałem ich jako bardzo wymagających, choć oczywiście łatwo też nie było. Ale to dobrze pokazało, że ultra to nie tylko mocne nogi, jak się pogoda psuje to zyskują bardziej odporne osoby z mocniejszymi głowami, którym psychika pomaga przetrwać nieuniknione na takiej trasie kryzysowe momenty. A okolice Płocka i Warszawy to są rejony zawsze zbierające największe żniwo wycofów - bo już dużo w nogach, na metę dalej bardzo daleko, natomiast do linii kolejowej na Warszawę bardzo blisko ;)).
Za Płockiem jeszcze ze 20-30km i zaczęło świtać, a przetrwanie długiej wrześniowej nocy to zawsze duży motywacyjny zastrzyk, nawet jeśli świt jest tak marny jak dzisiaj ;). Mazowiecki odcinek na wysokości Skierniewic zmieniono by ominąć DK 70, ale nie wiem czy to miało sens. Objazd był sensownie wytyczony, były to boczne drogi dobrej jakości, ale kilkadziesiąt skrętów mocno wybijało z rytmu. DK70 o tej godzinie, w niedzielny poranek ma niewielki ruch. Też na tym kawałku zaczęło znowu mocniej padać, a w rejonie krótkich hopek przy S8 solidnie lunęło. Kolejny planowany postój, jakżeby inaczej - znowu wtopa. W Żabce w Białej Rawskiej, która miała być czynna od 6 wita mnie kartka na drzwiach że w niedzielę otwarte od 11, więc stanąłem kawałek dalej na przystanku, jedząc zimnego hamburgera z Maca, jaki mi jeszcze został. Nowe Miasto trasa mijała bokiem, wiec na zakupy stanąłem w Woli Klwowskiej, tam znowu z 15min zmarnowałem na próbę wymiany klocka hamulcowego, który wydawał się zjechany, ale okazało się, że był tylko zalany ciemną mazią. Więc klocka nie wymieniłem, za to usmarowałem się ową lepiącą mazią dokumentnie ;)
Kolejna większa miejscowość na trasie to była Przysucha - taka nazwa zobowiązuje, więc mniej więcej od tego miejsca drogi wreszcie zaczęły przysychać i na dobre skończyły się problemy z deszczem (choć dalej mocno pochmurno). Za to wiatr, który miał wg prognoz pomagać zrobił się całkiem mocny, ale często wiał bardziej z zachodu, więc więcej szkodził niż pomagał, sporo więcej zyskali na nim zawodnicy jadący parę godzin z tyłu, bo na kawałku z Płocka do Białej Rawskiej sporo się jechało na wschód. Za Przysuchą jedyna większa wpadka z planowaniem trasy maratonu - z 15km kawałek przez Huciska fatalny asfaltowo, długi, leciutko nachylony podjazd 1-2%, łata na łacie; stara wersja przez Chlewiska i Hutę była o wiele ciekawsza kolarsko (fajne górki) i sporo lepsza asfaltowo. Natomiast dalej na odcinku Odrowąż - Samsonów bardzo fajne interwałowe ścianki i szybkie zjazdy. W rejonie Chęcin nieznany mi kawałek, ciekawy widokowo przejazd dookoła kopalni Miedzianka. W Chęcinach dłuższy postój na stacji Slovnaftu, a w samym miasteczku spotykam Maćka Kordasa, który swoim zwyczajem miał kawałek wcześniej ok. 3h odpoczynek w agroturystyce i z nowymi siłami ruszył dalej. Mnie za to zaczął łapać coraz większy kryzys, zmęczenie już bardzo duże, a głowa cały czas wstawia projekcje wygodnego odpoczynku ;))
Maciek pojechał więc szybciej do przodu, a ja coraz mocniej zamulałem, nawet postoje robiłem i widząc swój stan już praktycznie podjąłem decyzję o wzięciu noclegu w Pińczowie, w końcu to było już 780km - więc wstydu nie ma ;). Kawałek do Pińczowa bardzo fajny, płaskie i zielone tereny Ponidzia, z szeroką perspektywą widokową - to spowodowało, że jakimś cudem nagle odżyłem i postanowiłem spróbować dociągnąć nad Wisłę i tam zobaczyć jak będzie. W Pińczowie stanąłem więc jedynie na stacji na zakupy i ruszyłem dalej, w międzyczasie zrobiło się już ciemno. Tempo miałem dalej niespecjalne, ale psychicznie jakoś odżyłem. W okolicach 22 dojechałem na stację w Koszycach, tutaj zrobiłem jedynie krótki postój zaopatrzeniowy, w międzyczasie dojechał Radek Wierzbiński, ale on stawał tu trochę dłużej na większe jedzenie, ja pociągnąłem dalej.
Ostatni płaski kawałek, czyli ok. 20km do DK94 (taka umowna granica płaskiego i pasa pogórzy) idzie mi bardzo drętwo, cały czas jedzie się po wiochach, brakuje takiej fajnej pustki jak na Ponidziu; a przede wszystkim dochodziło już zamulenie drugą nocą jazdy, paradoksalnie już nie mogłem się doczekać gór, bo te wybijają z monotonii. I tak rzeczywiście było, od razu pierwszy podjazd za Brzeźnicą dał zdrowo popalić, odcinek z nachyleniami 15% po jakiś fatalnych dziurach, nawet szutru był kawałek. Fajnie prezentował się Nowy Wiśnicz nocą, elegancki rynek z pomnikiem założyciela miasta, Stanisława Lubomirskiego, zwycięzcy spod Chocimia. Na szczycie kolejnej górki przed Lipnicą krótki odpoczynek na przystanku, a akurat jak już ruszałem to nadjechali Radek Wierzbiński i Krzysztof Ulbricht. Wszyscy mieliśmy zbliżone tempo. więc kolejny kawałek jechaliśmy razem lub w bliskim zasięgu. A kolejne podjazdy od razu nam pokazały, ze tegoroczny górski odcinek MPP bynajmniej nie ustępuje stopniem trudności zeszłorocznemu (z Wielką Trójką, czyli Makowską, Obidową i Gliczarowem), niemal każdy podjazd ma tu sekcje grubo ponad 10%. Przed Limanową wjeżdżamy już na ponad 500m, a kawałek przed miastem robimy ostatni popas na Orlenie w Laskowej.
Ze 2-3km dalej na równej drodze łapię kapcia, prawdopodobnie efekt jazdy po sfrezowanych remontowanych odcinkach, których było kilka wcześniej. Chłopaki pojechali, bo ich pomoc i tak by nic nie zmieniła, a ja ze zdjętą z roweru lampką w zębach wziąłem się za naprawę. Kapeć był w tylnym karbonowym kole, na które opona wchodziła z dużym oporem, więc wymiana była ryzykowna, do tego nie byłem w stanie znaleźć dziury w przebitej dętce, więc i ustalić czy jakaś drobinka nie została w oponie. Na szczęście udało się to poprawnie naprawić i po 20min ruszyłem dalej, choć już do końca trasy miałem schizę na tym tle i każde drobne kamyczki czy nierówności pod tylnym kołem wywoływały odczucie jakby mi to koło coś miękło ;))
Limanowa puściutka (to duży bonus w porównaniu z jazdą tego kawałka dniem), na ciężkim podjeździe za miastem nieoczekiwanie doganiam chłopaków, okazało się, że ich zmuliło i stanęli na przystanku. Ja o dziwo pod względem snu trzymam się bardzo przyzwoicie, dużo tu pomogła jazda w grupie, gdzie zawsze można pogadać, także i bardzo ciężkie podjazdy skutecznie wyrywają z zamulenia, do tego noc jest jasna, mocno świeci księżyc bliski pełni, chmury są tylko na części nieba. Robi się przez to oczywiście zimniej, ale dramatu nie ma, najzimniej było w okolicach 6 stopni. Za Limanową zaczyna się najcięższy odcinek maratonu, bardzo wymagające piły Beskidu Wyspowego, nachylenia pod 15% występują regularnie, a prawdziwą wisienką na torcie jest podjazd pod Krzyż, czyli Młyńczyska. Już dojazd jest solidny, a potem następuje długa prosta z nachyleniem 23% (sporo trudniejsze od Gliczarowa), wciągnąłem to już na ostatnich nogach, na szczycie, ze dwie minuty stałem oparty o kierownicę, łapiąc oddech i czekając na chłopaków, którzy woleli już odpuścić tę rzeźnię. Przypomniało mi się jednocześnie, że był to fragment segmentu z RTP (tego covidowego), który w ramach przygotowań do wyścigu sobie przejechałem.
Także i kolejne dwie ścianki do Kamienicy trzymały solidny poziom, tutaj wreszcie zaczęło świtać, ostatnią rzeźnię MPP, czyli Wierch Młynne pokonujemy już za światła dziennego, choć problemem były samochody jadące z naprzeciwka na bardzo wąskiej drodze, ale udało się wciągnąć bez stawania. Na zjeździe miła niespodzianka - wyremontowali drogę do Ochotnicy, dzięki temu zjazd jest bardzo przyjemny, bo i widoki ekstra. Jako regeneracja po tych przeprawach czeka nas łagodny i ciągnący się w nieskończoność podjazd na Knurowską, kawałek przed szczytem doganiamy już mocno skatowanego Maćka Blimela, któremu nizinna kaseta 28 nieźle dała popalić w górach, nabawił się też bardzo bolesnej kontuzji pleców. Na zjeździe otwiera się szeroki widok na Podhale, Tatry niestety jeszcze w chmurach, ale za to mamy ekstra widoczek na jezioro Czorsztyńskie.

Tutaj trochę zamarudziłem próbując przywrócić do życia mój tracker, bo otrzymałem SMS, że znikłem z monitoringu, straciłem na to parę minut. Radek jechał spokojniej, ale gdy się spotkaliśmy w rejonie Dursztyna okazało się, że Krzysiek Ulbricht uciekł z naszego peletoniku i ruszył już mocno na metę - więc zagrała ambicja i rozpoczęliśmy pogoń ;). Po pokonaniu Łapszy mocnym tempem udało się dogonić Krzyśka na skręcie na Czarną Górę. Dziurawy odcinek dojazdowy wykorzystaliśmy na złapanie oddechu, po czym poszliśmy za ciosem i 14% ścianę na Czarną Górę pojechaliśmy już w trupa, Krzysiek nie utrzymał naszego tempa.
To ściganie na samej końcówce dało nam sporo adrenaliny i pozwoliło skutecznie zwalczyć zamulenie. Pozostał nam jeszcze ciężki podjazd w Brzegach, później już łatwiejsze 3km na Głodówkę - i meldujemy się na mecie na 7 pozycji z czasem 48h40min!

Maraton dla mnie bardzo udany - udało się uzyskać najlepszą pozycję z wszystkich moich startów w MPP i po raz pierwszy znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Udało się to dzięki nadspodziewanie dobremu przetrzymaniu dwóch pełnych nocy na rowerze, dotąd na MPP tylko raz udało mi się dokonać tej sztuki, ale wtedy trasa była krótsza o 80km i sporo łatwiejsza, a pogoda dużo lepsza, na metę dojechałem coś po 3 w nocy, ale muliło mnie na trasie potężnie. A tym razem ta druga noc przeszła w sumie bez mocnego kryzysu sennego, dzięki czemu można było dość sprawnie jechać, nie zamulając po przystankach. Też i jazda w grupie drugą nocą, z Radkiem i Krzyśkiem znacznie tu pomogła - podziękowania dla chłopaków za wspólną jazdę i emocjonującą końcówkę. Żeby nie ten kapeć - to kto wie, może 48h udałoby się złamać, bo 20min poleciało na naprawę, a jak byłby cel te 20min można by urwać na tras; ale w tegorocznej edycji 48h to była wysoko zawieszona poprzeczka.
Sumarycznie oceniając - maraton bardzo wymagający, imprezę ukończyło jedynie 63 ze 100 startujących zawodników, to dobrze pokazuje, że MPP ciągle trzyma wysoki poziom. Skala trudności imprezy na która składają się wymagająca wrześniowa pogoda (zimno i nierzadko opady) + długi dystans w połączeniu z bardzo soczystą górską końcówką powodują, że to jedna z trudniejszych imprez ultra w Polsce. Ale jest to jednocześnie kawał przygody, właśnie trudność tego maratonu, w zestawieniu z malowniczą trasą przez całą Polskę, z Helu aż po same Tatry powoduje, że satysfakcja na mecie jest ogromna. Trasa maratonu w tym roku była niemal idealna asfaltowo, słabych odcinków było bardzo niewiele, jedynie z 15km pod Przysuchą i trochę na Pogórzu Wielickim, jak na tej długości trasę było idealnie (pod tym kątem była to najlepsza edycja MPP) i co ważne deszczowa noc wypadła na odcinku bardzo przyzwoitym asfaltowo.
Pogoda w tym roku zawiesiła wysoko poprzeczkę zawodnikom, było zimno (najwyższa temperatura jaką zanotowałem na trasie to 14'C), padać zaczęło pierwszego dnia po południu i opady utrzymywały się mniej więcej do połowy drugiego dnia. Na szczęście w większości były to opady umiarkowane, niemniej jak widać po liczbie wycofów połączenie deszczu i niskiej temperatury okazało się mocno selektywne. Za to w nagrodę za warunki na trasie maratonu - we wtorek była elegancka pogoda, rankiem widokowa żyleta, więc powrót rowerem do Krakowa był czystą przyjemnością.

Zdjęcia z maratonu
Wrzesień to tradycyjnie koniec sezonu ultra i równie tradycyjnie ów koniec trzeba uczcić przejechaniem Maratonu Północ-Południe ;)). Tak więc w drugi weekend września obowiązkowo melduję się na Helu, podobnie jak na starcie wszystkich siedmiu edycji MPP.
Dojazd na maraton z pewnymi problemami, spóźnia się mój pociąg do Gdyni, w efekcie czego nie wyrabiam się na Regio na Hel i muszę jechać kolejnym, tyle dobrego, że nie było problemów z zabraniem rowerów, do czego przyczyniła się m.in. słaba pogoda, więc i pasażerów w składzie było sporo mniej niż zazwyczaj. Piątkowe popołudnie na Helu wita zawodników zimną i pochmurną pogodą, tyle dobrego że póki co nie pada. Razem z Tomkiem Wyciszczakiem, z którym mamy wspólną kwaterę idziemy na tradycyjną rundkę nad morzem, wieje solidnie, ale na szczęście nie aż tak mocno jak to zapowiadano w prognozach.

Po spacerze tankujemy do pełna dwudaniowy obiad (ja jeszcze i deser wcisnąłem ;)) w sprawdzonej restauracji i udajemy się na naszą kwaterę. W okolicach 21 dociera Jędrzej Gąsiorowski (jak się okazało późniejszy zwycięzca MPP!) i już w pełnym składzie, rozmawiając o tym co nas jutro czeka przygotowujemy rowery i pakujemy sakwy, wnikliwie analizując prognozy pogody na jutro, które niestety dobrze nie wyglądają...
Spałem sensownie, te 5-6h udało się pospać; poranek wita nas równie ponuro jak wczorajsze popołudnie; tym niewielkim światełkiem w tunelu jest brak opadów, bo nie ma nic gorszego niż start w deszczu. Jak na trasie będzie lało to trudno, jakoś się to przeżyje - ale start na mokro jest wyjątkowo dołujący. Pod latarnią już niezły tłum, tradycyjne rozmowy z innymi znajomymi ultrasami, fotki pod latarnią; pomimo marnej pogody humory dopisują, wszyscy sobie ostrzą zęby na wielką przygodę jaką jest przejechanie całej Polski na rowerze.
Punktualnie o 9 rano cały peleton rusza spod helskiej latarni - i zaczyna się nasza przygoda!

Na MPP tradycyjnie jest wspólny start, co odróżnia ten maraton od większości imprez ultra; dzięki temu sportowa rywalizacja jest wiele naturalniejsza, nie ma potrzeby przeliczania kto w jakiej grupie startował - tutaj kto pierwszy wjeżdża na metę ten wygrywa, kogo wyprzedzimy to jest za nami. Pierwsze ok. 35km jedziemy zwartym peletonem w eskorcie policji, tempo dość spokojnie, w okolicach 25-27km/h, a że jedziemy z mocnym wiatrem w plecy, więc osoby które ubrały się lżej trochę marzną. Temperatura tak na pograniczu jazdy na krótko i długo, ja ubrałem się ciepło, ale nie brakuje osób w krótkich spodenkach. Odcinek Mierzei Helskiej schodzi na rozmowach z Krzyśkiem Dąbrowskim (Blondasem), z którym sporo jeździmy terenowo po Kampinosie, a który nieoczekiwanie zdecydował się na start w MPP, wracając na szosę po wielu latach jeżdżenia tylko MTB, jadąc na pożyczonej szosówce i w luźnych spodenkach MTB bez wkładki. Uprzedzając fakty Krzysiek ukończył imprezę, a z siedzeniem nie miał najmniejszych problemów, żadnych otarć ;)). Na tej długości imprezach nie wypasiony sprzęt ma znaczenie, a głowa - tym najwięcej można zyskać i najwięcej stracić.
Na rondzie we Władysławowie, gdzie kończy się policyjna eskorta tradycyjnie zaczyna się ostre tempo, a mocni zawodnicy wychodzą na czoło peletonu. Ja natomiast zjeżdżam na sikanie - i tak dobrze, że udało się bez tego przejechać całą mierzeję, bo konieczność stawania na tamtym kawałku często oznacza wypadnięcie poza policyjną eskortę i konieczność jazdy w korku za peletonem się tworzącym; a w takiej temperaturze (jest ledwie 11'C) i większym wychłodzeniu pęcherza sporo osób stawało na tym pierwszym kawałku. We wcześniejszych latach często próbowałem się zabierać do szybszych grupek na pierwszą część maratonu, obecnie zdecydowanie preferuję równą jazdę własnym tempem, jedzie się wolniej, ale w drugiej części dnia zaczyna to procentować, bo szybkie rumakowanie ma swoją cenę. W rejonie jeziora Żarnowieckiego jadę kawałek z Gosią Szwaracką i Michałem Szelągiem, na podjeździe znad jeziora (największa górka maratonu na odcinku kaszubskim) jest kilkunastu tasujących się zawodników, a u góry na szczycie spotykam Hipka czekającego na trochę wolniej jadącego Elizjum (chłopaki jechali cały maraton wspólnie, z założeniem spokojnej, turystycznej jazdy na 2 noclegi i dobrze im ten system wypalił). Na przystanku kawałek za podjazdem tradycyjnie przebieram się, bo już się trochę za gorąco zrobiło na jazdę w deszczówce, niemniej żadnego wypasu nie ma. W głębi lądu jest nieco cieplej niż nad morzem, ale to dalej okolice ledwie 13'C, wieje też nieco mniej, jest to wiatr głównie boczno-przeszkadzający. Ale na szczęście trasa na Kaszubach jest na tyle kręta i jest na tyle osłoniętych miejsc, że wiatr aż tak jak się tego obawiałem nie męczy.
Odcinek kaszubski MPP od zmiany bodajże 3 edycje temu jest bardzo przyjemny do jazdy - dużo urozmaiceń, dużo górek, sporo wąskich i widokowych asfaltów. W tym roku pogoda sporo tej widokowości odebrała, ale dalej ta jazda daje sporo frajdy, dobrze wytyczona trasa zawsze była atutem MPP.

Pierwszy krótki postój na tankowanie robię w okolicach 120km, w międzyczasie nadjeżdża Blondas i wspólnie ruszamy dalej na najbardziej pagórkowatą część kaszubskiego odcinka. Są też drobne zmiany trasy w rejonie Egiertowa, więcej bocznych dróg, tak jak prowadził na tym kawałku tegoroczny Podróżnik. Orlen w Egiertowie tym razem odpuszczam, kawałek dalej trochę czasu tracę na regulacje lemondki, bo znowu coś drętwienie dłoni zaczyna mi się dawać we znaki. Zawodników na trasie spotykam cały czas, mija mnie tu między innym Tomek Wyciszczak, kawałek jadę razem z Waldkiem Chodaniem i ekipą z Grupetta. Przed dwusetnym kilometrem niestety pogoda się zepsuła, zaczęło padać, jezdnie zrobiły się mokre, więc jazda grupowa niewiele dawała, chyba że jak chłopaki z Grupetta posiadało się błotniki, ale przy większym deszczu nawet i z tego trochę leciało na jadące z tyłu osoby.
Jednym słowem jazda zrobiła się mało przyjemna, bo kumulacja zimna (okolice 11-12'C) i deszczu to już wymagające warunki do jazdy. Tyle dobrego, że ten deszcz nie był ulewny, chwilami padało solidniej, chwilami był to poziom mżawki, więc jeszcze bez dramatu. W okolicach 200km trasa się wyraźnie wypłaszczyła, za Skarszewami zaczął się nowy odcinek przez Bory Tucholskie, bo w tym roku trasa przekraczała Wisłę w Świeciu, nie Kwidzynie, prowadząc m.in. przez Osieczno i Tleń. Trasa generalnie przyzwoita asfaltowo, choć jak to w Borach trochę monotonna, rejon Tlenia całkiem fajny. Ale już powoli zaczynało zmierzchać, wiec przy padającym deszczu było wyjątkowo ponuro i już odliczałem kilometry do planowanego pierwszego większego postoju za Świeciem. Miałem trochę obawy co do tego postoju, bo była to Moya, nie Orlen (gdzie ma się znajome i sprawdzone menu) - i niestety były to obawy uzasadnione. Na stacji były na ciepło tylko hot-dogi, więc stanąłem (podobnie jak wielu innych zawodników) w barku obok. Zamówiłem hamburgera i frytki, czekać było na to trzeba długo, do tego smaczne to nie było. Frytek dali dużo, ale nie wchodziły mi zupełnie, hamburger też wielki, tylko jego jakość nie dorównywała wymiarom ;)). Wcisnąłem to w siebie na siłę, ale wisiało mi to na żołądku ładnych parę godzin; jedynym plusem barku było to, że było w nim ciepło. Podsumowując - kiepski to był koncept z tym postojem, trzeba było zrobić pośredni postój w Egiertowie jak zawsze, a w Świeciu zjechać z trasy na sprawdzony Orlen lub do Maca.
Gdy ruszyłem z postoju zaczęło solidniej padać i najbliższy odcinek do przyjemnych nie należał. Ale sporym plusem było to, że noc jak na wrzesień była dość ciepła, okolice 11'C, więc niemal to samo co w dzień, wynikało to z niżowej pogody i zachmurzonego nieba. Więc "siła rażenia" deszczu dzięki temu była ograniczona. Zresztą już tak w rejonie Golubia trochę się ten deszcz uspokoił i nie padało specjalnie intensywnie; na tym odcinku mijałem się m.in. z Maćkiem Blimelem, Krzyśkiem Ulbrichtem (jadącym w krótkich spodenkach, żeby zachować suche nogawki na góry ;) i Marcinem Siniarskim, który przed Sierpcem złapał gumę na jakimś szkle i musiał ją robić na deszczu. Dużym plusem tego odcinka były dobre asfalty, dużo lepsze niż na wariancie Kwidzyn - Brodnica jaki był przez ostatnie 2 lata, przy deszczu by się po tym jechało fatalnie, a żniwo kapci byłoby duże. Niemniej miałem na tym tle wpadkę, gdy jadąc po idealnej drodze na lemondce nagle na środku pojawiła się duża dziura w którą mocno przywaliłem, w ogóle się jej nie spodziewając. Koła na szczęście przeżyły, ale uderzenie było tak silne, że aż mi z torebki na ramie zamykanej na magnes wyleciało ileś rzeczy, które musiałem po ciemku zbierać.
W Płocku miałem planowany drugi postój, koncept był świetny - czyli zjechanie na 24h McDonalds i porządne jedzenie + regeneracja w cieple. Niestety okazało się, że realia nieco od założeń teoretycznych odbiegały, bo Mac był czynny tylko w formie McDrive. Więc musiałem stać sporo w kolejce, razem z samochodami, wypełnionymi podpitym towarzystwem, a wydawanie jedzenia w tej formule jest dużo mniej wydajne niż normalnie w Macu, a później i tak pojechać na Orlen; jednym słowem kolejny mocny niewypał z postojem, straciłem na ten cały Płock blisko godzinę. Ale trochę podbudowała mnie psychicznie informacja o tym, że niemal cała czołówka się wycofała, panujące warunki okazały się dla nich za trudne. Trochę mnie to zaskoczyło, bo osobiście nie odbierałem ich jako bardzo wymagających, choć oczywiście łatwo też nie było. Ale to dobrze pokazało, że ultra to nie tylko mocne nogi, jak się pogoda psuje to zyskują bardziej odporne osoby z mocniejszymi głowami, którym psychika pomaga przetrwać nieuniknione na takiej trasie kryzysowe momenty. A okolice Płocka i Warszawy to są rejony zawsze zbierające największe żniwo wycofów - bo już dużo w nogach, na metę dalej bardzo daleko, natomiast do linii kolejowej na Warszawę bardzo blisko ;)).
Za Płockiem jeszcze ze 20-30km i zaczęło świtać, a przetrwanie długiej wrześniowej nocy to zawsze duży motywacyjny zastrzyk, nawet jeśli świt jest tak marny jak dzisiaj ;). Mazowiecki odcinek na wysokości Skierniewic zmieniono by ominąć DK 70, ale nie wiem czy to miało sens. Objazd był sensownie wytyczony, były to boczne drogi dobrej jakości, ale kilkadziesiąt skrętów mocno wybijało z rytmu. DK70 o tej godzinie, w niedzielny poranek ma niewielki ruch. Też na tym kawałku zaczęło znowu mocniej padać, a w rejonie krótkich hopek przy S8 solidnie lunęło. Kolejny planowany postój, jakżeby inaczej - znowu wtopa. W Żabce w Białej Rawskiej, która miała być czynna od 6 wita mnie kartka na drzwiach że w niedzielę otwarte od 11, więc stanąłem kawałek dalej na przystanku, jedząc zimnego hamburgera z Maca, jaki mi jeszcze został. Nowe Miasto trasa mijała bokiem, wiec na zakupy stanąłem w Woli Klwowskiej, tam znowu z 15min zmarnowałem na próbę wymiany klocka hamulcowego, który wydawał się zjechany, ale okazało się, że był tylko zalany ciemną mazią. Więc klocka nie wymieniłem, za to usmarowałem się ową lepiącą mazią dokumentnie ;)
Kolejna większa miejscowość na trasie to była Przysucha - taka nazwa zobowiązuje, więc mniej więcej od tego miejsca drogi wreszcie zaczęły przysychać i na dobre skończyły się problemy z deszczem (choć dalej mocno pochmurno). Za to wiatr, który miał wg prognoz pomagać zrobił się całkiem mocny, ale często wiał bardziej z zachodu, więc więcej szkodził niż pomagał, sporo więcej zyskali na nim zawodnicy jadący parę godzin z tyłu, bo na kawałku z Płocka do Białej Rawskiej sporo się jechało na wschód. Za Przysuchą jedyna większa wpadka z planowaniem trasy maratonu - z 15km kawałek przez Huciska fatalny asfaltowo, długi, leciutko nachylony podjazd 1-2%, łata na łacie; stara wersja przez Chlewiska i Hutę była o wiele ciekawsza kolarsko (fajne górki) i sporo lepsza asfaltowo. Natomiast dalej na odcinku Odrowąż - Samsonów bardzo fajne interwałowe ścianki i szybkie zjazdy. W rejonie Chęcin nieznany mi kawałek, ciekawy widokowo przejazd dookoła kopalni Miedzianka. W Chęcinach dłuższy postój na stacji Slovnaftu, a w samym miasteczku spotykam Maćka Kordasa, który swoim zwyczajem miał kawałek wcześniej ok. 3h odpoczynek w agroturystyce i z nowymi siłami ruszył dalej. Mnie za to zaczął łapać coraz większy kryzys, zmęczenie już bardzo duże, a głowa cały czas wstawia projekcje wygodnego odpoczynku ;))
Maciek pojechał więc szybciej do przodu, a ja coraz mocniej zamulałem, nawet postoje robiłem i widząc swój stan już praktycznie podjąłem decyzję o wzięciu noclegu w Pińczowie, w końcu to było już 780km - więc wstydu nie ma ;). Kawałek do Pińczowa bardzo fajny, płaskie i zielone tereny Ponidzia, z szeroką perspektywą widokową - to spowodowało, że jakimś cudem nagle odżyłem i postanowiłem spróbować dociągnąć nad Wisłę i tam zobaczyć jak będzie. W Pińczowie stanąłem więc jedynie na stacji na zakupy i ruszyłem dalej, w międzyczasie zrobiło się już ciemno. Tempo miałem dalej niespecjalne, ale psychicznie jakoś odżyłem. W okolicach 22 dojechałem na stację w Koszycach, tutaj zrobiłem jedynie krótki postój zaopatrzeniowy, w międzyczasie dojechał Radek Wierzbiński, ale on stawał tu trochę dłużej na większe jedzenie, ja pociągnąłem dalej.
Ostatni płaski kawałek, czyli ok. 20km do DK94 (taka umowna granica płaskiego i pasa pogórzy) idzie mi bardzo drętwo, cały czas jedzie się po wiochach, brakuje takiej fajnej pustki jak na Ponidziu; a przede wszystkim dochodziło już zamulenie drugą nocą jazdy, paradoksalnie już nie mogłem się doczekać gór, bo te wybijają z monotonii. I tak rzeczywiście było, od razu pierwszy podjazd za Brzeźnicą dał zdrowo popalić, odcinek z nachyleniami 15% po jakiś fatalnych dziurach, nawet szutru był kawałek. Fajnie prezentował się Nowy Wiśnicz nocą, elegancki rynek z pomnikiem założyciela miasta, Stanisława Lubomirskiego, zwycięzcy spod Chocimia. Na szczycie kolejnej górki przed Lipnicą krótki odpoczynek na przystanku, a akurat jak już ruszałem to nadjechali Radek Wierzbiński i Krzysztof Ulbricht. Wszyscy mieliśmy zbliżone tempo. więc kolejny kawałek jechaliśmy razem lub w bliskim zasięgu. A kolejne podjazdy od razu nam pokazały, ze tegoroczny górski odcinek MPP bynajmniej nie ustępuje stopniem trudności zeszłorocznemu (z Wielką Trójką, czyli Makowską, Obidową i Gliczarowem), niemal każdy podjazd ma tu sekcje grubo ponad 10%. Przed Limanową wjeżdżamy już na ponad 500m, a kawałek przed miastem robimy ostatni popas na Orlenie w Laskowej.
Ze 2-3km dalej na równej drodze łapię kapcia, prawdopodobnie efekt jazdy po sfrezowanych remontowanych odcinkach, których było kilka wcześniej. Chłopaki pojechali, bo ich pomoc i tak by nic nie zmieniła, a ja ze zdjętą z roweru lampką w zębach wziąłem się za naprawę. Kapeć był w tylnym karbonowym kole, na które opona wchodziła z dużym oporem, więc wymiana była ryzykowna, do tego nie byłem w stanie znaleźć dziury w przebitej dętce, więc i ustalić czy jakaś drobinka nie została w oponie. Na szczęście udało się to poprawnie naprawić i po 20min ruszyłem dalej, choć już do końca trasy miałem schizę na tym tle i każde drobne kamyczki czy nierówności pod tylnym kołem wywoływały odczucie jakby mi to koło coś miękło ;))
Limanowa puściutka (to duży bonus w porównaniu z jazdą tego kawałka dniem), na ciężkim podjeździe za miastem nieoczekiwanie doganiam chłopaków, okazało się, że ich zmuliło i stanęli na przystanku. Ja o dziwo pod względem snu trzymam się bardzo przyzwoicie, dużo tu pomogła jazda w grupie, gdzie zawsze można pogadać, także i bardzo ciężkie podjazdy skutecznie wyrywają z zamulenia, do tego noc jest jasna, mocno świeci księżyc bliski pełni, chmury są tylko na części nieba. Robi się przez to oczywiście zimniej, ale dramatu nie ma, najzimniej było w okolicach 6 stopni. Za Limanową zaczyna się najcięższy odcinek maratonu, bardzo wymagające piły Beskidu Wyspowego, nachylenia pod 15% występują regularnie, a prawdziwą wisienką na torcie jest podjazd pod Krzyż, czyli Młyńczyska. Już dojazd jest solidny, a potem następuje długa prosta z nachyleniem 23% (sporo trudniejsze od Gliczarowa), wciągnąłem to już na ostatnich nogach, na szczycie, ze dwie minuty stałem oparty o kierownicę, łapiąc oddech i czekając na chłopaków, którzy woleli już odpuścić tę rzeźnię. Przypomniało mi się jednocześnie, że był to fragment segmentu z RTP (tego covidowego), który w ramach przygotowań do wyścigu sobie przejechałem.
Także i kolejne dwie ścianki do Kamienicy trzymały solidny poziom, tutaj wreszcie zaczęło świtać, ostatnią rzeźnię MPP, czyli Wierch Młynne pokonujemy już za światła dziennego, choć problemem były samochody jadące z naprzeciwka na bardzo wąskiej drodze, ale udało się wciągnąć bez stawania. Na zjeździe miła niespodzianka - wyremontowali drogę do Ochotnicy, dzięki temu zjazd jest bardzo przyjemny, bo i widoki ekstra. Jako regeneracja po tych przeprawach czeka nas łagodny i ciągnący się w nieskończoność podjazd na Knurowską, kawałek przed szczytem doganiamy już mocno skatowanego Maćka Blimela, któremu nizinna kaseta 28 nieźle dała popalić w górach, nabawił się też bardzo bolesnej kontuzji pleców. Na zjeździe otwiera się szeroki widok na Podhale, Tatry niestety jeszcze w chmurach, ale za to mamy ekstra widoczek na jezioro Czorsztyńskie.

Tutaj trochę zamarudziłem próbując przywrócić do życia mój tracker, bo otrzymałem SMS, że znikłem z monitoringu, straciłem na to parę minut. Radek jechał spokojniej, ale gdy się spotkaliśmy w rejonie Dursztyna okazało się, że Krzysiek Ulbricht uciekł z naszego peletoniku i ruszył już mocno na metę - więc zagrała ambicja i rozpoczęliśmy pogoń ;). Po pokonaniu Łapszy mocnym tempem udało się dogonić Krzyśka na skręcie na Czarną Górę. Dziurawy odcinek dojazdowy wykorzystaliśmy na złapanie oddechu, po czym poszliśmy za ciosem i 14% ścianę na Czarną Górę pojechaliśmy już w trupa, Krzysiek nie utrzymał naszego tempa.
To ściganie na samej końcówce dało nam sporo adrenaliny i pozwoliło skutecznie zwalczyć zamulenie. Pozostał nam jeszcze ciężki podjazd w Brzegach, później już łatwiejsze 3km na Głodówkę - i meldujemy się na mecie na 7 pozycji z czasem 48h40min!

Maraton dla mnie bardzo udany - udało się uzyskać najlepszą pozycję z wszystkich moich startów w MPP i po raz pierwszy znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Udało się to dzięki nadspodziewanie dobremu przetrzymaniu dwóch pełnych nocy na rowerze, dotąd na MPP tylko raz udało mi się dokonać tej sztuki, ale wtedy trasa była krótsza o 80km i sporo łatwiejsza, a pogoda dużo lepsza, na metę dojechałem coś po 3 w nocy, ale muliło mnie na trasie potężnie. A tym razem ta druga noc przeszła w sumie bez mocnego kryzysu sennego, dzięki czemu można było dość sprawnie jechać, nie zamulając po przystankach. Też i jazda w grupie drugą nocą, z Radkiem i Krzyśkiem znacznie tu pomogła - podziękowania dla chłopaków za wspólną jazdę i emocjonującą końcówkę. Żeby nie ten kapeć - to kto wie, może 48h udałoby się złamać, bo 20min poleciało na naprawę, a jak byłby cel te 20min można by urwać na tras; ale w tegorocznej edycji 48h to była wysoko zawieszona poprzeczka.
Sumarycznie oceniając - maraton bardzo wymagający, imprezę ukończyło jedynie 63 ze 100 startujących zawodników, to dobrze pokazuje, że MPP ciągle trzyma wysoki poziom. Skala trudności imprezy na która składają się wymagająca wrześniowa pogoda (zimno i nierzadko opady) + długi dystans w połączeniu z bardzo soczystą górską końcówką powodują, że to jedna z trudniejszych imprez ultra w Polsce. Ale jest to jednocześnie kawał przygody, właśnie trudność tego maratonu, w zestawieniu z malowniczą trasą przez całą Polskę, z Helu aż po same Tatry powoduje, że satysfakcja na mecie jest ogromna. Trasa maratonu w tym roku była niemal idealna asfaltowo, słabych odcinków było bardzo niewiele, jedynie z 15km pod Przysuchą i trochę na Pogórzu Wielickim, jak na tej długości trasę było idealnie (pod tym kątem była to najlepsza edycja MPP) i co ważne deszczowa noc wypadła na odcinku bardzo przyzwoitym asfaltowo.
Pogoda w tym roku zawiesiła wysoko poprzeczkę zawodnikom, było zimno (najwyższa temperatura jaką zanotowałem na trasie to 14'C), padać zaczęło pierwszego dnia po południu i opady utrzymywały się mniej więcej do połowy drugiego dnia. Na szczęście w większości były to opady umiarkowane, niemniej jak widać po liczbie wycofów połączenie deszczu i niskiej temperatury okazało się mocno selektywne. Za to w nagrodę za warunki na trasie maratonu - we wtorek była elegancka pogoda, rankiem widokowa żyleta, więc powrót rowerem do Krakowa był czystą przyjemnością.

Zdjęcia z maratonu
Dane wycieczki:
DST: 1018.90 km AVS: 23.79 km/h
ALT: 8113 m MAX: 59.60 km/h
Temp:11.0 'C
Sobota, 6 sierpnia 2022Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon Exceed 2022, Ultramaraton
Poland Gravel Race 2022
Trasę PGR po raz pierwszy miałem okazję jechać w 2020 roku, ale wówczas była to jazda nieoficjalna, zdecydowanie bardziej turystyczna - tak żeby ograniczyć do minimum jazdę nocą i nie tracić pięknych widoków. Trasa mi się zdecydowanie spodobała i postanowiłem na nią wrócić tak by pojechać bardziej sportowo i na optymalniejszym pod ten typ wyścigu rowerze (HT zamiast fulla, na którym jechałem 2 lata temu). Moim planem sportowym na imprezę jest próba zejścia poniżej 40h, co oznacza jazdę non-stop, bez spania; plan ambitny, ale w przypadku dobrej jazdy do osiągniecia.
Tuż przed startem wyścigu tradycyjnie upał, dojazd koleją z przesiadką w Łańcucie, gdzie już było widać jakie opóźnienia łapią pociągi jadące z Krakowa.

W naszym przypadku kilku osób jadących rano z Warszawy jeszcze nie było źle, opóźnienie rzędu 1h, ale ludzie dojeżdżający wieczorem mieli już ponad 4h w plecy, Byczys dojechał coś koło 2 w nocy i jak pamiętam nocował gdzieś w parku ;). Ale to jest właśnie cała "otoczka" przedwyścigowa, można oczywiście dojechać wygodnie samochodem, ale traci się w ten sposób niepowtarzalny klimat, bo PKP nawet największych weteranów podróży koleją jest w stanie czymś nowym zaskoczyć :)). W Przemyślu odbieram pakiet, później razem z Krzyśkiem Dąbrowskim idziemy zatankować do pełna kalorie przed jutrzejszą trasą, pizza XL robi robotę.

Jak to tradycyjnie na PGR - upał jest niewąski, podobna pogoda zapowiada się na jutro i budzi nasze spore obawy, bo trasa jest wystarczająco wymagająca i bez tego co doda od siebie pogoda. Spałem powiedzmy tak sobie (ze względu na upał w pokoju), ale pomimo że startuję w jednej z ostatnich grup wstałem wcześniej i już trochę po 7 byłem na starcie by poobserwować starty innych zawodników i spotkać iluś znajomych z tras ultra; bo ten start z urokliwego centrum Przemyśla ma w sobie dużo uroku. Też zawsze na mnie robi wrażenie kontrast pomiędzy czyściutkimi zawodnikami i idealnie wypucowanymi rowerami na starcie w porównaniu do tego co będzie za 24h :)).

Czas na starcie przyjemnie mija, aż nadchodzi 8.25 i startuje moja grupka. Tradycyjnie PGR zaczyna ostry podjazd uliczkami Przemyśla, podjazd który od razu oddziela chłopców od mężczyzn, bo nie brakuje takich co już na dzień dobry muszą wpychać ;). Na szczycie spotykam kibicującego zawodnikom Waldka Chodania (tym razem sam nie jedzie), a kawałek dalej zaczyna się szuter, na którym jacyś pechowcy już łatają kapcia. Z mojej grupki startowej zostaliśmy na szczycie we dwóch, ale Stefan Wu, jadący w białym stroju był ode mnie mocniejszy, więc szybko odpuściłem by jechać własnym tempem, bo przy tym upale zarżnąć można się bardzo szybko. Pierwsza setka jest najbardziej górzysta na całym PGR, podjazdów jest całe multum. Ale na początku trasy wchodzą jak bułki paryskie, a morale jest bardzo wysokie. Startując pod sam koniec stawki mijam wielu zawodników z wcześniejszych grupek i ma to sporo uroku - można chwilę pogadać i cały czas coś się dzieje, niemal ciągle widać kogoś na horyzoncie. Pierwszą część maratonu kończy bardzo szybki i widokowy zjazd przez Gruszową, dojeżdża się do doliny Wiaru, który za parę kilometrów przekraczamy brodem. Widać od razu, że w tym roku poziom wody jest niski, długi okres suszy zrobił swoje, ale dzięki temu dalej mam suche buty.
Za brodem długa seria podjazdów, najpierw szutrem, a później już asfaltem do Arłamowa, tutaj mijam pierwszą znajomą, czyli Marzenę Szymańską startującą ponad godzinę przede mną, jadąc zaledwie 2h odrobiłem już godzinę, ale Marzena bagażu jak zwykle wzięła ze 3 razy tyle co ja, próbowałem ją przekonywać na tylu wspólnych maratonach; ale ni prośbą ni groźbą z Kota się ultralajtowca nie da zrobić ;)). Za Arłamowem ekstra zjazd tuż przy samej ukraińskiej granicy, jeden z najładniejszych kawałków PGR, zupełnie odludzie. Po tym dobrze znany z MRDP wymagający szosowy podjazd do Kwaszeniny, na którym słońce pali do żywego (są już 32-33 stopnie). Niektórzy zawodnicy już przeginają jadąc lewą stroną drogi by się załapać na trochę cienia; jak jest widoczność to jeszcze można tak jechać, ale przed szczytem wzniesienia to już ryzykowna zabawa, też trochę głupia sytuacja gdy wyprzedzam taką osobę jadącą po lewej stronie, a między nami samochód i słusznie zirytowany kierowca .Za Jureczkową seria 3 podjazdów po takim "bywszym" asfalcie, ale fajnie bo sporo cienia, z tego odcinka wylatuje się na szosę do Ropienki, gdzie od razu po zakręcie warto wrzucić najlżejszy bieg, bo wita nas rzeźnicka 14% ściana. Zjazd na drugą stronę góry atomowy, wyciągam 77,9km/h, cięższe osoby spokojnie są tu w stanie złamać 8 dyszek; na góralu z szerokimi oponami i świetnymi hamulcami przy takich prędkościach czuję się sporo stabilnej niż na rowerze szosowym.
Kawałek dalej spotykam Krzyśka, który bardzo sprawnie i rozsądnie jedzie, nie podpalił się jak sporo osób do mocnego szarżowania na początku imprezy, tylko mądrze gospodaruje siłami, wiedząc, że ze słońcem nie ma żartów. Pojechaliśmy parę kilometrów razem, m.in. świetny szutrowy zjazd na którym daje się przekroczyć 60km/h. Po przekroczeniu krajówki do Krościenka niespodziewanie spotykam mocnego Tomka Wyciszczaka w stroju MPP, który nie przepada za jazdą w takie upały, ale to zawodnik z kategorii tych co w każdych warunkach dadzą sobie radę ;)). Na postój staję dopiero w Czarnej na 100km, czuć już duże zmęczenie, na takiej trasie kilometry zupełnie inaczej się liczy niż na szosie, a na tej setce było ponad 2000m w pionie, do tego słońce już tak od 11 skutecznie niszczy. Właśnie ze względu na pogodę zdecydowałem się na jazdę z izotonikami (na które była zniżka dla uczestników PGR), choć normalnie zdecydowanie preferuję jazdę na czystej wodzie.
Zakupiłem wodę, odpocząłem trochę (spotkałem też Byczysa, który planował coś zjeść w knajpie) i po 20min ruszyłem dalej. Za Czarną jest jeden łatwiejszy i dwa wymagające podjazdy, w tym jeden długo się ciągnący i wjeżdżający na blisko 800m daje zdrowo w kość. Zjazd kamienisty, ze sporą liczbą przepustów odprowadzających wodę, które to przepusty zbierały spore żniwo kapci, na tym odcinku spotkałem parę osób robiących gumy, w tym Górala Nizinnego, jadącego na swoim trekingu, na oponach 32mm z przodu i 35mm z tyłu ;)). Góral miał spore problemy, już drugą gumę złapał i do tego uszkodził zapasową dętkę przy wentylu, jak pamiętam musiał kupować dętki od spotkanych turystów, ale rozmiar nie do końca pasował, więc miał z tym nie lada zabawę. Na takich właśnie odcinkach rower MTB zyskuje, ja mogłem jechać dość szybko, choć na przepustach i na góralu da się załatwić oponę. Na drugim podjeździe spotykam Marka Matulewicza z Białegostoku, z którym jechaliśmy pociągiem z Warszawy, wspólnie zaliczamy wymagający podjazd i dojeżdżamy do Kalnicy, gdzie jak większość zawodników stajemy na zakupy, bo sklepów to na tej trasie wielu nie ma. W Kalnicy też robię popas ze 20min, pod sklepem nie brakuje zawodników z PGR i ciągle dojeżdżają nowi. Część zatrzymuje się na obiad w Smereku, bo jest tam kilka knajpek, a pora w sam raz na obiad, bo jest już godzina 17.
Ale ja nie planowałem tutaj postoju obiadowego, więc jadę dalej - za Kalnicą jest długi odcinek jazdy dość łatwymi stokówkami, na tym etapie wyścigu mam już izotoników serdecznie dosyć, usta całe zalepione i już zaczynają piec od kwaskowatego smaku izo, a czara goryczy się przelała, gdy jadłem żela i opakowanie od niego się przedziurawiło, w efekcie czego zalepiłem całe ręce, od rąk kierownicę, a nie miałem czystej wody by to doprowadzić do porządku. Kolejny mój eksperyment z izotonikami na trasie ultramaratonu zakończył się więc (jak zawsze!) spektakularną porażką, miałem już tego po dziurki w nosie. Wiele osób nie ma z tym problemu i powszechnie stosuje to na takich maratonach, w moim przypadku nie sprawdza się to zupełnie, po kilkunastu godzinach jazdy nie mogę już na to patrzeć. W międzyczasie dostałem informację, że Krzychu miał sporo większe problemy - na tych zjazdach nad Sanem przeciął oponę na przepuście i rozszczelnił mu się system bezdętkowy, przecięcie było przy samym rancie, wiec nie do załatania. Dętka jaką miał w zapasie okazała się wadliwa, więc Krzysiek miał nie lada problem; jak się okazało nawet tubelessowe opony MTB da się rozwalić na trasie PGR.
Za Cisną jest odcinek łatwego asfaltu w stronę przełęczy nad Roztokami (którą pokonywałem w tym roku na RTP), potem solidny podjazd, na tym kawałku bardzo zależało mi by dojechać do pierwszego z trzech odcinków specjalnych pod Balnicą (po nasypie bieszczadzkiej kolejki wąskotorowej) jeszcze za dnia - i to się udało. Nastawiony byłem na pchanie, ale ku mojemu zdziwieniu dało się cały odcinek przejechać, tylko kilka razy musiałem przenieść rower z boku nasypu na środek torów i vice versa. Niemniej ten krótki kawałek solidnie zmasakrował mi będące dotąd w dobrym stanie siedzenie, które czułem potem ładnych parę godzin, bo jazda po podkładach kolejowych nie należy do specjalnie wygodnych. Ale coś za coś, frajda pokonania tego odcinka w siodle była warta trochę niedogodności. Zmierzchać zaczyna na długim podjeździe na przełęcz Żebrak, tak więc do słynnych czterech brodów na Osławie docieram już po ciemku. Jazda tutaj po zmroku miała sporo uroku, bałem się że zamoczę buty i całą noc będę musiał jechać z mokrymi stopami, ale okazało się, że poziom wody w Osławie jest na tyle niski, że dało radę przejechać ten kawałek suchą stopą.
Za brodami krótka soczysta ścianka i docieram do Komańczy, gdzie witają mnie rytmy disco-polo ;). Spotykam tutaj lotny serwis mechanika rowerowego z Krosna, który pomógł wielu zawodnikom PGR, nawet dzwoniłem do Krzyśka by go o tym poinformować, ale okazało się, że Krzysiek ma już zupełną masakrę z rowerem. Udało mu się dostać od jednego z zawodników dętkę, ale to była węższa dętka od gravela i nie bardzo się komponowała z oponą MTB do tego jeszcze uszkodzoną na rancie. Złapał kolejną gumę, załatać tego sensownie się nie dało, bo klej wulkanizacyjny nie chwytał ubabranej w uszczelniaczu dętki, tak więc Krzysiek musiał jechać na prawie flaku, co chwilę to dopompowując, niemal cały czas na stojaka - jednym słowem męka nie jazda. Do Cisnej udało mu się w ten sposób doturlać dopiero koło 23 i już miał wszystkiego serdecznie dosyć, bo sprzęt odebrał całą przyjemność z jazdy, a też i jazda turystyczna tylko na ukończenie nie bardzo go interesowała, więc zdecydował się na wycof.
W Komańczy robię popas na przystanku, izotonikiem mam już solidnie wypalone usta i mam go tak dosyć, że żeby mnie nie kusiło zostawiam cały pozostały zapas (obliczony na całą trasę) na przystanku, może się przydał któremuś z innych zawodników, nawet daje się torebki z moim izo zauważyć na filmie Przemyslava, który kimał na tym samym przystanku :))
https://youtu.be/lbb0Rc-kJBc?t=2407
Za Komańczą zmienia się wyraźnie pogoda, już pod koniec dnia zrobiło się pochmurno, a teraz robi się zimno i przede wszystkim zaczyna wiać zimny wiatr z północy. A tak się akurat układało, że za Komańczą trasa PGR prowadzi dużo na północ, więc wiatr skutecznie niszczył, a wkrótce musiałem założyć wszystkie ubrania jakie miałem, z buffem i czapką zimową włącznie. Generalnie trasa na tym odcinku jest niezła na nocną jazdę, bo jest tu spory procent asfaltów, ale przez ten wiatr zupełnie nie szła mi jazda i zacząłem siadać psychicznie, nawet zrobiłem postój na przystanku, w sumie nie wiadomo po co, bo aż tak to mnie nie muliło. Kawałek dalej gdy coś poprawiałem w rowerze dogonił mnie Tomek Wyciszczak i kawałek pojechaliśmy wspólnie, rozmową wybijając się z monotonii nocnej jazdy. Za Wisłoczkiem ostry podjazd szutrowy - tutaj jest największy ból, że jedziemy nocą, bo widoki z tego podjazdu na masyw Chyrowej to ekstraklasa na PGR, taki można powiedzieć znak firmowy Beskidu Niskiego. Jeszcze kilka ścianek i w okolicach 2.30 docieram do Dukli i zjeżdżam na Orlen, chwilę po mnie dociera Tomek. Tu już zmęczenie było duże, ale pozbyłem się wreszcie tego nieszczęsnego izotonika zamieniając go na wodę, niemniej już do końca trasy camelback trzymał jego posmak ;)).
Po ponad pół godzinie ruszam dalej, ale kryzys dalej trzyma, wiatr cały czas zdecydowanie przeszkadza, generalnie jakoś nie idzie ta jazda. Robię dwa postoje bez większego sensu na takie próby odmulenia, w tym jeden pod zabytkowym drewnianym kościółkiem w Chyrowej (kiedyś cerkwią), w międzyczasie dojeżdża Tomek, chwilę dalej się zjeżdżamy i wspólnie jedziemy spory kawałek - i to najlepiej wyrwało mnie z tego kryzysu, a w Krempnej wreszcie zaczęło świtać. do tego trasa maratonu skręciła na południe i wiatr zrobił się korzystniejszy. Z Wyciorem zawsze się fajnie jedzie, można się sporo nauczyć, bo Tomek ma mnóstwo świetnych patentów, tym razem uratował mnie dając mi spray na ból gardła, bo przez ten zimny wiatr przez całą noc już zaczynałem mieć problemy z oddychaniem.
Jak to często bywa - wraz ze świtem wraca motywacja i pojawiają się nowe siły. Z Tomkiem rozjeżdżamy się w rejonie Wyszowatki, ten kawałek też bardzo klimatyczny, taka kwintesencja Beskidu Niskiego, czyli chwilowe przeniesienie się 50 lat w tył. Trasa PGR prowadzi między innymi obok byłego PGR-u (jakby to zabawnie nie zabrzmiało ;)), a ów klimat najlepiej podkreśla wielkie stado krów blokujące całą drogę, trzeba było nieźle kombinować by przez nie przejechać, niestety tego co zostawiły na drodze już się nie dało ominąć i opony były całe w krowich plackach ;)). Kawałek dalej drugi OS - Hawrań, czyli singielki w lesie, z solidnymi podjazdami, dwa lata temu tutaj fragmentami musiałem prowadzić, ale w tym roku było bardziej sucho, a i rower lepszy na taką trasę i udało się w całości wjechać, choć podjazdy już tak na granicy równowagi. Z OS-u wylatuje się na urokliwą przełęcz Małastowską, tutaj zaczyna się można powiedzieć "zagłębie podjazdów" ciągnące się aż do Krynicy. Prawie nie ma płaskich odcinków, z jednej ściany wlatuje się w drugą, a im bliżej do Krynicy tym bardziej wymagające się te ściany robią, z kulminacją na wyjeździe z Wysowej, gdzie trzeba pokonać 19% piłę, na szczęście na asfalcie. Ale najcięższy na tym kawałku jest kolejny podjazd za Ropkami, bo tam jedzie się mocno nachyloną drogą z kamulcami i koleinami, znowu na granicy równowagi, ale udało się to wciągnąć.
Za tą ścianą od Krynicy oddzielają mnie już dwa podjazdy - Izby, czyli chamskie płyty betonowe, w paru miejscach z wystającymi zbrojeniami (oponę da się na tym załatwić jak się nie uważa) oraz ładny widokowo ostry podjazd szosowy z Mochnaczki. Po wjeździe na szczyt wreszcie dostajemy zasłużony odcinek wypoczynkowy - ponad 15km jazdy w dół, najpierw szybki zjazd do Krynicy, później łagodnie niebrzydką ścieżką rowerową przez Krynicę aż do Muszyny. Do Krynicy docieram w okolicach godziny 11, powoli zaczyna się robić pogoda, bo pierwsza część dnia była dość ponura i chłodna jak na sierpień, teraz wychodzi słońce i robi się koło 20 stopni, niemniej zimny wiatr cały czas wieje. W Krynicy spotykam Stefana Wu, który ruszał z mojej grupy startowej, okazało się, że wyładowała mu się bateria w Di2, a jako, że nie zabrał ładowarki to miał z tym duży problem, ale w Krynicy udało mu się to podładować. Moja bateria w sramowskim Etapie wytrzymała ok. 360km tej trasy, co było wynikiem sporo lepszym niż oczekiwałem i niż notowałem na tegorocznej wyprawie, bo system bezprzewodowy jednak zżera baterię sporo szybciej niż przewodowe Di2; na wszelki wypadek miałem 2 baterie zapasowe, ale wystarczyła tylko jedna.
W Krynicy długo oczekiwany popas na Orlenie. Tutaj to jest stacja na pełnym wypasie - kanapy, ładowarki, szeroki wybór w menu, a nie takie dziadostwo jak było w Dukli, gdzie trzeba było siedzieć na betonie na chłodzie. Zjadłem dobrego hamburgera, zregenerowałem się jako-tako i ruszyłem na dalszą trasę do Muszyny. Pogoda elegancka, zrobiło się ponad 20 stopni, więc przed początkiem podjazdu na Wierchomlę przebrałem się na krótko. Ale skręcając na Wierchomlę trasa robi zakręt równo na północ - i natychmiast zaczął mnie wywiewać zimny wiatr. Pierwsza część podjazdu to łagodnie nachylony asfalt na którym wiatr mnie strasznie niszczył, jak już dobiłem wreszcie do terenu to musiałem się znowu przebrać na długo, tak byłem przemarznięty. Od Krynicy trasa zmienia charakter - stosunkowo krótkie i ostre podjazdy interwałowe zastępują długie góry, ale po których następują równie długie zjazdy. Pierwszy to Wierchomla, gdzie wjeżdża się na ponad 900m (z 450m), generalnie podjazd łatwy, jedynie w samej końcówce trzeba mocniej depnąć. Z Wierchomli chyba najdłuższy odcinek wypoczynkowy na całym PGR - do kolejnego podjazdu czeka aż 25km. Najpierw szybki zjazd, a następnie przyjemna jazda doliną Popradu do Rytra. Na tym odcinku spotykam poznanego na RTP Wojtka Bystrzyckiego, który kręcił po okolicy i czekał na jadącego kawałeczek za mną Karola Kamyczka z Poznania. Przejechaliśmy przyjemnie rozmawiając z 10km, po czym Wojtek zawrócił by spotkać Karola.
W Rytrze zatankowałem wodę i już się szykowałem psychicznie na największą rzeźnię PGR, czyli podjazd na przełęcz Żłobki. Podjazd niszczy zarówno długością (prawie 800m w pionie) jak i nachyleniem (druga połowa trzyma większość czasu w okolicach 10-12%, z maksami w okolicach 16-17%). Dało w kość niewąsko, ponad godzina niezłej orki, ale wjechałem dość sprawnie; na szczycie wita szeroki widok i perspektywa 20km zjazdu do Szczawnicy ;)). Na zjeździe w pewnym momencie trafia się leżące w poprzek drogi duże drzewo - za dnia to nie problem, ale w nocy można się nieźle załatwić na czymś takim, nie wiem co za mózgi pracujące przy wycince coś takiego mogły zrobić, organizatorzy gdy się o tym dowiedzieli od pierwszych zawodników wysyłali sms do będących przed tym miejscem zawodników. Rejon Szczawnicy i Krościenka w niedzielne słoneczne popołudnie w sierpniu - kto był ten wie czego można się spodziewać, taki doskonały kontrast w porównaniu z wieloma kilometrami pustki przez jakie prowadzi PGR. A trasa idzie tu głównie ścieżkami rowerowymi, które napchane są po brzegi pieszymi oraz rekreacyjnie jadącymi rowerzystami, czy dzieciakami potrafiącymi nagle zakręcić na drugą stronę ścieżki . Z ulgą osiągam Orlen w Krościenku, gdzie robię krótki popas.
Kolejnego odcinka trasy nie znałem, bo w 2020 PGR prowadził przełomem Dunajca i dalej asfaltami przez Słowację. Kawałek okazał się eleganckim, moim zdaniem trasa sporo lepsza niż stary wariant, bo przełom Dunajca choć piękny jest w sierpniu nabity ludźmi niemożebnie. A tutaj mamy spokojne asfalty w rejonie Grywałdu, następnie soczysty podjazd po solidnych kamulcach na zbocza góry Wdżar, gdzie znajduje się mała stacja narciarska. Ten terenowy odcinek widokowo ekstraklasa, kapitalnie widać jezioro Czorsztyńskie, też przyjemny i szybki szutrowy zjazd. Spod stacji narciarskiej zjeżdżam nad jezioro Czorsztyńskie i tam wjeżdżam na profesjonalnie wykonaną asfaltową drogę rowerową poprowadzoną samym brzegiem jeziora. Wydawało mi się, że to będzie łatwizna, ale kawałek pomimo, że generalnie płaski to jest bardzo interwałowy, bo jest tu mnóstwo ostrych zakrętów przy których trzeba mocno wyhamowywać, do tego i rowerzystów tłumy, więc podobnie jest przy wyprzedzaniu. A po prawie 500km typowo górskiej trasy w nogach takie interwały dają popalić.
Zmęczenie czuję już więc bardzo mocne, za jeziorem Czorsztyńskim na fajnym szutrowym kawałku na jakieś 10min stanąłem odpocząć. Na postoju zorientowałem się, ze wodę mam już na wykończeniu, myślałem, że na Podhalu nie będzie problemu z zakupem, a tu się okazało, że w Nowej Białej i Krempachach o 18.30 w niedzielę wszystkie sklepy są już pozamykane, a do większych Łapszy to już nie było szans się wyrobić przed 19. Za Krempachami piękny odcinek Szlakiem Wokół Tatr do Dursztyna, a następnie ostatni OS Grandeus z pięknym podjazdem zielonymi halami, przy dobrej widoczności pięknie widać stąd Tatry. Zjazd ze sporą ilością kolein, przy mokrej pogodzie byłoby tu ciężko, ale na szczęście jest sucho, a przy końcu zjazdu szczęście się do mnie uśmiechnęło - znajduję czynną bacówkę, gdzie udało mi się kupić wodę, bo bardzo górska końcówka bez wody zupełnie mi się nie uśmiechała. W międzyczasie minął mnie Karol Kamyczek, którego doganiam kawałek dalej i rozmawiając wspólnie pokonujemy Łapszankę, na której już powoli zaczyna zmierzchać. Ale końcówka to już same asfalty, więc nie stanowi to problemu. Po Łapszance czeka nas jeszcze jeden duży podjazd, czyli ciężkie Brzegi i już łatwiejsza końcówka na Głodówkę. Czując już zew mety docisnąłem mocniej i na Głodówce melduję się o 20.45, z łącznym czasem 36h20min, co dało 16 miejsce na 281 zawodników, którzy stanęli na starcie.

.
Podsumowanie
Satysfakcja z ukończenia wielka, udało się zrealizować sportowy plan pokonania trasy PGR poniżej 40h i to z dużą nawiązką, przy optymalniejszej jeździe i mniejszej liczbie postojów nawet złamanie 35h byłoby realne, nie spodziewałem się, że to aż tak dobrze pójdzie. Do tego pierwszy raz w życiu przejechałem longiem (bez spania) trasę o przewyższeniu ponad 10 000m, to już się w nogach mocno czuje, na drugi dzień ledwo łaziłem ;)). Ale przede wszystkim ta trasa dała mi wielką frajdę, całość udało się przejechać bez żadnego pchania; to jest po prostu kawał przygody, niezależnie od tego na jaki czas jedziemy. I to jest wielka zaleta PGR - że ta trasa jest naprawdę przejezdna, w przeciwieństwie do niejednej imprezy gravelowej, gdzie z tym różnie bywa, tutaj ten flow z jazdy jest naprawdę duży. Organizatorzy nie wpakowują na siłę niepotrzebnych terenowych odcinków, które na gravelu byłyby dla większości nieprzejezdne - dzięki temu jazda tej trasy daje mnóstwo frajdy i z chęcią na PGR wrócę, bo bardzo lubię te tereny.
Trasa pozwala zobaczyć spory wycinek polskich Beskidów, w tym wiele urokliwych szutrowych odcinków. Osobiście jechałem na rowerze MTB - bo po pierwsze nie mam gravela, a po drugie rower MTB daje mi większy fun na zjazdach i ogólnie komfort, tu się nie trzeba ograniczać. A i na podjazdach zakres miękkich biegów bardzo się przydaje, bo ostrych ścianek nie brakuje. Rower gravelowy IMO będzie na takiej trasie niewątpliwie szybszy ze względu na znaczący procent asfaltów, ale kosztem mniejszego komfortu w terenie i możliwości zjazdowych, po przejechaniu tej trasy wydaje mi się, że najoptymalniejszym sprzętem na PGR jest gravel z szerokimi oponami i nieco zmodyfikowanym napędem.
Klika zdjęć (ze startu i mety, bo w czasie jazdy nie fotografowałem)
Trasę PGR po raz pierwszy miałem okazję jechać w 2020 roku, ale wówczas była to jazda nieoficjalna, zdecydowanie bardziej turystyczna - tak żeby ograniczyć do minimum jazdę nocą i nie tracić pięknych widoków. Trasa mi się zdecydowanie spodobała i postanowiłem na nią wrócić tak by pojechać bardziej sportowo i na optymalniejszym pod ten typ wyścigu rowerze (HT zamiast fulla, na którym jechałem 2 lata temu). Moim planem sportowym na imprezę jest próba zejścia poniżej 40h, co oznacza jazdę non-stop, bez spania; plan ambitny, ale w przypadku dobrej jazdy do osiągniecia.
Tuż przed startem wyścigu tradycyjnie upał, dojazd koleją z przesiadką w Łańcucie, gdzie już było widać jakie opóźnienia łapią pociągi jadące z Krakowa.

W naszym przypadku kilku osób jadących rano z Warszawy jeszcze nie było źle, opóźnienie rzędu 1h, ale ludzie dojeżdżający wieczorem mieli już ponad 4h w plecy, Byczys dojechał coś koło 2 w nocy i jak pamiętam nocował gdzieś w parku ;). Ale to jest właśnie cała "otoczka" przedwyścigowa, można oczywiście dojechać wygodnie samochodem, ale traci się w ten sposób niepowtarzalny klimat, bo PKP nawet największych weteranów podróży koleją jest w stanie czymś nowym zaskoczyć :)). W Przemyślu odbieram pakiet, później razem z Krzyśkiem Dąbrowskim idziemy zatankować do pełna kalorie przed jutrzejszą trasą, pizza XL robi robotę.

Jak to tradycyjnie na PGR - upał jest niewąski, podobna pogoda zapowiada się na jutro i budzi nasze spore obawy, bo trasa jest wystarczająco wymagająca i bez tego co doda od siebie pogoda. Spałem powiedzmy tak sobie (ze względu na upał w pokoju), ale pomimo że startuję w jednej z ostatnich grup wstałem wcześniej i już trochę po 7 byłem na starcie by poobserwować starty innych zawodników i spotkać iluś znajomych z tras ultra; bo ten start z urokliwego centrum Przemyśla ma w sobie dużo uroku. Też zawsze na mnie robi wrażenie kontrast pomiędzy czyściutkimi zawodnikami i idealnie wypucowanymi rowerami na starcie w porównaniu do tego co będzie za 24h :)).

Czas na starcie przyjemnie mija, aż nadchodzi 8.25 i startuje moja grupka. Tradycyjnie PGR zaczyna ostry podjazd uliczkami Przemyśla, podjazd który od razu oddziela chłopców od mężczyzn, bo nie brakuje takich co już na dzień dobry muszą wpychać ;). Na szczycie spotykam kibicującego zawodnikom Waldka Chodania (tym razem sam nie jedzie), a kawałek dalej zaczyna się szuter, na którym jacyś pechowcy już łatają kapcia. Z mojej grupki startowej zostaliśmy na szczycie we dwóch, ale Stefan Wu, jadący w białym stroju był ode mnie mocniejszy, więc szybko odpuściłem by jechać własnym tempem, bo przy tym upale zarżnąć można się bardzo szybko. Pierwsza setka jest najbardziej górzysta na całym PGR, podjazdów jest całe multum. Ale na początku trasy wchodzą jak bułki paryskie, a morale jest bardzo wysokie. Startując pod sam koniec stawki mijam wielu zawodników z wcześniejszych grupek i ma to sporo uroku - można chwilę pogadać i cały czas coś się dzieje, niemal ciągle widać kogoś na horyzoncie. Pierwszą część maratonu kończy bardzo szybki i widokowy zjazd przez Gruszową, dojeżdża się do doliny Wiaru, który za parę kilometrów przekraczamy brodem. Widać od razu, że w tym roku poziom wody jest niski, długi okres suszy zrobił swoje, ale dzięki temu dalej mam suche buty.
Za brodem długa seria podjazdów, najpierw szutrem, a później już asfaltem do Arłamowa, tutaj mijam pierwszą znajomą, czyli Marzenę Szymańską startującą ponad godzinę przede mną, jadąc zaledwie 2h odrobiłem już godzinę, ale Marzena bagażu jak zwykle wzięła ze 3 razy tyle co ja, próbowałem ją przekonywać na tylu wspólnych maratonach; ale ni prośbą ni groźbą z Kota się ultralajtowca nie da zrobić ;)). Za Arłamowem ekstra zjazd tuż przy samej ukraińskiej granicy, jeden z najładniejszych kawałków PGR, zupełnie odludzie. Po tym dobrze znany z MRDP wymagający szosowy podjazd do Kwaszeniny, na którym słońce pali do żywego (są już 32-33 stopnie). Niektórzy zawodnicy już przeginają jadąc lewą stroną drogi by się załapać na trochę cienia; jak jest widoczność to jeszcze można tak jechać, ale przed szczytem wzniesienia to już ryzykowna zabawa, też trochę głupia sytuacja gdy wyprzedzam taką osobę jadącą po lewej stronie, a między nami samochód i słusznie zirytowany kierowca .Za Jureczkową seria 3 podjazdów po takim "bywszym" asfalcie, ale fajnie bo sporo cienia, z tego odcinka wylatuje się na szosę do Ropienki, gdzie od razu po zakręcie warto wrzucić najlżejszy bieg, bo wita nas rzeźnicka 14% ściana. Zjazd na drugą stronę góry atomowy, wyciągam 77,9km/h, cięższe osoby spokojnie są tu w stanie złamać 8 dyszek; na góralu z szerokimi oponami i świetnymi hamulcami przy takich prędkościach czuję się sporo stabilnej niż na rowerze szosowym.
Kawałek dalej spotykam Krzyśka, który bardzo sprawnie i rozsądnie jedzie, nie podpalił się jak sporo osób do mocnego szarżowania na początku imprezy, tylko mądrze gospodaruje siłami, wiedząc, że ze słońcem nie ma żartów. Pojechaliśmy parę kilometrów razem, m.in. świetny szutrowy zjazd na którym daje się przekroczyć 60km/h. Po przekroczeniu krajówki do Krościenka niespodziewanie spotykam mocnego Tomka Wyciszczaka w stroju MPP, który nie przepada za jazdą w takie upały, ale to zawodnik z kategorii tych co w każdych warunkach dadzą sobie radę ;)). Na postój staję dopiero w Czarnej na 100km, czuć już duże zmęczenie, na takiej trasie kilometry zupełnie inaczej się liczy niż na szosie, a na tej setce było ponad 2000m w pionie, do tego słońce już tak od 11 skutecznie niszczy. Właśnie ze względu na pogodę zdecydowałem się na jazdę z izotonikami (na które była zniżka dla uczestników PGR), choć normalnie zdecydowanie preferuję jazdę na czystej wodzie.
Zakupiłem wodę, odpocząłem trochę (spotkałem też Byczysa, który planował coś zjeść w knajpie) i po 20min ruszyłem dalej. Za Czarną jest jeden łatwiejszy i dwa wymagające podjazdy, w tym jeden długo się ciągnący i wjeżdżający na blisko 800m daje zdrowo w kość. Zjazd kamienisty, ze sporą liczbą przepustów odprowadzających wodę, które to przepusty zbierały spore żniwo kapci, na tym odcinku spotkałem parę osób robiących gumy, w tym Górala Nizinnego, jadącego na swoim trekingu, na oponach 32mm z przodu i 35mm z tyłu ;)). Góral miał spore problemy, już drugą gumę złapał i do tego uszkodził zapasową dętkę przy wentylu, jak pamiętam musiał kupować dętki od spotkanych turystów, ale rozmiar nie do końca pasował, więc miał z tym nie lada zabawę. Na takich właśnie odcinkach rower MTB zyskuje, ja mogłem jechać dość szybko, choć na przepustach i na góralu da się załatwić oponę. Na drugim podjeździe spotykam Marka Matulewicza z Białegostoku, z którym jechaliśmy pociągiem z Warszawy, wspólnie zaliczamy wymagający podjazd i dojeżdżamy do Kalnicy, gdzie jak większość zawodników stajemy na zakupy, bo sklepów to na tej trasie wielu nie ma. W Kalnicy też robię popas ze 20min, pod sklepem nie brakuje zawodników z PGR i ciągle dojeżdżają nowi. Część zatrzymuje się na obiad w Smereku, bo jest tam kilka knajpek, a pora w sam raz na obiad, bo jest już godzina 17.
Ale ja nie planowałem tutaj postoju obiadowego, więc jadę dalej - za Kalnicą jest długi odcinek jazdy dość łatwymi stokówkami, na tym etapie wyścigu mam już izotoników serdecznie dosyć, usta całe zalepione i już zaczynają piec od kwaskowatego smaku izo, a czara goryczy się przelała, gdy jadłem żela i opakowanie od niego się przedziurawiło, w efekcie czego zalepiłem całe ręce, od rąk kierownicę, a nie miałem czystej wody by to doprowadzić do porządku. Kolejny mój eksperyment z izotonikami na trasie ultramaratonu zakończył się więc (jak zawsze!) spektakularną porażką, miałem już tego po dziurki w nosie. Wiele osób nie ma z tym problemu i powszechnie stosuje to na takich maratonach, w moim przypadku nie sprawdza się to zupełnie, po kilkunastu godzinach jazdy nie mogę już na to patrzeć. W międzyczasie dostałem informację, że Krzychu miał sporo większe problemy - na tych zjazdach nad Sanem przeciął oponę na przepuście i rozszczelnił mu się system bezdętkowy, przecięcie było przy samym rancie, wiec nie do załatania. Dętka jaką miał w zapasie okazała się wadliwa, więc Krzysiek miał nie lada problem; jak się okazało nawet tubelessowe opony MTB da się rozwalić na trasie PGR.
Za Cisną jest odcinek łatwego asfaltu w stronę przełęczy nad Roztokami (którą pokonywałem w tym roku na RTP), potem solidny podjazd, na tym kawałku bardzo zależało mi by dojechać do pierwszego z trzech odcinków specjalnych pod Balnicą (po nasypie bieszczadzkiej kolejki wąskotorowej) jeszcze za dnia - i to się udało. Nastawiony byłem na pchanie, ale ku mojemu zdziwieniu dało się cały odcinek przejechać, tylko kilka razy musiałem przenieść rower z boku nasypu na środek torów i vice versa. Niemniej ten krótki kawałek solidnie zmasakrował mi będące dotąd w dobrym stanie siedzenie, które czułem potem ładnych parę godzin, bo jazda po podkładach kolejowych nie należy do specjalnie wygodnych. Ale coś za coś, frajda pokonania tego odcinka w siodle była warta trochę niedogodności. Zmierzchać zaczyna na długim podjeździe na przełęcz Żebrak, tak więc do słynnych czterech brodów na Osławie docieram już po ciemku. Jazda tutaj po zmroku miała sporo uroku, bałem się że zamoczę buty i całą noc będę musiał jechać z mokrymi stopami, ale okazało się, że poziom wody w Osławie jest na tyle niski, że dało radę przejechać ten kawałek suchą stopą.
Za brodami krótka soczysta ścianka i docieram do Komańczy, gdzie witają mnie rytmy disco-polo ;). Spotykam tutaj lotny serwis mechanika rowerowego z Krosna, który pomógł wielu zawodnikom PGR, nawet dzwoniłem do Krzyśka by go o tym poinformować, ale okazało się, że Krzysiek ma już zupełną masakrę z rowerem. Udało mu się dostać od jednego z zawodników dętkę, ale to była węższa dętka od gravela i nie bardzo się komponowała z oponą MTB do tego jeszcze uszkodzoną na rancie. Złapał kolejną gumę, załatać tego sensownie się nie dało, bo klej wulkanizacyjny nie chwytał ubabranej w uszczelniaczu dętki, tak więc Krzysiek musiał jechać na prawie flaku, co chwilę to dopompowując, niemal cały czas na stojaka - jednym słowem męka nie jazda. Do Cisnej udało mu się w ten sposób doturlać dopiero koło 23 i już miał wszystkiego serdecznie dosyć, bo sprzęt odebrał całą przyjemność z jazdy, a też i jazda turystyczna tylko na ukończenie nie bardzo go interesowała, więc zdecydował się na wycof.
W Komańczy robię popas na przystanku, izotonikiem mam już solidnie wypalone usta i mam go tak dosyć, że żeby mnie nie kusiło zostawiam cały pozostały zapas (obliczony na całą trasę) na przystanku, może się przydał któremuś z innych zawodników, nawet daje się torebki z moim izo zauważyć na filmie Przemyslava, który kimał na tym samym przystanku :))
https://youtu.be/lbb0Rc-kJBc?t=2407
Za Komańczą zmienia się wyraźnie pogoda, już pod koniec dnia zrobiło się pochmurno, a teraz robi się zimno i przede wszystkim zaczyna wiać zimny wiatr z północy. A tak się akurat układało, że za Komańczą trasa PGR prowadzi dużo na północ, więc wiatr skutecznie niszczył, a wkrótce musiałem założyć wszystkie ubrania jakie miałem, z buffem i czapką zimową włącznie. Generalnie trasa na tym odcinku jest niezła na nocną jazdę, bo jest tu spory procent asfaltów, ale przez ten wiatr zupełnie nie szła mi jazda i zacząłem siadać psychicznie, nawet zrobiłem postój na przystanku, w sumie nie wiadomo po co, bo aż tak to mnie nie muliło. Kawałek dalej gdy coś poprawiałem w rowerze dogonił mnie Tomek Wyciszczak i kawałek pojechaliśmy wspólnie, rozmową wybijając się z monotonii nocnej jazdy. Za Wisłoczkiem ostry podjazd szutrowy - tutaj jest największy ból, że jedziemy nocą, bo widoki z tego podjazdu na masyw Chyrowej to ekstraklasa na PGR, taki można powiedzieć znak firmowy Beskidu Niskiego. Jeszcze kilka ścianek i w okolicach 2.30 docieram do Dukli i zjeżdżam na Orlen, chwilę po mnie dociera Tomek. Tu już zmęczenie było duże, ale pozbyłem się wreszcie tego nieszczęsnego izotonika zamieniając go na wodę, niemniej już do końca trasy camelback trzymał jego posmak ;)).
Po ponad pół godzinie ruszam dalej, ale kryzys dalej trzyma, wiatr cały czas zdecydowanie przeszkadza, generalnie jakoś nie idzie ta jazda. Robię dwa postoje bez większego sensu na takie próby odmulenia, w tym jeden pod zabytkowym drewnianym kościółkiem w Chyrowej (kiedyś cerkwią), w międzyczasie dojeżdża Tomek, chwilę dalej się zjeżdżamy i wspólnie jedziemy spory kawałek - i to najlepiej wyrwało mnie z tego kryzysu, a w Krempnej wreszcie zaczęło świtać. do tego trasa maratonu skręciła na południe i wiatr zrobił się korzystniejszy. Z Wyciorem zawsze się fajnie jedzie, można się sporo nauczyć, bo Tomek ma mnóstwo świetnych patentów, tym razem uratował mnie dając mi spray na ból gardła, bo przez ten zimny wiatr przez całą noc już zaczynałem mieć problemy z oddychaniem.
Jak to często bywa - wraz ze świtem wraca motywacja i pojawiają się nowe siły. Z Tomkiem rozjeżdżamy się w rejonie Wyszowatki, ten kawałek też bardzo klimatyczny, taka kwintesencja Beskidu Niskiego, czyli chwilowe przeniesienie się 50 lat w tył. Trasa PGR prowadzi między innymi obok byłego PGR-u (jakby to zabawnie nie zabrzmiało ;)), a ów klimat najlepiej podkreśla wielkie stado krów blokujące całą drogę, trzeba było nieźle kombinować by przez nie przejechać, niestety tego co zostawiły na drodze już się nie dało ominąć i opony były całe w krowich plackach ;)). Kawałek dalej drugi OS - Hawrań, czyli singielki w lesie, z solidnymi podjazdami, dwa lata temu tutaj fragmentami musiałem prowadzić, ale w tym roku było bardziej sucho, a i rower lepszy na taką trasę i udało się w całości wjechać, choć podjazdy już tak na granicy równowagi. Z OS-u wylatuje się na urokliwą przełęcz Małastowską, tutaj zaczyna się można powiedzieć "zagłębie podjazdów" ciągnące się aż do Krynicy. Prawie nie ma płaskich odcinków, z jednej ściany wlatuje się w drugą, a im bliżej do Krynicy tym bardziej wymagające się te ściany robią, z kulminacją na wyjeździe z Wysowej, gdzie trzeba pokonać 19% piłę, na szczęście na asfalcie. Ale najcięższy na tym kawałku jest kolejny podjazd za Ropkami, bo tam jedzie się mocno nachyloną drogą z kamulcami i koleinami, znowu na granicy równowagi, ale udało się to wciągnąć.
Za tą ścianą od Krynicy oddzielają mnie już dwa podjazdy - Izby, czyli chamskie płyty betonowe, w paru miejscach z wystającymi zbrojeniami (oponę da się na tym załatwić jak się nie uważa) oraz ładny widokowo ostry podjazd szosowy z Mochnaczki. Po wjeździe na szczyt wreszcie dostajemy zasłużony odcinek wypoczynkowy - ponad 15km jazdy w dół, najpierw szybki zjazd do Krynicy, później łagodnie niebrzydką ścieżką rowerową przez Krynicę aż do Muszyny. Do Krynicy docieram w okolicach godziny 11, powoli zaczyna się robić pogoda, bo pierwsza część dnia była dość ponura i chłodna jak na sierpień, teraz wychodzi słońce i robi się koło 20 stopni, niemniej zimny wiatr cały czas wieje. W Krynicy spotykam Stefana Wu, który ruszał z mojej grupy startowej, okazało się, że wyładowała mu się bateria w Di2, a jako, że nie zabrał ładowarki to miał z tym duży problem, ale w Krynicy udało mu się to podładować. Moja bateria w sramowskim Etapie wytrzymała ok. 360km tej trasy, co było wynikiem sporo lepszym niż oczekiwałem i niż notowałem na tegorocznej wyprawie, bo system bezprzewodowy jednak zżera baterię sporo szybciej niż przewodowe Di2; na wszelki wypadek miałem 2 baterie zapasowe, ale wystarczyła tylko jedna.
W Krynicy długo oczekiwany popas na Orlenie. Tutaj to jest stacja na pełnym wypasie - kanapy, ładowarki, szeroki wybór w menu, a nie takie dziadostwo jak było w Dukli, gdzie trzeba było siedzieć na betonie na chłodzie. Zjadłem dobrego hamburgera, zregenerowałem się jako-tako i ruszyłem na dalszą trasę do Muszyny. Pogoda elegancka, zrobiło się ponad 20 stopni, więc przed początkiem podjazdu na Wierchomlę przebrałem się na krótko. Ale skręcając na Wierchomlę trasa robi zakręt równo na północ - i natychmiast zaczął mnie wywiewać zimny wiatr. Pierwsza część podjazdu to łagodnie nachylony asfalt na którym wiatr mnie strasznie niszczył, jak już dobiłem wreszcie do terenu to musiałem się znowu przebrać na długo, tak byłem przemarznięty. Od Krynicy trasa zmienia charakter - stosunkowo krótkie i ostre podjazdy interwałowe zastępują długie góry, ale po których następują równie długie zjazdy. Pierwszy to Wierchomla, gdzie wjeżdża się na ponad 900m (z 450m), generalnie podjazd łatwy, jedynie w samej końcówce trzeba mocniej depnąć. Z Wierchomli chyba najdłuższy odcinek wypoczynkowy na całym PGR - do kolejnego podjazdu czeka aż 25km. Najpierw szybki zjazd, a następnie przyjemna jazda doliną Popradu do Rytra. Na tym odcinku spotykam poznanego na RTP Wojtka Bystrzyckiego, który kręcił po okolicy i czekał na jadącego kawałeczek za mną Karola Kamyczka z Poznania. Przejechaliśmy przyjemnie rozmawiając z 10km, po czym Wojtek zawrócił by spotkać Karola.
W Rytrze zatankowałem wodę i już się szykowałem psychicznie na największą rzeźnię PGR, czyli podjazd na przełęcz Żłobki. Podjazd niszczy zarówno długością (prawie 800m w pionie) jak i nachyleniem (druga połowa trzyma większość czasu w okolicach 10-12%, z maksami w okolicach 16-17%). Dało w kość niewąsko, ponad godzina niezłej orki, ale wjechałem dość sprawnie; na szczycie wita szeroki widok i perspektywa 20km zjazdu do Szczawnicy ;)). Na zjeździe w pewnym momencie trafia się leżące w poprzek drogi duże drzewo - za dnia to nie problem, ale w nocy można się nieźle załatwić na czymś takim, nie wiem co za mózgi pracujące przy wycince coś takiego mogły zrobić, organizatorzy gdy się o tym dowiedzieli od pierwszych zawodników wysyłali sms do będących przed tym miejscem zawodników. Rejon Szczawnicy i Krościenka w niedzielne słoneczne popołudnie w sierpniu - kto był ten wie czego można się spodziewać, taki doskonały kontrast w porównaniu z wieloma kilometrami pustki przez jakie prowadzi PGR. A trasa idzie tu głównie ścieżkami rowerowymi, które napchane są po brzegi pieszymi oraz rekreacyjnie jadącymi rowerzystami, czy dzieciakami potrafiącymi nagle zakręcić na drugą stronę ścieżki . Z ulgą osiągam Orlen w Krościenku, gdzie robię krótki popas.
Kolejnego odcinka trasy nie znałem, bo w 2020 PGR prowadził przełomem Dunajca i dalej asfaltami przez Słowację. Kawałek okazał się eleganckim, moim zdaniem trasa sporo lepsza niż stary wariant, bo przełom Dunajca choć piękny jest w sierpniu nabity ludźmi niemożebnie. A tutaj mamy spokojne asfalty w rejonie Grywałdu, następnie soczysty podjazd po solidnych kamulcach na zbocza góry Wdżar, gdzie znajduje się mała stacja narciarska. Ten terenowy odcinek widokowo ekstraklasa, kapitalnie widać jezioro Czorsztyńskie, też przyjemny i szybki szutrowy zjazd. Spod stacji narciarskiej zjeżdżam nad jezioro Czorsztyńskie i tam wjeżdżam na profesjonalnie wykonaną asfaltową drogę rowerową poprowadzoną samym brzegiem jeziora. Wydawało mi się, że to będzie łatwizna, ale kawałek pomimo, że generalnie płaski to jest bardzo interwałowy, bo jest tu mnóstwo ostrych zakrętów przy których trzeba mocno wyhamowywać, do tego i rowerzystów tłumy, więc podobnie jest przy wyprzedzaniu. A po prawie 500km typowo górskiej trasy w nogach takie interwały dają popalić.
Zmęczenie czuję już więc bardzo mocne, za jeziorem Czorsztyńskim na fajnym szutrowym kawałku na jakieś 10min stanąłem odpocząć. Na postoju zorientowałem się, ze wodę mam już na wykończeniu, myślałem, że na Podhalu nie będzie problemu z zakupem, a tu się okazało, że w Nowej Białej i Krempachach o 18.30 w niedzielę wszystkie sklepy są już pozamykane, a do większych Łapszy to już nie było szans się wyrobić przed 19. Za Krempachami piękny odcinek Szlakiem Wokół Tatr do Dursztyna, a następnie ostatni OS Grandeus z pięknym podjazdem zielonymi halami, przy dobrej widoczności pięknie widać stąd Tatry. Zjazd ze sporą ilością kolein, przy mokrej pogodzie byłoby tu ciężko, ale na szczęście jest sucho, a przy końcu zjazdu szczęście się do mnie uśmiechnęło - znajduję czynną bacówkę, gdzie udało mi się kupić wodę, bo bardzo górska końcówka bez wody zupełnie mi się nie uśmiechała. W międzyczasie minął mnie Karol Kamyczek, którego doganiam kawałek dalej i rozmawiając wspólnie pokonujemy Łapszankę, na której już powoli zaczyna zmierzchać. Ale końcówka to już same asfalty, więc nie stanowi to problemu. Po Łapszance czeka nas jeszcze jeden duży podjazd, czyli ciężkie Brzegi i już łatwiejsza końcówka na Głodówkę. Czując już zew mety docisnąłem mocniej i na Głodówce melduję się o 20.45, z łącznym czasem 36h20min, co dało 16 miejsce na 281 zawodników, którzy stanęli na starcie.

.
Podsumowanie
Satysfakcja z ukończenia wielka, udało się zrealizować sportowy plan pokonania trasy PGR poniżej 40h i to z dużą nawiązką, przy optymalniejszej jeździe i mniejszej liczbie postojów nawet złamanie 35h byłoby realne, nie spodziewałem się, że to aż tak dobrze pójdzie. Do tego pierwszy raz w życiu przejechałem longiem (bez spania) trasę o przewyższeniu ponad 10 000m, to już się w nogach mocno czuje, na drugi dzień ledwo łaziłem ;)). Ale przede wszystkim ta trasa dała mi wielką frajdę, całość udało się przejechać bez żadnego pchania; to jest po prostu kawał przygody, niezależnie od tego na jaki czas jedziemy. I to jest wielka zaleta PGR - że ta trasa jest naprawdę przejezdna, w przeciwieństwie do niejednej imprezy gravelowej, gdzie z tym różnie bywa, tutaj ten flow z jazdy jest naprawdę duży. Organizatorzy nie wpakowują na siłę niepotrzebnych terenowych odcinków, które na gravelu byłyby dla większości nieprzejezdne - dzięki temu jazda tej trasy daje mnóstwo frajdy i z chęcią na PGR wrócę, bo bardzo lubię te tereny.
Trasa pozwala zobaczyć spory wycinek polskich Beskidów, w tym wiele urokliwych szutrowych odcinków. Osobiście jechałem na rowerze MTB - bo po pierwsze nie mam gravela, a po drugie rower MTB daje mi większy fun na zjazdach i ogólnie komfort, tu się nie trzeba ograniczać. A i na podjazdach zakres miękkich biegów bardzo się przydaje, bo ostrych ścianek nie brakuje. Rower gravelowy IMO będzie na takiej trasie niewątpliwie szybszy ze względu na znaczący procent asfaltów, ale kosztem mniejszego komfortu w terenie i możliwości zjazdowych, po przejechaniu tej trasy wydaje mi się, że najoptymalniejszym sprzętem na PGR jest gravel z szerokimi oponami i nieco zmodyfikowanym napędem.
Klika zdjęć (ze startu i mety, bo w czasie jazdy nie fotografowałem)
Dane wycieczki:
DST: 545.80 km AVS: 17.72 km/h
ALT: 10216 m MAX: 77.90 km/h
Temp:19.0 'C
Sobota, 11 września 2021Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2021, Ultramaraton
Maraton Północ - Południe 2021
Mój tegoroczny start w MPP stał pod dużym znakiem zapytania, bo ukończony ledwie niecałe 2 tygodnie wcześniej MRDP kosztował sporo zdrowia, przede wszystkim problemem były solidnie zdrętwiałe dłonie, choć i mięśniowo wiadomo, że pełnej "świeżości w kroku" (słynny komentarz o biegu Ireny Szewińskiej) nie było... Ale prognozy na MPP były bardzo zachęcające, wyglądało, że będzie głównie słonecznie - a to coś czego na MRDP zdecydowanie zabrakło i odebrało sporo frajdy z jazdy. A że ten maraton i jego klimat (jazda znad Bałtyku w Tatry) bardzo lubię; startowałem we wszystkich edycjach, więc kusiło to na tyle mocno, że postanowiłem zaryzykować!
W piątek dojeżdżam na Hel, w przepełnionym pociągu do Gdyni jedzie już spora grupka maratończyków, jest wesoło, szczególnie, gdy mały dzieciak zwrócił swój posiłek na podłogę ;). Na Helu pogoda perfekcyjna, rower zostawiam w hotelu, a sam ruszam na tradycyjny przed tym maratonem spacer nad morze. Warunki idealne, pod latarnią odbieram pakiet startowy, rozmawiam z wieloma znajomymi, dowiaduję, że podobno jutrzejsze delikatne opady mają nas ominąć (haha!) i przez las najeżony bunkrami z okresu II wojny światowej ruszam nad morze. Praktycznie w ogóle nie wieje, są nawet ludzie kąpiący się w morzu; robię sobie dłuższy spacer plażą docierając do Początku Polski.

Po spacerze czas na solidne uzupełnienie kalorii przed startem, razem z Lucjanem Kornickim wybieramy się na dobry obiad do sprawdzonej restauracji. Miło się gadało, gdy kończymy biesiadować jest już ciemno, pora na ostatnie zakupy na jutro - i wracam do hotelu. Spałem dobrze, rano wypasione śniadanie w hotelu i jadę na start maratonu, gdzie roi się już od zawodników i ich rowerów ;)). W tym roku kolejny rekord frekwencji - sumarycznie wystartowały aż 122 osoby, choć z zapisanych ok. 160 blisko 40 nie pojawiło się na starcie. Startujemy punktualnie o 9.00, do Władysławowa tradycyjnie jedziemy w policyjnej eskorcie, jadę na samym przodzie; przez pierwszą część, gdy przed nami jechał samochód z Bartkiem Pawlikiem, fotografem wyścigu było na poziomie 25-27km/h, ale gdy samochód zjechał i zostały same motocykle policyjne to już skoczyło do poziomów sporo powyżej 30km/h, chwilami dochodząc do 38km/h ;). Tym razem udało mi się ten odcinek przejechać bez przerwy na sikanie; pod koniec Mierzei Helskiej czołówka wyścigu przesunęła się do czoła peletonu - i za Władysławowem od razu mocno wyrwali do przodu.
Ja zgodnie z planem jechałem swoim równym tempem, nastawiając się głównie na jazdę solo, a dołączając się do grupek wtedy gdy tempo było na zbliżonym do mojego poziomie. Za największym kaszubskim podjazdem nad jeziorem Żarnowieckim na znanym z wcześniejszych edycji przystanku (już chyba 3 razy tu stawałem) przebieram się i przepakowuję, niepotrzebnie wziąłem plecak na dodatkową wodę, mniej zachodu i czasu straci się na jej kupienie na trasie niż bujanie się z niewygodnym plecakiem. Przestawiam też trochę pozycję w rowerze, bo niestety z dłońmi nie jest dobrze, są zauważalne problemy z hamowaniem w górnym chwycie, a górek jest tutaj mnóstwo. W czasie postoju minęło mnie sporo zawodników pozdrawiając, ruszam z animuszem by ich podgonić, na chwilkę podłączam się do grupki Oli i Zdzisia Piekarskich, którzy jadą razem z Vukim.

Pogoda jest świetna, więc humory dopisują. Ale wszystko do czasu, już w okolicach 120km zaczyna popadywać, a rychło przechodzi w gwałtowną burzę. Przebrałem się i ruszam dalej, niestety jazda już nie taka przyjemna, szybko mam mokre siedzenie, bo miałem z tyłu małą podsiodłówkę, za krótką by robić za skuteczny błotnik, na takie warunki lepsze są dłuższe torby.
Ale przede wszystkim coś w ogóle nie widać sensownych przejaśnień, a wg prognoz to miały być jedynie ok. 2h opady i to raczej w rejonie Kwidzyna, do którego jest jeszcze spory kawałek. Szybko okazało się, że wróżbici od prognoz jak zwykle "deczko" się pomylili, co mnie ostro wkurzyło - bo nie tak to miało być, pisałem się na słoneczko, a tu była powtórka z MRDP, choć tyle dobrego, że te parę stopni więcej, niemniej te 15 stopni to wypasu nie robiło, tak więc cały ten odcinek kląłem na synoptyków na czym świat stoi. Przed Egiertowem większą grupkę łapie szlaban kolejowy, tu cyka nas też Ania Młotek; towarzysząca nam samochodem całą trasę; po czym ruszamy na większy podjazd do skrzyżowania z DK 20, gdzie jest Orlen na którym sporo zawodników się zatrzymuje, jest nawet jeden optymista co się bierze za czyszczenie roweru, bo chwilowo nie pada ;). Widzę tutaj jak źle jest z dłońmi - mam duże problemy z odkręceniem butelki, także i z otwieraniem batoników są duże problemy. Za Egiertowem spotykam się z Żubrem, jedziemy spory kawałek, albo razem, albo w bliskim zasięgu, Piotrek ma spory problem, bo tuż przed startem zresetowała mu się pamięć w Garminie i nie ma śladu trasy, więc stara się jechać z innymi ludźmi, licząc, że może na punkcie w Sierpcu da radę coś z tym zrobić. Cały czas jest mokro, co jakiś czas popaduje. Wkrótce dołącza do nas Łukasz Drągiewicz i spory kawałek jedziemy w takiej forumowej ekipie. Po pewnym odcinku widząc, że jak to tak dalej będzie z tymi dłońmi to maratonu nie ukończę, bo nie będę w stanie utrzymać kierownicy postanawiam coś z tym zrobić. Na przystanku robię większy fitting, poprawiając lemondkę, czekam też z utęsknieniem na koniec górek, bo wąskie kaszubskie drogi z interwałowymi podjazdami, choć bardzo fajne do jazdy akurat na taką kontuzję nie są dobre, liczę, że na płaskim będzie z tym lepiej.
Ciągle irytuje pogoda, powtarza się schemat z MRDP, gdy tylko człowiek wyschnie - to zaraz pojawia się coś nowego na horyzoncie. Ucieszyłem się jak za Starogardem wjechałem wreszcie na suche asfalty, licząc, że to koniec zabawy z deszczem, a tu dosłownie 2-3km dalej, gdy wjeżdżałem na wiadukt nad A1, pojawia się na horyzoncie sina chmura i już było widać, że musi z tego ostro walnąć. No i walnęło zaraz za Gniewem, zjeżdżam na bardzo kiepski przystanek by się przebrać, zaraz po mnie ładują się trzy sakwiarki, które kawałek wcześniej wyprzedzałem, tak więc już w ogóle nie ma miejsca. Leje ostro, ale że już i tak jestem mokry to mi to większej różnicy nie robi więc jadę, mijając sporą ekipę z MPP okupującą kolejne przystanki ;))

Do mostu na Wiśle jechałem w burzy, pioruny waliły gęsto, a że tam się jedzie spory kawałek zupełnie płaskim i odkrytym terenem to zastanawiałem się ile jest prawdy w opowieściach jak to karbon przyciąga pioruny :P. Podobnie i przejeżdżając Wisłę mostem z wielkimi pylonami myślałem, czy jak walnie w pylon (w końcu najwyższy punkt w okolicy) to piorun zejdzie do podłoża po wodzie i czy izolacja z gumy opon wystarczy ;)). Do Kwidzyna docieram już nocą i mocno przeczesany, jeszcze do reszty mnie wkurzył zapchany na deszczu wysokościomierz w Garminie, to jest zawsze taka kropelka przelewająca czarę goryczy ;).
Robię dłuższy postój na Orlenie, jedząc m.in. hot-doga, odzipnąłem trochę, postawiło mnie to nieźle na nogi, więc szybko ruszam dalej, bo po wyjściu z ciepła od razu trząść zaczęło. Na podjeździe za Kwidzynem spotykam Remka Siudzińskiego, który jedzie zupełnie na krótko i który mówi, że jest mu ciepło i tak jechał cały dzisiejszy dzień - prawdziwy podziw! Remek to prawdziwy twardziel, pomimo tego, że sporo przytył w tym roku, to głową i przygotowaniem logistycznym mnóstwo nadrabia do innych ludzi; trochę niższą prędkość jazdy w pełni niwelując krótszymi postojami. Widząc jak jedzie w warunkach, które wiele osób rozkładały byłem pewien, że bez problemu dotrze na metę w limicie i się nie pomyliłem. Pierwszy nocny odcinek idzie OK, bardzo motywująco na psychikę działa to, że zaczynam widzieć, że zmiana pozycji przyniosła wyraźny skutek i z dłońmi robi się coraz lepiej. Na Lotosie w Kisielicach, gdzie spotykam Lucjana jeszcze krótka poprawka bloku i ruszam dalej, wkrótce spotykając ekipę Żubra i Łukasza oraz Darka Janeczka, którzy robią gumę na zupełnym zadupiu. Wkrótce się wszyscy razem zjechaliśmy i większość nocnego odcinka pokonywaliśmy wspólnie, choć oczywiście rozmaitych tasowań nie brakowało. Odcinek wredny, dużo dziur, sporo podjazdów, dopiero na jakieś 20-30km przed Sierpcem poprawiają się drogi oraz wyraźnie się wypłaszcza.
Punkt w Sierpcu z dużym wypasem, można zjeść na ciepło zupki, wypić herbatę czy kawę, mi idealnie podeszły świetne kanapki, doskonałe na zmianę smaku po licznych słodyczach. Obsługa perfekcyjna, od razu widać, że jak taki punkt robią ludzie sami jeżdżący ultra - to wypada to najlepiej. Żubrowi udało się wgrać do Garmina ślad, niestety przed Sierpcem zaczął go już łapać mocny kryzys żołądkowy, który jak się okazało za Płockiem zmusił go do wycofu, niestety z nawalającym żołądkiem nie sposób zrobić tak trudnej trasy. U mnie z kolei jedno z ogniw do lampki okazało się wadliwe, na szczęście udało mi się pożyczyć ogniwo od Łukasza, który miał wystarczający zapas (choć sumarycznie okazało się, ze starczyło to co miałem).
Za Sierpcem jadę kawałek z Marcinem Kabałą, który również jechał w tegorocznym MRDP, dojeżdżamy w rejon gigantycznej rafinerii Orlenu w Płocku, nocą robi to duże wrażenie. Już samotnie przejeżdżam przez jeszcze zupełnie pusty Płock i przekraczam Wisłę, świtać zaczyna kawałek przed Gąbinem, na krótkich podjazd znad doliny Wisły, mgły na wzgórzach wyglądają malowniczo. Zaczynają się płaskie równiny Mazowsza, wiatr na większości tego odcinka przeszkadza (choć na szczęście nie jest silny); dla wielu zawodników ten odcinek był trudny ze względu na monotonię i sporo przeciwnego wiatru. Ja wręcz przeciwnie, jako rodowity mieszkaniec Warszawy, trenujący często na Gassach, byłem doskonale przyzwyczajony do mazowieckich realiów i przeleciałem ten odcinek jak dzik po żołędzie ;). A mazowieckie równiny ciągną się blisko 200km, aż pod rejon Przysuchy, gdzie wjeżdża się już na Wzgórza Koneckie. W Przysusze robię sobie postój na jedzenie, za miastem zaczynają się fajne interwały na krótkich ściankach, a kawałek dalej, podobnie jak w zeszłym roku spotykam Transatlantyka, który wyjechał mi na spotkanie. Bardzo fajnie było pogadać z Markiem, wspólnie pokonujemy długi podjazd na Hutę, żegnając się na szczycie.

Pagóreczki dalej trzymają, aż do Łopuszna jest ileś krótkich ścianek, też bardzo wredny kawałek po DK74, gdzie pomimo niedzieli jest wielki ruch. Ale to tylko parę km. Jako, że w nogach już ponad 700km zastanawiam się co tu robić z noclegiem, bo oceniam, że jazda drugiej nocy nie ma sensu, a ciśnienia na wynik nie mam, jadę dla przyjemności i góry chciałbym robić za dnia. Ogarniam nocleg w agroturystyce w Lelowie, odcinek z Łopuszna w miarę szybki, bo dość płaski, jedynie jedna większa hopka na trasie. Na Orlenie w Koniecpolu (już nocą) jeszcze ostatni postój, kolejny raz spotykam się tutaj z Krzyśkiem Szczeckim i Tomkiem Jakubcem, z którymi dzisiaj sporo się tasowaliśmy. Zostało jeszcze 10km do Lelowa i przed 21 jestem już na kwaterze.
Postój noclegowy (w przeciwieństwie do zeszłego roku, gdy oka zmrużyć nie mogłem) wypadł elegancko, spałem 3h jak drewno, po tym jak alarm mnie wybudził ze snu, ze 2min nie wiedziałem gdzie jestem ani co się dzieje ;). Ruszam przed 2 w nocy, w sumie na postój poleciało 5h, ale dobrze się zregenerowałem. Od razu po wjechaniu na trasę maratonu spotykam Bartosza Kalisza, kawałek wspólnie jechaliśmy, ale wkrótce zaczęły się jurajskie górki, więc każdy pojechał swoim tempem. Dobrze przespana nocka robiła swoje i dogoniłem kilku zawodników, którzy jechali bez snu, lub podsypiając na przystankach. Pogoda natomiast kiepska - mokre drogi, dużo wilgoci w powietrzu, od czasu do czasu lekko pokapuje; dopiero na mecie dowiedziałem się, że ludzie co jechali, gdy ja spałem mieli solidne burze na Jurze, więc na noclegu tym razem mocno wygrałem. Początek idzie jeszcze dość topornie, w mokrych warunkach nocą jeździ się kiepsko, ale wizja zbliżającego świtu była bardzo zachęcająca. Już kawałek za Olkuszem powoli zaczyna się rozjaśniać, a w Krzeszowicach jest właściwie widno. Trasę na metę i wszystkie podjazdy dobrze znałem i wiedziałem czego się spodziewać, po przejechaniu Wisły zaczynały się już solidnie górki, na przywitanie Marcyporęba z 13% nachyleniem, potem do Kalwarii Zebrzydowskiej jeszcze łatwiejszy odcinek, a potem już długa seria podjazdów za Kalwarią, Zachełmna (z której elegancko było widać położoną na szczycie innego grzbietu Lanckoronę) i wreszcie Makowska.

Na Makowskiej mocno się wkurzyłem - to bardzo wąska droga i mijanie samochodem roweru trzeba robić z wielką uwagą i na małej prędkości, bo nie ma tu miejsca, a rowerem na takim nachyleniu łatwo może bujnąć na bok. A tymczasem baba zjeżdżająca z góry w ogóle nie zwolniła, minęła mnie na 30cm, a przez okno widziałem, że w jednym ręku trzyma kubek z napojem, kierownicą na tak trudnej drodze kręcąc jedynie jedną ręką! Niestety małopolscy kierowcy to jest dramat, dla mnie najgorsi w całej Polsce, a im bliżej Podhala tym z tym gorzej... Ale pomimo tego zajścia udało się wciągnąć Makowską bez stawania, a do łatwych ten podjazd nie należy, szczególnie, gdy ma się już 900km w nogach ;). Za Makowską nowy odcinek na MPP, czyli krajówkę do Jordanowa zastąpiły boczne drogi przez Wieprzec, Skomielną Czarną i Łętownię, co oczywiście dodało do trasy sporo wymagających podjazdów. Niestety taki był układ tych dróg, że pod górę z reguły były dość dobre nawierzchnie, natomiast na zjazdach sporo dziur, w ogóle trochę Małopolska rozczarowała pod tym względem, trochę tu było dziurawych odcinków. Ale wiele to nie przeszkadzało, bo ten dzień "zrobiła" pogoda, po zejściu porannych mgieł zrobiło się słonecznie, wkrótce dało się już jechać na krótko - właśnie na coś takiego tu liczyłem i dlatego zdecydowałem się jechać pomimo MRDP w nogach.
Zmęczenie w nogach coraz większe, ale i meta już coraz bliżej. Ostatni postój robię na Orlenie w Rabce, niestety kiepskim, ze słabym wyborem asortymentu; a miałem ochotę na dużego burgera ;). Za Rabką ciężki podjazd na Obidową, z którego widać już Tatry (niestety tym razem w chmurach). Z Obidowej zjazd zakopianką do Klikuszowej (nocą Adam Szczygieł zderzył się na tym kawałku z psem, który nie wiadomo skąd wziął się na tak głównej drodze). Od Klikuszowej, po zjechaniu z zakopianki mijałem bardzo długi korek z przeciwnej strony, stojący na światłach na zakopiankę. Później sanktuarium w Ludźmierzu, Szaflary - i można się szykować na deser MPP, czyli podjazd na Gliczarów. Ściana sroga 22-23%, już ponad 1000km w nogach, ale dałem radę wciągnąć, nawet nieco mniej mnie to styrało niż zazwyczaj. Tam to już byłem w domu - piękny grzbiet Gliczarowa, pokonany ostrym tempem ostatni podjazd na Głodówkę i o 14.57, z czasem 53h57min melduję się na mecie! Dało to nadspodziewanie wysoką pozycję, bo 18 miejsce, jedynie raz, w 2018 roku byłem wyżej na MPP; tak więc pomimo, że nie jechałem tutaj na wynik udało się uzyskać całkiem dobrą pozycję.

Tegoroczna edycja okazała się nadspodziewanie wymagająca, załamanie pogody na Kaszubach przeczesało sporo zawodników, przez co stracili sporo czasu i zamulali w nocy, później na mazowieckim płaskim odcinku wiatr przeszkadzał, a końcówka była najcięższa w historii MPP; więc sumarycznie aż 47 osób (38%) ze 122 co stanęły na starcie wycofało się lub dojechało po limicie.
Ale przede wszystkim ten maraton to kawał przygody, uwielbiam to uczucie, gdy staje się na tym symbolicznym Początku Polski pod latarnią na Helu i siłą własnych mięśni trzeba przejechać w Tatry, w tak krótkim czasie przejeżdżając przez tyle rozmaitych krain geograficznych naszego pięknego kraju. Na mecie tradycyjna integracja, dzielenie się opowieściami i przygodami z trasy z innymi zawodnikami, oklaskiwanie tych którzy właśnie docierają i zamawianie do jedzenia wszystkiego co się da, po takiej wyrypie te trzy obiady da radę zmieścić ;)). Z dłońmi na mecie nastąpił prawdziwy "cud domu brandenburskiego" - były w lepszym stanie niż na starcie; jak to mawiał Ferdynand Kiepski "są na świecie rzeczy o których się fizjologom nie śniło" ;)).
W ogóle fizycznie dość dobrze zniosłem ten maraton, obyło się bez kontuzji, te 3200km z MRDP zaprocentowały pod kątem wytrzymałości; tak więc sumarycznie byłem bardzo zadowolony, że zdecydowałem się pojechać MPP. A we wtorek pogoda była niemal perfekcyjna, słonecznie, ze 22-24 stopnie; tak więc zdecydowałem się pojechać rowerem do Krakowa na pociąg, a gdy na trasie mijali mnie organizatorzy jadący busem do Warszawy i zaproponowali zabranie się z nimi - nawet nie miałem pokusy by im nie odmówić ;)). Jechało się świetnie, tym razem już bez presji czasowej, z długimi odpoczynkami, bo do pociągu miałem duży zapas; góry mają mnóstwo klimatu, a jazda w takiej pogodzie to czysta przyjemność.
Podziękowania dla organizatorów - impreza jak zwykle świetnie zorganizowana, trasa bardzo wymagająca, ale i równie ciekawa; a meta na Głodówce to już swoista Mekka ultrasów, za rok z chęcią kolejny raz tam wrócę!
Zdjęcia z maratonu
Mój tegoroczny start w MPP stał pod dużym znakiem zapytania, bo ukończony ledwie niecałe 2 tygodnie wcześniej MRDP kosztował sporo zdrowia, przede wszystkim problemem były solidnie zdrętwiałe dłonie, choć i mięśniowo wiadomo, że pełnej "świeżości w kroku" (słynny komentarz o biegu Ireny Szewińskiej) nie było... Ale prognozy na MPP były bardzo zachęcające, wyglądało, że będzie głównie słonecznie - a to coś czego na MRDP zdecydowanie zabrakło i odebrało sporo frajdy z jazdy. A że ten maraton i jego klimat (jazda znad Bałtyku w Tatry) bardzo lubię; startowałem we wszystkich edycjach, więc kusiło to na tyle mocno, że postanowiłem zaryzykować!
W piątek dojeżdżam na Hel, w przepełnionym pociągu do Gdyni jedzie już spora grupka maratończyków, jest wesoło, szczególnie, gdy mały dzieciak zwrócił swój posiłek na podłogę ;). Na Helu pogoda perfekcyjna, rower zostawiam w hotelu, a sam ruszam na tradycyjny przed tym maratonem spacer nad morze. Warunki idealne, pod latarnią odbieram pakiet startowy, rozmawiam z wieloma znajomymi, dowiaduję, że podobno jutrzejsze delikatne opady mają nas ominąć (haha!) i przez las najeżony bunkrami z okresu II wojny światowej ruszam nad morze. Praktycznie w ogóle nie wieje, są nawet ludzie kąpiący się w morzu; robię sobie dłuższy spacer plażą docierając do Początku Polski.

Po spacerze czas na solidne uzupełnienie kalorii przed startem, razem z Lucjanem Kornickim wybieramy się na dobry obiad do sprawdzonej restauracji. Miło się gadało, gdy kończymy biesiadować jest już ciemno, pora na ostatnie zakupy na jutro - i wracam do hotelu. Spałem dobrze, rano wypasione śniadanie w hotelu i jadę na start maratonu, gdzie roi się już od zawodników i ich rowerów ;)). W tym roku kolejny rekord frekwencji - sumarycznie wystartowały aż 122 osoby, choć z zapisanych ok. 160 blisko 40 nie pojawiło się na starcie. Startujemy punktualnie o 9.00, do Władysławowa tradycyjnie jedziemy w policyjnej eskorcie, jadę na samym przodzie; przez pierwszą część, gdy przed nami jechał samochód z Bartkiem Pawlikiem, fotografem wyścigu było na poziomie 25-27km/h, ale gdy samochód zjechał i zostały same motocykle policyjne to już skoczyło do poziomów sporo powyżej 30km/h, chwilami dochodząc do 38km/h ;). Tym razem udało mi się ten odcinek przejechać bez przerwy na sikanie; pod koniec Mierzei Helskiej czołówka wyścigu przesunęła się do czoła peletonu - i za Władysławowem od razu mocno wyrwali do przodu.
Ja zgodnie z planem jechałem swoim równym tempem, nastawiając się głównie na jazdę solo, a dołączając się do grupek wtedy gdy tempo było na zbliżonym do mojego poziomie. Za największym kaszubskim podjazdem nad jeziorem Żarnowieckim na znanym z wcześniejszych edycji przystanku (już chyba 3 razy tu stawałem) przebieram się i przepakowuję, niepotrzebnie wziąłem plecak na dodatkową wodę, mniej zachodu i czasu straci się na jej kupienie na trasie niż bujanie się z niewygodnym plecakiem. Przestawiam też trochę pozycję w rowerze, bo niestety z dłońmi nie jest dobrze, są zauważalne problemy z hamowaniem w górnym chwycie, a górek jest tutaj mnóstwo. W czasie postoju minęło mnie sporo zawodników pozdrawiając, ruszam z animuszem by ich podgonić, na chwilkę podłączam się do grupki Oli i Zdzisia Piekarskich, którzy jadą razem z Vukim.

Pogoda jest świetna, więc humory dopisują. Ale wszystko do czasu, już w okolicach 120km zaczyna popadywać, a rychło przechodzi w gwałtowną burzę. Przebrałem się i ruszam dalej, niestety jazda już nie taka przyjemna, szybko mam mokre siedzenie, bo miałem z tyłu małą podsiodłówkę, za krótką by robić za skuteczny błotnik, na takie warunki lepsze są dłuższe torby.
Ale przede wszystkim coś w ogóle nie widać sensownych przejaśnień, a wg prognoz to miały być jedynie ok. 2h opady i to raczej w rejonie Kwidzyna, do którego jest jeszcze spory kawałek. Szybko okazało się, że wróżbici od prognoz jak zwykle "deczko" się pomylili, co mnie ostro wkurzyło - bo nie tak to miało być, pisałem się na słoneczko, a tu była powtórka z MRDP, choć tyle dobrego, że te parę stopni więcej, niemniej te 15 stopni to wypasu nie robiło, tak więc cały ten odcinek kląłem na synoptyków na czym świat stoi. Przed Egiertowem większą grupkę łapie szlaban kolejowy, tu cyka nas też Ania Młotek; towarzysząca nam samochodem całą trasę; po czym ruszamy na większy podjazd do skrzyżowania z DK 20, gdzie jest Orlen na którym sporo zawodników się zatrzymuje, jest nawet jeden optymista co się bierze za czyszczenie roweru, bo chwilowo nie pada ;). Widzę tutaj jak źle jest z dłońmi - mam duże problemy z odkręceniem butelki, także i z otwieraniem batoników są duże problemy. Za Egiertowem spotykam się z Żubrem, jedziemy spory kawałek, albo razem, albo w bliskim zasięgu, Piotrek ma spory problem, bo tuż przed startem zresetowała mu się pamięć w Garminie i nie ma śladu trasy, więc stara się jechać z innymi ludźmi, licząc, że może na punkcie w Sierpcu da radę coś z tym zrobić. Cały czas jest mokro, co jakiś czas popaduje. Wkrótce dołącza do nas Łukasz Drągiewicz i spory kawałek jedziemy w takiej forumowej ekipie. Po pewnym odcinku widząc, że jak to tak dalej będzie z tymi dłońmi to maratonu nie ukończę, bo nie będę w stanie utrzymać kierownicy postanawiam coś z tym zrobić. Na przystanku robię większy fitting, poprawiając lemondkę, czekam też z utęsknieniem na koniec górek, bo wąskie kaszubskie drogi z interwałowymi podjazdami, choć bardzo fajne do jazdy akurat na taką kontuzję nie są dobre, liczę, że na płaskim będzie z tym lepiej.
Ciągle irytuje pogoda, powtarza się schemat z MRDP, gdy tylko człowiek wyschnie - to zaraz pojawia się coś nowego na horyzoncie. Ucieszyłem się jak za Starogardem wjechałem wreszcie na suche asfalty, licząc, że to koniec zabawy z deszczem, a tu dosłownie 2-3km dalej, gdy wjeżdżałem na wiadukt nad A1, pojawia się na horyzoncie sina chmura i już było widać, że musi z tego ostro walnąć. No i walnęło zaraz za Gniewem, zjeżdżam na bardzo kiepski przystanek by się przebrać, zaraz po mnie ładują się trzy sakwiarki, które kawałek wcześniej wyprzedzałem, tak więc już w ogóle nie ma miejsca. Leje ostro, ale że już i tak jestem mokry to mi to większej różnicy nie robi więc jadę, mijając sporą ekipę z MPP okupującą kolejne przystanki ;))

Do mostu na Wiśle jechałem w burzy, pioruny waliły gęsto, a że tam się jedzie spory kawałek zupełnie płaskim i odkrytym terenem to zastanawiałem się ile jest prawdy w opowieściach jak to karbon przyciąga pioruny :P. Podobnie i przejeżdżając Wisłę mostem z wielkimi pylonami myślałem, czy jak walnie w pylon (w końcu najwyższy punkt w okolicy) to piorun zejdzie do podłoża po wodzie i czy izolacja z gumy opon wystarczy ;)). Do Kwidzyna docieram już nocą i mocno przeczesany, jeszcze do reszty mnie wkurzył zapchany na deszczu wysokościomierz w Garminie, to jest zawsze taka kropelka przelewająca czarę goryczy ;).
Robię dłuższy postój na Orlenie, jedząc m.in. hot-doga, odzipnąłem trochę, postawiło mnie to nieźle na nogi, więc szybko ruszam dalej, bo po wyjściu z ciepła od razu trząść zaczęło. Na podjeździe za Kwidzynem spotykam Remka Siudzińskiego, który jedzie zupełnie na krótko i który mówi, że jest mu ciepło i tak jechał cały dzisiejszy dzień - prawdziwy podziw! Remek to prawdziwy twardziel, pomimo tego, że sporo przytył w tym roku, to głową i przygotowaniem logistycznym mnóstwo nadrabia do innych ludzi; trochę niższą prędkość jazdy w pełni niwelując krótszymi postojami. Widząc jak jedzie w warunkach, które wiele osób rozkładały byłem pewien, że bez problemu dotrze na metę w limicie i się nie pomyliłem. Pierwszy nocny odcinek idzie OK, bardzo motywująco na psychikę działa to, że zaczynam widzieć, że zmiana pozycji przyniosła wyraźny skutek i z dłońmi robi się coraz lepiej. Na Lotosie w Kisielicach, gdzie spotykam Lucjana jeszcze krótka poprawka bloku i ruszam dalej, wkrótce spotykając ekipę Żubra i Łukasza oraz Darka Janeczka, którzy robią gumę na zupełnym zadupiu. Wkrótce się wszyscy razem zjechaliśmy i większość nocnego odcinka pokonywaliśmy wspólnie, choć oczywiście rozmaitych tasowań nie brakowało. Odcinek wredny, dużo dziur, sporo podjazdów, dopiero na jakieś 20-30km przed Sierpcem poprawiają się drogi oraz wyraźnie się wypłaszcza.
Punkt w Sierpcu z dużym wypasem, można zjeść na ciepło zupki, wypić herbatę czy kawę, mi idealnie podeszły świetne kanapki, doskonałe na zmianę smaku po licznych słodyczach. Obsługa perfekcyjna, od razu widać, że jak taki punkt robią ludzie sami jeżdżący ultra - to wypada to najlepiej. Żubrowi udało się wgrać do Garmina ślad, niestety przed Sierpcem zaczął go już łapać mocny kryzys żołądkowy, który jak się okazało za Płockiem zmusił go do wycofu, niestety z nawalającym żołądkiem nie sposób zrobić tak trudnej trasy. U mnie z kolei jedno z ogniw do lampki okazało się wadliwe, na szczęście udało mi się pożyczyć ogniwo od Łukasza, który miał wystarczający zapas (choć sumarycznie okazało się, ze starczyło to co miałem).
Za Sierpcem jadę kawałek z Marcinem Kabałą, który również jechał w tegorocznym MRDP, dojeżdżamy w rejon gigantycznej rafinerii Orlenu w Płocku, nocą robi to duże wrażenie. Już samotnie przejeżdżam przez jeszcze zupełnie pusty Płock i przekraczam Wisłę, świtać zaczyna kawałek przed Gąbinem, na krótkich podjazd znad doliny Wisły, mgły na wzgórzach wyglądają malowniczo. Zaczynają się płaskie równiny Mazowsza, wiatr na większości tego odcinka przeszkadza (choć na szczęście nie jest silny); dla wielu zawodników ten odcinek był trudny ze względu na monotonię i sporo przeciwnego wiatru. Ja wręcz przeciwnie, jako rodowity mieszkaniec Warszawy, trenujący często na Gassach, byłem doskonale przyzwyczajony do mazowieckich realiów i przeleciałem ten odcinek jak dzik po żołędzie ;). A mazowieckie równiny ciągną się blisko 200km, aż pod rejon Przysuchy, gdzie wjeżdża się już na Wzgórza Koneckie. W Przysusze robię sobie postój na jedzenie, za miastem zaczynają się fajne interwały na krótkich ściankach, a kawałek dalej, podobnie jak w zeszłym roku spotykam Transatlantyka, który wyjechał mi na spotkanie. Bardzo fajnie było pogadać z Markiem, wspólnie pokonujemy długi podjazd na Hutę, żegnając się na szczycie.

Pagóreczki dalej trzymają, aż do Łopuszna jest ileś krótkich ścianek, też bardzo wredny kawałek po DK74, gdzie pomimo niedzieli jest wielki ruch. Ale to tylko parę km. Jako, że w nogach już ponad 700km zastanawiam się co tu robić z noclegiem, bo oceniam, że jazda drugiej nocy nie ma sensu, a ciśnienia na wynik nie mam, jadę dla przyjemności i góry chciałbym robić za dnia. Ogarniam nocleg w agroturystyce w Lelowie, odcinek z Łopuszna w miarę szybki, bo dość płaski, jedynie jedna większa hopka na trasie. Na Orlenie w Koniecpolu (już nocą) jeszcze ostatni postój, kolejny raz spotykam się tutaj z Krzyśkiem Szczeckim i Tomkiem Jakubcem, z którymi dzisiaj sporo się tasowaliśmy. Zostało jeszcze 10km do Lelowa i przed 21 jestem już na kwaterze.
Postój noclegowy (w przeciwieństwie do zeszłego roku, gdy oka zmrużyć nie mogłem) wypadł elegancko, spałem 3h jak drewno, po tym jak alarm mnie wybudził ze snu, ze 2min nie wiedziałem gdzie jestem ani co się dzieje ;). Ruszam przed 2 w nocy, w sumie na postój poleciało 5h, ale dobrze się zregenerowałem. Od razu po wjechaniu na trasę maratonu spotykam Bartosza Kalisza, kawałek wspólnie jechaliśmy, ale wkrótce zaczęły się jurajskie górki, więc każdy pojechał swoim tempem. Dobrze przespana nocka robiła swoje i dogoniłem kilku zawodników, którzy jechali bez snu, lub podsypiając na przystankach. Pogoda natomiast kiepska - mokre drogi, dużo wilgoci w powietrzu, od czasu do czasu lekko pokapuje; dopiero na mecie dowiedziałem się, że ludzie co jechali, gdy ja spałem mieli solidne burze na Jurze, więc na noclegu tym razem mocno wygrałem. Początek idzie jeszcze dość topornie, w mokrych warunkach nocą jeździ się kiepsko, ale wizja zbliżającego świtu była bardzo zachęcająca. Już kawałek za Olkuszem powoli zaczyna się rozjaśniać, a w Krzeszowicach jest właściwie widno. Trasę na metę i wszystkie podjazdy dobrze znałem i wiedziałem czego się spodziewać, po przejechaniu Wisły zaczynały się już solidnie górki, na przywitanie Marcyporęba z 13% nachyleniem, potem do Kalwarii Zebrzydowskiej jeszcze łatwiejszy odcinek, a potem już długa seria podjazdów za Kalwarią, Zachełmna (z której elegancko było widać położoną na szczycie innego grzbietu Lanckoronę) i wreszcie Makowska.

Na Makowskiej mocno się wkurzyłem - to bardzo wąska droga i mijanie samochodem roweru trzeba robić z wielką uwagą i na małej prędkości, bo nie ma tu miejsca, a rowerem na takim nachyleniu łatwo może bujnąć na bok. A tymczasem baba zjeżdżająca z góry w ogóle nie zwolniła, minęła mnie na 30cm, a przez okno widziałem, że w jednym ręku trzyma kubek z napojem, kierownicą na tak trudnej drodze kręcąc jedynie jedną ręką! Niestety małopolscy kierowcy to jest dramat, dla mnie najgorsi w całej Polsce, a im bliżej Podhala tym z tym gorzej... Ale pomimo tego zajścia udało się wciągnąć Makowską bez stawania, a do łatwych ten podjazd nie należy, szczególnie, gdy ma się już 900km w nogach ;). Za Makowską nowy odcinek na MPP, czyli krajówkę do Jordanowa zastąpiły boczne drogi przez Wieprzec, Skomielną Czarną i Łętownię, co oczywiście dodało do trasy sporo wymagających podjazdów. Niestety taki był układ tych dróg, że pod górę z reguły były dość dobre nawierzchnie, natomiast na zjazdach sporo dziur, w ogóle trochę Małopolska rozczarowała pod tym względem, trochę tu było dziurawych odcinków. Ale wiele to nie przeszkadzało, bo ten dzień "zrobiła" pogoda, po zejściu porannych mgieł zrobiło się słonecznie, wkrótce dało się już jechać na krótko - właśnie na coś takiego tu liczyłem i dlatego zdecydowałem się jechać pomimo MRDP w nogach.
Zmęczenie w nogach coraz większe, ale i meta już coraz bliżej. Ostatni postój robię na Orlenie w Rabce, niestety kiepskim, ze słabym wyborem asortymentu; a miałem ochotę na dużego burgera ;). Za Rabką ciężki podjazd na Obidową, z którego widać już Tatry (niestety tym razem w chmurach). Z Obidowej zjazd zakopianką do Klikuszowej (nocą Adam Szczygieł zderzył się na tym kawałku z psem, który nie wiadomo skąd wziął się na tak głównej drodze). Od Klikuszowej, po zjechaniu z zakopianki mijałem bardzo długi korek z przeciwnej strony, stojący na światłach na zakopiankę. Później sanktuarium w Ludźmierzu, Szaflary - i można się szykować na deser MPP, czyli podjazd na Gliczarów. Ściana sroga 22-23%, już ponad 1000km w nogach, ale dałem radę wciągnąć, nawet nieco mniej mnie to styrało niż zazwyczaj. Tam to już byłem w domu - piękny grzbiet Gliczarowa, pokonany ostrym tempem ostatni podjazd na Głodówkę i o 14.57, z czasem 53h57min melduję się na mecie! Dało to nadspodziewanie wysoką pozycję, bo 18 miejsce, jedynie raz, w 2018 roku byłem wyżej na MPP; tak więc pomimo, że nie jechałem tutaj na wynik udało się uzyskać całkiem dobrą pozycję.

Tegoroczna edycja okazała się nadspodziewanie wymagająca, załamanie pogody na Kaszubach przeczesało sporo zawodników, przez co stracili sporo czasu i zamulali w nocy, później na mazowieckim płaskim odcinku wiatr przeszkadzał, a końcówka była najcięższa w historii MPP; więc sumarycznie aż 47 osób (38%) ze 122 co stanęły na starcie wycofało się lub dojechało po limicie.
Ale przede wszystkim ten maraton to kawał przygody, uwielbiam to uczucie, gdy staje się na tym symbolicznym Początku Polski pod latarnią na Helu i siłą własnych mięśni trzeba przejechać w Tatry, w tak krótkim czasie przejeżdżając przez tyle rozmaitych krain geograficznych naszego pięknego kraju. Na mecie tradycyjna integracja, dzielenie się opowieściami i przygodami z trasy z innymi zawodnikami, oklaskiwanie tych którzy właśnie docierają i zamawianie do jedzenia wszystkiego co się da, po takiej wyrypie te trzy obiady da radę zmieścić ;)). Z dłońmi na mecie nastąpił prawdziwy "cud domu brandenburskiego" - były w lepszym stanie niż na starcie; jak to mawiał Ferdynand Kiepski "są na świecie rzeczy o których się fizjologom nie śniło" ;)).
W ogóle fizycznie dość dobrze zniosłem ten maraton, obyło się bez kontuzji, te 3200km z MRDP zaprocentowały pod kątem wytrzymałości; tak więc sumarycznie byłem bardzo zadowolony, że zdecydowałem się pojechać MPP. A we wtorek pogoda była niemal perfekcyjna, słonecznie, ze 22-24 stopnie; tak więc zdecydowałem się pojechać rowerem do Krakowa na pociąg, a gdy na trasie mijali mnie organizatorzy jadący busem do Warszawy i zaproponowali zabranie się z nimi - nawet nie miałem pokusy by im nie odmówić ;)). Jechało się świetnie, tym razem już bez presji czasowej, z długimi odpoczynkami, bo do pociągu miałem duży zapas; góry mają mnóstwo klimatu, a jazda w takiej pogodzie to czysta przyjemność.
Podziękowania dla organizatorów - impreza jak zwykle świetnie zorganizowana, trasa bardzo wymagająca, ale i równie ciekawa; a meta na Głodówce to już swoista Mekka ultrasów, za rok z chęcią kolejny raz tam wrócę!
Zdjęcia z maratonu
Dane wycieczki:
DST: 1014.00 km AVS: 24.10 km/h
ALT: 8545 m MAX: 67.10 km/h
Temp:17.0 'C
Sobota, 28 sierpnia 2021Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2021, MRDP 2021, Ultramaraton
MRDP - dzień 7
Po zaledwie godzinie snu budzę się, chwilę jeszcze leżę, ale nie mogę już zasnąć. Uznaję więc, że trzeba ruszać, bo rywale tuż za plecami, a jest realna szansa na podium MRDP; spanie to będzie na mecie. Perspektywa jazdy 1050km z Międzylesia na metę z ledwie godziną snu w Gubinie mnie przerażała, ale:

Wychodząc z hotelu spotykam Pawła Sojeckiego, który się tu właśnie melduje, podobnie jak ja przejechał brukowane odcinki nocą, a Kuba Szumański, który spał w Zgorzelcu też już się mocno zbliżył do Gubina. Jadę więc na prom Połecko, na tym kawałku to już ostatnie odcinki lubuskich bruków. Przy promie czeka Tomek Ignasiak, pogoda wczesnym porankiem była elegancka, nad Odrą przez chmury zaczynało przeświecać słońce, do tego wypasione kanapki Tomka - jednym słowem to było najlepsze śniadanie na całym wyścigu, podziękowania dla Tomka za tak bezinteresowną inicjatywę!

Naprawiałem to na deszczu, na syfnym poboczu, będąc już mocno zmęczony i niedospany, a wtedy bardzo łatwo o błędy typu przycięcie dętki, czy złe ułożenie opony. Do tego ileś piasku mi naleciało do środka opony, pomimo, że robiłem to uważnie i dokładnie. Zeszło się na to z pół godziny - ale na całe szczęście naprawiłem to skutecznie i nie było powtórki z tematu za parę kilometrów. Przed Dziwnowem znowu lunęło mocno, tutaj miałem taką komiczną sytuację z policją, która podjechała do mnie mówiąc, że na ścieżce rowerowej bezpieczniej. A była 1 w nocy, na drogach zupełnie pusto, lało jak z cebra, a po tej gumie to jazda po badziewiu z kostki była tym o czym tylko marzyłem ;)). Na szczęście zrozumieli moją argumentację i nie czepiali się. Za Dziwnówkiem mijam śpiącego na przystanku Pawła Pieczkę i zostaję tymczasowym liderem wyścigu. Ale dochodziłem już do ściany swoich możliwości, skrajnie zmęczony organizm coraz mocniej zaczynał dopominać się o sen. Trochę jeszcze powalczyłem, ale za Trzebiatowem zrozumiałem, że trzeba będzie spróbować choć chwilę się przespać, bo zbliżałem się do granicy mikro-utraty przytomności, a to jest taka dość wyraźna granica bezpieczeństwa, której przekroczenie na ultra może mieć bardzo poważne konsekwencje.
I znowu zaczęły się proste i głupie błędy wynikające ze zmęczenia - najpierw próbowałem zasnąć na betonowym przystanku bez ławek, ale było za zimno od podłoża, a następnie kawałek dalej próbowałem spać na przystanku, tutaj doszedł mnie dużo świeższy Paweł Pieczka (który oczywiście do świtu nie zamierzał spać :)). Nie wiem czy coś w ogóle pospałem, jeśli już to były to mikro-drzemki po parę minut. Sumarycznie na to wszystko poleciała ponad godzina; coś to mnie zregenerowało, więc krótko przed świtem ruszyłem dalej, warunki dalej do niczego, przed Kołobrzegiem znowu lać zaczęło, w mieście zajeżdżam na Orlen, gdzie regenerował się Paweł Pieczka. Dalej jeszcze mnie trzymało zmęczenie i zamulenie, straciłem tu blisko godzinę, stopy bolą już potwornie, w ogóle nie jestem w stanie normalnie chodzić, muszę stawać na piętach lub chodzić bokiem. W międzyczasie nadjechał też Kuba Szumański, który wiele tu nie stał i ruszył z 10min przede mną.
To mnie wreszcie zmobilizowało do zebrania się w sobie i ruszyłem solidnym tempem dalej, za Kołobrzegiem na kiedyś bardzo ruchliwej DK11 teraz spokojnie, bo sporą część ruchu wzięła ekspresowa "szóstka". Kubę doganiam kawałek przed Mielnem, Pawła nawet nie próbowałem dalej gonić, bo wiedziałem, że to poza moimi możliwościami. Z Kubą jechaliśmy spory kawałek albo w bliskiej odległości, albo obok siebie, próbował mnie kilka razy zerwać, ale mieliśmy bardzo podobny poziom rowerowy, więc udawało mi się nadrobić. Za Mielnem kiedyś trzeba było jechać odcinek po chamskich betonowych płytach, teraz wzdłuż niego wybudowano asfaltową drogę rowerową, więc jechało się bardzo sprawnie. Tutaj zatrzymałem się na przebieranie się, bo już się cieplej zrobiło, a deszcz odpuścił. Ledwie ujechałem parę kilometrów goniąc Kubę - i znowu lunęło, do Darłowa wjechaliśmy w kolejnym oberwaniu chmury i znowu trzeba było się przebierać. Odcinek do Ustki bardzo męczący - do deszczu dołączył silny przeciwny wiatr, na tym odcinku z Darłowa ze dwa razy mnie mocno zlało - to był na całe szczęście już ostatni deszcz na MRDP. W Ustce także i ostatni postój zaopatrzeniowy na wyścigu, na metę zostało jeszcze 130km. I ciągnęły się nam te kilometry mocno, szczególnie odcinek bezpośrednio za Ustką był wredny - czołowy wiatr nieźle dawał popalić, sporo kiepskich nawierzchni, a muliło mnie już strasznie, bo deficyt snu miałem ogromny. Po odbiciu w głąb lądu i wjeździe na DW213 nieco poprawiły się warunki wietrzne, wiatr dalej przeszkadzał, ale nie wiało tak mocno jak w pasie nadmorskim, asfalty też sporo lepsze niż za Ustką.
Na 80km przed metą zmuliło mnie już na tyle mocno, że umawiamy się z Kubą (z którym od Mielna jechaliśmy w bliskiej odległości i tak bardzo luźno ustaliliśmy, że raczej ścigać się nie będziemy i wjedziemy razem na metę na drugim miejscu), że on pojedzie nieco wolniej, a ja stanę na parę minut. Posiedziałem z 8-10min z zamkniętymi oczami, coś tam minimalnie pomogło i ruszyłem mocniejszym tempem by dogonić Kubę. Cisnąłem solidnie, ale gdy odpaliłem monitoring to zorientowałem się, że wcale się nie zbliżam, a wręcz jeszcze oddalam. Wiadomo, że to wyścig i każdy chce powalczyć o swoje, więc takie umawianie się na cokolwiek trzeba traktować ze sporym dystansem. Ale był wielki plus tej sytuacji - dostałem ogromny zastrzyk adrenaliny, senność mnie całkiem opuściła i ruszyłem już na maksa swoich możliwości. Kubę udało mi się dogonić po jakichś 20km, ale będąc w mocnym gazie nie zmniejszyłem tempa, tylko cisnąłem ile fabryka dała. Odcinek na metę jest dość wymagający, to najbardziej pagórkowaty odcinek wybrzeża, na tych ostatnich 80km było 550m w pionie, więc ten finisz kosztował dużo sił, bo oczywiście Kuba nie odpuszczał; ale z drugiej strony na górkach łatwiej kogoś urwać niż na płaskim. Udało mi się go zerwać dopiero na górkach przed Gniewinem, ale oczywiście dalej nie odpuszczałem, bo przewaga była niewielka, na zjeździe nad jezioro Żarnowieckie już przesadziłem, bo powyżej 60km/h załapałem mocne podmuchy bocznego wiatru, dobrze że udało się sensownie z tego wyhamować. Kawałek dalej ostry podjazd znad Żarnowca, ostatnia większa górka na MRDP i pozostaje 20km, które jechałem już na ostatnich nogach. W Karwii wyjeżdżają mi naprzeciw Rafał Jędrusik i Rysiek Herc, którego ostatnio widziałem, gdy musiał się wycofać pod Prudnikiem - i w tej asyście honorowej wjeżdżam na metę o 16.45, kończąc MRDP na drugim miejscu z czasem 8dni 4h 45min!

Satysfakcja z ukończenia MRDP na pudle ogromna, zrealizowałem swój plan maksimum poprawiając o blisko 10h swój rekord trasy z 2013, pomimo, że tegoroczna edycja była dłuższa o ok. 4h, do tego z bardzo wredną pogodą. A dodatkowej satysfakcji dostarczyła tak niezwykła końcówka, bo takie finisze na ultra nie są często spotykane, już nawet nie chodzi o to, że tym razem udało mi się ów finisz wygrać, a o samą walkę, podziękowania dla Kuby za rywalizację na końcówce! To też mi pokazało jak niezwykłe możliwości drzemią w ludzkim organizmie. Na tej końcówce byłem już skrajnie niedospany i wypruty, a pomimo tego znalazłem w sobie jakieś nadzwyczajne rezerwy na długi 80km finisz. Na ostatnim segmencie miałem najlepszy czas z wszystkich zawodników, a pomiar mocy (na większości wyścigu bezużyteczny) pokazał, że ostatnie 65km pokonałem z NP 210W, czyli poziomem jaki nieczęsto miewałem na 2h treningach pod domem zupełnie na świeżo; nawet pierwszego dnia będąc wypoczęty i zregenerowany jechałem wolniej.

Podsumowanie
MRDP to przede wszystkim kawał przygody, w tym roku niestety fatalna pogoda odebrała sporo frajdy z jazdy, bo lało praktycznie cały tydzień, co w sierpniu należy do rzadkości, również i temperatury jedynie pierwszego dnia były w okolicach 20 stopni. Natomiast jazda w czubie wyścigu zrekompensowała mi to co odebrała pogoda, bo jednak takie ściganie daje sporo frajdy i mnóstwo motywacji, bez rywalizacji z innymi ludźmi nawet nie ma co marzyć by się zmobilizować do tak wielkiego wysiłku. Tegoroczna trasa była pod względem trudności i ilości gór najbardziej wymagająca w historii imprezy - najdłuższy dystans i najwięcej gór, szczególnie zmiana trasy w rejonie Gorlic oraz Starego Sącza podniosła skalę trudności bo doszło sporo trudnych podjazdów. Natomiast poprawiło się znacznie pod kątem nawierzchni - w tym roku asfalty w porównaniu do 2013 i 2017 były sporo lepsze, wiele dziurawych dróg wyremontowano i to co kiedyś było zmorą tego wyścigu obecnie nie jest już problemem, został jedynie dłuższy odcinek dziur pod Zosinem i trochę sporo krótszych w różnych innych miejscach, które już nie stanowią większego wyzwania.
Tegoroczną imprezę ukończyło (czyli przejechało w limicie) 26 z 49 (53%) zawodników jadących w kategorii Solo oraz zaledwie 3 z 17 z kategorii Open (18%) i żaden z dwójki jadących w pobocznej kategorii Support, widać po tym dość dobrze, że w takich imprezach opłaca się jeździć samotnie, jazda z kimś oczywiście też może zaprocentować (szczególnie w przypadku par damsko-męskich) ale wymaga to już wielkiego zgrania.
Strategia jazdy - tym razem postawiłem na noclegi pod dachem. Czy to była dobra decyzja, ciężko ocenić. Z jednej strony nocleg pod dachem daje lepszą regenerację, szczególnie przy słabej pogodzie, z drugiej mocno ogranicza mobilność na trasie, trzeba koniecznie gdzieś dociągnąć i to mi bardzo mocno doskwierało na tegorocznej trasie. Miałem dwie solidne wpadki z noclegami, zarwanie ostatniej nocy w Gubinie kosztowało mnie jazdę na metę na bardzo dużym długu sennym, co oczywiście musiało się odbić na dyspozycji, w Piwnicznej też niewiele brakowało do poważnej wpadki. Po tych doświadczeniach IMO najlepszym rozwiązaniem jest system mieszany, spanie zarówno na kwaterach jak i na dziko. Gdy dobrze nam pasuje i potrzebujemy lepszej regeneracji - to spać na kwaterze. A gdy senność nas łapie nagle - to wioząc sprzęt noclegowy możemy iść spać gdzie chcemy. I takie rozwiązanie stosował zwycięzca, czyli Paweł Pieczka, dzięki czemu sporo zyskał, dużo więcej niż stracił na tym co musiał dodatkowo wieźć.
Każdemu miłośnikowi długich dystansów polecam ten typ wyścigu, czyli imprezę wielodniową, trwającą ponad tydzień. To jest zupełnie inna bajka niż jeżdżenie klasycznych ultramaratonów 500-1000km, tutaj aspekt przygodowy zaczyna mocno dominować nad czysto sportowym, po 2 dniach jazdy waty, tętna, kadencje odpływają gdzieś daleko, a człowiek przestawia się na zupełnie inne tory. Wymaga to całkowitego wyłączenia się z życia zewnętrznego, żadne tam fejsy, insty, stravy - liczy się tylko rower i my, jak pisałem już we wstępie jest to taki prywatny film drogi. I taki reset we współczesnym świecie, szczególnie od wirtualnych aktywności bardzo się przydaje ;))
Zdjęcia z wyścigu
Po zaledwie godzinie snu budzę się, chwilę jeszcze leżę, ale nie mogę już zasnąć. Uznaję więc, że trzeba ruszać, bo rywale tuż za plecami, a jest realna szansa na podium MRDP; spanie to będzie na mecie. Perspektywa jazdy 1050km z Międzylesia na metę z ledwie godziną snu w Gubinie mnie przerażała, ale:

Wychodząc z hotelu spotykam Pawła Sojeckiego, który się tu właśnie melduje, podobnie jak ja przejechał brukowane odcinki nocą, a Kuba Szumański, który spał w Zgorzelcu też już się mocno zbliżył do Gubina. Jadę więc na prom Połecko, na tym kawałku to już ostatnie odcinki lubuskich bruków. Przy promie czeka Tomek Ignasiak, pogoda wczesnym porankiem była elegancka, nad Odrą przez chmury zaczynało przeświecać słońce, do tego wypasione kanapki Tomka - jednym słowem to było najlepsze śniadanie na całym wyścigu, podziękowania dla Tomka za tak bezinteresowną inicjatywę!

Po wjeździe na krajówkę do Słubic zaczyna się elegancka jazda, o tej godzinie jeszcze nie ma wielkiego ruchu, a sama droga całkiem przyjemna do jazdy - szerokie przestrzenie, łagodne pagóreczki i sporo zieleni. Za Słubicami już niestety nie jest tak przyjemnie bo zaczyna coraz mocniej przeszkadzać wiatr, a odcinek do Kostrzyna jest mocno odkryty i płaski, więc wiatr ma gdzie tu hulać. W Kostrzynie robię zakupy, też się przebieram bo wreszcie zrobiła się fajna pogoda, a temperatura wskoczyła na dawno niewidziane poziomy czyli 18-20 stopni ;). Za Kostrzynem zaczynają się fajne zachodniopomorskie tereny, gęstość zaludnienia w tym rejonie niewielka, do Sarbinowa jeszcze spory ruch, a po zjeździe z krajówki w Mieszkowicach już pustki. Ten odcinek ma dla mnie mnóstwo uroku - jazda na najbardziej na zachód wysunięty fragment Polski, głównie przez lasy, a od Gozdowic wzdłuż Odry. W Siekierkach mija się wielki cmentarz wojskowy, przejeżdżając tutaj zawsze mi się przypomina odcinek Czterech Pancernych "Zakład o śmierć" i scena forsowania Odry

Za Cedynią powoli zaczyna mnie łapać znużenie, zaczynają się niepotrzebne postoje, a to na to, a to na tamto i w efekcie czas ucieka. Za Widuchową robię z półgodzinny odpoczynek, gdy ruszam to na odkrytej przestrzeni łapie mnie mocne uderzenie deszczu (który dotąd dziś nie dawał znaków życia), zanim dojechałem na przystanek by się przebrać zdążyłem przemoknąć. Od Gryfina jazda do niczego, zaczyna się aglomeracja Szczecina i duży ruch na drogach, do tego pogoda już wróciła do normy, czyli co chwilę pada. Na tym odcinku zaczynam też mocno odczuwać ból stóp, gdy zdejmuję buty i skarpetki okazuje się, że skórę na stopach mam całkowicie rozmoczoną - to efekt jazdy od niemal tygodnia w mokrych butach. Kupiłem jeszcze worki foliowe, by zobaczyć czy to coś zmieni, ale było jeszcze gorzej. No ale co było robić - musiałem z tym jechać dalej, ale na te wszystkie postoje zleciało sporo czasu i jadący za mną Kuba Szumański zbliżył się na odległość ledwie 20-30min, a to już żadna przewaga. W Goleniowe robię postój zaopatrzeniowy przed nocą, gdy wyjeżdżam z tego miasta jest już ciemno.
Pierwsza część odcinka za Goleniowem sensowna, po starej "trójce" - puściutko i z dobrym asfaltem. Niestety długo to nie potrwało, wkrótce lunęło mocno, a drogi się pogorszyły, doszło też trochę małych górek, na których trzeba było mocno uważać, bo było bardzo ślisko. Za Parłowem wjeżdża się na trasę BBT, czyli już na trójkę, ale z pełnym ruchem samochodów, do tego jest mokro i bardzo syfnie. Tak więc odcinek do Międzyzdrojów jechało się mocno nieciekawie, tutaj dociera do mnie niespodziewana wiadomość, że prowadzący Paweł Pieczka, którego też sieknęły te nocne ulewy idzie spać do rana. Motywacja od razu skoczyła mocno do góry, choć oczywiście w to że Paweł będzie spać aż do świtu bardzo ciężko mi było uwierzyć; ale wykluczyć tego też nie można było, więc trzeba było spróbować powalczyć o zwycięstwo. I co się dzieje w takiej chwili, gdy człowiek łapie duży zastrzyk motywacyjny? Na jednym ze zjazdów na Wolinie łapię kapcia i cała motywacja schodzi ze mnie jak powietrze z tej dętki ;). Koła wytrzymały liczne dziury, góry i bruki, a poległy na równiutkim asfalcie w takim momencie! Biorę się za tę naprawę, modląc się by nie było z wymianą jakiś problemów, bo warunki do naprawy były trudne, a jak wiadomo gówno chodzi po ludziach...

Za Cedynią powoli zaczyna mnie łapać znużenie, zaczynają się niepotrzebne postoje, a to na to, a to na tamto i w efekcie czas ucieka. Za Widuchową robię z półgodzinny odpoczynek, gdy ruszam to na odkrytej przestrzeni łapie mnie mocne uderzenie deszczu (który dotąd dziś nie dawał znaków życia), zanim dojechałem na przystanek by się przebrać zdążyłem przemoknąć. Od Gryfina jazda do niczego, zaczyna się aglomeracja Szczecina i duży ruch na drogach, do tego pogoda już wróciła do normy, czyli co chwilę pada. Na tym odcinku zaczynam też mocno odczuwać ból stóp, gdy zdejmuję buty i skarpetki okazuje się, że skórę na stopach mam całkowicie rozmoczoną - to efekt jazdy od niemal tygodnia w mokrych butach. Kupiłem jeszcze worki foliowe, by zobaczyć czy to coś zmieni, ale było jeszcze gorzej. No ale co było robić - musiałem z tym jechać dalej, ale na te wszystkie postoje zleciało sporo czasu i jadący za mną Kuba Szumański zbliżył się na odległość ledwie 20-30min, a to już żadna przewaga. W Goleniowe robię postój zaopatrzeniowy przed nocą, gdy wyjeżdżam z tego miasta jest już ciemno.
Pierwsza część odcinka za Goleniowem sensowna, po starej "trójce" - puściutko i z dobrym asfaltem. Niestety długo to nie potrwało, wkrótce lunęło mocno, a drogi się pogorszyły, doszło też trochę małych górek, na których trzeba było mocno uważać, bo było bardzo ślisko. Za Parłowem wjeżdża się na trasę BBT, czyli już na trójkę, ale z pełnym ruchem samochodów, do tego jest mokro i bardzo syfnie. Tak więc odcinek do Międzyzdrojów jechało się mocno nieciekawie, tutaj dociera do mnie niespodziewana wiadomość, że prowadzący Paweł Pieczka, którego też sieknęły te nocne ulewy idzie spać do rana. Motywacja od razu skoczyła mocno do góry, choć oczywiście w to że Paweł będzie spać aż do świtu bardzo ciężko mi było uwierzyć; ale wykluczyć tego też nie można było, więc trzeba było spróbować powalczyć o zwycięstwo. I co się dzieje w takiej chwili, gdy człowiek łapie duży zastrzyk motywacyjny? Na jednym ze zjazdów na Wolinie łapię kapcia i cała motywacja schodzi ze mnie jak powietrze z tej dętki ;). Koła wytrzymały liczne dziury, góry i bruki, a poległy na równiutkim asfalcie w takim momencie! Biorę się za tę naprawę, modląc się by nie było z wymianą jakiś problemów, bo warunki do naprawy były trudne, a jak wiadomo gówno chodzi po ludziach...
Naprawiałem to na deszczu, na syfnym poboczu, będąc już mocno zmęczony i niedospany, a wtedy bardzo łatwo o błędy typu przycięcie dętki, czy złe ułożenie opony. Do tego ileś piasku mi naleciało do środka opony, pomimo, że robiłem to uważnie i dokładnie. Zeszło się na to z pół godziny - ale na całe szczęście naprawiłem to skutecznie i nie było powtórki z tematu za parę kilometrów. Przed Dziwnowem znowu lunęło mocno, tutaj miałem taką komiczną sytuację z policją, która podjechała do mnie mówiąc, że na ścieżce rowerowej bezpieczniej. A była 1 w nocy, na drogach zupełnie pusto, lało jak z cebra, a po tej gumie to jazda po badziewiu z kostki była tym o czym tylko marzyłem ;)). Na szczęście zrozumieli moją argumentację i nie czepiali się. Za Dziwnówkiem mijam śpiącego na przystanku Pawła Pieczkę i zostaję tymczasowym liderem wyścigu. Ale dochodziłem już do ściany swoich możliwości, skrajnie zmęczony organizm coraz mocniej zaczynał dopominać się o sen. Trochę jeszcze powalczyłem, ale za Trzebiatowem zrozumiałem, że trzeba będzie spróbować choć chwilę się przespać, bo zbliżałem się do granicy mikro-utraty przytomności, a to jest taka dość wyraźna granica bezpieczeństwa, której przekroczenie na ultra może mieć bardzo poważne konsekwencje.
I znowu zaczęły się proste i głupie błędy wynikające ze zmęczenia - najpierw próbowałem zasnąć na betonowym przystanku bez ławek, ale było za zimno od podłoża, a następnie kawałek dalej próbowałem spać na przystanku, tutaj doszedł mnie dużo świeższy Paweł Pieczka (który oczywiście do świtu nie zamierzał spać :)). Nie wiem czy coś w ogóle pospałem, jeśli już to były to mikro-drzemki po parę minut. Sumarycznie na to wszystko poleciała ponad godzina; coś to mnie zregenerowało, więc krótko przed świtem ruszyłem dalej, warunki dalej do niczego, przed Kołobrzegiem znowu lać zaczęło, w mieście zajeżdżam na Orlen, gdzie regenerował się Paweł Pieczka. Dalej jeszcze mnie trzymało zmęczenie i zamulenie, straciłem tu blisko godzinę, stopy bolą już potwornie, w ogóle nie jestem w stanie normalnie chodzić, muszę stawać na piętach lub chodzić bokiem. W międzyczasie nadjechał też Kuba Szumański, który wiele tu nie stał i ruszył z 10min przede mną.
To mnie wreszcie zmobilizowało do zebrania się w sobie i ruszyłem solidnym tempem dalej, za Kołobrzegiem na kiedyś bardzo ruchliwej DK11 teraz spokojnie, bo sporą część ruchu wzięła ekspresowa "szóstka". Kubę doganiam kawałek przed Mielnem, Pawła nawet nie próbowałem dalej gonić, bo wiedziałem, że to poza moimi możliwościami. Z Kubą jechaliśmy spory kawałek albo w bliskiej odległości, albo obok siebie, próbował mnie kilka razy zerwać, ale mieliśmy bardzo podobny poziom rowerowy, więc udawało mi się nadrobić. Za Mielnem kiedyś trzeba było jechać odcinek po chamskich betonowych płytach, teraz wzdłuż niego wybudowano asfaltową drogę rowerową, więc jechało się bardzo sprawnie. Tutaj zatrzymałem się na przebieranie się, bo już się cieplej zrobiło, a deszcz odpuścił. Ledwie ujechałem parę kilometrów goniąc Kubę - i znowu lunęło, do Darłowa wjechaliśmy w kolejnym oberwaniu chmury i znowu trzeba było się przebierać. Odcinek do Ustki bardzo męczący - do deszczu dołączył silny przeciwny wiatr, na tym odcinku z Darłowa ze dwa razy mnie mocno zlało - to był na całe szczęście już ostatni deszcz na MRDP. W Ustce także i ostatni postój zaopatrzeniowy na wyścigu, na metę zostało jeszcze 130km. I ciągnęły się nam te kilometry mocno, szczególnie odcinek bezpośrednio za Ustką był wredny - czołowy wiatr nieźle dawał popalić, sporo kiepskich nawierzchni, a muliło mnie już strasznie, bo deficyt snu miałem ogromny. Po odbiciu w głąb lądu i wjeździe na DW213 nieco poprawiły się warunki wietrzne, wiatr dalej przeszkadzał, ale nie wiało tak mocno jak w pasie nadmorskim, asfalty też sporo lepsze niż za Ustką.
Na 80km przed metą zmuliło mnie już na tyle mocno, że umawiamy się z Kubą (z którym od Mielna jechaliśmy w bliskiej odległości i tak bardzo luźno ustaliliśmy, że raczej ścigać się nie będziemy i wjedziemy razem na metę na drugim miejscu), że on pojedzie nieco wolniej, a ja stanę na parę minut. Posiedziałem z 8-10min z zamkniętymi oczami, coś tam minimalnie pomogło i ruszyłem mocniejszym tempem by dogonić Kubę. Cisnąłem solidnie, ale gdy odpaliłem monitoring to zorientowałem się, że wcale się nie zbliżam, a wręcz jeszcze oddalam. Wiadomo, że to wyścig i każdy chce powalczyć o swoje, więc takie umawianie się na cokolwiek trzeba traktować ze sporym dystansem. Ale był wielki plus tej sytuacji - dostałem ogromny zastrzyk adrenaliny, senność mnie całkiem opuściła i ruszyłem już na maksa swoich możliwości. Kubę udało mi się dogonić po jakichś 20km, ale będąc w mocnym gazie nie zmniejszyłem tempa, tylko cisnąłem ile fabryka dała. Odcinek na metę jest dość wymagający, to najbardziej pagórkowaty odcinek wybrzeża, na tych ostatnich 80km było 550m w pionie, więc ten finisz kosztował dużo sił, bo oczywiście Kuba nie odpuszczał; ale z drugiej strony na górkach łatwiej kogoś urwać niż na płaskim. Udało mi się go zerwać dopiero na górkach przed Gniewinem, ale oczywiście dalej nie odpuszczałem, bo przewaga była niewielka, na zjeździe nad jezioro Żarnowieckie już przesadziłem, bo powyżej 60km/h załapałem mocne podmuchy bocznego wiatru, dobrze że udało się sensownie z tego wyhamować. Kawałek dalej ostry podjazd znad Żarnowca, ostatnia większa górka na MRDP i pozostaje 20km, które jechałem już na ostatnich nogach. W Karwii wyjeżdżają mi naprzeciw Rafał Jędrusik i Rysiek Herc, którego ostatnio widziałem, gdy musiał się wycofać pod Prudnikiem - i w tej asyście honorowej wjeżdżam na metę o 16.45, kończąc MRDP na drugim miejscu z czasem 8dni 4h 45min!

Satysfakcja z ukończenia MRDP na pudle ogromna, zrealizowałem swój plan maksimum poprawiając o blisko 10h swój rekord trasy z 2013, pomimo, że tegoroczna edycja była dłuższa o ok. 4h, do tego z bardzo wredną pogodą. A dodatkowej satysfakcji dostarczyła tak niezwykła końcówka, bo takie finisze na ultra nie są często spotykane, już nawet nie chodzi o to, że tym razem udało mi się ów finisz wygrać, a o samą walkę, podziękowania dla Kuby za rywalizację na końcówce! To też mi pokazało jak niezwykłe możliwości drzemią w ludzkim organizmie. Na tej końcówce byłem już skrajnie niedospany i wypruty, a pomimo tego znalazłem w sobie jakieś nadzwyczajne rezerwy na długi 80km finisz. Na ostatnim segmencie miałem najlepszy czas z wszystkich zawodników, a pomiar mocy (na większości wyścigu bezużyteczny) pokazał, że ostatnie 65km pokonałem z NP 210W, czyli poziomem jaki nieczęsto miewałem na 2h treningach pod domem zupełnie na świeżo; nawet pierwszego dnia będąc wypoczęty i zregenerowany jechałem wolniej.

Podsumowanie
MRDP to przede wszystkim kawał przygody, w tym roku niestety fatalna pogoda odebrała sporo frajdy z jazdy, bo lało praktycznie cały tydzień, co w sierpniu należy do rzadkości, również i temperatury jedynie pierwszego dnia były w okolicach 20 stopni. Natomiast jazda w czubie wyścigu zrekompensowała mi to co odebrała pogoda, bo jednak takie ściganie daje sporo frajdy i mnóstwo motywacji, bez rywalizacji z innymi ludźmi nawet nie ma co marzyć by się zmobilizować do tak wielkiego wysiłku. Tegoroczna trasa była pod względem trudności i ilości gór najbardziej wymagająca w historii imprezy - najdłuższy dystans i najwięcej gór, szczególnie zmiana trasy w rejonie Gorlic oraz Starego Sącza podniosła skalę trudności bo doszło sporo trudnych podjazdów. Natomiast poprawiło się znacznie pod kątem nawierzchni - w tym roku asfalty w porównaniu do 2013 i 2017 były sporo lepsze, wiele dziurawych dróg wyremontowano i to co kiedyś było zmorą tego wyścigu obecnie nie jest już problemem, został jedynie dłuższy odcinek dziur pod Zosinem i trochę sporo krótszych w różnych innych miejscach, które już nie stanowią większego wyzwania.
Tegoroczną imprezę ukończyło (czyli przejechało w limicie) 26 z 49 (53%) zawodników jadących w kategorii Solo oraz zaledwie 3 z 17 z kategorii Open (18%) i żaden z dwójki jadących w pobocznej kategorii Support, widać po tym dość dobrze, że w takich imprezach opłaca się jeździć samotnie, jazda z kimś oczywiście też może zaprocentować (szczególnie w przypadku par damsko-męskich) ale wymaga to już wielkiego zgrania.
Strategia jazdy - tym razem postawiłem na noclegi pod dachem. Czy to była dobra decyzja, ciężko ocenić. Z jednej strony nocleg pod dachem daje lepszą regenerację, szczególnie przy słabej pogodzie, z drugiej mocno ogranicza mobilność na trasie, trzeba koniecznie gdzieś dociągnąć i to mi bardzo mocno doskwierało na tegorocznej trasie. Miałem dwie solidne wpadki z noclegami, zarwanie ostatniej nocy w Gubinie kosztowało mnie jazdę na metę na bardzo dużym długu sennym, co oczywiście musiało się odbić na dyspozycji, w Piwnicznej też niewiele brakowało do poważnej wpadki. Po tych doświadczeniach IMO najlepszym rozwiązaniem jest system mieszany, spanie zarówno na kwaterach jak i na dziko. Gdy dobrze nam pasuje i potrzebujemy lepszej regeneracji - to spać na kwaterze. A gdy senność nas łapie nagle - to wioząc sprzęt noclegowy możemy iść spać gdzie chcemy. I takie rozwiązanie stosował zwycięzca, czyli Paweł Pieczka, dzięki czemu sporo zyskał, dużo więcej niż stracił na tym co musiał dodatkowo wieźć.
Każdemu miłośnikowi długich dystansów polecam ten typ wyścigu, czyli imprezę wielodniową, trwającą ponad tydzień. To jest zupełnie inna bajka niż jeżdżenie klasycznych ultramaratonów 500-1000km, tutaj aspekt przygodowy zaczyna mocno dominować nad czysto sportowym, po 2 dniach jazdy waty, tętna, kadencje odpływają gdzieś daleko, a człowiek przestawia się na zupełnie inne tory. Wymaga to całkowitego wyłączenia się z życia zewnętrznego, żadne tam fejsy, insty, stravy - liczy się tylko rower i my, jak pisałem już we wstępie jest to taki prywatny film drogi. I taki reset we współczesnym świecie, szczególnie od wirtualnych aktywności bardzo się przydaje ;))
Zdjęcia z wyścigu
Dane wycieczki:
DST: 665.50 km AVS: 24.13 km/h
ALT: 3021 m MAX: 64.60 km/h
Temp:14.0 'C
Sobota, 21 sierpnia 2021Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2021, Ultramaraton, MRDP 2021
MRDP - Wstęp
Maraton Rowerowy Dookoła Polski to impreza ultra z długą już tradycją, rozgrywana jest bardzo nietypowo - co 4 lata; dotąd odbyły się 4 edycje, w 2021 była piąta. Startowałem w 2013 i 2017, więc i w 2021 roku nie mogło mnie zabraknąć na linii startu. MRDP to bardzo trudny maraton samowystarczalny, nie bez kozery uznawany w środowisku długodystansowych kolarzy za zdecydowanie najtrudniejszy ultramaraton w Polsce, który są w stanie ukończyć jedynie nieliczni. Podstawowe założenie MRDP to bardzo wymagający limit, czyli 10 dni na pokonanie dystansu 3200km, co oznacza aż 320km na dzień. W przypadku imprez na 500km czy 1000km taki poziom limitu nie jest specjalnie trudny, ale w przypadku tras wiele dłuższych to już zupełnie co innego, bo wydajność z dnia na dzień spada, brak snu się potęguje, a na trasie jest ponad 1000km gór.
Ale na tym właśnie polega cały urok tej imprezy, że nie jest tu łatwo. To właśnie przyciąga na start wielu zawodników, chęć zmierzenia się z takim wyzwaniem, chęć sprawdzenia się na ekstremalnej imprezie. Jak na żadnym innym maratonie limit wyznacza tu strategię jazdy i zmusza zawodników do znalezienia w sobie sił wtedy gdy nic nie idzie, gdy pogoda i własny organizm rzucają nam liczne kłody pod nogi. Czymś niezwykłym w tej imprezie jest stopień poświęcenia jakiego wymaga, tego nie da się ukończyć jadąc na pół gwizdka, tu trzeba się na te 10dni wyłączyć zupełnie z życia i jego spraw, tu jest tylko rower i droga, nic zbędnego, nic ponadto. Jak mawiał Michał Anioł tworząc swoje wspaniałe rzeźby - on po prostu bierze kamień i usuwa co zbędne. I to jest w MRDP piękne, tu nie ma żadnych zbędnych dodatków, zostaje jedynie nasz prywatny film drogi, zostaje czyste piękno długodystansowej jazdy!
Impreza wymaga dobrego przygotowania zarówno od strony fizycznej jak i logistycznej. Tak w dużym skrócie można powiedzieć, ze sukces zależy po 1/3 - od przygotowania fizycznego, od logistyki i od psychiki, bo mocną głową bardzo wiele się tu zyskuje, a równie wiele można stracić, gdy psychika zawodzi i nie potrafimy swojego na trasie odcierpieć. Bo też MRDP jest to swoista impreza na wyniszczenie, znaleźć w sobie motywację po tygodniu bardzo intensywnej jazdy nie jest łatwo; do tego swoje dołożyć potrafi pogoda - i w tym roku dołożyła niemało :)).
MRDP było moim głównym celem sportowym na ten sezon, przygotowałem się do niego solidnie, w tym sezonie nietypowo dla siebie postawiłem na bardziej usystematyzowany trening typu sportowego, korzystając ze wsparcia trenerskiego Radka Rogóża, z którym bardzo dobrze mi się współpracowało, każdemu polecam. Celem maksimum w który celowałem było poprawienie mojego rekordu z 2013, czyli 8 dni 14h i 16min, a to już bardzo wysoko zawieszona poprzeczka, tym bardziej, że w 2021 trasa była dłuższa o prawie 70km niż w 2013 oraz doszło ok. 3000m w pionie, co realnie wydłużyło tę trasę o przynajmniej 4h w stosunku do 2017, a z 5h do 2013 (choć odpadł też czasochłonny prom na Wiśle). Plan jazdy na imprezę miałem dość ogólny, nie przywiązywałem za dużej wagi do tego, nastawiając się na bieżącą improwizację, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że na takiej trasie jest tyle zmiennych wpływających na to ile danego dnia można przejechać i gdzie dotrzeć, że nie sposób przed startem precyzyjnie tego zaplanować. Startuję oczywiście w królewskiej kategorii Solo, tak w mojej opinii długie dystanse jeździ się najlepiej, a na trasach tej długości wspólna jazda z innymi zawodnikami więcej strat przynosi niż zysków (wyłączając z tego bardzo zgrane rowerowo pary, ale takich wielu nie ma).
I dzień - Rozewie - Braniewo - Bartoszyce - Gołdap - Sejny - Kuźnica - Hajnówka - Siemiatycze
Start imprezy odbywa się tradycyjnie spod latarni na Rozewiu, czyli symbolicznym, najdalej na północ wysuniętym fragmencie Polski. Obsada w tym roku bardzo mocna i liczna (jak na tej długości imprezę), na podjęcie wyzwania okrążenia całej Polski w 10 dni zdecydowało się 49 osób w kategorii Solo, 27 osób w kategorii Open oraz 2 osoby w pobocznej kategorii Support jadącej na zupełnie innych zasadach (z wsparciem wozu technicznego). Punktualnie o 12.00 starujemy całym peletonem i drogami dla rowerów wyjeżdżamy z Jastrzębiej Góry.

(fot.MRDP)
W tej edycji na odcinku trójmiejskim została mocno zmieniona trasa, nie ma już bardzo niekomfortowego przejazdu przez Trójmiasto, które mija się od zachodu. Na początek mamy idealne warunki - słoneczna pogoda, okolice 20 stopni i sprzyjający wiatr; pierwsze kilometry to jeszcze dość ciasno zbici w mniejsze i większe peletony zawodników, wszyscy pełni sił, z wysokim morale, jeszcze nie wiedzą co będzie za 2-3 dni, że ten stan niestety nie potrwa już za długo i że wkrótce zacznie się klasyczna jazda na wyniszczenie. Jak wojsko idące do pierwszej bitwy, w świeżutkich mundurach, a za parę dni to będą już realia wojny okopowej :P
Po ok. 15km wjeżdżamy na DW 216 i kolejne 15km jedziemy w korku do Redy (na szczęście jest tu sporo odcinków z poboczem); niestety choć samo Trójmiasto mijamy to i na drogach w okolicy jest spory ruch. Wyjazd z Redy masakrycznie dziurawy, na szczęście to podjazd, więc nie ma tragedii. Kawałek dalej w Karczemkach jestem świadkiem wypadku. Na tym odcinku był zakaz dla rowerów i trzeba było wjechać na drogę dla rowerów, która prowadziła równolegle do szosy. I zaraz na początku tej rowerówki przecinała ona zjazd na stację benzynową, był tam przejazd rowerowy, więc to rowerówka miała pierwszeństwo przejazdu. Jakieś 30m przede mną jechał najmłodszy uczestnik MRDP Grzesiu Szamrowicz i na moich oczach skręcający na stację samochód wjechał na przejazd rowerowy bez oglądania się, bez redukcji prędkości. Na cale szczęście Grzesiek wjeżdżający już na przejazd rowerowy zobaczył go kątem oka i w ostatniej chwili wykonał unik w prawą stronę, unik dzięki któremu uniknął poważnego wypadku, a jedynie dostał lekko w tylne koło, na szczęście nieszkodliwie. Ochrzaniliśmy zdrowo kierowcę, a Grzesiu (czemu trudno się dziwić) powiedział, że do końca maratonu żadnymi rowerówkami nie pojedzie. Taki dobitny przykład na to, że wiele dróg rowerowych jest bardziej niebezpiecznych niż jazda szosą, dotyczy to przede wszystkim takich jak ta - przecinających wiele wjazdów w bok, na których kierowcy notorycznie wymuszają pierwszeństwo.
Na odcinku "trójmiejskim" jak to na Kaszubach - sporo górek, niestety ruch na wielu drogach jest dotkliwy i psuje przyjemność z jazdy, taki urok sąsiedztwa dużej aglomeracji; czekam już z upragnieniem na Pruszcz Gdański za którym liczę, że powinno się uspokoić. Na tym kawałku jadę blisko Adama Kałużnego, z którym dzisiaj sporo będę się mijać. Przed Pruszczem jeszcze krótka wizyta w sklepie i wjeżdżam na Żuławy. Zmienia się zupełnie charakter jazdy - robi się całkiem płasko i wreszcie ruch zdecydowanie maleje. Mija tutaj pierwsze 100km maratonu, więc zaglądam na monitoring wyścigu (orientując się przy okazji, że bardzo fajnie działa; monitoring FollowMyChallenge to obecnie chyba najlepsze rozwiązanie na rynku), po którym orientuję się że raczej trzymam tyły, jestem bodajże 33 na 49 osób w Solo - ludzie tradycyjnie solidnie wyrwali do przodu. Ale zupełnie się tym nie przejąłem, wolę zdecydowanie jechać swoim równym tempem, wiedząc że miarodajne będzie jak kto przejechał noc i dopiero pozycje po ok. 24h coś tam powiedzą. Na Żuławach spotykam Krzyśka Wolańskiego i Damiana Pałyskę, z którymi trochę rozmawiamy, póki co humory zdecydowanie dopisują. Co prawda wiatr który miał być zachodni i pchać zamiast tego przeszkadza - to takie pierwsze sygnały tego jak można ufać prognozom pogody ;)). Ale generalnie jedzie się elegancko, cały czas jest słonecznie, a na horyzoncie pojawiają się już pagórki Wysoczyzny Elbląskiej.

Po pięknym kawałku nad Nogatem, ładnie oświetlonym popołudniowym słońcem wjeżdżamy w pagóreczki, jeszcze jesteśmy dość ciasno pogrupowani i co chwilę się kogoś spotyka, między innymi Kaziu Piechówka przyjął z ulgą pierwsze górki, bo narzekał, że niszczy go monotonia - i rzeczywiście, gdy tylko się skończyło płaskie to na pierwszym podjeździe wyrwał do przodu jak Pantani; też i Tomek Wyciszczak mocno cisnął; Tomek nietypowo już pierwszej nocy planował spać, bo większość zawodników szykowała się na noc na siodełku. Odcinek bardzo fajny, ostry zjazd do Suchacza, jeszcze ze dwie większe ścianki i zjeżdża się do Fromborka, ze wspaniałą katedrą tuż przy drodze. Kawałek dalej w Braniewie jak wiele osób zatrzymałem się na dłuższy postój, bo to ostatni sensowny punkt zaopatrzeniowy na sporym odcinku; też już się ściemniać zaczęło, więc przebrałem się do nocnej jazdy. Od Braniewa już po ciemku, trochę obawiałem się na tym odcinku słabszych asfaltów, bo na wcześniejszych edycjach było tu sporo dziur - ale okazało się, że jest elegancko, prawie cały ten kawałek to wyremontowane drogi. Na tym odcinku mijam się z Robertem Woźniakiem i Adamem Kałużnym, od początku dnia mocno męczy mnie sikanie, chwilami już co 15min muszę się zatrzymywać; w Górowie Iławieckim na nieczynnej stacji gdzie spotykam Rybę (Grzegorza Rybkowskiego) trochę poprawiam pozycję. Kawałek dalej jedziemy objazdem przez Bezledy, po wjeździe na krajówkę do Olsztyna niemiłe zaskoczenie - bo pomimo, że już było po 23 ruch był bardzo duży, samochód za samochodem. Jak się później dowiedziałem w Bezledach był koncert Zenka Martyniuka, a na takich "artystów" to mało wyszukana publiczność chodzi. I akurat jak jechaliśmy wracało z niego dużo już pijanej hołoty. W pewnym momencie ktoś mocno rzucił we mnie jabłkiem, jakimś cudem o centymetry minęło przednie koło, bo takie zupełnie niespodziewane, dość silne uderzenie łatwo może doprowadzić do groźnej wywrotki. Analogiczną sytuację miał jadący w bliskiej odległości Robert Woźniak, jak czytałem w jego relacji w niego z kolei butelką rzucili. To jest właśnie ten poziom ludzi, którzy za doskonały żart uważają rzucić czymś w rowerzystę, opluć go, albo nawet uderzyć drzwiami samochodu (była taka sytuacja na BBT, do tego zakończona pobiciem), a ich mózgi są za małe by przewidzieć jak groźne mogą być konsekwencje takich zachowań.
Za Bartoszycami jechało mi się całkiem przyzwoicie, siły jeszcze są, dobrej jakości drogi zachęcają do ciśnięcia. Na 3PK w Korszach spotykam jadących wspólnie Maćka Blimela i Władysława Pieleckiego (bardzo sprawnie współpracowali), no i zaczyna się robić zdecydowanie zimno, temperatura spada w okolice 5-6 stopni, więc trzeba się porządnie ubrać. Do tego na trasie było dużo wilgoci, szczególnie w okolicach licznych tu jezior; w okularach już nie dało się jechać, bo od razu parowały. Wielu zawodnikom to zimno dało mocno w kość, ale mnie wiele to nie ruszyło, zimno oczywiście czułem, ale też nie byłem jakoś wielce zmarznięty, choć za Baniami Mazurskimi termometr już tylko 3 stopnie pokazywał. Tak więc odcinek do Gołdapi pokonuję całkiem sprawnie, tutaj zasłużony postój na Orlenie, gdzie już panowała atmosfera w stylu "The Walking Dead"; spotykam tu między innymi mocno już ugotowanego Wojtka Gubałę, prawdziwego Króla DNF-ów; i tym razem nie zawiódł, tradycyjnie przeholowując mocno z tempem w pierwszej fazie maratonu.
Za Gołdapią zaczyna już świtać i zaczyna się kapitalny kawałek do Szypliszek, uwielbiam ten odcinek, wiele razy tu jechałem, ale zawsze z przyjemnością tu wracam. Kawałek wymagający, bo zimnica cały czas trzyma, a górek nie brakuje. Ale widoki są kapitalne, wioseczki jak na końcu świata, pełno mgieł oświetlanych blaskiem wchodzącego słońca - po takie chwile się jeździ ultramaratony!

Za Wiżajnami mijam się z Góralem Nizinnym (Adamem Szczygłem), a na postoju na przebranie się (przed Sejnami wreszcie zaczęło się ocieplać!) spotykam się ze Śrubą (Krzysztofem Naskrętem), zawsze fajnie wybić się z monotonii samotnej jazdy chwilę rozmawiając. Wraz ze wzrostem temperatury rośnie i morale, a wzrosło jeszcze mocniej jak sprawdziłem sytuację na monitoringu i okazało się, że jestem już w pierwszej dziesiątce. To od razu dało mi wiatr w skrzydła, bo widziałem, że moja taktyka "tisze jediesz dalsze budiesz", czyli spokojnej, równej jazdy swojego bez oglądania się na to jak jadą inni przyniosła dobry skutek. Zimna noc zweryfikowała część zawodników i ponieśli sporo strat, a 500km w nogach to też ten poziom, gdy już przechodzi się z szybkości na wytrzymałość i różnice w mocy ze startu zaczynają się zmniejszać.
Za Sejnami kawałek krajówki, następnie przejazd przez Puszczę Augustowską i dojazd pod białoruską granicę w rejonie Nowego Dworu. Zaczyna się Podlasie i bardzo fajny, długi i pusty odcinek wzdłuż granicy, były obawy czy nie będzie jakiś problemów w związku z kryzysem z uchodźcami - ale zero problemów, nawet żadnej wzmożonej aktywności służb nie widziałem. Odcinek malowniczy, ale i sporo górek na odcinku do Krynek, więc czuć już coraz mocniejsze zmęczenie w nogach, 600km strzela przed Kuźnicą. Cały dalszy odcinek to już coraz bardziej rosnące zmęczenie, w takich chwilach wzrasta rola głowy, trzeba umieć znaleźć w sobie motywację by dalej jechać. Inaczej niż na poprzedniej edycji wygląda kawałek za Kruszynianami, nie ma już odcinka szutrowego, zamiast tego jedziemy asfaltem przez Bobrowniki co dodało parę km i kilka górek. Za Bobrownikami już coraz większe zamulanie, zmęczenie już bardzo duże; w rejonie zalewu Siemianówka miłe zaskoczenie - zrobili nowy asfalt, bo były tam bardzo ostre dziury, teraz został tego tylko krótki kawałeczek, a jeszcze wczesną wiosną straszyły tam niezłe kratery.
Razem z jadącym w bliskiej odległości Śrubą już mocno wypompowani stajemy na postój w Narewce, chodzi się już z trudem i powolutku. Z Narewki już blisko do Hajnówki, gdzie robię większe zakupy i ogarniam kwestię noclegu. Postanawiam jechać objazdem, a na noc dociągnąć do Siemiatycz. W Kleszczelach zaczyna się ściemniać, a ponieważ słaba o tej porze była widoczność, więc jechałem bez okularów - i wpada mi do oka muszka. I tak pechowo się złożyło, że próbując ją usunąć rozbabrało mi się to oko bardzo mocno; niestety nie było w tym rejonie stacji z toaletami, gdzie na spokojnie można było to ogarnąć. A że oko dalej mocno szczypało, a ja nie byłem w stanie ustalić czy ta muszka jeszcze dalej siedzi w oku, a rąk też nie miałem czystych - więc sumarycznie opuchło to bardzo mocno, do tego zaszło ropą. Tak więc długi, nocny odcinek do Siemiatycz strasznie mi się ciągnął, oprócz oka zmęczenie dystansem było już bardzo duże, tak więc docieram do hotelu z wielką ulgą.
W tej edycji postawiłem na noclegi na kwaterach, chcąc sprawdzić na ile inaczej wyjdzie jazda MRDP niż w poprzednich edycjach, gdy jechałem śpiąc na dziko. Pierwsze minusy tego systemu już widzę, czyli konieczność jazdy na dużym wypruciu by dociągnąć w miejsce noclegu, zamiast spać wtedy gdy organizm zaczyna tego mocno potrzebować. Też w hotelu straciłem ze 20min na samo meldowanie się, chodzili sprawdzać pokój itd. Ale są też i spore plusy - hotel elegancki, można wziąć prysznic, a w łóżku wygodniej się śpi niż na zewnątrz, mogłem też ogarnąć i przemyć to oko. Sumarycznie - pierwsze 1,5 dnia na duży plus, przejechałem aż 800km i wypracowałem pewien zapas kilometrowy nad swoim rekordowym czasem, także i w klasyfikacji imprezy byłem blisko czuba.
Zdjęcia z wyścigu
Maraton Rowerowy Dookoła Polski to impreza ultra z długą już tradycją, rozgrywana jest bardzo nietypowo - co 4 lata; dotąd odbyły się 4 edycje, w 2021 była piąta. Startowałem w 2013 i 2017, więc i w 2021 roku nie mogło mnie zabraknąć na linii startu. MRDP to bardzo trudny maraton samowystarczalny, nie bez kozery uznawany w środowisku długodystansowych kolarzy za zdecydowanie najtrudniejszy ultramaraton w Polsce, który są w stanie ukończyć jedynie nieliczni. Podstawowe założenie MRDP to bardzo wymagający limit, czyli 10 dni na pokonanie dystansu 3200km, co oznacza aż 320km na dzień. W przypadku imprez na 500km czy 1000km taki poziom limitu nie jest specjalnie trudny, ale w przypadku tras wiele dłuższych to już zupełnie co innego, bo wydajność z dnia na dzień spada, brak snu się potęguje, a na trasie jest ponad 1000km gór.
Ale na tym właśnie polega cały urok tej imprezy, że nie jest tu łatwo. To właśnie przyciąga na start wielu zawodników, chęć zmierzenia się z takim wyzwaniem, chęć sprawdzenia się na ekstremalnej imprezie. Jak na żadnym innym maratonie limit wyznacza tu strategię jazdy i zmusza zawodników do znalezienia w sobie sił wtedy gdy nic nie idzie, gdy pogoda i własny organizm rzucają nam liczne kłody pod nogi. Czymś niezwykłym w tej imprezie jest stopień poświęcenia jakiego wymaga, tego nie da się ukończyć jadąc na pół gwizdka, tu trzeba się na te 10dni wyłączyć zupełnie z życia i jego spraw, tu jest tylko rower i droga, nic zbędnego, nic ponadto. Jak mawiał Michał Anioł tworząc swoje wspaniałe rzeźby - on po prostu bierze kamień i usuwa co zbędne. I to jest w MRDP piękne, tu nie ma żadnych zbędnych dodatków, zostaje jedynie nasz prywatny film drogi, zostaje czyste piękno długodystansowej jazdy!
Impreza wymaga dobrego przygotowania zarówno od strony fizycznej jak i logistycznej. Tak w dużym skrócie można powiedzieć, ze sukces zależy po 1/3 - od przygotowania fizycznego, od logistyki i od psychiki, bo mocną głową bardzo wiele się tu zyskuje, a równie wiele można stracić, gdy psychika zawodzi i nie potrafimy swojego na trasie odcierpieć. Bo też MRDP jest to swoista impreza na wyniszczenie, znaleźć w sobie motywację po tygodniu bardzo intensywnej jazdy nie jest łatwo; do tego swoje dołożyć potrafi pogoda - i w tym roku dołożyła niemało :)).
MRDP było moim głównym celem sportowym na ten sezon, przygotowałem się do niego solidnie, w tym sezonie nietypowo dla siebie postawiłem na bardziej usystematyzowany trening typu sportowego, korzystając ze wsparcia trenerskiego Radka Rogóża, z którym bardzo dobrze mi się współpracowało, każdemu polecam. Celem maksimum w który celowałem było poprawienie mojego rekordu z 2013, czyli 8 dni 14h i 16min, a to już bardzo wysoko zawieszona poprzeczka, tym bardziej, że w 2021 trasa była dłuższa o prawie 70km niż w 2013 oraz doszło ok. 3000m w pionie, co realnie wydłużyło tę trasę o przynajmniej 4h w stosunku do 2017, a z 5h do 2013 (choć odpadł też czasochłonny prom na Wiśle). Plan jazdy na imprezę miałem dość ogólny, nie przywiązywałem za dużej wagi do tego, nastawiając się na bieżącą improwizację, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że na takiej trasie jest tyle zmiennych wpływających na to ile danego dnia można przejechać i gdzie dotrzeć, że nie sposób przed startem precyzyjnie tego zaplanować. Startuję oczywiście w królewskiej kategorii Solo, tak w mojej opinii długie dystanse jeździ się najlepiej, a na trasach tej długości wspólna jazda z innymi zawodnikami więcej strat przynosi niż zysków (wyłączając z tego bardzo zgrane rowerowo pary, ale takich wielu nie ma).
I dzień - Rozewie - Braniewo - Bartoszyce - Gołdap - Sejny - Kuźnica - Hajnówka - Siemiatycze
Start imprezy odbywa się tradycyjnie spod latarni na Rozewiu, czyli symbolicznym, najdalej na północ wysuniętym fragmencie Polski. Obsada w tym roku bardzo mocna i liczna (jak na tej długości imprezę), na podjęcie wyzwania okrążenia całej Polski w 10 dni zdecydowało się 49 osób w kategorii Solo, 27 osób w kategorii Open oraz 2 osoby w pobocznej kategorii Support jadącej na zupełnie innych zasadach (z wsparciem wozu technicznego). Punktualnie o 12.00 starujemy całym peletonem i drogami dla rowerów wyjeżdżamy z Jastrzębiej Góry.

(fot.MRDP)
W tej edycji na odcinku trójmiejskim została mocno zmieniona trasa, nie ma już bardzo niekomfortowego przejazdu przez Trójmiasto, które mija się od zachodu. Na początek mamy idealne warunki - słoneczna pogoda, okolice 20 stopni i sprzyjający wiatr; pierwsze kilometry to jeszcze dość ciasno zbici w mniejsze i większe peletony zawodników, wszyscy pełni sił, z wysokim morale, jeszcze nie wiedzą co będzie za 2-3 dni, że ten stan niestety nie potrwa już za długo i że wkrótce zacznie się klasyczna jazda na wyniszczenie. Jak wojsko idące do pierwszej bitwy, w świeżutkich mundurach, a za parę dni to będą już realia wojny okopowej :P
Po ok. 15km wjeżdżamy na DW 216 i kolejne 15km jedziemy w korku do Redy (na szczęście jest tu sporo odcinków z poboczem); niestety choć samo Trójmiasto mijamy to i na drogach w okolicy jest spory ruch. Wyjazd z Redy masakrycznie dziurawy, na szczęście to podjazd, więc nie ma tragedii. Kawałek dalej w Karczemkach jestem świadkiem wypadku. Na tym odcinku był zakaz dla rowerów i trzeba było wjechać na drogę dla rowerów, która prowadziła równolegle do szosy. I zaraz na początku tej rowerówki przecinała ona zjazd na stację benzynową, był tam przejazd rowerowy, więc to rowerówka miała pierwszeństwo przejazdu. Jakieś 30m przede mną jechał najmłodszy uczestnik MRDP Grzesiu Szamrowicz i na moich oczach skręcający na stację samochód wjechał na przejazd rowerowy bez oglądania się, bez redukcji prędkości. Na cale szczęście Grzesiek wjeżdżający już na przejazd rowerowy zobaczył go kątem oka i w ostatniej chwili wykonał unik w prawą stronę, unik dzięki któremu uniknął poważnego wypadku, a jedynie dostał lekko w tylne koło, na szczęście nieszkodliwie. Ochrzaniliśmy zdrowo kierowcę, a Grzesiu (czemu trudno się dziwić) powiedział, że do końca maratonu żadnymi rowerówkami nie pojedzie. Taki dobitny przykład na to, że wiele dróg rowerowych jest bardziej niebezpiecznych niż jazda szosą, dotyczy to przede wszystkim takich jak ta - przecinających wiele wjazdów w bok, na których kierowcy notorycznie wymuszają pierwszeństwo.
Na odcinku "trójmiejskim" jak to na Kaszubach - sporo górek, niestety ruch na wielu drogach jest dotkliwy i psuje przyjemność z jazdy, taki urok sąsiedztwa dużej aglomeracji; czekam już z upragnieniem na Pruszcz Gdański za którym liczę, że powinno się uspokoić. Na tym kawałku jadę blisko Adama Kałużnego, z którym dzisiaj sporo będę się mijać. Przed Pruszczem jeszcze krótka wizyta w sklepie i wjeżdżam na Żuławy. Zmienia się zupełnie charakter jazdy - robi się całkiem płasko i wreszcie ruch zdecydowanie maleje. Mija tutaj pierwsze 100km maratonu, więc zaglądam na monitoring wyścigu (orientując się przy okazji, że bardzo fajnie działa; monitoring FollowMyChallenge to obecnie chyba najlepsze rozwiązanie na rynku), po którym orientuję się że raczej trzymam tyły, jestem bodajże 33 na 49 osób w Solo - ludzie tradycyjnie solidnie wyrwali do przodu. Ale zupełnie się tym nie przejąłem, wolę zdecydowanie jechać swoim równym tempem, wiedząc że miarodajne będzie jak kto przejechał noc i dopiero pozycje po ok. 24h coś tam powiedzą. Na Żuławach spotykam Krzyśka Wolańskiego i Damiana Pałyskę, z którymi trochę rozmawiamy, póki co humory zdecydowanie dopisują. Co prawda wiatr który miał być zachodni i pchać zamiast tego przeszkadza - to takie pierwsze sygnały tego jak można ufać prognozom pogody ;)). Ale generalnie jedzie się elegancko, cały czas jest słonecznie, a na horyzoncie pojawiają się już pagórki Wysoczyzny Elbląskiej.

Po pięknym kawałku nad Nogatem, ładnie oświetlonym popołudniowym słońcem wjeżdżamy w pagóreczki, jeszcze jesteśmy dość ciasno pogrupowani i co chwilę się kogoś spotyka, między innymi Kaziu Piechówka przyjął z ulgą pierwsze górki, bo narzekał, że niszczy go monotonia - i rzeczywiście, gdy tylko się skończyło płaskie to na pierwszym podjeździe wyrwał do przodu jak Pantani; też i Tomek Wyciszczak mocno cisnął; Tomek nietypowo już pierwszej nocy planował spać, bo większość zawodników szykowała się na noc na siodełku. Odcinek bardzo fajny, ostry zjazd do Suchacza, jeszcze ze dwie większe ścianki i zjeżdża się do Fromborka, ze wspaniałą katedrą tuż przy drodze. Kawałek dalej w Braniewie jak wiele osób zatrzymałem się na dłuższy postój, bo to ostatni sensowny punkt zaopatrzeniowy na sporym odcinku; też już się ściemniać zaczęło, więc przebrałem się do nocnej jazdy. Od Braniewa już po ciemku, trochę obawiałem się na tym odcinku słabszych asfaltów, bo na wcześniejszych edycjach było tu sporo dziur - ale okazało się, że jest elegancko, prawie cały ten kawałek to wyremontowane drogi. Na tym odcinku mijam się z Robertem Woźniakiem i Adamem Kałużnym, od początku dnia mocno męczy mnie sikanie, chwilami już co 15min muszę się zatrzymywać; w Górowie Iławieckim na nieczynnej stacji gdzie spotykam Rybę (Grzegorza Rybkowskiego) trochę poprawiam pozycję. Kawałek dalej jedziemy objazdem przez Bezledy, po wjeździe na krajówkę do Olsztyna niemiłe zaskoczenie - bo pomimo, że już było po 23 ruch był bardzo duży, samochód za samochodem. Jak się później dowiedziałem w Bezledach był koncert Zenka Martyniuka, a na takich "artystów" to mało wyszukana publiczność chodzi. I akurat jak jechaliśmy wracało z niego dużo już pijanej hołoty. W pewnym momencie ktoś mocno rzucił we mnie jabłkiem, jakimś cudem o centymetry minęło przednie koło, bo takie zupełnie niespodziewane, dość silne uderzenie łatwo może doprowadzić do groźnej wywrotki. Analogiczną sytuację miał jadący w bliskiej odległości Robert Woźniak, jak czytałem w jego relacji w niego z kolei butelką rzucili. To jest właśnie ten poziom ludzi, którzy za doskonały żart uważają rzucić czymś w rowerzystę, opluć go, albo nawet uderzyć drzwiami samochodu (była taka sytuacja na BBT, do tego zakończona pobiciem), a ich mózgi są za małe by przewidzieć jak groźne mogą być konsekwencje takich zachowań.
Za Bartoszycami jechało mi się całkiem przyzwoicie, siły jeszcze są, dobrej jakości drogi zachęcają do ciśnięcia. Na 3PK w Korszach spotykam jadących wspólnie Maćka Blimela i Władysława Pieleckiego (bardzo sprawnie współpracowali), no i zaczyna się robić zdecydowanie zimno, temperatura spada w okolice 5-6 stopni, więc trzeba się porządnie ubrać. Do tego na trasie było dużo wilgoci, szczególnie w okolicach licznych tu jezior; w okularach już nie dało się jechać, bo od razu parowały. Wielu zawodnikom to zimno dało mocno w kość, ale mnie wiele to nie ruszyło, zimno oczywiście czułem, ale też nie byłem jakoś wielce zmarznięty, choć za Baniami Mazurskimi termometr już tylko 3 stopnie pokazywał. Tak więc odcinek do Gołdapi pokonuję całkiem sprawnie, tutaj zasłużony postój na Orlenie, gdzie już panowała atmosfera w stylu "The Walking Dead"; spotykam tu między innymi mocno już ugotowanego Wojtka Gubałę, prawdziwego Króla DNF-ów; i tym razem nie zawiódł, tradycyjnie przeholowując mocno z tempem w pierwszej fazie maratonu.
Za Gołdapią zaczyna już świtać i zaczyna się kapitalny kawałek do Szypliszek, uwielbiam ten odcinek, wiele razy tu jechałem, ale zawsze z przyjemnością tu wracam. Kawałek wymagający, bo zimnica cały czas trzyma, a górek nie brakuje. Ale widoki są kapitalne, wioseczki jak na końcu świata, pełno mgieł oświetlanych blaskiem wchodzącego słońca - po takie chwile się jeździ ultramaratony!

Za Wiżajnami mijam się z Góralem Nizinnym (Adamem Szczygłem), a na postoju na przebranie się (przed Sejnami wreszcie zaczęło się ocieplać!) spotykam się ze Śrubą (Krzysztofem Naskrętem), zawsze fajnie wybić się z monotonii samotnej jazdy chwilę rozmawiając. Wraz ze wzrostem temperatury rośnie i morale, a wzrosło jeszcze mocniej jak sprawdziłem sytuację na monitoringu i okazało się, że jestem już w pierwszej dziesiątce. To od razu dało mi wiatr w skrzydła, bo widziałem, że moja taktyka "tisze jediesz dalsze budiesz", czyli spokojnej, równej jazdy swojego bez oglądania się na to jak jadą inni przyniosła dobry skutek. Zimna noc zweryfikowała część zawodników i ponieśli sporo strat, a 500km w nogach to też ten poziom, gdy już przechodzi się z szybkości na wytrzymałość i różnice w mocy ze startu zaczynają się zmniejszać.
Za Sejnami kawałek krajówki, następnie przejazd przez Puszczę Augustowską i dojazd pod białoruską granicę w rejonie Nowego Dworu. Zaczyna się Podlasie i bardzo fajny, długi i pusty odcinek wzdłuż granicy, były obawy czy nie będzie jakiś problemów w związku z kryzysem z uchodźcami - ale zero problemów, nawet żadnej wzmożonej aktywności służb nie widziałem. Odcinek malowniczy, ale i sporo górek na odcinku do Krynek, więc czuć już coraz mocniejsze zmęczenie w nogach, 600km strzela przed Kuźnicą. Cały dalszy odcinek to już coraz bardziej rosnące zmęczenie, w takich chwilach wzrasta rola głowy, trzeba umieć znaleźć w sobie motywację by dalej jechać. Inaczej niż na poprzedniej edycji wygląda kawałek za Kruszynianami, nie ma już odcinka szutrowego, zamiast tego jedziemy asfaltem przez Bobrowniki co dodało parę km i kilka górek. Za Bobrownikami już coraz większe zamulanie, zmęczenie już bardzo duże; w rejonie zalewu Siemianówka miłe zaskoczenie - zrobili nowy asfalt, bo były tam bardzo ostre dziury, teraz został tego tylko krótki kawałeczek, a jeszcze wczesną wiosną straszyły tam niezłe kratery.
Razem z jadącym w bliskiej odległości Śrubą już mocno wypompowani stajemy na postój w Narewce, chodzi się już z trudem i powolutku. Z Narewki już blisko do Hajnówki, gdzie robię większe zakupy i ogarniam kwestię noclegu. Postanawiam jechać objazdem, a na noc dociągnąć do Siemiatycz. W Kleszczelach zaczyna się ściemniać, a ponieważ słaba o tej porze była widoczność, więc jechałem bez okularów - i wpada mi do oka muszka. I tak pechowo się złożyło, że próbując ją usunąć rozbabrało mi się to oko bardzo mocno; niestety nie było w tym rejonie stacji z toaletami, gdzie na spokojnie można było to ogarnąć. A że oko dalej mocno szczypało, a ja nie byłem w stanie ustalić czy ta muszka jeszcze dalej siedzi w oku, a rąk też nie miałem czystych - więc sumarycznie opuchło to bardzo mocno, do tego zaszło ropą. Tak więc długi, nocny odcinek do Siemiatycz strasznie mi się ciągnął, oprócz oka zmęczenie dystansem było już bardzo duże, tak więc docieram do hotelu z wielką ulgą.
W tej edycji postawiłem na noclegi na kwaterach, chcąc sprawdzić na ile inaczej wyjdzie jazda MRDP niż w poprzednich edycjach, gdy jechałem śpiąc na dziko. Pierwsze minusy tego systemu już widzę, czyli konieczność jazdy na dużym wypruciu by dociągnąć w miejsce noclegu, zamiast spać wtedy gdy organizm zaczyna tego mocno potrzebować. Też w hotelu straciłem ze 20min na samo meldowanie się, chodzili sprawdzać pokój itd. Ale są też i spore plusy - hotel elegancki, można wziąć prysznic, a w łóżku wygodniej się śpi niż na zewnątrz, mogłem też ogarnąć i przemyć to oko. Sumarycznie - pierwsze 1,5 dnia na duży plus, przejechałem aż 800km i wypracowałem pewien zapas kilometrowy nad swoim rekordowym czasem, także i w klasyfikacji imprezy byłem blisko czuba.
Zdjęcia z wyścigu
Dane wycieczki:
DST: 796.20 km AVS: 26.01 km/h
ALT: 4719 m MAX: 60.60 km/h
Temp:14.0 'C
Sobota, 7 sierpnia 2021Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2021, Ultramaraton
Kórnicki Maraton Turystyczny
Maraton w Kórniku niezmiennie cieszy się dobrą opinią, więc w tym roku postanowiłem się wybrać; termin nieźle pasował jako ostatni, poważny test przed docelowym startem w tym sezonie, czyli MRDP. Dojeżdżam w piątek, razem z kolegą z Puław jedziemy ze Swarzędza do Kórnika, tam spotykamy sporo zawodników i jemy obiad. Później rundka po ładnej promenadzie nad jeziorem Kórnickim i ostatnie parę km do bazy maratonu w Prusinowie.

Podobnie jak na Pyrze - baza zorganizowana elegancko, duży zielony teren pod namioty, są kiełbaski z grilla, można pogadać z wieloma znajomymi szykującymi się do startu. Nocka niestety do niczego, bardzo niewiele spałem, ale w przypadku maratonu na 500km to jeszcze nie tragedia. Start dość wcześnie rano, pierwsze grupy ruszają jeszcze przed siódmą, ja startuję o 7.25. Start jest rozłożony na raty, z bazy jedziemy spokojnym tempem do Kórnika i tam na rynku jest właściwy start ostry. Tempo na starcie koło 30km/h, jadę tu spory kawałek z Michałem Szelągiem, ale szybko dochodzi nas ekipa z dystansu 300km (pierwsze ok. 60km mieliśmy wspólne), startująca zaraz po nas (przy starcie z rynku nie było już godzin startu, więc grupki ruszały zaraz po dojechaniu), którzy już cisnęli bardzo solidnie, często powyżej 35km/h. Fajnie się jechało, bo trasa prowadziła pod wiatr, więc grupowa jazda wiele wnosiła. Niestety długo nie pojechałem, bo wkrótce musiałem się zatrzymać na sikanie i tyle było z grupowej jazdy ;). Sikanie męczyło mnie na tym pierwszym odcinku mocno, co najmniej ze 4 razy musiałem stawać na pierwszej setce, też i drobne poprawki w rowerze robiłem.
Tak więc jechałem ten kawałek głównie solo, krótkimi kawałkami jedynie jadąc z innymi ludźmi. Jedzie się nieźle, trzymam tempo pod 30km/h, niestety wiatr zdecydowanie przeszkadza, a jest tu dużo odkrytych, rolniczych terenów. Przy przejeździe kolejowym w Kąkolewie łapie mnie opuszczony szlaban, szybko docierają też inni. Od tego kawałka odcinek grupowej jazdy, jechaliśmy tak w 4-5 osób w sumie do mostu na Odrze, tam dwie osoby zjechały na tankowanie, ja poprawiałem rower, a jeden chłopak pojechał do przodu. Wkrótce zaczynają się pierwsze pagóreczki w rejonie zagłębia miedziowego i kompleksu górniczego w Rudnej, między innymi jedzie się tu spory kawałek wzdłuż gigantycznych hałd górniczych. Wjazd do Polkowic męczący, sporo dziur, ruch dość spory. W Polkowicach był pierwszy punkt żywnościowy, na którym był normalny obiad, ale na tak duże jedzenie było dla mnie za wcześnie, więc planowałem tylko zatankować i jechać dalej. Niestety na punkcie nie było wody, jedynie izotoniki, których nie lubię i nie używam, więc musiałem po wodę zjechać do pobliskiego sklepu.
Za Polkowicami jazda zaczyna się robić przyjemniejsza, coraz mniej zurbanizowane tereny, są też dłuższe odcinki lepszego asfaltu, bo na razie sporo było dziurawych odcinków, niestety dolnośląskie z tego słynie. Tempo powoli spada, wiatr cały czas w twarz, któraś godzina takiej jazdy już wchodzi w nogi. Za Chojnowem wreszcie pojawiają się górki na horyzoncie i wkrótce zaczyna się najciekawszy odcinek KMT. Góry na trasie wielkie nie są, ale to zawsze ekstra urozmaicenie bo długich odcinkach równin, też i wiatr w tym terenie znacznie mniej przeszkadza. Na jednym z podjazdów spotykam prowadzącego rower Jarosława Piekarza, niestety padł mu bębenek w tylnym kole i musiał się wycofać - awaria typowa dla kół Mavica, z tego powodu przestałem ich używać. Kawałek dalej wjeżdżam w tereny dobrze znane z tegorocznego zlotu forum pod Wleniem, pokonuję kawałek wzdłuż Bobru i podjeżdżam na zaporę Pilchowicką, gdzie mieści się drugi punkt żywnościowy, w karczmie jest paru kolarzy, min. Paweł Kosiorek i Marcin Podrażka. Do jedzenia jest tłusta gulaszowa, próbowałem to jeść, ale mi nie podeszło zupełnie, więc ruszyłem dalej; teraz przydałoby się menu z Polkowic, taki schaboszczak wszedłby aż miło ;))
Za Pilchowicami najciekawsze górki, trzy solidne podjazdy po ok. 150m w pionie. Przed Świeżawą tankuję na stacji, a gdy ruszam to akurat jadą Paweł i Marcin do których się podłączam. Marcin trochę wolniej jechał pod górę, a z Pawłem jechaliśmy razem aż do Jawora, gdzie zjechał na stację. Ja pojechałem dalej, zaczęła się już noc, kręciło się całkiem sensownie, choć oczywiście zmęczenie było już odczuwalne, tez na tym odcinku trafiło się sporo brukowanych odcinków w małych miasteczkach. Kawałek za Prochowicami dochodzi mnie większa ekipa, między innymi z Pawłem Kosiorkiem w składzie, solidnie cisnęli, więc się podłączyłem. Ale dużo wspólnej jazdy nie było bo przed Ścinawą, gdy wjeżdżamy w światła orientuję się, ze nie mam telefonu na kierownicy, musiał wypiąć się z mocowania na którymś z bruków. Zawracam więc by spróbować znaleźć telefon, kawałek dalej spotykam Marcina Podrażkę, któremu mówię o zgubionym telefonie. Ujechałem pod prąd z 10km (nadrabiając w sumie ok.20km i tracąc na to ponad godzinę), ale telefonu nie znalazłem, co mnie nieźle zdołowało. Gdy nadjechali Adam Czekaj i Piotr Sternal wpadłem na pomysł by z ich telefonu zadzwonić na swój numer, może ktoś telefon znalazł? I okazało się, że znalazł go Marcin Podrażka, chwilę po naszym rozłączeniu się, leżał w jakiejś dziurze na środku ulicy, do tego nie uszkodzony. Fart ogromny, bo już byłem pewien że będę mocno w plecy, do tego utrata telefonu to masa kłopotów; wielkie podziękowania dla Marcina!
Jedziemy dalej w trójkę, powoli zaczyna błyskać na niebie, wjeżdżamy też w mokrą nawierzchnię, nas samych deszcz jeszcze oszczędza. Przebieramy się w Wińsku, a postój robimy na małej stacji w Wąsoszu. Sen mnie jeszcze nie mulił, więc ruszam przed chłopakami, tuż po tym jak ruszyłem to zaczęła się solidna burza, mocno lało, a przede wszystkim mocno wiało, bardzo wredny, silny boczny wiatr, rower na stożkach skakał po jezdni jak Żyd po pustym sklepie ;)). Ze dwa razy jeszcze krótkie postoje na przebieranie się robiłem, ale generalnie jechałem już longiem na metę. Padało mocniej ze 2h, później już się stopniowo uspokoiło, też i wiatr odpuścił. Na trasie jeszcze trochę górek w rejonie Gostynia (fajna ścianka do Bazyliki Świętogórskiej) oraz w rejonie Dolska (już za dnia). Na metę docieram ok. 6.20, łącznie zajęło mi to 22h36min, z czego ponad godzina poleciała na ten telefon.
Kórnicki Maraton Turystyczny ma opinię najłatwiejszego w Polsce, ale tym razem wyszło to ciężkie ultra 24h. Pierwsze 250km pod solidny wiatr, później odcinek górek, a na koniec w nocy załamanie pogody i burze - to wszystko spowodowało, że było najwięcej wycofów w historii KMT. Duże podziękowania dla organizatorów, którzy robią świetną robotę, dzięki czemu KMT to naprawdę fajna impreza!
Test przed MRDP wyszedł całkiem nieźle, z formą nie jest źle, choć miałem na trasie sporo problemów z pozycją i trzeba było poprawiać to i owo. Ale MRDP to zupełnie inna impreza, tam mocna noga nie wystarczy do ukończenia, musi zagrać też kilka innych elementów, a kluczowy jest brak kontuzji o co na tak trudnej trasie bardzo trudno.
Kilka fotek
Maraton w Kórniku niezmiennie cieszy się dobrą opinią, więc w tym roku postanowiłem się wybrać; termin nieźle pasował jako ostatni, poważny test przed docelowym startem w tym sezonie, czyli MRDP. Dojeżdżam w piątek, razem z kolegą z Puław jedziemy ze Swarzędza do Kórnika, tam spotykamy sporo zawodników i jemy obiad. Później rundka po ładnej promenadzie nad jeziorem Kórnickim i ostatnie parę km do bazy maratonu w Prusinowie.

Podobnie jak na Pyrze - baza zorganizowana elegancko, duży zielony teren pod namioty, są kiełbaski z grilla, można pogadać z wieloma znajomymi szykującymi się do startu. Nocka niestety do niczego, bardzo niewiele spałem, ale w przypadku maratonu na 500km to jeszcze nie tragedia. Start dość wcześnie rano, pierwsze grupy ruszają jeszcze przed siódmą, ja startuję o 7.25. Start jest rozłożony na raty, z bazy jedziemy spokojnym tempem do Kórnika i tam na rynku jest właściwy start ostry. Tempo na starcie koło 30km/h, jadę tu spory kawałek z Michałem Szelągiem, ale szybko dochodzi nas ekipa z dystansu 300km (pierwsze ok. 60km mieliśmy wspólne), startująca zaraz po nas (przy starcie z rynku nie było już godzin startu, więc grupki ruszały zaraz po dojechaniu), którzy już cisnęli bardzo solidnie, często powyżej 35km/h. Fajnie się jechało, bo trasa prowadziła pod wiatr, więc grupowa jazda wiele wnosiła. Niestety długo nie pojechałem, bo wkrótce musiałem się zatrzymać na sikanie i tyle było z grupowej jazdy ;). Sikanie męczyło mnie na tym pierwszym odcinku mocno, co najmniej ze 4 razy musiałem stawać na pierwszej setce, też i drobne poprawki w rowerze robiłem.
Tak więc jechałem ten kawałek głównie solo, krótkimi kawałkami jedynie jadąc z innymi ludźmi. Jedzie się nieźle, trzymam tempo pod 30km/h, niestety wiatr zdecydowanie przeszkadza, a jest tu dużo odkrytych, rolniczych terenów. Przy przejeździe kolejowym w Kąkolewie łapie mnie opuszczony szlaban, szybko docierają też inni. Od tego kawałka odcinek grupowej jazdy, jechaliśmy tak w 4-5 osób w sumie do mostu na Odrze, tam dwie osoby zjechały na tankowanie, ja poprawiałem rower, a jeden chłopak pojechał do przodu. Wkrótce zaczynają się pierwsze pagóreczki w rejonie zagłębia miedziowego i kompleksu górniczego w Rudnej, między innymi jedzie się tu spory kawałek wzdłuż gigantycznych hałd górniczych. Wjazd do Polkowic męczący, sporo dziur, ruch dość spory. W Polkowicach był pierwszy punkt żywnościowy, na którym był normalny obiad, ale na tak duże jedzenie było dla mnie za wcześnie, więc planowałem tylko zatankować i jechać dalej. Niestety na punkcie nie było wody, jedynie izotoniki, których nie lubię i nie używam, więc musiałem po wodę zjechać do pobliskiego sklepu.
Za Polkowicami jazda zaczyna się robić przyjemniejsza, coraz mniej zurbanizowane tereny, są też dłuższe odcinki lepszego asfaltu, bo na razie sporo było dziurawych odcinków, niestety dolnośląskie z tego słynie. Tempo powoli spada, wiatr cały czas w twarz, któraś godzina takiej jazdy już wchodzi w nogi. Za Chojnowem wreszcie pojawiają się górki na horyzoncie i wkrótce zaczyna się najciekawszy odcinek KMT. Góry na trasie wielkie nie są, ale to zawsze ekstra urozmaicenie bo długich odcinkach równin, też i wiatr w tym terenie znacznie mniej przeszkadza. Na jednym z podjazdów spotykam prowadzącego rower Jarosława Piekarza, niestety padł mu bębenek w tylnym kole i musiał się wycofać - awaria typowa dla kół Mavica, z tego powodu przestałem ich używać. Kawałek dalej wjeżdżam w tereny dobrze znane z tegorocznego zlotu forum pod Wleniem, pokonuję kawałek wzdłuż Bobru i podjeżdżam na zaporę Pilchowicką, gdzie mieści się drugi punkt żywnościowy, w karczmie jest paru kolarzy, min. Paweł Kosiorek i Marcin Podrażka. Do jedzenia jest tłusta gulaszowa, próbowałem to jeść, ale mi nie podeszło zupełnie, więc ruszyłem dalej; teraz przydałoby się menu z Polkowic, taki schaboszczak wszedłby aż miło ;))
Za Pilchowicami najciekawsze górki, trzy solidne podjazdy po ok. 150m w pionie. Przed Świeżawą tankuję na stacji, a gdy ruszam to akurat jadą Paweł i Marcin do których się podłączam. Marcin trochę wolniej jechał pod górę, a z Pawłem jechaliśmy razem aż do Jawora, gdzie zjechał na stację. Ja pojechałem dalej, zaczęła się już noc, kręciło się całkiem sensownie, choć oczywiście zmęczenie było już odczuwalne, tez na tym odcinku trafiło się sporo brukowanych odcinków w małych miasteczkach. Kawałek za Prochowicami dochodzi mnie większa ekipa, między innymi z Pawłem Kosiorkiem w składzie, solidnie cisnęli, więc się podłączyłem. Ale dużo wspólnej jazdy nie było bo przed Ścinawą, gdy wjeżdżamy w światła orientuję się, ze nie mam telefonu na kierownicy, musiał wypiąć się z mocowania na którymś z bruków. Zawracam więc by spróbować znaleźć telefon, kawałek dalej spotykam Marcina Podrażkę, któremu mówię o zgubionym telefonie. Ujechałem pod prąd z 10km (nadrabiając w sumie ok.20km i tracąc na to ponad godzinę), ale telefonu nie znalazłem, co mnie nieźle zdołowało. Gdy nadjechali Adam Czekaj i Piotr Sternal wpadłem na pomysł by z ich telefonu zadzwonić na swój numer, może ktoś telefon znalazł? I okazało się, że znalazł go Marcin Podrażka, chwilę po naszym rozłączeniu się, leżał w jakiejś dziurze na środku ulicy, do tego nie uszkodzony. Fart ogromny, bo już byłem pewien że będę mocno w plecy, do tego utrata telefonu to masa kłopotów; wielkie podziękowania dla Marcina!
Jedziemy dalej w trójkę, powoli zaczyna błyskać na niebie, wjeżdżamy też w mokrą nawierzchnię, nas samych deszcz jeszcze oszczędza. Przebieramy się w Wińsku, a postój robimy na małej stacji w Wąsoszu. Sen mnie jeszcze nie mulił, więc ruszam przed chłopakami, tuż po tym jak ruszyłem to zaczęła się solidna burza, mocno lało, a przede wszystkim mocno wiało, bardzo wredny, silny boczny wiatr, rower na stożkach skakał po jezdni jak Żyd po pustym sklepie ;)). Ze dwa razy jeszcze krótkie postoje na przebieranie się robiłem, ale generalnie jechałem już longiem na metę. Padało mocniej ze 2h, później już się stopniowo uspokoiło, też i wiatr odpuścił. Na trasie jeszcze trochę górek w rejonie Gostynia (fajna ścianka do Bazyliki Świętogórskiej) oraz w rejonie Dolska (już za dnia). Na metę docieram ok. 6.20, łącznie zajęło mi to 22h36min, z czego ponad godzina poleciała na ten telefon.
Kórnicki Maraton Turystyczny ma opinię najłatwiejszego w Polsce, ale tym razem wyszło to ciężkie ultra 24h. Pierwsze 250km pod solidny wiatr, później odcinek górek, a na koniec w nocy załamanie pogody i burze - to wszystko spowodowało, że było najwięcej wycofów w historii KMT. Duże podziękowania dla organizatorów, którzy robią świetną robotę, dzięki czemu KMT to naprawdę fajna impreza!
Test przed MRDP wyszedł całkiem nieźle, z formą nie jest źle, choć miałem na trasie sporo problemów z pozycją i trzeba było poprawiać to i owo. Ale MRDP to zupełnie inna impreza, tam mocna noga nie wystarczy do ukończenia, musi zagrać też kilka innych elementów, a kluczowy jest brak kontuzji o co na tak trudnej trasie bardzo trudno.
Kilka fotek
Dane wycieczki:
DST: 542.40 km AVS: 26.22 km/h
ALT: 2925 m MAX: 58.70 km/h
Temp:20.0 'C
Sobota, 12 czerwca 2021Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2021, Ultramaraton
Maraton Podróżnika 2021
Na tegorocznego Podróżnika czekałem z dużą niecierpliwością, bo był to pierwszy w tym roku start; miałem w planach jechać RTP, ale ten z powodów covidowych został przeniesiony dopiero na wrzesień. Pogoda coraz lepsza, więc głód jazdy był duży, a maraton to zawsze inny poziom motywacji niż jazda solo, pozwala wycisnąć z siebie sporo więcej. Założenia na wyścig to tym razem typowy "obłęd w oczach", żadnej tam turystyki ;))
Dojazd z przygodami, awaria pociągu spowodowała blisko 1,5h opóźnienia. Z Łańcuta w pięknej pogodzie jadę 25km po górkach do bazy maratonu w Boskiej Dolinie w Dylągówce pod Dynowem. Ośrodek elegancki, nastawiony pod miłośników konnej jazdy, ale i pod rowery się doskonale dopasował. Jest rozległe miejsce pod namioty, jest możliwość spania na glebie w budynku, są pokoje do wynajęcia. Powoli zjeżdżają się uczestnicy, pod wieczór na ognisku jest już spory tłumek. Tego bardzo brakowało w zeszłorocznej covidowej imprezie bo taka integracja przed i po starcie, możliwość pogadania z innymi fanatykami długich dystansów to istotna część ultramaratonów.

Spałem z 4-5h, więc całkiem OK, na starcie piękna pogoda, ale wisi nad nami widmo prognoz zapowiadających solidne opady w nocy. Startuję z przedostatniej mocnej grupy. Pierwsze kilometry to ze trzy większe górki, tutaj grupka natychmiast się rozpada, mocniejsi wyrywają do przodu, słabsi zostają z tyłu; na tym pierwszym kawałku kawałku jadę sporo w zasięgu wzroku z Heńkiem Ekiem i Zdzisiem Piekarskim, też i Szafar jest niedaleko. Na drugiej czy trzeciej górce dochodzi nas ostatnia, najmocniejsza grupa, tam tempo jest rzeźnickie, nawet chłopaki z Szybkiego Kopyta nie byli się w stanie utrzymać za najmocniejszymi w tej grupce Mariuszem Marszałkiem i Damianem Pazikowskim. Ja jadę spokojnie swoje, na ostatniej górce przed Pruchnikiem spotkanie z zawodnikami z trasy 300km jadącymi w przeciwnym kierunku, ekstra to wypadło, bo mijałem w ten sposób niemal cały peleton "trzysetek", widząc wielu znajomych, którzy pojechali ten dystans, wcale nie łatwy, bo liczący aż 4000m w pionie.
Za Pruchnikiem wjeżdżamy na długi płaski odcinek do Medyki, jedzie się szybko i sprawnie, bo wiatr wyraźnie pomaga, dalej jadę w bliskiej odległości do Zdzisia i Heńka, a czasem i wspólnie. Przed wiaduktem nad A4 podłączam się do peletoniku czterech zawodników (w tym Maćka Kordasa), z których trzech ma stroje MPP. Jedziemy elegancko na zmianach utrzymując solidne tempo aż do przedmieść Przemyśla, tutaj pojawiają się pierwsze pagóreczki, znak że zaraz wjedziemy w solidne góry ;). Część osób zjeżdża na tankowanie, doganiam też zawodników z wcześniejszych grupek, w tym Vukiego. Tradycyjnie się to mocno tasuje, bo sporo osób staje na zakupy, a godzina już taka, ze słońce zaczyna solidnie prażyć.

Po kilkunastu km wjeżdżamy w Pogórze Przemyskie, tu już są solidne podjazdy - najpierw Aksamanice, a później rzeźnicka ściana do Kalwarii Pacławskiej, tutaj jadę kawałek z Żubrem. Tutaj zaczyna się długi, 50km odcinek bez żadnego zaopatrzenia, trochę osób tutaj wtopiło z zapasami wody, ja znając te rejony byłem na to przygotowany. Do Kwaszeniny zupełne pustki, najpierw wzdłuż Wiaru do Trójcy, później łagodny podjazd doliną w stronę Arłamowa, Marek Dembowski jadący trzysetkę nawet widział w tym rejonie niedźwiedzia! W Kwaszeninie dojeżdżamy na niecały kilometr do ukraińskiej granicy, kawałek dalej na zawodników Podróżnika (na obu dystansach) czeka bardzo ostry podjazd do Ropienki (tu spotykam Marka Dembowskiego i atomowy zjazd, blisko było do granicy 80km/h, ciężsi zawodnicy przekraczali tutaj osiem dyszek ;).
W Olszanicy podczas tankowania w sklepie spotykam Dodoelka, Darka Urbańczyka i autora tras tegorocznego maratonu Łukasza Drągiewicza, w rejon Soliny jedziemy w bliskiej odległości, na tym odcinku mamy też wspólną trasę z trzysetkami. Solina w słoneczny weekend zatłoczona, niestety robi się z tego coraz bardziej zagłębie turystyczne, przy tamie masa bud z tandetą, na drogach duży ruch. Przed Cisną trochę maleje, ale w samej Cisnej niemiłe rozczarowanie - przy głównym skrzyżowaniu w samym centrum wyburzono kilka budynków, teraz straszy tam pusty plac (pewnie pod parking) oraz wielkie namioty dla gastronomii. Z bieszczadzkim duchem coraz mniej ma to wspólnego, to już się zaczyna coraz bardziej robić takie mini Zakopane. Na szczęście nasza trasa w większości prowadzi przez piękne tereny, z niewielką cywilizacją, których masowa turystyka komercyjna jeszcze nie zdążyła zepsuć.

Za Cisną najwyższa góra Podróżnika, czyli przełęcz Kut (753m), z której czeka blisko 15km eleganckiego zjazdu przez Baligród. Przed Leskiem jeszcze dwie solidne ścianki i zjeżdżam na Orlen na zasłużony postój. Na razie bardzo sprawnie idzie mi trzymanie czasu postojów, na 280km ledwie w okolicach 15min. Tutaj też zabawiłem z 15min, ale wyruszałem dalej posiadając już zaopatrzenie do końca trasy, wychodząc z założenia, że lepiej wozić niż się prosić ;). Za Leskiem powoli zaczyna zmierzchać, o zmroku wjeżdżam na serpentyny podjazdu do Tyrawy Wołoskiej - i tutaj łapie mnie deszcz. Z początku tylko pokapuje, więc to zlekceważyłem, ale szybko walnęło mocniej i zanim zdążyłem się przebrać to było już po herbacie ;).
Od tego momentu zaczęła się bardziej hardkorowa jazda - góry, noc i ulewny deszcz to już level trudności co najmniej 8/10 ;). A ja jeszcze miałem koła karbonowe i obręczowe hamulce, więc hamowanie na mokrym to było tyle o ile...Ale na tym polega jeżdżenie wyścigów ultra, że nie wystarczy sama mocna noga, trzeba sobie umieć radzić i w warunkach mało komfortowych, odporni na kiepską pogodę w takich momentach zawsze sporo zyskują. Zjazd do Tyrawy długi, więc i wychładzający, dalej trafia się jedyny bardziej dziurawy fragment maratonu, tutaj również mijam się z ludźmi z dystansu 300km, m.in. jadą kawałek ze Zbyszkiem, szczerze zazdroszcząc mu niecałych 70km na metę ;) . W pewnym momencie podjeżdża do mnie samochód i dziewczyna przez uchylone okno pyta się czy nie zgubiłem bidonu. Sięgam ręką - a bidonu brak! Miałem tu dużo szczęścia, wielkie podziękowania dla ekipy z samochodu, bo mało kogo stać na taki gest, by w ulewnym deszczu zbierać z drogi fanty po nawiedzonych rowerzystach. Bo z punktu widzenia kierowcy - to niezłe wrażenie musiało to robić, jakieś zupełne zadupia, okolice północy, ściana deszczu, a tam co chwilę jakichś ludzi na rowerze mijają ;)
Do Brzozowa lało równo, ale mnie bardziej od deszczu wnerwił zapychający się czujnik wysokościomierza w Garminie, niestety na deszczu często dochodzi do takich problemów, widać to dobrze na Stravie, gdzie sporo osób ma przez zaniżone sumy podjazdów z maratonu. A do tego w czasie naprawiania tego, gdy zrobiłem pauzę to krople deszczu padające na ekran zapisały mi aktywność, przez co ślad miałem w dwóch kawałkach. Jazda wymagająca, lało cały czas, w większości solidnie, do tego wiał mocny wiatr z zachodu, więc poza kawałkiem za Brzozowem głównie w twarz, jednym słowem warunki dla prawdziwych koneserów ;). Na szczycie serpentyn w Izdebkach już mi migało światełko Waxmunda, ale przez te problemy z Garminem, też przebierania się itd. trochę siadła dyscyplina postojowa, więc tak się ciągle do Waxa zbliżałem i go dogonić nie mogłem. Udaje się to dopiero na ściance za Strzyżowem, od tego miejsca jechaliśmy razem spory kawałek. Waxmud jak na swoje 300km przejechane w tym roku to pojechał wręcz genialnie, wziął kanapki na całą trasę i na postoje na całym dystansie zeszło mu bodaj tylko 47min! To dobrze pokazuje jak kluczową sprawą jest na takich imprezach mocna głowa.
Od Strzyżowa już nie pada, wkrótce łapie nas świt, wyjeżdżamy tez powoli z górek, tutaj Waxmund zjeżdża na tankowanie, bo jechał już na oparach. Choć jak się później okazało stacja była jednak zamknięta i nabierał kranówkę z ogrodowego kraniku u kogoś na posesji, trzeba umieć improwizować :)). Od skrętu na wschód jedzie się już elegancko z wiatrem, choć kilometry pozostałe do mety coś tak wolno się zmniejszają, doganiam tu jeszcze Artura Kubińskiego. Końcówka to ponownie górki na odcinku ok. 20km z Łańcuta, tu już zamulać zacząłem, a z kolei w Artura wstąpiły nowe siły i łatwo mnie łyknął.
Na mecie melduję się o 7.18 z czasem 22h38min co dało 9 pozycję na 69 zawodników startujących na dystansie 500km. W tych warunkach był to jak na mnie bardzo dobry czas, niemal taki sam miałem w zeszłym roku na zbliżonej dystansem i ilością przewyższeń trasie Podróżnika, ale tam była o wiele lepsza pogoda, wtedy taki czas wystarczył na 19 miejsce. Z wyniku jestem bardzo zadowolony, widać że treningi i przygotowania przed MRDP idą w dobrym kierunku, na trasie nie miałem większych kryzysów, dopiero w samej końcówce zacząłem trochę zamulać; udało się utrzymać postoje na bardzo przyzwoitym poziomie, ledwie 1h12min, a gdyby nie załamanie pogody to pewnie dałbym radę zejść poniżej godziny. Wreszcie lepiej jest z pozycją na rowerze, ideału nie ma, ale nie muszę tracić tyle czasu na trasie na ciągłe poprawki, także i większa wytrzymałość pozwala jechać dłużej bez stawania.
Maraton zdecydowanie z tych trudniejszych, już sama trasa ciężka, 6300m podjazdów, a tutaj poprzeczkę dodatkowo podniosło poważne załamanie pogodowe, pierwsze w już 7-letniej historii Podróżnika. Wycofało się aż 17 osób z dystansu 300km (czyli 18%) i 18 osób z dystansu 500km (26%), do tego 4 osoby przekroczyły limit czasowy (32h) na 500km. To pokazuje dobrze skalę trudności tegorocznego Podróznika. Też takie porównanie skali trudności szosowych ultra z tymi gravelowymi. Waldek Chodań, który w mocno obsadzonej Wanodze Gravel zajął 13 miejsce na ok. 360 startujących tutaj był 22 na 69 zawodników, natomiast Grzegorz Rybkowski, który wygrał Baltic Bike Challenge (ten już słabiej obsadzony) tu zajął 12 pozycję. O ile ścisła czołówka z maratonów gravelowych jest na poziomie tej szosowej, to jednak średni poziom zawodników oraz skala trudności (limit czasu) na maratonach szosowych jest sporo większa niż na gravelowych. Ciekawie zapowiada się pod tym kątem Krwawa Pętla z limitem 24h, bo to na warunki imprez gravelowych wcale nie jest tak turystyczny limit jak się niektórym wydaje ;))
Podsumowując - maraton bardzo udany, świetna trasa, świetna organizacja, wróciła pełna integracja na starcie i mecie, wróciła baza zawodów; jednym słowem wrócił stary dobry Podróżnik. Podziękowania dla organizatorów za pracę i wysiłek włożony w organizację imprezy, podziękowania dla Łukasza, który zaprojektował bardzo fajne trasy oraz dla zawodników, którzy swoim udziałem także tworzą tę imprezę.
Fotki z imprezy niestety bardzo marniutkie, ledwie kilka, nawet na mecie zapomniałem sobie zrobić zdjęcia (choć będzie jeszcze galeria Bartka Pawlika, który robił fotki na maratonie). Niestety jazda w trybie "obłęd w oczach" rządzi się własnymi prawami i na robienie zdjęć nie ma za wiele czasu, a i głowa czym innym zajęta ;)
Zdjęcia
Trasa
Na tegorocznego Podróżnika czekałem z dużą niecierpliwością, bo był to pierwszy w tym roku start; miałem w planach jechać RTP, ale ten z powodów covidowych został przeniesiony dopiero na wrzesień. Pogoda coraz lepsza, więc głód jazdy był duży, a maraton to zawsze inny poziom motywacji niż jazda solo, pozwala wycisnąć z siebie sporo więcej. Założenia na wyścig to tym razem typowy "obłęd w oczach", żadnej tam turystyki ;))
Dojazd z przygodami, awaria pociągu spowodowała blisko 1,5h opóźnienia. Z Łańcuta w pięknej pogodzie jadę 25km po górkach do bazy maratonu w Boskiej Dolinie w Dylągówce pod Dynowem. Ośrodek elegancki, nastawiony pod miłośników konnej jazdy, ale i pod rowery się doskonale dopasował. Jest rozległe miejsce pod namioty, jest możliwość spania na glebie w budynku, są pokoje do wynajęcia. Powoli zjeżdżają się uczestnicy, pod wieczór na ognisku jest już spory tłumek. Tego bardzo brakowało w zeszłorocznej covidowej imprezie bo taka integracja przed i po starcie, możliwość pogadania z innymi fanatykami długich dystansów to istotna część ultramaratonów.

Spałem z 4-5h, więc całkiem OK, na starcie piękna pogoda, ale wisi nad nami widmo prognoz zapowiadających solidne opady w nocy. Startuję z przedostatniej mocnej grupy. Pierwsze kilometry to ze trzy większe górki, tutaj grupka natychmiast się rozpada, mocniejsi wyrywają do przodu, słabsi zostają z tyłu; na tym pierwszym kawałku kawałku jadę sporo w zasięgu wzroku z Heńkiem Ekiem i Zdzisiem Piekarskim, też i Szafar jest niedaleko. Na drugiej czy trzeciej górce dochodzi nas ostatnia, najmocniejsza grupa, tam tempo jest rzeźnickie, nawet chłopaki z Szybkiego Kopyta nie byli się w stanie utrzymać za najmocniejszymi w tej grupce Mariuszem Marszałkiem i Damianem Pazikowskim. Ja jadę spokojnie swoje, na ostatniej górce przed Pruchnikiem spotkanie z zawodnikami z trasy 300km jadącymi w przeciwnym kierunku, ekstra to wypadło, bo mijałem w ten sposób niemal cały peleton "trzysetek", widząc wielu znajomych, którzy pojechali ten dystans, wcale nie łatwy, bo liczący aż 4000m w pionie.
Za Pruchnikiem wjeżdżamy na długi płaski odcinek do Medyki, jedzie się szybko i sprawnie, bo wiatr wyraźnie pomaga, dalej jadę w bliskiej odległości do Zdzisia i Heńka, a czasem i wspólnie. Przed wiaduktem nad A4 podłączam się do peletoniku czterech zawodników (w tym Maćka Kordasa), z których trzech ma stroje MPP. Jedziemy elegancko na zmianach utrzymując solidne tempo aż do przedmieść Przemyśla, tutaj pojawiają się pierwsze pagóreczki, znak że zaraz wjedziemy w solidne góry ;). Część osób zjeżdża na tankowanie, doganiam też zawodników z wcześniejszych grupek, w tym Vukiego. Tradycyjnie się to mocno tasuje, bo sporo osób staje na zakupy, a godzina już taka, ze słońce zaczyna solidnie prażyć.

Po kilkunastu km wjeżdżamy w Pogórze Przemyskie, tu już są solidne podjazdy - najpierw Aksamanice, a później rzeźnicka ściana do Kalwarii Pacławskiej, tutaj jadę kawałek z Żubrem. Tutaj zaczyna się długi, 50km odcinek bez żadnego zaopatrzenia, trochę osób tutaj wtopiło z zapasami wody, ja znając te rejony byłem na to przygotowany. Do Kwaszeniny zupełne pustki, najpierw wzdłuż Wiaru do Trójcy, później łagodny podjazd doliną w stronę Arłamowa, Marek Dembowski jadący trzysetkę nawet widział w tym rejonie niedźwiedzia! W Kwaszeninie dojeżdżamy na niecały kilometr do ukraińskiej granicy, kawałek dalej na zawodników Podróżnika (na obu dystansach) czeka bardzo ostry podjazd do Ropienki (tu spotykam Marka Dembowskiego i atomowy zjazd, blisko było do granicy 80km/h, ciężsi zawodnicy przekraczali tutaj osiem dyszek ;).
W Olszanicy podczas tankowania w sklepie spotykam Dodoelka, Darka Urbańczyka i autora tras tegorocznego maratonu Łukasza Drągiewicza, w rejon Soliny jedziemy w bliskiej odległości, na tym odcinku mamy też wspólną trasę z trzysetkami. Solina w słoneczny weekend zatłoczona, niestety robi się z tego coraz bardziej zagłębie turystyczne, przy tamie masa bud z tandetą, na drogach duży ruch. Przed Cisną trochę maleje, ale w samej Cisnej niemiłe rozczarowanie - przy głównym skrzyżowaniu w samym centrum wyburzono kilka budynków, teraz straszy tam pusty plac (pewnie pod parking) oraz wielkie namioty dla gastronomii. Z bieszczadzkim duchem coraz mniej ma to wspólnego, to już się zaczyna coraz bardziej robić takie mini Zakopane. Na szczęście nasza trasa w większości prowadzi przez piękne tereny, z niewielką cywilizacją, których masowa turystyka komercyjna jeszcze nie zdążyła zepsuć.

Za Cisną najwyższa góra Podróżnika, czyli przełęcz Kut (753m), z której czeka blisko 15km eleganckiego zjazdu przez Baligród. Przed Leskiem jeszcze dwie solidne ścianki i zjeżdżam na Orlen na zasłużony postój. Na razie bardzo sprawnie idzie mi trzymanie czasu postojów, na 280km ledwie w okolicach 15min. Tutaj też zabawiłem z 15min, ale wyruszałem dalej posiadając już zaopatrzenie do końca trasy, wychodząc z założenia, że lepiej wozić niż się prosić ;). Za Leskiem powoli zaczyna zmierzchać, o zmroku wjeżdżam na serpentyny podjazdu do Tyrawy Wołoskiej - i tutaj łapie mnie deszcz. Z początku tylko pokapuje, więc to zlekceważyłem, ale szybko walnęło mocniej i zanim zdążyłem się przebrać to było już po herbacie ;).
Od tego momentu zaczęła się bardziej hardkorowa jazda - góry, noc i ulewny deszcz to już level trudności co najmniej 8/10 ;). A ja jeszcze miałem koła karbonowe i obręczowe hamulce, więc hamowanie na mokrym to było tyle o ile...Ale na tym polega jeżdżenie wyścigów ultra, że nie wystarczy sama mocna noga, trzeba sobie umieć radzić i w warunkach mało komfortowych, odporni na kiepską pogodę w takich momentach zawsze sporo zyskują. Zjazd do Tyrawy długi, więc i wychładzający, dalej trafia się jedyny bardziej dziurawy fragment maratonu, tutaj również mijam się z ludźmi z dystansu 300km, m.in. jadą kawałek ze Zbyszkiem, szczerze zazdroszcząc mu niecałych 70km na metę ;) . W pewnym momencie podjeżdża do mnie samochód i dziewczyna przez uchylone okno pyta się czy nie zgubiłem bidonu. Sięgam ręką - a bidonu brak! Miałem tu dużo szczęścia, wielkie podziękowania dla ekipy z samochodu, bo mało kogo stać na taki gest, by w ulewnym deszczu zbierać z drogi fanty po nawiedzonych rowerzystach. Bo z punktu widzenia kierowcy - to niezłe wrażenie musiało to robić, jakieś zupełne zadupia, okolice północy, ściana deszczu, a tam co chwilę jakichś ludzi na rowerze mijają ;)
Do Brzozowa lało równo, ale mnie bardziej od deszczu wnerwił zapychający się czujnik wysokościomierza w Garminie, niestety na deszczu często dochodzi do takich problemów, widać to dobrze na Stravie, gdzie sporo osób ma przez zaniżone sumy podjazdów z maratonu. A do tego w czasie naprawiania tego, gdy zrobiłem pauzę to krople deszczu padające na ekran zapisały mi aktywność, przez co ślad miałem w dwóch kawałkach. Jazda wymagająca, lało cały czas, w większości solidnie, do tego wiał mocny wiatr z zachodu, więc poza kawałkiem za Brzozowem głównie w twarz, jednym słowem warunki dla prawdziwych koneserów ;). Na szczycie serpentyn w Izdebkach już mi migało światełko Waxmunda, ale przez te problemy z Garminem, też przebierania się itd. trochę siadła dyscyplina postojowa, więc tak się ciągle do Waxa zbliżałem i go dogonić nie mogłem. Udaje się to dopiero na ściance za Strzyżowem, od tego miejsca jechaliśmy razem spory kawałek. Waxmud jak na swoje 300km przejechane w tym roku to pojechał wręcz genialnie, wziął kanapki na całą trasę i na postoje na całym dystansie zeszło mu bodaj tylko 47min! To dobrze pokazuje jak kluczową sprawą jest na takich imprezach mocna głowa.
Od Strzyżowa już nie pada, wkrótce łapie nas świt, wyjeżdżamy tez powoli z górek, tutaj Waxmund zjeżdża na tankowanie, bo jechał już na oparach. Choć jak się później okazało stacja była jednak zamknięta i nabierał kranówkę z ogrodowego kraniku u kogoś na posesji, trzeba umieć improwizować :)). Od skrętu na wschód jedzie się już elegancko z wiatrem, choć kilometry pozostałe do mety coś tak wolno się zmniejszają, doganiam tu jeszcze Artura Kubińskiego. Końcówka to ponownie górki na odcinku ok. 20km z Łańcuta, tu już zamulać zacząłem, a z kolei w Artura wstąpiły nowe siły i łatwo mnie łyknął.
Na mecie melduję się o 7.18 z czasem 22h38min co dało 9 pozycję na 69 zawodników startujących na dystansie 500km. W tych warunkach był to jak na mnie bardzo dobry czas, niemal taki sam miałem w zeszłym roku na zbliżonej dystansem i ilością przewyższeń trasie Podróżnika, ale tam była o wiele lepsza pogoda, wtedy taki czas wystarczył na 19 miejsce. Z wyniku jestem bardzo zadowolony, widać że treningi i przygotowania przed MRDP idą w dobrym kierunku, na trasie nie miałem większych kryzysów, dopiero w samej końcówce zacząłem trochę zamulać; udało się utrzymać postoje na bardzo przyzwoitym poziomie, ledwie 1h12min, a gdyby nie załamanie pogody to pewnie dałbym radę zejść poniżej godziny. Wreszcie lepiej jest z pozycją na rowerze, ideału nie ma, ale nie muszę tracić tyle czasu na trasie na ciągłe poprawki, także i większa wytrzymałość pozwala jechać dłużej bez stawania.
Maraton zdecydowanie z tych trudniejszych, już sama trasa ciężka, 6300m podjazdów, a tutaj poprzeczkę dodatkowo podniosło poważne załamanie pogodowe, pierwsze w już 7-letniej historii Podróżnika. Wycofało się aż 17 osób z dystansu 300km (czyli 18%) i 18 osób z dystansu 500km (26%), do tego 4 osoby przekroczyły limit czasowy (32h) na 500km. To pokazuje dobrze skalę trudności tegorocznego Podróznika. Też takie porównanie skali trudności szosowych ultra z tymi gravelowymi. Waldek Chodań, który w mocno obsadzonej Wanodze Gravel zajął 13 miejsce na ok. 360 startujących tutaj był 22 na 69 zawodników, natomiast Grzegorz Rybkowski, który wygrał Baltic Bike Challenge (ten już słabiej obsadzony) tu zajął 12 pozycję. O ile ścisła czołówka z maratonów gravelowych jest na poziomie tej szosowej, to jednak średni poziom zawodników oraz skala trudności (limit czasu) na maratonach szosowych jest sporo większa niż na gravelowych. Ciekawie zapowiada się pod tym kątem Krwawa Pętla z limitem 24h, bo to na warunki imprez gravelowych wcale nie jest tak turystyczny limit jak się niektórym wydaje ;))
Podsumowując - maraton bardzo udany, świetna trasa, świetna organizacja, wróciła pełna integracja na starcie i mecie, wróciła baza zawodów; jednym słowem wrócił stary dobry Podróżnik. Podziękowania dla organizatorów za pracę i wysiłek włożony w organizację imprezy, podziękowania dla Łukasza, który zaprojektował bardzo fajne trasy oraz dla zawodników, którzy swoim udziałem także tworzą tę imprezę.
Fotki z imprezy niestety bardzo marniutkie, ledwie kilka, nawet na mecie zapomniałem sobie zrobić zdjęcia (choć będzie jeszcze galeria Bartka Pawlika, który robił fotki na maratonie). Niestety jazda w trybie "obłęd w oczach" rządzi się własnymi prawami i na robienie zdjęć nie ma za wiele czasu, a i głowa czym innym zajęta ;)
Zdjęcia
Trasa
Dane wycieczki:
DST: 511.30 km AVS: 23.87 km/h
ALT: 6358 m MAX: 78.90 km/h
Temp:17.0 'C
Sobota, 12 września 2020Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2020, Ultramaraton
Maraton Północ - Południe 2020
Maraton Północ-Południe to taki tradycyjny koniec zmagań w sezonie ultra, impreza odbywa się po raz piąty - i piąty raz z dużą chęcią staję na starcie. Trasa taka jakie najbardziej lubię, czyli typu przelotowego, z punktu A do B, działająca mocno na wyobraźnię - z Początku Polski na Helu aż na jedną z najwyżej położoną dróg w Polsce, czyli Głodówkę w Tatrach.
Dojeżdżam w piątek, już na dworcu w Gdyni zbiera się spora ekipa zawodników i w wagonie mocno obładowanym rowerami, wśród wesołych rozmów jedziemy na Hel. Wysiadam z pociągu i ruszam do hotelu na nocleg, ale coś tak lekko mi się jedzie i nagle chwila olśnienia - nie mam bagażu na rowerze! Serce podjechało mi do gardła i na pełnej prędkości zasuwam na dworzec, na szczęście pociąg jeszcze nie odjechał i mogę wziąć swój bagaż, mało brakowało a załatwiłbym się już na starcie ;). Na Helu idę pod latarnię, gdzie mieści się biuro maratonu i gdzie odbieramy pakiety startowe, następnie obowiązkowy spacer nad morzem w doborowym towarzystwie - pogoda doskonała, w ogóle nie wieje, co nad morzem należy do rzadkości.

Jako, że ledwie 3 tygodnie wcześniej jechałem BBT, więc porównania narzucają się siłą rzeczy, bo to podobnego typu wyścigi; Hel we wrześniu sporo przyjemniejszy niż Świnoujście w sierpniowym szczycie sezonu. O wiele kameralniej, a i miejsce jak dla mnie ładniejsze. Tankujemy do pełna w dobrej restauracji i szybko do hotelu, bo przed startem warto się dobrze wyspać.

Spałem jak na siebie całkiem przyzwoicie, rano pogoda słoneczna, ale wiatr zgodnie z prognozami solidnie wieje. W Żabce kupuję wodę, na starcie odbiór nadajników GPS oraz nadanie bagażu na metę. MPP to jedyne wielkie szosowe ultra ze wspólnym startem, nie inaczej jest i teraz - w eskorcie policji spod latarni rusza wielki ponad 100-osobowy peleton, to robi wrażenie.

Ten maraton, co bardzo sobie cenię, to także luźna atmosfera, brak spiny regulaminowej, nie ma akcji typu wnikliwego sprawdzania ulokowania numerów startowych, nie ma przymusu jazdy w kaskach, zgodnie z kodeksem drogowym każdy decyduje o tym sam, z czego skorzystałem bo kask na ostatnich maratonach mocno mnie irytował, jazda w czapce to dla mnie inny poziom wygody. Przejazd przez Mierzeję Helską tym razem zgodnie z założeniami spokojnym tempem koło 27km/h, zaczyna mnie tu męczyć sikanie, raz stawałem na samej mierzei, potem zaraz za Władysławowem, w czasie czego minęła mnie cała grupa. Od Władysławowa kończy się policyjna eskorta i zaczyna się właściwe ściganie, odtąd już każdy jedzie na swój rachunek.
Pierwsze kilometry to jeszcze bardzo gęsto zgrupowani rowerzyści, wyprzedzam wielu, którzy minęli mnie podczas siku-stopa. Jak to na Kaszubach - zaczynają się górki, które długo będą nam towarzyszyć. Pierwszy odcinek, tak do największego kaszubskiego podjazdu znad jeziora Żarnowieckiego do Kaszubskiego Oka - to okres formowania się grupek, te ścianki grupują ludzi na podobnym poziomie, jadę w bliskiej okolicy m.in. z Kubą Luwierskim, Hipkiem, Rafałem Koconiem. Kawałek za szczytem szybko przebieram się i przepakowuję, bo zrobiło się na tyle ciepło, że kurtka na wiatr nie jest już potrzebna. W Kębłowie przed skrzyżowaniem z DK6 jest remont, znaki kierują na objazd, z którego skorzystała część zawodników, ja wybrałem opcję jazdy rozrytą drogą i to był chyba szybszy wariant, a rozkopany odcinek nie tak długi.
Po ok. 100km zaczyna się nowy wariant przejazdu przez Kaszuby, wcześniejsze 4 edycje jechały wersją przez Kościerzynę, teraz trasa prowadzi bliżej rejonu Kartuz. I było to bardzo fajne rozwiązanie, trasa poprowadzona z dużym znawstwem lokalnych dróg, wiele bocznych i malowniczych wąziutkich szos, solidne podjazdy, trzeba było też przejechać ok. 1km po szutrze, bo trwała tu budowa drogi, za rok będzie tu już gładziutki asfalt ;). Stałym bywalcom tej imprezy nowy kaszubski wariant trasy przypadł bardzo do gustu. Trasa piękna, ale daje w kość mocno, bo hopki są cały czas, podobnie jak dość silny, wiejący głownie z kierunków południowo-zachodnich wiatr, a jako, że mam koła z dużym stożkiem to chwilami solidnie rzuca rowerem, trzeba uważać z jazdą na lemondce, trochę jadę solo, bo grupki się przetasowują w miarę jak ludzie zatrzymują się na nabieranie wody. Ja dociągnąłem do Egiertowa, gdzie na 160km mieścił się Orlen. Tutaj ku swojemu przerażeniu orientuję że zapomniałem pieniędzy i kart płatniczych! Kupując rano wodę w Żabce woreczek z pieniędzmi i kartami włożyłem do kieszonki bluzy, którą miałem na sobie ze względu na poranny chłód, a którą nadałem do bagażu na metę. Takiej akcji na maratonie to jeszcze nie przerabiałem, na szczęście udało mi się pożyczyć pieniądze od Grześka Mikołajewicza, z którym jechaliśmy Pierścień i mogłem normalnie kontynuować maraton, wielkie dzięki!
Ruszamy z Egiertowa większą grupką, m.in. z Grześkiem i Zdzisiem Piekarskim, któremu nie działa nawigacja, do tego w międzyczasie dojechali tankujący wcześniej Hipek z Rafałem, jest też Hipcia, która ma duże problemy ze stopą i przez to musiała odpuścić jazdę z szybszymi grupami. W rejonie Starogardu powoli kończą się górki, część osób zatrzymuje się tutaj na postój obiadowy, bo już pora popołudniowa. Ja z drugą częścią grupki na postój ciągnęliśmy do Kwidzyna, ten odcinek już łatwiejszy, górki się powoli kończą, do tego wiatr już sporo mniejszy, wieje głównie z zachodu, więc chwilami nawet sprzyja. Krajobrazy fajne, już z daleka widać z góry dolinę Wisły, a także Kwidzyn położony na wysokim wschodnim brzegu. W Kwidzynie dłuższy postój na Orlenie, czuć już dystans w nogach, tutaj też przebieram się na nocną jazdę, bo już zaczyna zmierzchać. Ruszamy ze stacji grupką, ale szybko odpuszczam, bo uznałem, że lepiej będzie pociągnąć własnym i równym tempem, do tego nocą wygodniej jeździ mi się samemu, gdy nie ma mocnych światełek tuż przed oczami.
Pierwszy odcinek nocnej jazdy idzie w miarę sensownie, choć tempo już spokojniejsze, natomiast tak od 300km łapie mnie coraz wyraźniejszy kryzys. Trasa w tym rejonie jest nadspodziewanie pagórkowata, do tego dłuższe odcinki słabych nawierzchni mocno odbijają się na stanie mojego siedzenia, niestety koła stożkowe swoją sztywnością potęgują ból siedzenia, ten wybór kół na tę trasę to nie był strzał w dziesiątkę. Jednym słowem cały długi odcinek do Sierpca idzie marniutko, a był tu długi przerzut bez żadnej nocnej infrastruktury typu stacje, dopiero wraz z wjazdem do województwa mazowieckiego poprawił się wyraźnie stan dróg. Natomiast w Sierpcu był zorganizowany przez tutejszy klub Dynamo Sierpc (grupujący wielu ultramaratończyków) bardzo fajny punkt żywnościowy uzgodniony z organizatorami. Docieram tutaj w okolicach 2 w nocy, punkt z wypasem, są ciepłe zupki, są ciasta, chętni mogą się przespać; takie spontaniczne inicjatywy sporo wnoszą do imprezy, duże podziękowania dla organizatorów punktu.
Z Sierpca do Płocka drogi już dobrej jakości, ale kryzys jeszcze trzyma, długa wrześniowa noc to jedno z wielkich wyzwań tego maratonu, ciągnie się to i ciągnie. Przez dobre 10km nocną jazdę urozmaica ogromna płocka rafineria, można powiedzieć, że samo serce Orlenu ;)

Klimaty wybitnie industrialne, ale akurat nocą całkiem fajnie to wygląda. W Płocku robię też długi postój na Orlenie by nieco odzipnąć, jem dobre kanapki, w międzyczasie dojeżdża Waldek Chodań z którym na tym maratonie dużo się mijaliśmy. Po odpoczynku zaczyna się jechać lepiej, po przejechaniu Wisły pojawiają się już na niebie pierwsze zorze. Wraz ze świtem odżywam, zaczyna się sensowniejsza jazda, na tym odcinku sporo jedziemy z Waldkiem i Kubą Luwierskim. W Łódzkim trochę dziurawych odcinków, także długa pustynia bez sklepów, dopiero w rejonie Skierniewic udało się znaleźć czynny wiejski sklepik (bo dziś mamy niehandlową niedzielę). Jest tu dłuższy odcinek krajówką, DK70, ale o tej godzinie puściuteńko, w rejonie skrzyżowania z szosą katowicką trochę hopek i wjazd na poziom ok. 200m.
Pogoda robi się elegancka, wkrótce można jechać zupełnie na krótko, temperatura zaczyna dochodzić nawet do ok. 25 stopni, woda w bidonach coraz szybciej schodzi, wiatr też sporo korzystniejszy niż wczoraj, głównie z zachodu, więc fragmentami nawet sprzyja. Jednym słowem całkiem dobrze się jedzie, na tym fragmencie nieco odżywam, choć wiadomo, że po prawie 600km w nogach o świeżości to ciężko mówić. Pod Odrzywołem spontaniczny punkt żywnościowy zorganizowany przez rodzinę Zdzisia Piekarskiego, z bólem się nie zatrzymałem, bo punkt nie był wcześniej uzgodniony i jednak był na bakier z regulaminem w kwestii samowystarczalności. Choć też nie ma co tu przesadzać, organizatorzy punktu to ludzie z wielką pozytywną energią i trudno krytykować taką inicjatywę, nawet jeśli lekko nagina regulamin.
W Przysusze tankuję, a kawałek dalej z naprzeciwka nadjeżdża mieszkający niedaleko Transatlantyk, razem z kolegą - bardzo miłe spotkanie.

Marek odprowadził mnie aż do drogi na Skarżysko (ten odcinek bardzo przyjemny, najeżony górkami i ze świetnym asfaltem) i zawrócił, by spotkać jadącego kawałek za mną Memorka. Przed Skarżyskiem doganiam Zdzisia Piekarskiego z kolegą, razem dojeżdżamy do stacji w Suchedniowie, gdzie jest już Waldek Chodań, robię tutaj zaplanowany postój na jedzenie i uzupełnienie zapasów. Za Suchedniowem zwykle ładny odcinek do Bodzentyna, niestety nie o tej godzinie, bo droga jest pełna samochodów, niemniej po zaliczeniu podjazdu widoczki na główne pasmo Łysogór eleganckie. Tutaj oceniając swój progres w wyścigu i narastający poziom zamulenia postanawiam przenocować w Solcu-Zdrój, do którego powinienem dotrzeć trochę po zmierzchu, nocleg udało się sprawnie i szybko ogarnąć. Kolejny odcinek to największy świętokrzyski podjazd na naszej trasie, czyli przełęcz Krajeńska (414m), drogi w tym rejonie mają specjalny wydzielony pas szosy dla rowerzystów, idealne rozwiązanie, dużo lepsze od badziewnych ścieżek rowerowych. Fajny odcinek też za Daleszycami, wygodna, asfaltowa ścieżka rowerowa wzdłuż ruchliwej szosy, sporo hopek, dopiero przed Rakowem większe zjazdy.
Do Szydłowa jeszcze troszkę górek, dalej się już mocniej wypłaszcza, sam Szydłów kapitalny, z charakterystycznymi średniowiecznymi murami widocznymi świetnie z drogi. Tutaj spotykam Pawła Sekulskiego i razem jedziemy do Stopnicy, gdzie łapie nas mrok. Tutaj robię zakupy na noc na stacji Lotosu, która bardzo mnie rozczarowała. Chciałem wreszcie zjeść jakieś normalne jedzenie, a nie ciągle słodycze, ale ofertę pod tym zakresem mieli zerową i zamiast obiadu musiały wystarczyć 4 seven-daysy ;). Jeszcze krótki nocny kawałek na którym znowu spotykam się z Waldkiem - i melduję się w hoteliku w Solcu, położonym tuż przy trasie maratonu. I tutaj mój plan na wyścig zawalił się zupełnie, w założeniach miałem szybki sen ze 2h i powrót na trasę, niestety nic z tego nie wyszło, bo pomimo mocnego zamulenia nie byłem w stanie oka zmrużyć. I w efekcie tylko coraz bardziej przesuwałem godzinę alarmu, a rosnąca irytacja z braku możliwości zaśnięcia tylko mocniej nakręcała sytuację... W efekcie na nocleg poleciało sumarycznie 5,5h, a nie spałem w ogóle (może coś tam chwilowo), pierwszy raz mi się zdarzyło, by na takim poziomie zmęczenia nie być w stanie się wyspać, pomimo komfortowych warunków.
Ale jak się nie ma co się lubi - to się lubi co się ma ;). Oczywiście odpoczynek nie był czasem całkowicie zmarnowanym, bo przez 5h leżenia mięśnie nóg odpoczęły, także i siedzenie nieco się zregenerowało, a i leżenie z zamkniętymi oczami też coś daje w zakresie walki z sennością. Do tego co najważniejsze - do końca nocy zostało już ledwie kilka godzin, a to oznaczało, że najciekawszy, górski odcinek maratonu będę pokonywać za dnia.
Początek nocnej jazdy idzie dość mizernie, sporo krótkich postojów na to i tamto, trochę minęło zanim wkręciłem się na właściwy rytm. Dużym motywatorem był tu rychły koniec nocy. Na nadwiślańskich łąkach wjeżdżam w duże mgły, trzeba jechać bez okularów, ale najniższe temperatury w okolicach 9-10'C, więc całkiem nieźle. Na stacji Huzar chwilę przed mostem na Wiśle robię krótki postój, a kawałek dalej po przekroczeniu DK94 zaczynają się już góry. Zaczyna się także dzień, co od razu znacząco zwiększa motywację do jazdy. Na pierwszym większym podjeździe do Poręby Spytkowskiej mnóstwo atakujących mnie psów, tak wkurzyły mnie te bardzo agresywne bydlaki, że aż zatęskniłem do czasów sprzed 100 lat, gdy takie problemy załatwiano bez zbytnich ceregieli ;))

Trasę w tym rejonie dało się nieco lepiej puścić, bo dziur trochę jest, także i przejazd przez Limanową nie był dobrym pomysłem, ja całe miasto jechałem w korku, natomiast do gustu przypadła mi ścianka na drodze wojewódzkiej przed Limanową, tego kawałka nie znałem, a przełęcz z obu stron solidna. Za Limanową już klasyka - czyli długi, ponad 400m podjazd pod Ostrą, a po równie długim zjeździe wisienka na torcie górskiego odcinka MPP, czyli rzeźnicka ściana pod Wierch Młynne. Wjechałem w całości, aczkolwiek dwa razy na względnych wypłaszczeniach (czyli tak koło 10% :) musiałem się zatrzymać, by puścić samochody z naprzeciwka na bardzo wąskiej drodze, ale ruszanie na takim nachyleniu tylko jeszcze dodatkowo wypruło. Zjazd słabiutki, z dziurami i kamyczkami, nawet fragmentem płyt, po czym rozpoczyna się łagodny i łatwy podjazd pod przełęcz Knurowską. Sam podjazd nudny jak flaki z olejem, głównie przez ciągnącą się tu najdłuższą w Polsce wieś, czyli Ochotnicę, natomiast zjazd kapitalny, bo otwiera się tu szeroki widok na zielone Podhale i Tatry, a także i jezioro Czorsztyńskie.

Na zjeździe widziałem zawodnika rozmawiającego z kierowcą, wtedy nie wiedziałem o co chodzi, natomiast na mecie okazało się, ze krótko przed moim przejazdem Krzysztof Ulbrich nie wyrobił się w zakręcie i wpadł na jadący z naprzeciwka samochód. Na całe szczęście nic poważnego mu się nie stało, bo całe uderzenie poszło w rower, ten niestety się połamał i nie nadawał już do dalszej jazdy; wielki pech tego zawodnika!
Ostatnie kilometry to długo ciągnący się podjazd do Bukowiny, raczej łagodny i z pięknymi widokami na Tatry, później krótki zjeździk z grzbietu Gliczarowa - i ostatnia ścianka na Głodówkę na której melduję się o 13.48.

Jak zwykle ukończenie tak trudnego maratonu daje wielką satysfakcję, udało się uzyskać czas 52h48min, co dało 38 pozycję na 103 zawodników, którzy stanęli na starcie. Sportowo nie był to wielki wynik, niestety niewypał z noclegiem miał w tym duży udział, gdyby nie to - myślę, że były szanse na zejście poniżej 50h, natomiast 48h to już było powyżej moich obecnych możliwości. Za to zebrałem wiele nowych doświadczeń, wiem jakie błędy popełniłem na trasie i nad czym warto popracować w przyszłości.
Ale część sportowa to tylko jeden z aspektów takiej imprezy, dużo istotniejsza jest tu wielka przygoda i zmagania z samym sobą. Pod tym względem maraton jak najbardziej wypalił, trasa sumarycznie była bardzo fajna, bez porównania lepsza i ciekawsza od pokonywanego 3 tygodnie wcześniej BBT, choć oczywiście sporo trudniejsza (co widać dobrze po wynikach czołówki). Zdecydowanie dopisała pogoda, noce były jak na tę porę roku cieplutkie, jedynie pierwszego dnia wymęczył wiatr, poza tym było niemal idealnie, a góry pokonywane przy pełnym słońcu były najlepszą nagrodą za trudy włożone w pokonanie tej trasy.
Podziękowania dla organizatorów, MPP cały czas trzyma wysoki standard, trasy są projektowane z dużym znawstwem i wpadki minimalne. Porównując z BBT (jako, że jechałem tę imprezę 3tyg wcześniej to takie porównania nasuwają się w sposób naturalny) to liczba dziurawych odcinków była bardzo zbliżona z lekkim wskazaniem na BBT - to najlepsza odpowiedź na to, ze da się zrobić trasę puszczoną bocznymi drogami, z sensownymi asfaltami. Oczywiście przy tej długości trasy nie sposób uniknąć pewnych odcinków z ruchem czy dziurami, ale takich odcinków nie było na tej trasie wiele. Także monitoring Trackcourse uważam za lepszy od systemu Roberta Janika, możliwość odtworzenia sobie przebiegu imprezy po jej zakończeniu - to wielka zaleta (tak jest na monitoringu z największych światowych imprez), podczas gdy monitoring na cyklu PP ogranicza się jedynie do pokazywania bieżącej sytuacji. No i meta z fantastycznymi widokami na Tatry - to jest wielki atut tego wyścigu, dzięki temu po wyścigu można sobie odpocząć w takich oto okolicznościach przyrody :P

Zdjęcia
Maraton Północ-Południe to taki tradycyjny koniec zmagań w sezonie ultra, impreza odbywa się po raz piąty - i piąty raz z dużą chęcią staję na starcie. Trasa taka jakie najbardziej lubię, czyli typu przelotowego, z punktu A do B, działająca mocno na wyobraźnię - z Początku Polski na Helu aż na jedną z najwyżej położoną dróg w Polsce, czyli Głodówkę w Tatrach.
Dojeżdżam w piątek, już na dworcu w Gdyni zbiera się spora ekipa zawodników i w wagonie mocno obładowanym rowerami, wśród wesołych rozmów jedziemy na Hel. Wysiadam z pociągu i ruszam do hotelu na nocleg, ale coś tak lekko mi się jedzie i nagle chwila olśnienia - nie mam bagażu na rowerze! Serce podjechało mi do gardła i na pełnej prędkości zasuwam na dworzec, na szczęście pociąg jeszcze nie odjechał i mogę wziąć swój bagaż, mało brakowało a załatwiłbym się już na starcie ;). Na Helu idę pod latarnię, gdzie mieści się biuro maratonu i gdzie odbieramy pakiety startowe, następnie obowiązkowy spacer nad morzem w doborowym towarzystwie - pogoda doskonała, w ogóle nie wieje, co nad morzem należy do rzadkości.

Jako, że ledwie 3 tygodnie wcześniej jechałem BBT, więc porównania narzucają się siłą rzeczy, bo to podobnego typu wyścigi; Hel we wrześniu sporo przyjemniejszy niż Świnoujście w sierpniowym szczycie sezonu. O wiele kameralniej, a i miejsce jak dla mnie ładniejsze. Tankujemy do pełna w dobrej restauracji i szybko do hotelu, bo przed startem warto się dobrze wyspać.

Spałem jak na siebie całkiem przyzwoicie, rano pogoda słoneczna, ale wiatr zgodnie z prognozami solidnie wieje. W Żabce kupuję wodę, na starcie odbiór nadajników GPS oraz nadanie bagażu na metę. MPP to jedyne wielkie szosowe ultra ze wspólnym startem, nie inaczej jest i teraz - w eskorcie policji spod latarni rusza wielki ponad 100-osobowy peleton, to robi wrażenie.

Ten maraton, co bardzo sobie cenię, to także luźna atmosfera, brak spiny regulaminowej, nie ma akcji typu wnikliwego sprawdzania ulokowania numerów startowych, nie ma przymusu jazdy w kaskach, zgodnie z kodeksem drogowym każdy decyduje o tym sam, z czego skorzystałem bo kask na ostatnich maratonach mocno mnie irytował, jazda w czapce to dla mnie inny poziom wygody. Przejazd przez Mierzeję Helską tym razem zgodnie z założeniami spokojnym tempem koło 27km/h, zaczyna mnie tu męczyć sikanie, raz stawałem na samej mierzei, potem zaraz za Władysławowem, w czasie czego minęła mnie cała grupa. Od Władysławowa kończy się policyjna eskorta i zaczyna się właściwe ściganie, odtąd już każdy jedzie na swój rachunek.
Pierwsze kilometry to jeszcze bardzo gęsto zgrupowani rowerzyści, wyprzedzam wielu, którzy minęli mnie podczas siku-stopa. Jak to na Kaszubach - zaczynają się górki, które długo będą nam towarzyszyć. Pierwszy odcinek, tak do największego kaszubskiego podjazdu znad jeziora Żarnowieckiego do Kaszubskiego Oka - to okres formowania się grupek, te ścianki grupują ludzi na podobnym poziomie, jadę w bliskiej okolicy m.in. z Kubą Luwierskim, Hipkiem, Rafałem Koconiem. Kawałek za szczytem szybko przebieram się i przepakowuję, bo zrobiło się na tyle ciepło, że kurtka na wiatr nie jest już potrzebna. W Kębłowie przed skrzyżowaniem z DK6 jest remont, znaki kierują na objazd, z którego skorzystała część zawodników, ja wybrałem opcję jazdy rozrytą drogą i to był chyba szybszy wariant, a rozkopany odcinek nie tak długi.
Po ok. 100km zaczyna się nowy wariant przejazdu przez Kaszuby, wcześniejsze 4 edycje jechały wersją przez Kościerzynę, teraz trasa prowadzi bliżej rejonu Kartuz. I było to bardzo fajne rozwiązanie, trasa poprowadzona z dużym znawstwem lokalnych dróg, wiele bocznych i malowniczych wąziutkich szos, solidne podjazdy, trzeba było też przejechać ok. 1km po szutrze, bo trwała tu budowa drogi, za rok będzie tu już gładziutki asfalt ;). Stałym bywalcom tej imprezy nowy kaszubski wariant trasy przypadł bardzo do gustu. Trasa piękna, ale daje w kość mocno, bo hopki są cały czas, podobnie jak dość silny, wiejący głownie z kierunków południowo-zachodnich wiatr, a jako, że mam koła z dużym stożkiem to chwilami solidnie rzuca rowerem, trzeba uważać z jazdą na lemondce, trochę jadę solo, bo grupki się przetasowują w miarę jak ludzie zatrzymują się na nabieranie wody. Ja dociągnąłem do Egiertowa, gdzie na 160km mieścił się Orlen. Tutaj ku swojemu przerażeniu orientuję że zapomniałem pieniędzy i kart płatniczych! Kupując rano wodę w Żabce woreczek z pieniędzmi i kartami włożyłem do kieszonki bluzy, którą miałem na sobie ze względu na poranny chłód, a którą nadałem do bagażu na metę. Takiej akcji na maratonie to jeszcze nie przerabiałem, na szczęście udało mi się pożyczyć pieniądze od Grześka Mikołajewicza, z którym jechaliśmy Pierścień i mogłem normalnie kontynuować maraton, wielkie dzięki!
Ruszamy z Egiertowa większą grupką, m.in. z Grześkiem i Zdzisiem Piekarskim, któremu nie działa nawigacja, do tego w międzyczasie dojechali tankujący wcześniej Hipek z Rafałem, jest też Hipcia, która ma duże problemy ze stopą i przez to musiała odpuścić jazdę z szybszymi grupami. W rejonie Starogardu powoli kończą się górki, część osób zatrzymuje się tutaj na postój obiadowy, bo już pora popołudniowa. Ja z drugą częścią grupki na postój ciągnęliśmy do Kwidzyna, ten odcinek już łatwiejszy, górki się powoli kończą, do tego wiatr już sporo mniejszy, wieje głównie z zachodu, więc chwilami nawet sprzyja. Krajobrazy fajne, już z daleka widać z góry dolinę Wisły, a także Kwidzyn położony na wysokim wschodnim brzegu. W Kwidzynie dłuższy postój na Orlenie, czuć już dystans w nogach, tutaj też przebieram się na nocną jazdę, bo już zaczyna zmierzchać. Ruszamy ze stacji grupką, ale szybko odpuszczam, bo uznałem, że lepiej będzie pociągnąć własnym i równym tempem, do tego nocą wygodniej jeździ mi się samemu, gdy nie ma mocnych światełek tuż przed oczami.
Pierwszy odcinek nocnej jazdy idzie w miarę sensownie, choć tempo już spokojniejsze, natomiast tak od 300km łapie mnie coraz wyraźniejszy kryzys. Trasa w tym rejonie jest nadspodziewanie pagórkowata, do tego dłuższe odcinki słabych nawierzchni mocno odbijają się na stanie mojego siedzenia, niestety koła stożkowe swoją sztywnością potęgują ból siedzenia, ten wybór kół na tę trasę to nie był strzał w dziesiątkę. Jednym słowem cały długi odcinek do Sierpca idzie marniutko, a był tu długi przerzut bez żadnej nocnej infrastruktury typu stacje, dopiero wraz z wjazdem do województwa mazowieckiego poprawił się wyraźnie stan dróg. Natomiast w Sierpcu był zorganizowany przez tutejszy klub Dynamo Sierpc (grupujący wielu ultramaratończyków) bardzo fajny punkt żywnościowy uzgodniony z organizatorami. Docieram tutaj w okolicach 2 w nocy, punkt z wypasem, są ciepłe zupki, są ciasta, chętni mogą się przespać; takie spontaniczne inicjatywy sporo wnoszą do imprezy, duże podziękowania dla organizatorów punktu.
Z Sierpca do Płocka drogi już dobrej jakości, ale kryzys jeszcze trzyma, długa wrześniowa noc to jedno z wielkich wyzwań tego maratonu, ciągnie się to i ciągnie. Przez dobre 10km nocną jazdę urozmaica ogromna płocka rafineria, można powiedzieć, że samo serce Orlenu ;)

Klimaty wybitnie industrialne, ale akurat nocą całkiem fajnie to wygląda. W Płocku robię też długi postój na Orlenie by nieco odzipnąć, jem dobre kanapki, w międzyczasie dojeżdża Waldek Chodań z którym na tym maratonie dużo się mijaliśmy. Po odpoczynku zaczyna się jechać lepiej, po przejechaniu Wisły pojawiają się już na niebie pierwsze zorze. Wraz ze świtem odżywam, zaczyna się sensowniejsza jazda, na tym odcinku sporo jedziemy z Waldkiem i Kubą Luwierskim. W Łódzkim trochę dziurawych odcinków, także długa pustynia bez sklepów, dopiero w rejonie Skierniewic udało się znaleźć czynny wiejski sklepik (bo dziś mamy niehandlową niedzielę). Jest tu dłuższy odcinek krajówką, DK70, ale o tej godzinie puściuteńko, w rejonie skrzyżowania z szosą katowicką trochę hopek i wjazd na poziom ok. 200m.
Pogoda robi się elegancka, wkrótce można jechać zupełnie na krótko, temperatura zaczyna dochodzić nawet do ok. 25 stopni, woda w bidonach coraz szybciej schodzi, wiatr też sporo korzystniejszy niż wczoraj, głównie z zachodu, więc fragmentami nawet sprzyja. Jednym słowem całkiem dobrze się jedzie, na tym fragmencie nieco odżywam, choć wiadomo, że po prawie 600km w nogach o świeżości to ciężko mówić. Pod Odrzywołem spontaniczny punkt żywnościowy zorganizowany przez rodzinę Zdzisia Piekarskiego, z bólem się nie zatrzymałem, bo punkt nie był wcześniej uzgodniony i jednak był na bakier z regulaminem w kwestii samowystarczalności. Choć też nie ma co tu przesadzać, organizatorzy punktu to ludzie z wielką pozytywną energią i trudno krytykować taką inicjatywę, nawet jeśli lekko nagina regulamin.
W Przysusze tankuję, a kawałek dalej z naprzeciwka nadjeżdża mieszkający niedaleko Transatlantyk, razem z kolegą - bardzo miłe spotkanie.

Marek odprowadził mnie aż do drogi na Skarżysko (ten odcinek bardzo przyjemny, najeżony górkami i ze świetnym asfaltem) i zawrócił, by spotkać jadącego kawałek za mną Memorka. Przed Skarżyskiem doganiam Zdzisia Piekarskiego z kolegą, razem dojeżdżamy do stacji w Suchedniowie, gdzie jest już Waldek Chodań, robię tutaj zaplanowany postój na jedzenie i uzupełnienie zapasów. Za Suchedniowem zwykle ładny odcinek do Bodzentyna, niestety nie o tej godzinie, bo droga jest pełna samochodów, niemniej po zaliczeniu podjazdu widoczki na główne pasmo Łysogór eleganckie. Tutaj oceniając swój progres w wyścigu i narastający poziom zamulenia postanawiam przenocować w Solcu-Zdrój, do którego powinienem dotrzeć trochę po zmierzchu, nocleg udało się sprawnie i szybko ogarnąć. Kolejny odcinek to największy świętokrzyski podjazd na naszej trasie, czyli przełęcz Krajeńska (414m), drogi w tym rejonie mają specjalny wydzielony pas szosy dla rowerzystów, idealne rozwiązanie, dużo lepsze od badziewnych ścieżek rowerowych. Fajny odcinek też za Daleszycami, wygodna, asfaltowa ścieżka rowerowa wzdłuż ruchliwej szosy, sporo hopek, dopiero przed Rakowem większe zjazdy.
Do Szydłowa jeszcze troszkę górek, dalej się już mocniej wypłaszcza, sam Szydłów kapitalny, z charakterystycznymi średniowiecznymi murami widocznymi świetnie z drogi. Tutaj spotykam Pawła Sekulskiego i razem jedziemy do Stopnicy, gdzie łapie nas mrok. Tutaj robię zakupy na noc na stacji Lotosu, która bardzo mnie rozczarowała. Chciałem wreszcie zjeść jakieś normalne jedzenie, a nie ciągle słodycze, ale ofertę pod tym zakresem mieli zerową i zamiast obiadu musiały wystarczyć 4 seven-daysy ;). Jeszcze krótki nocny kawałek na którym znowu spotykam się z Waldkiem - i melduję się w hoteliku w Solcu, położonym tuż przy trasie maratonu. I tutaj mój plan na wyścig zawalił się zupełnie, w założeniach miałem szybki sen ze 2h i powrót na trasę, niestety nic z tego nie wyszło, bo pomimo mocnego zamulenia nie byłem w stanie oka zmrużyć. I w efekcie tylko coraz bardziej przesuwałem godzinę alarmu, a rosnąca irytacja z braku możliwości zaśnięcia tylko mocniej nakręcała sytuację... W efekcie na nocleg poleciało sumarycznie 5,5h, a nie spałem w ogóle (może coś tam chwilowo), pierwszy raz mi się zdarzyło, by na takim poziomie zmęczenia nie być w stanie się wyspać, pomimo komfortowych warunków.
Ale jak się nie ma co się lubi - to się lubi co się ma ;). Oczywiście odpoczynek nie był czasem całkowicie zmarnowanym, bo przez 5h leżenia mięśnie nóg odpoczęły, także i siedzenie nieco się zregenerowało, a i leżenie z zamkniętymi oczami też coś daje w zakresie walki z sennością. Do tego co najważniejsze - do końca nocy zostało już ledwie kilka godzin, a to oznaczało, że najciekawszy, górski odcinek maratonu będę pokonywać za dnia.
Początek nocnej jazdy idzie dość mizernie, sporo krótkich postojów na to i tamto, trochę minęło zanim wkręciłem się na właściwy rytm. Dużym motywatorem był tu rychły koniec nocy. Na nadwiślańskich łąkach wjeżdżam w duże mgły, trzeba jechać bez okularów, ale najniższe temperatury w okolicach 9-10'C, więc całkiem nieźle. Na stacji Huzar chwilę przed mostem na Wiśle robię krótki postój, a kawałek dalej po przekroczeniu DK94 zaczynają się już góry. Zaczyna się także dzień, co od razu znacząco zwiększa motywację do jazdy. Na pierwszym większym podjeździe do Poręby Spytkowskiej mnóstwo atakujących mnie psów, tak wkurzyły mnie te bardzo agresywne bydlaki, że aż zatęskniłem do czasów sprzed 100 lat, gdy takie problemy załatwiano bez zbytnich ceregieli ;))

Trasę w tym rejonie dało się nieco lepiej puścić, bo dziur trochę jest, także i przejazd przez Limanową nie był dobrym pomysłem, ja całe miasto jechałem w korku, natomiast do gustu przypadła mi ścianka na drodze wojewódzkiej przed Limanową, tego kawałka nie znałem, a przełęcz z obu stron solidna. Za Limanową już klasyka - czyli długi, ponad 400m podjazd pod Ostrą, a po równie długim zjeździe wisienka na torcie górskiego odcinka MPP, czyli rzeźnicka ściana pod Wierch Młynne. Wjechałem w całości, aczkolwiek dwa razy na względnych wypłaszczeniach (czyli tak koło 10% :) musiałem się zatrzymać, by puścić samochody z naprzeciwka na bardzo wąskiej drodze, ale ruszanie na takim nachyleniu tylko jeszcze dodatkowo wypruło. Zjazd słabiutki, z dziurami i kamyczkami, nawet fragmentem płyt, po czym rozpoczyna się łagodny i łatwy podjazd pod przełęcz Knurowską. Sam podjazd nudny jak flaki z olejem, głównie przez ciągnącą się tu najdłuższą w Polsce wieś, czyli Ochotnicę, natomiast zjazd kapitalny, bo otwiera się tu szeroki widok na zielone Podhale i Tatry, a także i jezioro Czorsztyńskie.

Na zjeździe widziałem zawodnika rozmawiającego z kierowcą, wtedy nie wiedziałem o co chodzi, natomiast na mecie okazało się, ze krótko przed moim przejazdem Krzysztof Ulbrich nie wyrobił się w zakręcie i wpadł na jadący z naprzeciwka samochód. Na całe szczęście nic poważnego mu się nie stało, bo całe uderzenie poszło w rower, ten niestety się połamał i nie nadawał już do dalszej jazdy; wielki pech tego zawodnika!
Ostatnie kilometry to długo ciągnący się podjazd do Bukowiny, raczej łagodny i z pięknymi widokami na Tatry, później krótki zjeździk z grzbietu Gliczarowa - i ostatnia ścianka na Głodówkę na której melduję się o 13.48.

Jak zwykle ukończenie tak trudnego maratonu daje wielką satysfakcję, udało się uzyskać czas 52h48min, co dało 38 pozycję na 103 zawodników, którzy stanęli na starcie. Sportowo nie był to wielki wynik, niestety niewypał z noclegiem miał w tym duży udział, gdyby nie to - myślę, że były szanse na zejście poniżej 50h, natomiast 48h to już było powyżej moich obecnych możliwości. Za to zebrałem wiele nowych doświadczeń, wiem jakie błędy popełniłem na trasie i nad czym warto popracować w przyszłości.
Ale część sportowa to tylko jeden z aspektów takiej imprezy, dużo istotniejsza jest tu wielka przygoda i zmagania z samym sobą. Pod tym względem maraton jak najbardziej wypalił, trasa sumarycznie była bardzo fajna, bez porównania lepsza i ciekawsza od pokonywanego 3 tygodnie wcześniej BBT, choć oczywiście sporo trudniejsza (co widać dobrze po wynikach czołówki). Zdecydowanie dopisała pogoda, noce były jak na tę porę roku cieplutkie, jedynie pierwszego dnia wymęczył wiatr, poza tym było niemal idealnie, a góry pokonywane przy pełnym słońcu były najlepszą nagrodą za trudy włożone w pokonanie tej trasy.
Podziękowania dla organizatorów, MPP cały czas trzyma wysoki standard, trasy są projektowane z dużym znawstwem i wpadki minimalne. Porównując z BBT (jako, że jechałem tę imprezę 3tyg wcześniej to takie porównania nasuwają się w sposób naturalny) to liczba dziurawych odcinków była bardzo zbliżona z lekkim wskazaniem na BBT - to najlepsza odpowiedź na to, ze da się zrobić trasę puszczoną bocznymi drogami, z sensownymi asfaltami. Oczywiście przy tej długości trasy nie sposób uniknąć pewnych odcinków z ruchem czy dziurami, ale takich odcinków nie było na tej trasie wiele. Także monitoring Trackcourse uważam za lepszy od systemu Roberta Janika, możliwość odtworzenia sobie przebiegu imprezy po jej zakończeniu - to wielka zaleta (tak jest na monitoringu z największych światowych imprez), podczas gdy monitoring na cyklu PP ogranicza się jedynie do pokazywania bieżącej sytuacji. No i meta z fantastycznymi widokami na Tatry - to jest wielki atut tego wyścigu, dzięki temu po wyścigu można sobie odpocząć w takich oto okolicznościach przyrody :P

Zdjęcia
Dane wycieczki:
DST: 1000.50 km AVS: 23.44 km/h
ALT: 7969 m MAX: 62.20 km/h
Temp:17.0 'C
Sobota, 22 sierpnia 2020Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2020, Ultramaraton
BBT z blatu
W 2020 roku BBT był moim głównym celem na ten sezon. Najbardziej znany i prestiżowy ultramaraton w Polsce, mimo trasy po bardzo ruchliwych drogach nieodmiennie przyciąga setki miłośników długich dystansów, podobnie było i ze mną. Przygotowywałem się solidnie, niestety popełniłem błąd jadąc na PGR. Impreza była ekstra, ale 2,5 tygodnia odstępu od BBT to trochę mało. Na imprezie śpiąc na zimnie złapałem infekcję zatok, która długo się ciągnęła i jeszcze tuż przed startem brałem leki i nie wiedziałem czy dam radę BBT przejechać.
Dojazd ze względu na kolejowe remonty mocno kłopotliwy, ale jechałem już w czwartek, więc miałem zapas czasowy na regenerację po męczącej podróży.

Pierwszy nocleg na Karsiborze, drugi już w samym Świnoujściu, więc trochę sobie pojeździłem po okolicy. Piątek schodzi na ostatnich przygotowaniach do wyścigu, analizach prognoz pogody; po raz pierwszy wybrałem się też nad morze w Świnoujściu, oglądając zabytkowy wiatrak (a faktycznie to stawa, rodzaj znaku nawigacyjnego) bo przy pozostałych czterech startach dojeżdżałem w piątek koło 16-17 i już nie było czasu na turystykę.

W sobotę zerwać się trzeba było bardzo wcześnie, bo start miałem już o 7.25, a trzeba było jeszcze doliczyć czas na promowanie z wyspy Uznam na Wolin. Ale udało się bardzo sensownie jak na mnie wyspać przed startem, więc rano byłem dobrej myśli. Niestety pogoda od wczoraj (gdy cały dzień było upalnie) mocno się skopała i na start jechałem już częściowo w deszczu. Na starcie oddawanie przepaków i bagażu na metę, oraz na ostatnią chwilę grupowe sikanie po krzakach, bo była tylko toaleta na monety, a nikt nie miał przy sobie odpowiedniego bilonu ;)

Startujemy tradycyjnie z rampy promu Bielik, tempo od razu solidne, powyżej 35km/h. Wolin szybko przelatuje, rychło też zaczyna popadywać i ten deszcz będzie nam tego dnia towarzyszyć bardzo długo... Koło 30km doganiamy grupę z Gerwazym i Czesią, są drobne przetasowania, jeden z naszych zawodników zostaje z tą grupą, do nas z kolei podłączają się inni. Ale jazda dalej jest ostra, o ile opady nie pomagają, to wiatr jest z kierunków sprzyjających. Na całe szczęście jest ciepło, koło 20 stopni, więc siła rażenia deszczu jest ograniczona, ze względu na tempo wszyscy jadą na krótko, bo w kurtkach przeciwdeszczowych szybko byśmy się zagotowali, tak więc wkrótce jesteśmy mokrzy; zastanawiam się czy to się na mnie nie odbije w związku z stanem permanentnego podziębienia przed wyścigiem. Ale póki co jest elegancko, na pierwszych 50km średnia 35,5km/h, na 100km 34,6km/h, potem już tylko będzie spadać; na pierwszy PK w Płotach docieramy w dobrej kondycji. Tutaj krótka przerwa, tankowanie bidonów - i dalej w drogę .Dopiero na punkcie dogania nas startująca 5min po nas ekipa Szybkiego Kopyta, więc nie jest źle ;).
Krótki kawałek za Płotami łapie nas wielka ulewa, tak więc błyskawicznie jesteśmy całkiem mokrzy bo nikt nie jedzie w kurtce od deszczu. Tutaj też dogania nas Szybkie Kopyto z podłączonymi do nich ludźmi, nasza grupka też się chwilowo dołączyła; widać, że mają duże ciśnienie na wynik, Krzysiek Dziedzic kilka razy jeździ po całej grupce i mówi, żeby dawać zmiany po 500m na maksa. Oczywiście ani mi to w głowie było, bo taka jazda mając 900km na metę to najprostsza recepta na szybkie zarżnięcie się; na szczęście wśród osób z naszej grupki też zwyciężył rozsądek i szybko odpuściliśmy zostając razem w czwórkę, z Rafałem Wanatem i Michałem Surmacewiczem z którymi razem startowaliśmy w grupie oraz jeszcze jednym kolegą z Drawska. Całkiem dobrze się jechało, ale kawałek przed Drawskiem Michał łapie gumę i razem z Rafałem zostają naprawiać dętkę. Zawodnika z Drawska na punkcie w jego mieście wita wielu kibiców, więc zostaje trochę dłużej, ja szybciej samotnie ruszam na trasę.
Jadąc samemu od razu czuć ile daje jazda w grupce, tym bardziej, ze droga za Drawskiem skręca na południe i wiatr robi się niekorzystny, do tego jest też to odcinek mocno pagórkowaty, są nawet ścianki pod 8-9%, ale cały czas jadę na dużej tarczy, bo zawsze na BBT mam zasadę, że przed górami z blatu nie zrzucam. To jeszcze taki "relikt" z czasów, gdy jeździłem sporo twardziej, na starej wersji trasy Bałtyku zrzucałem dopiero za Rzeszowem na podjeździe w rejonie Domaradza. Teraz czasy się zmieniły, jeżdżę bardzo miękko, na codzień używam kasety 11-40, ale tradycje trzeba pielęgnować, nie wiedziałem tylko jeszcze jak bardzo przyjdzie mi tradycyjnie tutaj pojechać ;). Po ok. 35km, już po wjeździe na DK10 doganiają mnie Michał i Rafał i razem jedziemy dalej, tempo od razu wzrasta. "Dziesiątka" beznadziejna na rower, pomimo, że to weekend ruch jest duży, a w deszczu (cały czas nam towarzyszącym) jedzie się tutaj dodatkowo słabiej. Apogeum tego mamy w Wałczu, gdzie są zajścia z kierowcami, m.in. tir nam złośliwie zajechał drogę, my też żeśmy fragmentami łamali przepisy ignorując beznadziejną ścieżkę rowerową - jednym słowem puszczanie tędy takiego maratonu to jest bardzo słaby pomysł. Za Wałczem krótki postój na sikanie, który wykorzystuję na założenie w końcu kapoty przeciwdeszczowej, bo deszcz nie dość, że nie odpuszcza to znowu zaczął wzbierać na sile, a temperatura spada w dół oscylując koło 17-18'C.
Kawałek za Wałczem wreszcie opuszczamy fatalną DK10, jadąc bocznymi drogami do Piły po solidnych pagórkach na których zostaję za grupką, też deszcz znowu przypuścił mocniejsze uderzenie. Na punkt w mieście docieram już zmęczony, jem makaron na ciepło, trochę po nas wpadają na tandemie Kurier z Patrycją, którzy jak na razie świetnie jadą. Z Piły wyruszamy większą grupką, bo dołączyli do nas startujący z wcześniejszych grupek Sylwia Kowalska z Rafałem Maletą oraz jeszcze 2-3 osoby. Miało to spore plusy, bo raz, że im więcej osób do pracy w grupie - tym sprawniej się jedzie, a po drugie zaraz za Piłą znowu wracaliśmy na DK 10, a przed większą grupką kierowcy mają zauważalnie większy respekt i bezpieczniej ją mijają. Kolejne kilometry przebiegają sprawnie, pod Wyrzyskiem ku mojemu zaskoczeniu doganiamy Marcina Kronera z Szybkiego Kopyta, okazało się, że miał dwie wywrotki na rowerze na mokrej drodze i mocno się poobijał - rozdarte spodenki, szlify na nogach i rękach oraz boleśnie obite biodra. Tak więc jedzie spokojniejszym tempem, by spróbować dociągnąć na duży punkt w Solcu, by tam go porządniej opatrzono. My już solidnie zmęczeni docieramy do Nakła, tutaj już za dużo czasu poleciało, dobre 25min, a jedzenie takie sobie z tłustą gulaszową, która zupełnie mi nie smakowała i z trudem połowę wepchnąłem.

Za Nakłem deszcz powoli zaczyna odpuszczać, przestaje padać, choć drogi dalej są mokre. Trasy już mniej ruchliwe, choć przed samym Solcem jeszcze wracamy na DK 10 na obwodnicy Bydgoszczy. Grupowa jazda procentuje, średnią po 300km mam na poziomie 32km/h, myślę, że dobre 4-5km/h więcej niż bym był w stanie zrobić samotnie, ale ma to też wysoką cenę, bo poziom wyprucia rośnie, podobnie jak czas postojów. Na dużym punkcie znowu schodzi się pół godziny, a zjadłem tylko niewielki talerz makaronu, więc średnio z efektywnością tego postoju było. Z Solca wyjeżdżamy tą samą dużą grupą tuż przed zmierzchem, wkrótce odpalamy lampki. Pod Toruniem opuszczamy wreszcie na długo bardzo ruchliwe drogi, ale wkrótce okazuje się, że trasa do Kowala jest słabo zaprojektowana, wiele na niej dziurawych odcinków. Na tym kawałku wyprzedza nas grupa 71-letniego Krzysztofa Łańcuckiego (taką formę mieć w tym wieku - tylko pozazdrościć!), który nadrobił do mnie już godzinę ze startu, ale wkrótce ich mijamy jak łatają gumę. Następują przetasowania grupek, część osób zaczyna słabnąć i już odpuszcza zmiany, w naszej grupce najwięcej pracowała Sylwia Kowalska, która dawała zmiany jak każdy, żadnej taryfy ulgowej dla kobiet nie uznając; jak się okazało później była to zwyciężczyni kategorii Open wśród kobiet ze świetnym czasem 44h 50min.
Niestety słabnąć mocno zaczynam i ja, podobnie jak na Pierścieniu i Podróżniku pary starczyło tak na 350-400km mocnej jazdy, tak więc w rejonie Brześcia Kujawskiego odpuszczam już jazdę w grupie. Na punkcie w Kowalu też za długo zabawiłem, niewiele jedząc, ale zmęczenie swoje robiło; niemniej ruszyłem przed grupką Sylwii i Rafałów, dogonili mnie kilkanaście km dalej. Na odcinku do Łowicza duży kryzys, jakoś nie szła ta jazda, pozycja na lemondce mocno mnie męczyć zaczynała, na tym kawałku spotykam Wojtka Łuszcza, który jak zawsze jest w wyśmienitym humorze, jego optymizm szybko mi się udziela. Na punkcie zjadam makaron, biorę swój przepak, znowu się na to wszystko schodzi z pół h, ale inni siedzą jeszcze dłużej, 500km w nogach jednak swoje robi. Tym razem grupka Sylwii łyka mnie już z dużą łatwością, bo jadę z prędkością w okolicach 23-24km/h, niemniej jeszcze na 500km miałem średnią 30km/h, co jest moim rekordowym wynikiem, ale po tym już szybko poleciała w dół ;). Odcinek na kolejny punkt w Opocznie ciągnął się i ciągnął, robiłem parę przerw po drodze, coraz więcej osób mnie wyprzedzało co działało deprymująco, do tego irytowała pogoda, bo wraz ze świtem znowu się pokiełbasiło i przed Opocznem zaczęło popadywać. Ale to nie zmieniało faktu, że sumarycznie było bardzo przyzwoicie, bo przed Opocznem mija 24h w trasie, przejechałem rekordowe dla mnie 615km, więc szansa na dobry wynik dalej była duża. Na punkcie w Opocznie już grupki Sylwii nie dałem rady dogonić, wyjechali chwilę przede mną; znowu za dużo czasu tu poleciało, ale starałem się jeść wszystko co było.
Kawałek za Opocznem znowu się solidniej rozpadało, mocno przeszkadzała mi jazda na lemondce, więc postanawiam ją cofnąć do tyłu. Gdy ruszam dalej okazuje się, że nie działają przerzutki. Gdy sprawdzam co się stało - okazuje się, że cofając lemondkę przyciąłem kable od elektronicznych przerzutek! No i niestety padły nie tylko manetki na lemondce, których kable przyciąłem, padło wszystko. Naprawiałem to przez dobre 2h sprawdzając wszystkie połączenia - ale guzik to dało, ani drgnęło. Postanawiam więc wycofać się i zawracam w stronę Opoczna, gdzie można złapać szybki pociąg do Warszawy. Jadąc ten kawałek orientuję się, że biegi zablokowały się na przełożeniu 50-25, pozwalającym jechać mniej więcej 21-22km/h. Jako, że nienawidzę się poddawać i rezygnować w ten sposób, postanawiam, że tak to się nie skończy i żebym miał wpychać rower na każdej górce to wyścig ukończę! Pozostawała też kwestia zakładu z Waxmundem o wąsy. Wax dotąd bardzo dobrze jechał, ale zaczynały go coraz mocniej łapać kontuzje i jak się okazało wycofał się w Końskich, a by zakład wygrać musiałem dojechać na metę ;). Jadąc za Końskimi, na pierwszych hopkach widzę, że jakoś się jedzie, daleko do optimum, ale góry siłowo daje radę zaliczać. Przed Skarżyskiem próbuję jeszcze napraw, ale nic z tego nie wychodzi, tracę tylko ze 40min.
W międzyczasie wreszcie wyklarowała się pogoda, robi się słonecznie. Za Skarżyskiem zaczyna się solidna seria górek, jakoś je wciągam, jedzie się z cudacznymi kadencjami rzędu 40, ale daję radę ;). Za Wąchockiem ostra ścianka 10%, tutaj to już bolało, ale jak ją wepchnąłem to postanowiłem spróbować całą trasę przejechać bez żadnego pchania, a że dotąd jeszcze nie zrzucałem z blatu, więc oznaczałoby to cały BBT na tarczy 50. Ale bardziej irytuje mnie brak możliwości dokręcania powyżej 23-24km/h, a jest tutaj dużo łagodnych zjazdów 1-3%, na których lekko dokręcając jedzie się bez problemu powyżej 30km/h, podczas gdy ja pokonywać je mogę jedynie siłą grawitacji. Na takich odcinkach co rusz wyprzedzają mnie ludzie, których mijałem pod górę. W Starachowicach elegancki punkt, dobry dwudaniowy obiad, daje się też powoli odczuć rosnąca senność. Jako, że punkt w Sandomierzu wypadnie w okolicach 20 postanawiam tam się zdrzemnąć ze 2h. Odcinek do Sandomierza mocno męczący, znowu masa bardzo ruchliwych krajówek, trasa w tym rejonie jest bardzo słabo zaplanowana, dałoby się to puścić sporo lepiej bez uszczerbku dla jakości dróg. Przed Sandomierzem trochę hopek, ładne tereny, dużo sadów owocowych, wjazd do miasta ruchliwą krajówką, spotykam tutaj Darka Urbańczyka, razem dojeżdżamy na punkt, obserwując położone na wzgórzu i pięknie podświetlone Stare Miasto w Sandomierzu.
Ale niestety punkt okazuje się mocną wtopą, jako że jest po 20, a punkt leży nad samą Wisłą i mieści się w otwartym namiocie - to jest tu mnóstwo komarów, 30 sekund nie można ustać by się do człowieka nie dobrały. Do tego współorganizator wpadł na pomysł by robić "oprawę medialną" i jakaś mocno nadpobudliwa dziewczyna cały czas nawija bardzo głośno przez mikrofon i to mówiąc zupełnie bez sensu. Jednym słowem szybko doszedłem do wniosku, że nie ma nawet co próbować tu spać, także i zupę odpuściłem ze względu na konieczność czekania wśród tych komarów. Słabo się to ułożyło, bo kolejny punkt był aż za 100km, a deficyt snu już dotkliwy. Dalsza jazda była więc mało efektywna, noc ciągnęła się długo, a senność łapała coraz mocniejsza. Do tego za Niskiem doszedł odcinek fatalną DK19, na której przez dobre 20km nie było pobocza, a jechały całe stada tirów; na tym odcinku wielu zawodników zalegało na przystankach. W Sokołowie Małopolskim, gdy wreszcie opuściłem DK19 zaczęły się z kolei zbierać duże mgły, w których dojechałem na punkt. Tu wreszcie była możliwość przespania się, choć warunki takie sobie bo większość osób spała we dwóch na jednym materacu, ja akurat załapałem się na osobny materac. Najważniejsze, że udało się sensownie pospać prawie 2h, gdy zbierałem się do startu dojechała grupa Czesi, jak się wkrótce okazało trzeciej na mecie wśród pań w Open.
Odcinek za Łańcutem to wreszcie bardzo fajna jazda, zaczyna się pas pogórzy. Do Kańczugi jechałem na wschód, więc ekstra było widać poranne zorze na niebie, razem z licznymi mgłami dodawało to okolicy masę uroku.

Za Kańczugą najostrzejsza górka maratonu, z długą sekcją 10%, ale wciągnąłem ją w korbach mijając parę pchających osób. Zjazd techniczny, wąską i mokrą drogą, więc trzeba było uważać, następnie długi dość płaski odcinek do Birczy na którym wyprzedzili mnie mijani na podjeździe rowerzyści, m.in. Ola i Zdzisiu Piekarscy. Na punkcie w Birczy króciutko zabawiłem i ruszam na kolejny ciężki podjazd. Ale że szedł wersją przez rynek to było łatwiej, bo wersja ulicą Okońskiego jest bardzo bolesna, z nachyleniem pod 16%. Tutaj też dochodziło do 11%, podjazd też męczył długością, bo cały czas musiałem jechać na stojąco, ale dało radę wpompować. U góry piękna nagroda za podjazd - czyli ekstra kawałek do Grąziowej, zupełne pustki, piękna leśna droga a dobrym asfaltem i fajnymi zjazdami wśród szpalerów kwitnących kwiatów.

Później jeszcze mała ścianka w Jureczkowej i dojeżdżam na ostatni punkt w Ustrzykach Dolnych, na którym spotykam poznanego na Wiśle Irka Nowaka z kolegą. Punkt samoobsługowy, do tego nie ma wody, więc pozostaje nabrać kranówkę (co też nie było takie proste, bo bidony nie mieściły się pod kranem) i szybko ruszam dalej. Na obwodnicy bieszczadzkiej już większy ruch, ale kilometrów na metę coraz mniej. Sprawnie wchodzi podjazd pod Żłobek, natomiast większa górka za Czarną już mnie wymęczyła swoją długością, bo mięśnie i kolana od siłowej jazdy mam zarżnięte - ale była to ostatnia większa góra BBT. Kawałek za wierzchołkiem piękna panorama na zielone Bieszczady, dobrze, że chociaż końcówka trasy wypadła w ekstra pogodę.

Po zjeździe do Lutowisk już tylko żmudne odliczanie kilometrów do Ustrzyk Górnych i przed 13 melduje się na mecie z czasem 53h19min, z czego całość na blacie 50T, a wszystkie podjazdy wjechane ;))

Podsumowanie
Wyścig tradycyjnie zdrowo daje w kość, w tym roku mogę go podzielić na dwie fazy - pierwsza to ostrzejsza jazda i ściganie się, natomiast po awarii przerzutek na którą straciłem mnóstwo czasu już odpuściłem i jechałem spokojniejszym tempem. Z dobrego wyniku i poprawienia mojego rekordu niewiele wyszło, ale za to satysfakcja, że pomimo poważnej awarii sprzętu nie poległem - bardzo duża. Atmosfera wyścigu pierwszorzędna, to jest ogromną zaletą tej imprezy, podobnie jak i rozmach trasy - znad Bałtyku po kraniec Bieszczadów.
Sportowo - tak sobie to wypadło, mocno mam mieszane uczucia czy start w Open był dobrym pomysłem. Niby się jedzie parę kilometrów szybciej, ale kosztem większej eksploatacji organizmu, zawsze jest ileś nierównego tempa; nie jestem przekonany, czy na tak długim dystansie w moim przypadku jest to opłacalne. Nie bez powodu w BBT najlepsze wyniki uzyskują soliści, bo w ten sposób jedzie się cały czas swoim tempem, bez nadmiernych skoków, jedzie się na mniejszym obciążeniu, a dzięki temu na punktach można spędzać mniej czasu, bo punkty są mocnym zasysaczem czasu na takiej imprezie. Tak więc dalej nie wiem co lepsze - czy Solo czy Open, ale jeśli kiedyś będę jeszcze jechać tę imprezę, to już raczej Solo.
Organizacyjnie - wyścig na pewno dla ludzi go robiących wymagający, z bardzo zawiłą logistyką i oceniając trzeba sobie zdawać sprawę ze stopnia zawiłości tego przedsięwzięcia. Generalnie organizację oceniam wysoko, podobnie jak i stopień zaangażowania wielu ludzi obsługujących punkty kontrolne. Ale wpadki się zdarzają i nie są dobrym wyjściem z tego próby zamykania ludziom ust w tym zakresie. W tej kwestii mocno mnie zniesmaczyło zachowanie Roberta Janika po wyścigu. Na grupie FB dziewczyna z grupy organizującej punkt w Sandomierzu miała jakieś pretensje, że ludzie narzekali, że są niewdzięczni itd. Więc rzeczowo opisałem, że punkt uważam za źle zorganizowany, bo nie sposób inaczej ocenić punktu, który iluś zawodników spokojnie mieszczących się w limicie zastało zamknięty. Do tego lokalizacja w miejscu z komarami (to dotyczyło wieczornych godzin dojazdu na punkt) i całkowicie niepotrzebna, nachalnie głośna oprawa medialna, nic nie wznosząca, a tylko utrudniająca odpoczynek. Za tę opinię od razu spotkałem się z atakiem organizatora, czysto osobistymi wycieczkami, bez słowa odniesienia się do zarzutów i pytania czy punkt, który zawodnicy zastają zamknięty uważa za dobrą organizację, po czym szybko zostałem przez niego usunięty z grupy.1008 na FB.
Takie zachowanie uważam za bardzo słabe, w żadnym razie nie uważam wyścigu za źle zorganizowany, ale też nie zgodzę się na nazywanie ewidentnych wpadek sukcesami. Wyścig ma swoje minusy i trzeba sobie z nich zdawać sprawę przymierzając się do startu. Największym minusem IMO jest trasa prowadząca setkami km po bardzo ruchliwych drogach, jedzie się po tym mocno nieprzyjemnie i niebezpiecznie. A organizator pytany o tę sprawę cały czas sprowadzą ją do alternatywy - albo dobre i ruchliwe drogi, albo puste i dziurawe. A jest to zupełna nieprawda, w Polsce wyremontowano mnóstwo bocznych dróg i wiele z nich ma świetny asfalt, cały odcinek Starachowice - Łańcut można było puścić po bocznych drogach ze fajnym asfaltem, do tego krajobrazowych. Najlepszym przykładem niech będzie piekny odcinek za Birczą, to ja zgłosiłem tę propozycję, bo oryginalnie było 13km ruchliwą krajówką Przemyśl - Sanok. I podobnie jest w wielu miejscach, są fajne alternatywy dla krajówek, tylko trzeba się dobrze orientować w danym rejonie. Zmiany w tym zakresie blokuje dość betonowe podejście organizatora i niechęć do poważnych modyfikacji w tym zakresie. Na mecie sędzia wyścigu żalił się, że wielu kolarzy nie używało na Pomorzu tylnych lampek w dzień i było słabiej widocznych. Z jednej strony troska o mało znaczące detale w dziedzinie bezpieczeństwa, a z drugiej olewanie nie detali, a podstaw w zakresie bezpieczeństwa i puszczanie ludzi na setki km najruchliwszych dróg w Polsce, z czego większość bez pobocza..
Podobnie betonowe podejście jest w zakresie menu na punktach, dominują produkty niewiele mające wspólnego ze sportową dietą, jakieś bardzo tłuste zupy, postulaty ludzi na diecie wege od lat się olewa, a Robert Janik kwituje je złośliwymi tekstami o tym, że niedługo będzie potrzebna osobna dieta na ramadan. A ludzi na takiej diecie wśród kolarzy szybko przybywa i takimi tekstami się do nich nie dotrze, płacą tyle samo wpisowego co wszyscy, a większość ciepłego jedzenia się dla nich nie nadaje.
Wyścig jest wyścigiem dobrze zorganizowanym, ale ma kilka ewidentnych minusów, nad którymi myślę, że warto popracować by je poprawić.
Zdjęcia
W 2020 roku BBT był moim głównym celem na ten sezon. Najbardziej znany i prestiżowy ultramaraton w Polsce, mimo trasy po bardzo ruchliwych drogach nieodmiennie przyciąga setki miłośników długich dystansów, podobnie było i ze mną. Przygotowywałem się solidnie, niestety popełniłem błąd jadąc na PGR. Impreza była ekstra, ale 2,5 tygodnia odstępu od BBT to trochę mało. Na imprezie śpiąc na zimnie złapałem infekcję zatok, która długo się ciągnęła i jeszcze tuż przed startem brałem leki i nie wiedziałem czy dam radę BBT przejechać.
Dojazd ze względu na kolejowe remonty mocno kłopotliwy, ale jechałem już w czwartek, więc miałem zapas czasowy na regenerację po męczącej podróży.

Pierwszy nocleg na Karsiborze, drugi już w samym Świnoujściu, więc trochę sobie pojeździłem po okolicy. Piątek schodzi na ostatnich przygotowaniach do wyścigu, analizach prognoz pogody; po raz pierwszy wybrałem się też nad morze w Świnoujściu, oglądając zabytkowy wiatrak (a faktycznie to stawa, rodzaj znaku nawigacyjnego) bo przy pozostałych czterech startach dojeżdżałem w piątek koło 16-17 i już nie było czasu na turystykę.

W sobotę zerwać się trzeba było bardzo wcześnie, bo start miałem już o 7.25, a trzeba było jeszcze doliczyć czas na promowanie z wyspy Uznam na Wolin. Ale udało się bardzo sensownie jak na mnie wyspać przed startem, więc rano byłem dobrej myśli. Niestety pogoda od wczoraj (gdy cały dzień było upalnie) mocno się skopała i na start jechałem już częściowo w deszczu. Na starcie oddawanie przepaków i bagażu na metę, oraz na ostatnią chwilę grupowe sikanie po krzakach, bo była tylko toaleta na monety, a nikt nie miał przy sobie odpowiedniego bilonu ;)

Startujemy tradycyjnie z rampy promu Bielik, tempo od razu solidne, powyżej 35km/h. Wolin szybko przelatuje, rychło też zaczyna popadywać i ten deszcz będzie nam tego dnia towarzyszyć bardzo długo... Koło 30km doganiamy grupę z Gerwazym i Czesią, są drobne przetasowania, jeden z naszych zawodników zostaje z tą grupą, do nas z kolei podłączają się inni. Ale jazda dalej jest ostra, o ile opady nie pomagają, to wiatr jest z kierunków sprzyjających. Na całe szczęście jest ciepło, koło 20 stopni, więc siła rażenia deszczu jest ograniczona, ze względu na tempo wszyscy jadą na krótko, bo w kurtkach przeciwdeszczowych szybko byśmy się zagotowali, tak więc wkrótce jesteśmy mokrzy; zastanawiam się czy to się na mnie nie odbije w związku z stanem permanentnego podziębienia przed wyścigiem. Ale póki co jest elegancko, na pierwszych 50km średnia 35,5km/h, na 100km 34,6km/h, potem już tylko będzie spadać; na pierwszy PK w Płotach docieramy w dobrej kondycji. Tutaj krótka przerwa, tankowanie bidonów - i dalej w drogę .Dopiero na punkcie dogania nas startująca 5min po nas ekipa Szybkiego Kopyta, więc nie jest źle ;).
Krótki kawałek za Płotami łapie nas wielka ulewa, tak więc błyskawicznie jesteśmy całkiem mokrzy bo nikt nie jedzie w kurtce od deszczu. Tutaj też dogania nas Szybkie Kopyto z podłączonymi do nich ludźmi, nasza grupka też się chwilowo dołączyła; widać, że mają duże ciśnienie na wynik, Krzysiek Dziedzic kilka razy jeździ po całej grupce i mówi, żeby dawać zmiany po 500m na maksa. Oczywiście ani mi to w głowie było, bo taka jazda mając 900km na metę to najprostsza recepta na szybkie zarżnięcie się; na szczęście wśród osób z naszej grupki też zwyciężył rozsądek i szybko odpuściliśmy zostając razem w czwórkę, z Rafałem Wanatem i Michałem Surmacewiczem z którymi razem startowaliśmy w grupie oraz jeszcze jednym kolegą z Drawska. Całkiem dobrze się jechało, ale kawałek przed Drawskiem Michał łapie gumę i razem z Rafałem zostają naprawiać dętkę. Zawodnika z Drawska na punkcie w jego mieście wita wielu kibiców, więc zostaje trochę dłużej, ja szybciej samotnie ruszam na trasę.
Jadąc samemu od razu czuć ile daje jazda w grupce, tym bardziej, ze droga za Drawskiem skręca na południe i wiatr robi się niekorzystny, do tego jest też to odcinek mocno pagórkowaty, są nawet ścianki pod 8-9%, ale cały czas jadę na dużej tarczy, bo zawsze na BBT mam zasadę, że przed górami z blatu nie zrzucam. To jeszcze taki "relikt" z czasów, gdy jeździłem sporo twardziej, na starej wersji trasy Bałtyku zrzucałem dopiero za Rzeszowem na podjeździe w rejonie Domaradza. Teraz czasy się zmieniły, jeżdżę bardzo miękko, na codzień używam kasety 11-40, ale tradycje trzeba pielęgnować, nie wiedziałem tylko jeszcze jak bardzo przyjdzie mi tradycyjnie tutaj pojechać ;). Po ok. 35km, już po wjeździe na DK10 doganiają mnie Michał i Rafał i razem jedziemy dalej, tempo od razu wzrasta. "Dziesiątka" beznadziejna na rower, pomimo, że to weekend ruch jest duży, a w deszczu (cały czas nam towarzyszącym) jedzie się tutaj dodatkowo słabiej. Apogeum tego mamy w Wałczu, gdzie są zajścia z kierowcami, m.in. tir nam złośliwie zajechał drogę, my też żeśmy fragmentami łamali przepisy ignorując beznadziejną ścieżkę rowerową - jednym słowem puszczanie tędy takiego maratonu to jest bardzo słaby pomysł. Za Wałczem krótki postój na sikanie, który wykorzystuję na założenie w końcu kapoty przeciwdeszczowej, bo deszcz nie dość, że nie odpuszcza to znowu zaczął wzbierać na sile, a temperatura spada w dół oscylując koło 17-18'C.
Kawałek za Wałczem wreszcie opuszczamy fatalną DK10, jadąc bocznymi drogami do Piły po solidnych pagórkach na których zostaję za grupką, też deszcz znowu przypuścił mocniejsze uderzenie. Na punkt w mieście docieram już zmęczony, jem makaron na ciepło, trochę po nas wpadają na tandemie Kurier z Patrycją, którzy jak na razie świetnie jadą. Z Piły wyruszamy większą grupką, bo dołączyli do nas startujący z wcześniejszych grupek Sylwia Kowalska z Rafałem Maletą oraz jeszcze 2-3 osoby. Miało to spore plusy, bo raz, że im więcej osób do pracy w grupie - tym sprawniej się jedzie, a po drugie zaraz za Piłą znowu wracaliśmy na DK 10, a przed większą grupką kierowcy mają zauważalnie większy respekt i bezpieczniej ją mijają. Kolejne kilometry przebiegają sprawnie, pod Wyrzyskiem ku mojemu zaskoczeniu doganiamy Marcina Kronera z Szybkiego Kopyta, okazało się, że miał dwie wywrotki na rowerze na mokrej drodze i mocno się poobijał - rozdarte spodenki, szlify na nogach i rękach oraz boleśnie obite biodra. Tak więc jedzie spokojniejszym tempem, by spróbować dociągnąć na duży punkt w Solcu, by tam go porządniej opatrzono. My już solidnie zmęczeni docieramy do Nakła, tutaj już za dużo czasu poleciało, dobre 25min, a jedzenie takie sobie z tłustą gulaszową, która zupełnie mi nie smakowała i z trudem połowę wepchnąłem.

Za Nakłem deszcz powoli zaczyna odpuszczać, przestaje padać, choć drogi dalej są mokre. Trasy już mniej ruchliwe, choć przed samym Solcem jeszcze wracamy na DK 10 na obwodnicy Bydgoszczy. Grupowa jazda procentuje, średnią po 300km mam na poziomie 32km/h, myślę, że dobre 4-5km/h więcej niż bym był w stanie zrobić samotnie, ale ma to też wysoką cenę, bo poziom wyprucia rośnie, podobnie jak czas postojów. Na dużym punkcie znowu schodzi się pół godziny, a zjadłem tylko niewielki talerz makaronu, więc średnio z efektywnością tego postoju było. Z Solca wyjeżdżamy tą samą dużą grupą tuż przed zmierzchem, wkrótce odpalamy lampki. Pod Toruniem opuszczamy wreszcie na długo bardzo ruchliwe drogi, ale wkrótce okazuje się, że trasa do Kowala jest słabo zaprojektowana, wiele na niej dziurawych odcinków. Na tym kawałku wyprzedza nas grupa 71-letniego Krzysztofa Łańcuckiego (taką formę mieć w tym wieku - tylko pozazdrościć!), który nadrobił do mnie już godzinę ze startu, ale wkrótce ich mijamy jak łatają gumę. Następują przetasowania grupek, część osób zaczyna słabnąć i już odpuszcza zmiany, w naszej grupce najwięcej pracowała Sylwia Kowalska, która dawała zmiany jak każdy, żadnej taryfy ulgowej dla kobiet nie uznając; jak się okazało później była to zwyciężczyni kategorii Open wśród kobiet ze świetnym czasem 44h 50min.
Niestety słabnąć mocno zaczynam i ja, podobnie jak na Pierścieniu i Podróżniku pary starczyło tak na 350-400km mocnej jazdy, tak więc w rejonie Brześcia Kujawskiego odpuszczam już jazdę w grupie. Na punkcie w Kowalu też za długo zabawiłem, niewiele jedząc, ale zmęczenie swoje robiło; niemniej ruszyłem przed grupką Sylwii i Rafałów, dogonili mnie kilkanaście km dalej. Na odcinku do Łowicza duży kryzys, jakoś nie szła ta jazda, pozycja na lemondce mocno mnie męczyć zaczynała, na tym kawałku spotykam Wojtka Łuszcza, który jak zawsze jest w wyśmienitym humorze, jego optymizm szybko mi się udziela. Na punkcie zjadam makaron, biorę swój przepak, znowu się na to wszystko schodzi z pół h, ale inni siedzą jeszcze dłużej, 500km w nogach jednak swoje robi. Tym razem grupka Sylwii łyka mnie już z dużą łatwością, bo jadę z prędkością w okolicach 23-24km/h, niemniej jeszcze na 500km miałem średnią 30km/h, co jest moim rekordowym wynikiem, ale po tym już szybko poleciała w dół ;). Odcinek na kolejny punkt w Opocznie ciągnął się i ciągnął, robiłem parę przerw po drodze, coraz więcej osób mnie wyprzedzało co działało deprymująco, do tego irytowała pogoda, bo wraz ze świtem znowu się pokiełbasiło i przed Opocznem zaczęło popadywać. Ale to nie zmieniało faktu, że sumarycznie było bardzo przyzwoicie, bo przed Opocznem mija 24h w trasie, przejechałem rekordowe dla mnie 615km, więc szansa na dobry wynik dalej była duża. Na punkcie w Opocznie już grupki Sylwii nie dałem rady dogonić, wyjechali chwilę przede mną; znowu za dużo czasu tu poleciało, ale starałem się jeść wszystko co było.
Kawałek za Opocznem znowu się solidniej rozpadało, mocno przeszkadzała mi jazda na lemondce, więc postanawiam ją cofnąć do tyłu. Gdy ruszam dalej okazuje się, że nie działają przerzutki. Gdy sprawdzam co się stało - okazuje się, że cofając lemondkę przyciąłem kable od elektronicznych przerzutek! No i niestety padły nie tylko manetki na lemondce, których kable przyciąłem, padło wszystko. Naprawiałem to przez dobre 2h sprawdzając wszystkie połączenia - ale guzik to dało, ani drgnęło. Postanawiam więc wycofać się i zawracam w stronę Opoczna, gdzie można złapać szybki pociąg do Warszawy. Jadąc ten kawałek orientuję się, że biegi zablokowały się na przełożeniu 50-25, pozwalającym jechać mniej więcej 21-22km/h. Jako, że nienawidzę się poddawać i rezygnować w ten sposób, postanawiam, że tak to się nie skończy i żebym miał wpychać rower na każdej górce to wyścig ukończę! Pozostawała też kwestia zakładu z Waxmundem o wąsy. Wax dotąd bardzo dobrze jechał, ale zaczynały go coraz mocniej łapać kontuzje i jak się okazało wycofał się w Końskich, a by zakład wygrać musiałem dojechać na metę ;). Jadąc za Końskimi, na pierwszych hopkach widzę, że jakoś się jedzie, daleko do optimum, ale góry siłowo daje radę zaliczać. Przed Skarżyskiem próbuję jeszcze napraw, ale nic z tego nie wychodzi, tracę tylko ze 40min.
W międzyczasie wreszcie wyklarowała się pogoda, robi się słonecznie. Za Skarżyskiem zaczyna się solidna seria górek, jakoś je wciągam, jedzie się z cudacznymi kadencjami rzędu 40, ale daję radę ;). Za Wąchockiem ostra ścianka 10%, tutaj to już bolało, ale jak ją wepchnąłem to postanowiłem spróbować całą trasę przejechać bez żadnego pchania, a że dotąd jeszcze nie zrzucałem z blatu, więc oznaczałoby to cały BBT na tarczy 50. Ale bardziej irytuje mnie brak możliwości dokręcania powyżej 23-24km/h, a jest tutaj dużo łagodnych zjazdów 1-3%, na których lekko dokręcając jedzie się bez problemu powyżej 30km/h, podczas gdy ja pokonywać je mogę jedynie siłą grawitacji. Na takich odcinkach co rusz wyprzedzają mnie ludzie, których mijałem pod górę. W Starachowicach elegancki punkt, dobry dwudaniowy obiad, daje się też powoli odczuć rosnąca senność. Jako, że punkt w Sandomierzu wypadnie w okolicach 20 postanawiam tam się zdrzemnąć ze 2h. Odcinek do Sandomierza mocno męczący, znowu masa bardzo ruchliwych krajówek, trasa w tym rejonie jest bardzo słabo zaplanowana, dałoby się to puścić sporo lepiej bez uszczerbku dla jakości dróg. Przed Sandomierzem trochę hopek, ładne tereny, dużo sadów owocowych, wjazd do miasta ruchliwą krajówką, spotykam tutaj Darka Urbańczyka, razem dojeżdżamy na punkt, obserwując położone na wzgórzu i pięknie podświetlone Stare Miasto w Sandomierzu.
Ale niestety punkt okazuje się mocną wtopą, jako że jest po 20, a punkt leży nad samą Wisłą i mieści się w otwartym namiocie - to jest tu mnóstwo komarów, 30 sekund nie można ustać by się do człowieka nie dobrały. Do tego współorganizator wpadł na pomysł by robić "oprawę medialną" i jakaś mocno nadpobudliwa dziewczyna cały czas nawija bardzo głośno przez mikrofon i to mówiąc zupełnie bez sensu. Jednym słowem szybko doszedłem do wniosku, że nie ma nawet co próbować tu spać, także i zupę odpuściłem ze względu na konieczność czekania wśród tych komarów. Słabo się to ułożyło, bo kolejny punkt był aż za 100km, a deficyt snu już dotkliwy. Dalsza jazda była więc mało efektywna, noc ciągnęła się długo, a senność łapała coraz mocniejsza. Do tego za Niskiem doszedł odcinek fatalną DK19, na której przez dobre 20km nie było pobocza, a jechały całe stada tirów; na tym odcinku wielu zawodników zalegało na przystankach. W Sokołowie Małopolskim, gdy wreszcie opuściłem DK19 zaczęły się z kolei zbierać duże mgły, w których dojechałem na punkt. Tu wreszcie była możliwość przespania się, choć warunki takie sobie bo większość osób spała we dwóch na jednym materacu, ja akurat załapałem się na osobny materac. Najważniejsze, że udało się sensownie pospać prawie 2h, gdy zbierałem się do startu dojechała grupa Czesi, jak się wkrótce okazało trzeciej na mecie wśród pań w Open.
Odcinek za Łańcutem to wreszcie bardzo fajna jazda, zaczyna się pas pogórzy. Do Kańczugi jechałem na wschód, więc ekstra było widać poranne zorze na niebie, razem z licznymi mgłami dodawało to okolicy masę uroku.

Za Kańczugą najostrzejsza górka maratonu, z długą sekcją 10%, ale wciągnąłem ją w korbach mijając parę pchających osób. Zjazd techniczny, wąską i mokrą drogą, więc trzeba było uważać, następnie długi dość płaski odcinek do Birczy na którym wyprzedzili mnie mijani na podjeździe rowerzyści, m.in. Ola i Zdzisiu Piekarscy. Na punkcie w Birczy króciutko zabawiłem i ruszam na kolejny ciężki podjazd. Ale że szedł wersją przez rynek to było łatwiej, bo wersja ulicą Okońskiego jest bardzo bolesna, z nachyleniem pod 16%. Tutaj też dochodziło do 11%, podjazd też męczył długością, bo cały czas musiałem jechać na stojąco, ale dało radę wpompować. U góry piękna nagroda za podjazd - czyli ekstra kawałek do Grąziowej, zupełne pustki, piękna leśna droga a dobrym asfaltem i fajnymi zjazdami wśród szpalerów kwitnących kwiatów.

Później jeszcze mała ścianka w Jureczkowej i dojeżdżam na ostatni punkt w Ustrzykach Dolnych, na którym spotykam poznanego na Wiśle Irka Nowaka z kolegą. Punkt samoobsługowy, do tego nie ma wody, więc pozostaje nabrać kranówkę (co też nie było takie proste, bo bidony nie mieściły się pod kranem) i szybko ruszam dalej. Na obwodnicy bieszczadzkiej już większy ruch, ale kilometrów na metę coraz mniej. Sprawnie wchodzi podjazd pod Żłobek, natomiast większa górka za Czarną już mnie wymęczyła swoją długością, bo mięśnie i kolana od siłowej jazdy mam zarżnięte - ale była to ostatnia większa góra BBT. Kawałek za wierzchołkiem piękna panorama na zielone Bieszczady, dobrze, że chociaż końcówka trasy wypadła w ekstra pogodę.

Po zjeździe do Lutowisk już tylko żmudne odliczanie kilometrów do Ustrzyk Górnych i przed 13 melduje się na mecie z czasem 53h19min, z czego całość na blacie 50T, a wszystkie podjazdy wjechane ;))

Podsumowanie
Wyścig tradycyjnie zdrowo daje w kość, w tym roku mogę go podzielić na dwie fazy - pierwsza to ostrzejsza jazda i ściganie się, natomiast po awarii przerzutek na którą straciłem mnóstwo czasu już odpuściłem i jechałem spokojniejszym tempem. Z dobrego wyniku i poprawienia mojego rekordu niewiele wyszło, ale za to satysfakcja, że pomimo poważnej awarii sprzętu nie poległem - bardzo duża. Atmosfera wyścigu pierwszorzędna, to jest ogromną zaletą tej imprezy, podobnie jak i rozmach trasy - znad Bałtyku po kraniec Bieszczadów.
Sportowo - tak sobie to wypadło, mocno mam mieszane uczucia czy start w Open był dobrym pomysłem. Niby się jedzie parę kilometrów szybciej, ale kosztem większej eksploatacji organizmu, zawsze jest ileś nierównego tempa; nie jestem przekonany, czy na tak długim dystansie w moim przypadku jest to opłacalne. Nie bez powodu w BBT najlepsze wyniki uzyskują soliści, bo w ten sposób jedzie się cały czas swoim tempem, bez nadmiernych skoków, jedzie się na mniejszym obciążeniu, a dzięki temu na punktach można spędzać mniej czasu, bo punkty są mocnym zasysaczem czasu na takiej imprezie. Tak więc dalej nie wiem co lepsze - czy Solo czy Open, ale jeśli kiedyś będę jeszcze jechać tę imprezę, to już raczej Solo.
Organizacyjnie - wyścig na pewno dla ludzi go robiących wymagający, z bardzo zawiłą logistyką i oceniając trzeba sobie zdawać sprawę ze stopnia zawiłości tego przedsięwzięcia. Generalnie organizację oceniam wysoko, podobnie jak i stopień zaangażowania wielu ludzi obsługujących punkty kontrolne. Ale wpadki się zdarzają i nie są dobrym wyjściem z tego próby zamykania ludziom ust w tym zakresie. W tej kwestii mocno mnie zniesmaczyło zachowanie Roberta Janika po wyścigu. Na grupie FB dziewczyna z grupy organizującej punkt w Sandomierzu miała jakieś pretensje, że ludzie narzekali, że są niewdzięczni itd. Więc rzeczowo opisałem, że punkt uważam za źle zorganizowany, bo nie sposób inaczej ocenić punktu, który iluś zawodników spokojnie mieszczących się w limicie zastało zamknięty. Do tego lokalizacja w miejscu z komarami (to dotyczyło wieczornych godzin dojazdu na punkt) i całkowicie niepotrzebna, nachalnie głośna oprawa medialna, nic nie wznosząca, a tylko utrudniająca odpoczynek. Za tę opinię od razu spotkałem się z atakiem organizatora, czysto osobistymi wycieczkami, bez słowa odniesienia się do zarzutów i pytania czy punkt, który zawodnicy zastają zamknięty uważa za dobrą organizację, po czym szybko zostałem przez niego usunięty z grupy.1008 na FB.
Takie zachowanie uważam za bardzo słabe, w żadnym razie nie uważam wyścigu za źle zorganizowany, ale też nie zgodzę się na nazywanie ewidentnych wpadek sukcesami. Wyścig ma swoje minusy i trzeba sobie z nich zdawać sprawę przymierzając się do startu. Największym minusem IMO jest trasa prowadząca setkami km po bardzo ruchliwych drogach, jedzie się po tym mocno nieprzyjemnie i niebezpiecznie. A organizator pytany o tę sprawę cały czas sprowadzą ją do alternatywy - albo dobre i ruchliwe drogi, albo puste i dziurawe. A jest to zupełna nieprawda, w Polsce wyremontowano mnóstwo bocznych dróg i wiele z nich ma świetny asfalt, cały odcinek Starachowice - Łańcut można było puścić po bocznych drogach ze fajnym asfaltem, do tego krajobrazowych. Najlepszym przykładem niech będzie piekny odcinek za Birczą, to ja zgłosiłem tę propozycję, bo oryginalnie było 13km ruchliwą krajówką Przemyśl - Sanok. I podobnie jest w wielu miejscach, są fajne alternatywy dla krajówek, tylko trzeba się dobrze orientować w danym rejonie. Zmiany w tym zakresie blokuje dość betonowe podejście organizatora i niechęć do poważnych modyfikacji w tym zakresie. Na mecie sędzia wyścigu żalił się, że wielu kolarzy nie używało na Pomorzu tylnych lampek w dzień i było słabiej widocznych. Z jednej strony troska o mało znaczące detale w dziedzinie bezpieczeństwa, a z drugiej olewanie nie detali, a podstaw w zakresie bezpieczeństwa i puszczanie ludzi na setki km najruchliwszych dróg w Polsce, z czego większość bez pobocza..
Podobnie betonowe podejście jest w zakresie menu na punktach, dominują produkty niewiele mające wspólnego ze sportową dietą, jakieś bardzo tłuste zupy, postulaty ludzi na diecie wege od lat się olewa, a Robert Janik kwituje je złośliwymi tekstami o tym, że niedługo będzie potrzebna osobna dieta na ramadan. A ludzi na takiej diecie wśród kolarzy szybko przybywa i takimi tekstami się do nich nie dotrze, płacą tyle samo wpisowego co wszyscy, a większość ciepłego jedzenia się dla nich nie nadaje.
Wyścig jest wyścigiem dobrze zorganizowanym, ale ma kilka ewidentnych minusów, nad którymi myślę, że warto popracować by je poprawić.
Zdjęcia
Dane wycieczki:
DST: 1023.20 km AVS: 24.70 km/h
ALT: 5581 m MAX: 62.90 km/h
Temp:18.0 'C