Wpisy archiwalne w kategorii
>500km
Dystans całkowity: | 52168.87 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
Czas w ruchu: | 2046:42 |
Średnia prędkość: | 24.75 km/h |
Maksymalna prędkość: | 79.00 km/h |
Suma podjazdów: | 373913 m |
Suma kalorii: | 235098 kcal |
Liczba aktywności: | 76 |
Średnio na aktywność: | 686.43 km i 27h 17m |
Więcej statystyk |
Białe Noce w Inflantach
...czyli z Warszawy do Tallina w 60h
Pomysłem na ten wyjazd wyjazd było przejechanie przez całą Pribałtykę w okresie białych nocy. Wyjazd wypalił jak mało kiedy - wstrzeliłem się idealną pogodę, upału miałem tylko koło 100km w Polsce, poza tym temperatury perfekcyjne do jazdy, w okolicach 20-25 stopni, podczas gdy w Polsce była w tym okresie gęsta zupa i gwałtowne burze, również i wiatr większość trasy miałem korzystny. Trasa z mocną nutką sportową, blisko 1100km do Tallina pokonałem w 60h, więc można powiedzieć w limicie BBT i MPP, wliczając w to krótki nocleg na Łotwie.
Ale to co "zrobiło" tę trasę to magia wschodów i zachodów słońca, o tej porze roku te barwy są niesamowite, a fazy zarówno brzasku jak i świtu ciągną się długo, więc te magiczne chwile trwają dużo dłużej niż na naszej szerokości geograficznej. Wspaniale się to komponowało to z moim prywatnym filmem drogi na tak długiej trasie, na możliwości obserwowania jak "day destroys the night. night divides the day" - jednym słowem czysta poezja! Tego można doświadczyć tylko jadąc w stylu ultra, bo przy tradycyjnej jeździe z noclegami większość tych magicznych chwil na trasie nas omija.



Zdjęcia z wyjazdu
...czyli z Warszawy do Tallina w 60h
Pomysłem na ten wyjazd wyjazd było przejechanie przez całą Pribałtykę w okresie białych nocy. Wyjazd wypalił jak mało kiedy - wstrzeliłem się idealną pogodę, upału miałem tylko koło 100km w Polsce, poza tym temperatury perfekcyjne do jazdy, w okolicach 20-25 stopni, podczas gdy w Polsce była w tym okresie gęsta zupa i gwałtowne burze, również i wiatr większość trasy miałem korzystny. Trasa z mocną nutką sportową, blisko 1100km do Tallina pokonałem w 60h, więc można powiedzieć w limicie BBT i MPP, wliczając w to krótki nocleg na Łotwie.
Ale to co "zrobiło" tę trasę to magia wschodów i zachodów słońca, o tej porze roku te barwy są niesamowite, a fazy zarówno brzasku jak i świtu ciągną się długo, więc te magiczne chwile trwają dużo dłużej niż na naszej szerokości geograficznej. Wspaniale się to komponowało to z moim prywatnym filmem drogi na tak długiej trasie, na możliwości obserwowania jak "day destroys the night. night divides the day" - jednym słowem czysta poezja! Tego można doświadczyć tylko jadąc w stylu ultra, bo przy tradycyjnej jeździe z noclegami większość tych magicznych chwil na trasie nas omija.



Zdjęcia z wyjazdu
Dane wycieczki:
DST: 1089.14 km AVS: 27.48 km/h
ALT: 3363 m MAX: 58.48 km/h
Temp:21.0 'C
Sobota, 8 czerwca 2024Kategoria >500km, >300km, >200km, >100km, Canyon 2024, Ultramaraton
Maraton Podróznika 2024
Maraton Podróżnika to obowiązkowa pozycja w moim kalendarzu startów, jak dotąd udało mi się zaliczyć wszystkie 10 edycji (na dystansie 500km), więc i na jedenastej nie mogło mnie zabraknąć. W tym roku Podróżnik jedzie po Jurze, więc to świetna okazja do spotkania z Markiem Dembowskim i Zbyszkiem, przed maratonem nocuję u Marka w Ogrodzieńcu (podziękowania dla Uli i Marka za gościnę!), wstajemy wcześnie rano przed 5 i zbierając po drodze Zbyszka autem dojeżdżamy do bazy maratonu w Siedlcu.
Dystans 300km w którym startują chłopaki rusza wcześniej, więc z tego powodu przepisałem się do pierwszej grupy startowej, by nie czekać długo na starcie. Okazało się, że jedzie w niej Ania Kopytowska poznana na zimowym maratonie WOŚP z Tyczyna do Warszawy, razem z Michałem Matlą strzelamy sobie fotkę klubu "Chorych Pojebów" ;))

Pierwsze kilometry po starcie od razu pokazują, że łatwo to dzisiaj nie będzie, tempo jest ostre od samego początku, żeby się utrzymać w grupie trzeba walczyć na każdej górce. Bo jak to na Jurze - trasa jest wybitnie interwałowa, nie ma wielkich podjazdów, ale małe górki, nierzadko całkiem solidnie nachylone są cały czas. Ania tradycyjnie niszczy psychikę facetom na podjazdach, z łatwością nam odjeżdżając na każdej hopce, stopniowo urywając z grupki kolejne osoby, tak że po jakiś 40-50km jedziemy już tylko w czwórkę.

fot. Koło Ultra
Tempo było dla mnie zabójcze, po 350-400W na każdym podjeździe, więc już ledwo się trzymałem na tych górkach, bojąc się by znowu nie naciągnąć mięśnia jak to miało miejsce na RTP. I w takim 4-os składzie dojeżdżamy do Wolbromia (ok.100km), tutaj reszta ekipy decyduje się na pierwszy postój, dla mnie jeszcze było na to za wcześnie, więc już samotnie ruszam dalej. Trochę uspokajam tempo, już tak nie szarżując pod górę, ale dalej staram się jechać dość mocno, póki są siły. Dojeżdżam w ten sposób do Krzeszowic na ok. 160km, tutaj zgodnie z planem staję na pierwszy postój i tankowanie, bo jako że zrobiło się ciepło woda zaczyna szybko schodzić.
Od Krzeszowic zaczyna się najtrudniejszy fragment Podróżnika, aż do Miechowa są to niekończące się podjazdy, płaskiego prawie nie ma, tylko co chwilę 100m w górę i w dół. W rejonie dolinek podkrakowskich na trasie jako kibica spotykam Jędruchę z dzieciakami, bardzo miłe spotkanie! Maraton prowadzi między innymi przez Ojcowski Park Narodowy, wczesnym sobotnim popołudniem jest tu mnóstwo turystów, ale droga dość szeroka, więc nie stanowiło to problemu. Starałem się dociągnąć na postój na 290km do Książa Wielkiego, ale już pod Miechowem skończyła mi się woda, więc robię tam szybki postój na tankowanie, a 20km później w Książu (po drodze nieoczekiwane parę kilometrów szutru, ale po RTP to weszło bez mrugnięcia okiem ;)) staję na właściwy postój pod Żabką, Źle to rozegrałem, nie sprawdziłem dobrze lokalizacji, bo okazało się że do Żabki trzeba było zjechać ze 300m z trasy, no ale już trudno.

fot. Koło Ultra
Za Książem wreszcie kończą się górki, moja strategia jazdy z małą ilością postojów zdecydowanie zaprocentowała, przeglądając na postoju monitoring okazało się, że jadę w okolicy 7 miejsca, co oczywiście zwiększyło moją motywację by dalej pocisnąć. Na płaskich odcinkach jechało mi się przyzwoicie, zmierzch łapie mnie w okolicach Pińczowa, na tym fragmencie trasy kilka razy mijamy się z Tomkiem Górniakiem i Kamilem Partyką, którzy gdzieś tak od okolic Chęcin zaczęli jechać wspólnie, trzymając trochę większe tempo od mojego. Przed Włoszczową tracę jeszcze głupio z 5min wymieniając baterię w lampce, zapomniałem przygotować zapasowe ogniwo, musiałem szukać tego po ciemku w bagażu, a chłopaki w tym czasie odjechały, a te migające z przodu lampki to jest zawsze świetny motywator do jazdy. Więc już trochę odpuściłem, ale gdy za Włoszczową sprawdziłem monitoring okazało się, ze chłopaki stanęli tam na stacji, a do tego, co już było dla mnie sporym zaskoczeniem mocno zbliżyłem się do zajmującego trzecią pozycję Jarosława Piekarza. Więc choć już byłem wypruty naprawdę solidnie - postanawiam spróbować powalczyć o pudło, bo o takim wyniku przed startem nawet nie marzyłem.
Tak więc końcówka na metę to już jazda na bardzo dużym zmęczeniu, Jarka Piekarza w końcu udało mi się dogonić kawałek za Koniecpolem, akurat wtedy gdy dorwała nas zapowiadana burza, od dobrych dwóch godzin błyskało cały czas na niebie, aż w końcu lunęło. Była to totalna ściana deszczu, jadąc ciemną nocą na zupełnie odkrytym terenie miało to swoisty urok, na szczęście nie aż tak długo to potrwało, ze 20-30min może, tak więc nawet nie zakładałem kapoty przeciwdeszczowej, bo było w miarę ciepło. By zająć trzecie miejsce Jarka Piekarza nie wystarczyło wyprzedzić, musiałem jeszcze nadrobić 5min ze startu - co na szczęście się udało, ale na metę wjechałem już na bardzo miękkich nogach ;))

Ale było warto, satysfakcja z zajęcia trzeciego miejsca bardzo duża, zupełnie nie spodziewałem się takiego wyniku, tym bardziej, że 400km jechałem samotnie. Do tego trasy typu interwałowego nigdy nie były moją specjalnością, ale najwyraźniej zaprocentował przejechany niecałe dwa tygodnie wcześniej RTP, a przede wszystkim wytrzymałość. Bo kluczem do dobrego wyniku był mój czas postojów, zaledwie 51min, tak mało na samowystarczalnym maratonie 500km to jeszcze nigdy mi się nie udało osiągnąć. Trasa mi się podobała - zaprojektowana przez Żubra z dużym znawstwem terenu, było mnóstwo ciekawych jurajskich ścianek, też dobrym rozwiązaniem było wstawienie na noc znacznie bardziej płaskiego odcinka, w zdecydowanej większości z dobrymi asfaltami.
Zdjęcia z maratonu
Maraton Podróżnika to obowiązkowa pozycja w moim kalendarzu startów, jak dotąd udało mi się zaliczyć wszystkie 10 edycji (na dystansie 500km), więc i na jedenastej nie mogło mnie zabraknąć. W tym roku Podróżnik jedzie po Jurze, więc to świetna okazja do spotkania z Markiem Dembowskim i Zbyszkiem, przed maratonem nocuję u Marka w Ogrodzieńcu (podziękowania dla Uli i Marka za gościnę!), wstajemy wcześnie rano przed 5 i zbierając po drodze Zbyszka autem dojeżdżamy do bazy maratonu w Siedlcu.
Dystans 300km w którym startują chłopaki rusza wcześniej, więc z tego powodu przepisałem się do pierwszej grupy startowej, by nie czekać długo na starcie. Okazało się, że jedzie w niej Ania Kopytowska poznana na zimowym maratonie WOŚP z Tyczyna do Warszawy, razem z Michałem Matlą strzelamy sobie fotkę klubu "Chorych Pojebów" ;))

Pierwsze kilometry po starcie od razu pokazują, że łatwo to dzisiaj nie będzie, tempo jest ostre od samego początku, żeby się utrzymać w grupie trzeba walczyć na każdej górce. Bo jak to na Jurze - trasa jest wybitnie interwałowa, nie ma wielkich podjazdów, ale małe górki, nierzadko całkiem solidnie nachylone są cały czas. Ania tradycyjnie niszczy psychikę facetom na podjazdach, z łatwością nam odjeżdżając na każdej hopce, stopniowo urywając z grupki kolejne osoby, tak że po jakiś 40-50km jedziemy już tylko w czwórkę.

fot. Koło Ultra
Tempo było dla mnie zabójcze, po 350-400W na każdym podjeździe, więc już ledwo się trzymałem na tych górkach, bojąc się by znowu nie naciągnąć mięśnia jak to miało miejsce na RTP. I w takim 4-os składzie dojeżdżamy do Wolbromia (ok.100km), tutaj reszta ekipy decyduje się na pierwszy postój, dla mnie jeszcze było na to za wcześnie, więc już samotnie ruszam dalej. Trochę uspokajam tempo, już tak nie szarżując pod górę, ale dalej staram się jechać dość mocno, póki są siły. Dojeżdżam w ten sposób do Krzeszowic na ok. 160km, tutaj zgodnie z planem staję na pierwszy postój i tankowanie, bo jako że zrobiło się ciepło woda zaczyna szybko schodzić.
Od Krzeszowic zaczyna się najtrudniejszy fragment Podróżnika, aż do Miechowa są to niekończące się podjazdy, płaskiego prawie nie ma, tylko co chwilę 100m w górę i w dół. W rejonie dolinek podkrakowskich na trasie jako kibica spotykam Jędruchę z dzieciakami, bardzo miłe spotkanie! Maraton prowadzi między innymi przez Ojcowski Park Narodowy, wczesnym sobotnim popołudniem jest tu mnóstwo turystów, ale droga dość szeroka, więc nie stanowiło to problemu. Starałem się dociągnąć na postój na 290km do Książa Wielkiego, ale już pod Miechowem skończyła mi się woda, więc robię tam szybki postój na tankowanie, a 20km później w Książu (po drodze nieoczekiwane parę kilometrów szutru, ale po RTP to weszło bez mrugnięcia okiem ;)) staję na właściwy postój pod Żabką, Źle to rozegrałem, nie sprawdziłem dobrze lokalizacji, bo okazało się że do Żabki trzeba było zjechać ze 300m z trasy, no ale już trudno.

fot. Koło Ultra
Za Książem wreszcie kończą się górki, moja strategia jazdy z małą ilością postojów zdecydowanie zaprocentowała, przeglądając na postoju monitoring okazało się, że jadę w okolicy 7 miejsca, co oczywiście zwiększyło moją motywację by dalej pocisnąć. Na płaskich odcinkach jechało mi się przyzwoicie, zmierzch łapie mnie w okolicach Pińczowa, na tym fragmencie trasy kilka razy mijamy się z Tomkiem Górniakiem i Kamilem Partyką, którzy gdzieś tak od okolic Chęcin zaczęli jechać wspólnie, trzymając trochę większe tempo od mojego. Przed Włoszczową tracę jeszcze głupio z 5min wymieniając baterię w lampce, zapomniałem przygotować zapasowe ogniwo, musiałem szukać tego po ciemku w bagażu, a chłopaki w tym czasie odjechały, a te migające z przodu lampki to jest zawsze świetny motywator do jazdy. Więc już trochę odpuściłem, ale gdy za Włoszczową sprawdziłem monitoring okazało się, ze chłopaki stanęli tam na stacji, a do tego, co już było dla mnie sporym zaskoczeniem mocno zbliżyłem się do zajmującego trzecią pozycję Jarosława Piekarza. Więc choć już byłem wypruty naprawdę solidnie - postanawiam spróbować powalczyć o pudło, bo o takim wyniku przed startem nawet nie marzyłem.
Tak więc końcówka na metę to już jazda na bardzo dużym zmęczeniu, Jarka Piekarza w końcu udało mi się dogonić kawałek za Koniecpolem, akurat wtedy gdy dorwała nas zapowiadana burza, od dobrych dwóch godzin błyskało cały czas na niebie, aż w końcu lunęło. Była to totalna ściana deszczu, jadąc ciemną nocą na zupełnie odkrytym terenie miało to swoisty urok, na szczęście nie aż tak długo to potrwało, ze 20-30min może, tak więc nawet nie zakładałem kapoty przeciwdeszczowej, bo było w miarę ciepło. By zająć trzecie miejsce Jarka Piekarza nie wystarczyło wyprzedzić, musiałem jeszcze nadrobić 5min ze startu - co na szczęście się udało, ale na metę wjechałem już na bardzo miękkich nogach ;))

Ale było warto, satysfakcja z zajęcia trzeciego miejsca bardzo duża, zupełnie nie spodziewałem się takiego wyniku, tym bardziej, że 400km jechałem samotnie. Do tego trasy typu interwałowego nigdy nie były moją specjalnością, ale najwyraźniej zaprocentował przejechany niecałe dwa tygodnie wcześniej RTP, a przede wszystkim wytrzymałość. Bo kluczem do dobrego wyniku był mój czas postojów, zaledwie 51min, tak mało na samowystarczalnym maratonie 500km to jeszcze nigdy mi się nie udało osiągnąć. Trasa mi się podobała - zaprojektowana przez Żubra z dużym znawstwem terenu, było mnóstwo ciekawych jurajskich ścianek, też dobrym rozwiązaniem było wstawienie na noc znacznie bardziej płaskiego odcinka, w zdecydowanej większości z dobrymi asfaltami.
Zdjęcia z maratonu
Dane wycieczki:
DST: 526.79 km AVS: 26.99 km/h
ALT: 5431 m MAX: 68.40 km/h
Temp:19.0 'C
Poniedziałek, 27 maja 2024Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Ultramaraton
RTP - część druga
Relacja
Relacja
Dane wycieczki:
DST: 631.63 km AVS: 19.11 km/h
ALT: 9110 m MAX: 68.18 km/h
Temp:15.0 'C
Sobota, 25 maja 2024Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2024, Ultramaraton
RTP - część pierwsza
Relacja
Relacja
Dane wycieczki:
DST: 826.04 km AVS: 22.66 km/h
ALT: 9935 m MAX: 69.67 km/h
Temp:16.0 'C
Majówka - dzień 9


Jako, że na majówkę trafiły się bardzo sensowne warunki pogodowe postanowiłem ten okres wykorzystać na intensywną wyprawę w Alpy. Głównym celem był Hochtor i prowadząca nań Grossglockner Hochalpenstrasse, zwyczajowo otwierana właśnie na początku maja. Moim marzeniem było wstrzelić się w dobrą pogodę właśnie na tej trasie, tak by zobaczyć tę przepiękną drogę w stricte zimowej szacie, z wielkimi zwałami śniegu, jadąc szosą wyrąbaną pługami w 5-metrowych ścianach śniegu. I ten punkt udało się zrealizować w 100%, niemal całość trasy na Hochtor wjeżdżałem w pięknym słońcu, dopiero w samej końcówce pogoda zaczęła się psuć; te widoki zostaną mi w pamięci bardzo długo, podobnie jak i forsowanie jeszcze nieodśnieżonej Solkpass.
Cenę za te świetne warunki trzeba było zapłacić, jeszcze tego samego dnia w Dolomitach przyszło duże załamanie - ulewny deszcz i 2-3 stopnie. Nocleg na 1600m nie należał do przyjemności, podobnie jak i kolejnego dnia ruszanie na zjazd do Cortiny w kompletnie mokrych ciuchach. Załamanie było takie, że na Falzarego wjeżdżałem już w regularnej śnieżycy. Ale deszcz i śnieg też dla ludzi - z pewnością było warto. Jeden dzień fatalnej pogody na dziesięć dni jazdy to jak na Alpy w maju doskonały wynik, więc nie było żadnych powodów by narzekać na pogodę na wyprawie, grunt, że miałem słońce na Hochtorze!
Od strony sprzętowej - pierwszy raz miałem okazję jechać w Alpach na rowerze z hydraulicznymi hamulcami tarczowymi i to jest jednak game changer. Rower z dobrze wyważonym bagażem szedł na zjazdach jak zły, zjeżdżało się zauważalnie lepiej niż na pustym rowerze, 60km/h to wchodziło na niemal każdym zjeździe w Alpach, a dzięki mocnym i pewnym hamulcom z dobrą modulacją nawet w śniegu i deszczu w Dolomitach miałem pełną kontrolę nad rowerem.
Drugim założeniem wyjazdu był dobry trening przed Race Through Poland, sumarycznie wyszła z tego najbardziej intensywna wyprawa jaką kiedykolwiek zrobiłem, ze średnią na dzień koło 220km; w 10 dni przejechałem ponad 2200km i 26tys w pionie. Do tego zawsze chciałem sprawdzić, czy dałbym radę zrobić ultramaraton na koniec trudnej wyprawy - no i sprawdziłem . 550km z pełnym bagażem na jeden strzał spod Monachium do Polski mocno dało w kość, Czechy z ich niekończącymi się podjazdami potrafią zniszczyć, tu zjazd kończy się podjazdem, a podjazd zjazdem Ale cyferki czy treningi - to tylko mało istotne dodatki, kwintesencją takiej wyprawy jest aforyzm "Droga jest Celem", taki wyjazd to przede wszystkim prywatny film drogi, a przy doskonałej pogodzie na jaką trafiłem i fenomenalnych widokach w zaśnieżonych górach jazda była czystą przyjemnością.
Duża galeria zdjęć i filmów z wyprawy:
https://photos.app.goo.gl/w7unPKunoUATw4nc9
Dwa krótkie filmiki z IG:
https://www.instagram.com/p/C6thEphI7qG/
https://www.instagram.com/p/C6wK6_BIWxP/
Cenę za te świetne warunki trzeba było zapłacić, jeszcze tego samego dnia w Dolomitach przyszło duże załamanie - ulewny deszcz i 2-3 stopnie. Nocleg na 1600m nie należał do przyjemności, podobnie jak i kolejnego dnia ruszanie na zjazd do Cortiny w kompletnie mokrych ciuchach. Załamanie było takie, że na Falzarego wjeżdżałem już w regularnej śnieżycy. Ale deszcz i śnieg też dla ludzi - z pewnością było warto. Jeden dzień fatalnej pogody na dziesięć dni jazdy to jak na Alpy w maju doskonały wynik, więc nie było żadnych powodów by narzekać na pogodę na wyprawie, grunt, że miałem słońce na Hochtorze!
Od strony sprzętowej - pierwszy raz miałem okazję jechać w Alpach na rowerze z hydraulicznymi hamulcami tarczowymi i to jest jednak game changer. Rower z dobrze wyważonym bagażem szedł na zjazdach jak zły, zjeżdżało się zauważalnie lepiej niż na pustym rowerze, 60km/h to wchodziło na niemal każdym zjeździe w Alpach, a dzięki mocnym i pewnym hamulcom z dobrą modulacją nawet w śniegu i deszczu w Dolomitach miałem pełną kontrolę nad rowerem.
Drugim założeniem wyjazdu był dobry trening przed Race Through Poland, sumarycznie wyszła z tego najbardziej intensywna wyprawa jaką kiedykolwiek zrobiłem, ze średnią na dzień koło 220km; w 10 dni przejechałem ponad 2200km i 26tys w pionie. Do tego zawsze chciałem sprawdzić, czy dałbym radę zrobić ultramaraton na koniec trudnej wyprawy - no i sprawdziłem . 550km z pełnym bagażem na jeden strzał spod Monachium do Polski mocno dało w kość, Czechy z ich niekończącymi się podjazdami potrafią zniszczyć, tu zjazd kończy się podjazdem, a podjazd zjazdem Ale cyferki czy treningi - to tylko mało istotne dodatki, kwintesencją takiej wyprawy jest aforyzm "Droga jest Celem", taki wyjazd to przede wszystkim prywatny film drogi, a przy doskonałej pogodzie na jaką trafiłem i fenomenalnych widokach w zaśnieżonych górach jazda była czystą przyjemnością.
Duża galeria zdjęć i filmów z wyprawy:
Dwa krótkie filmiki z IG:
https://www.instagram.com/p/C6thEphI7qG/
https://www.instagram.com/p/C6wK6_BIWxP/


Dane wycieczki:
DST: 556.01 km AVS: 22.48 km/h
ALT: 6587 m MAX: 65.95 km/h
Temp:13.0 'C
Pogórza, czyli lato w marcu
Zawsze wiosną nadchodzi taki moment, gdy można się odkuć za te setki kilometrów dziadowskiej pogody, za te miesiące bez słońca, za długie noce - i tak można zakwalifikować ten wyjazd ;)). Celem wyjazdu był Radom, ale postanowiliśmy do owego celu trochę kilometrów dokręcić, żeby sprostać mottu umieszczonemu na koszulce Marty ;)

W południe ruszamy z Martą i Rafałem z Warszawy, pierwszy odcinek to jazda serwisówkami wzdłuż szosy lubelskiej. Za Kurowem łapie nas zmierzch, tam odbijamy w kierunku Wisły - na Józefów, Annopol i Sandomierz.

Większy popas robimy w Tarnobrzegu w Macu (czynnym o dziwo do 2 w nocy). Noc piękna do jazdy, koło 10 stopni i świeci piękny księżyc

Świt łapie nas na Pogórzu Strzyżowskim, a na Pogórze Ciężkowickie wjeżdżamy ostrą ścianą za Brzostkiem, po przekroczeniu Wisłoki, która owe pogórza rozdziela. Trasa jak to na pogórzach - bardzo wymagająca, płaskich odcinków niewiele, a większość podjazdów ma sekcje po 10% i więcej. Pogodę mamy doskonałą - ze 2h po świcie jest już na tyle ciepło, że można jechać na krótko, pierwszy raz w tym roku, bo temperatura koło południa osiąga już poziom 25 stopni, więc można powiedzieć ideał na rower.


Za Ciężkowicami zaliczamy jeszcze jedną ostrą ścianę - i bierzemy kierunek na północ. Wiatr mocno pcha nas do przodu, na trasie wzdłuż Dunajca chwilami przekraczamy nawet 40km/h na prostej, odbijając sobie z nawiązką piątkową jazdę pod wiatr. W Nowym Korczynie długi popas w miejscowej pizzeri i ruszamy na końcowe 140km do Radomia, z czego prawie całość wypadła już nocą. Ale nocka niemal letnia, dominowały temperatury koło 15'C, więc pomimo dużego już zmęczenia jechało się bardzo przyzwoicie.
Zdjęcia z trasy
Krótki filmik z IG
Zawsze wiosną nadchodzi taki moment, gdy można się odkuć za te setki kilometrów dziadowskiej pogody, za te miesiące bez słońca, za długie noce - i tak można zakwalifikować ten wyjazd ;)). Celem wyjazdu był Radom, ale postanowiliśmy do owego celu trochę kilometrów dokręcić, żeby sprostać mottu umieszczonemu na koszulce Marty ;)

W południe ruszamy z Martą i Rafałem z Warszawy, pierwszy odcinek to jazda serwisówkami wzdłuż szosy lubelskiej. Za Kurowem łapie nas zmierzch, tam odbijamy w kierunku Wisły - na Józefów, Annopol i Sandomierz.

Większy popas robimy w Tarnobrzegu w Macu (czynnym o dziwo do 2 w nocy). Noc piękna do jazdy, koło 10 stopni i świeci piękny księżyc

Świt łapie nas na Pogórzu Strzyżowskim, a na Pogórze Ciężkowickie wjeżdżamy ostrą ścianą za Brzostkiem, po przekroczeniu Wisłoki, która owe pogórza rozdziela. Trasa jak to na pogórzach - bardzo wymagająca, płaskich odcinków niewiele, a większość podjazdów ma sekcje po 10% i więcej. Pogodę mamy doskonałą - ze 2h po świcie jest już na tyle ciepło, że można jechać na krótko, pierwszy raz w tym roku, bo temperatura koło południa osiąga już poziom 25 stopni, więc można powiedzieć ideał na rower.


Za Ciężkowicami zaliczamy jeszcze jedną ostrą ścianę - i bierzemy kierunek na północ. Wiatr mocno pcha nas do przodu, na trasie wzdłuż Dunajca chwilami przekraczamy nawet 40km/h na prostej, odbijając sobie z nawiązką piątkową jazdę pod wiatr. W Nowym Korczynie długi popas w miejscowej pizzeri i ruszamy na końcowe 140km do Radomia, z czego prawie całość wypadła już nocą. Ale nocka niemal letnia, dominowały temperatury koło 15'C, więc pomimo dużego już zmęczenia jechało się bardzo przyzwoicie.
Zdjęcia z trasy
Krótki filmik z IG
Dane wycieczki:
DST: 656.26 km AVS: 25.16 km/h
ALT: 4907 m MAX: 74.12 km/h
Temp:14.0 'C
Sobota, 16 grudnia 2023Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon Disc 2023
Wilno
Grudzień to miesiąc z najdłuższymi nocami w roku i ... najlepszy czas na tradycyjną trasę do Wilna :)). Ponad 16-godzinna noc na rowerze to kawał wyzwania, szczególnie dla psychiki.

Dlatego dużo lepiej jechać w towarzystwie, a Marty to na takie soczyste trasy nie trzeba długo namawiać ;).Ruszamy z Warszawy dość późno, koło 15, tuż przed zachodem słońca. Pierwszy odcinek tradycyjnie mocno nieprzyjemny, czyli przebijanie się przez warszawską aglomerację, dopiero po ok. 40km robi się spokój na drogach. Wiatr elegancki, ale pojawiają się opady deszczu ze śniegiem, co jazdy nie ułatwia, szybko można zapomnieć o suchych stopach. Pierwszy popas robimy w Węgrowie, na kolejny do Wysokiego Mazowieckiego mamy sporo bocznych dróg, trochę się obawialiśmy o ich stan, bo temperatura oscyluje między -1'C a 0'C, ale nie ma z tym problemów. Jest co prawda mokro, ale co najważniejsze nie ma zalodzeń i ślisko na tyle co wynika z mokrej drogi. Nocną jazdę urozmaicają iluminacje świąteczne w co większych miasteczkach

Za Wysokiem Mazowieckiem czeka nas bardzo długi, aż 150km przerzut do Augustowa, bez żadnej infrastruktury. Tradycyjnie ciągnie się ten odcinek bardzo długo, drogi cały czas mokre; a odpoczynki "polowe" wymagają sporego zahartowania ;)

W Korycinie zastanawialiśmy czy jechać długim objazdem DK8 przez Janów, czy też jednak wybrać jazdę główną szosą. Postawiliśmy w końcu na objazd - i była to bardzo dobra decyzja, bo na tym fragmencie DK8, którego w drodze do Augustowa już się nie da objechać okazało się, ze ruch tirów w związku z pandemią oraz wojną na Ukrainie wcale się nie zmniejszył, to dalej jest jedna z najbardziej hardkorowych dróg w Polsce. Marta tak cisnęła na tym kawałku, że aż udało się jej zdobyć QOM-a ;). Gdy wjeżdżamy do Augustowa zaczyna już świtać, robimy tutaj długi, ponad godzinny popas, ruszając z Orlenu już za dnia. Odcinek do granicy niebrzydki, przez ośnieżone lasy Puszczy Augustowskiej, niestety (podobnie jak temu, gdy jechaliśmy do Wilna z Tadkiem) pogoda się zepsuła i zaczęło padać. Nie był to jakiś wielki deszcz, padało albo lekko, albo w formie mżawki, ale trzymało to już praktycznie do końca trasy.
Na Litwie trasa robi się bardziej pagórkowata, a wraz z dystansem pokonywanym na wschód pojawia się coraz więcej śniegu, tutaj taki lokalny Radio Tower (czyli znany podjazd na Zwifcie, jak to żartowała Marta)

Kolejny popas robimy po 410km w Olicie, kawałek po przekroczeniu Niemna wjeżdżamy w drugą noc na trasie. Zmęczenie robi się już coraz większe, sama trasa do Wilna jakaś specjalnie trudna nie jest, ale 500km o tej porze roku to jest już bardzo dużo, a my jedziemy praktycznie całą trasę po mokrych szosach, z połowę w deszczu, a temperatura maksymalna nie przekracza 2'C. Tak wiec do Troków docieramy już zdrowo ujechani, zrobiliśmy rundkę po pięknie podświetlonym mieście i dojechaliśmy nad zamek na jeziorze Galwe.

Natomiast z rundki nad jeziorem i przejazdu po mostkach musieliśmy już zrezygnować, bo wszystko było strasznie oblodzone, więc wybraliśmy powrót do głównej drogi z niej wjazd na boczną trasę do Wilna i po ok. 20km docieramy do naszego celu!

Przed samym Wilnem zaczęło już solidnie lać, więc do centrum dojeżdżamy zdrowo przemarznięci i zmęczeni oraz bardzo szczęśliwi, że to już koniec tych męczarni. Niestety czasu było już za mało na rundkę po centrum, do tego lało cały czas, więc zwiedzanie nam się zupełnie nie uśmiechało, woleliśmy posiedzieć w ciepłym Macu :)).
Trasa bardzo wymagająca, do Wilna jechałem już nieraz (także i w grudniu), ale w tym roku trafiły się najtrudniejsze warunki z wszystkich tych moich wileńskich tras. Dlatego wielkie podziękowania dla Marty za wspólną jazdę, bo każda inna dziewczyna to by mnie zabiła za jeżdżenie 500km na mokro i po ciemku przy 0'C, a Marta nawet słowem nie narzekała :)). A jakie mieliśmy warunki na trasie najlepiej pokazuje stan moich przednich klocków hamulcowych po tej trasie, zdarte do blachy. Drugi komplet też do wymiany, ale nie ma co narzekać - tam gdzie drwa rąbią tam wióry lecą! :))

Filmik z IG Marty
Zdjęcia z trasy
Grudzień to miesiąc z najdłuższymi nocami w roku i ... najlepszy czas na tradycyjną trasę do Wilna :)). Ponad 16-godzinna noc na rowerze to kawał wyzwania, szczególnie dla psychiki.

Dlatego dużo lepiej jechać w towarzystwie, a Marty to na takie soczyste trasy nie trzeba długo namawiać ;).Ruszamy z Warszawy dość późno, koło 15, tuż przed zachodem słońca. Pierwszy odcinek tradycyjnie mocno nieprzyjemny, czyli przebijanie się przez warszawską aglomerację, dopiero po ok. 40km robi się spokój na drogach. Wiatr elegancki, ale pojawiają się opady deszczu ze śniegiem, co jazdy nie ułatwia, szybko można zapomnieć o suchych stopach. Pierwszy popas robimy w Węgrowie, na kolejny do Wysokiego Mazowieckiego mamy sporo bocznych dróg, trochę się obawialiśmy o ich stan, bo temperatura oscyluje między -1'C a 0'C, ale nie ma z tym problemów. Jest co prawda mokro, ale co najważniejsze nie ma zalodzeń i ślisko na tyle co wynika z mokrej drogi. Nocną jazdę urozmaicają iluminacje świąteczne w co większych miasteczkach

Za Wysokiem Mazowieckiem czeka nas bardzo długi, aż 150km przerzut do Augustowa, bez żadnej infrastruktury. Tradycyjnie ciągnie się ten odcinek bardzo długo, drogi cały czas mokre; a odpoczynki "polowe" wymagają sporego zahartowania ;)

W Korycinie zastanawialiśmy czy jechać długim objazdem DK8 przez Janów, czy też jednak wybrać jazdę główną szosą. Postawiliśmy w końcu na objazd - i była to bardzo dobra decyzja, bo na tym fragmencie DK8, którego w drodze do Augustowa już się nie da objechać okazało się, ze ruch tirów w związku z pandemią oraz wojną na Ukrainie wcale się nie zmniejszył, to dalej jest jedna z najbardziej hardkorowych dróg w Polsce. Marta tak cisnęła na tym kawałku, że aż udało się jej zdobyć QOM-a ;). Gdy wjeżdżamy do Augustowa zaczyna już świtać, robimy tutaj długi, ponad godzinny popas, ruszając z Orlenu już za dnia. Odcinek do granicy niebrzydki, przez ośnieżone lasy Puszczy Augustowskiej, niestety (podobnie jak temu, gdy jechaliśmy do Wilna z Tadkiem) pogoda się zepsuła i zaczęło padać. Nie był to jakiś wielki deszcz, padało albo lekko, albo w formie mżawki, ale trzymało to już praktycznie do końca trasy.
Na Litwie trasa robi się bardziej pagórkowata, a wraz z dystansem pokonywanym na wschód pojawia się coraz więcej śniegu, tutaj taki lokalny Radio Tower (czyli znany podjazd na Zwifcie, jak to żartowała Marta)

Kolejny popas robimy po 410km w Olicie, kawałek po przekroczeniu Niemna wjeżdżamy w drugą noc na trasie. Zmęczenie robi się już coraz większe, sama trasa do Wilna jakaś specjalnie trudna nie jest, ale 500km o tej porze roku to jest już bardzo dużo, a my jedziemy praktycznie całą trasę po mokrych szosach, z połowę w deszczu, a temperatura maksymalna nie przekracza 2'C. Tak wiec do Troków docieramy już zdrowo ujechani, zrobiliśmy rundkę po pięknie podświetlonym mieście i dojechaliśmy nad zamek na jeziorze Galwe.

Natomiast z rundki nad jeziorem i przejazdu po mostkach musieliśmy już zrezygnować, bo wszystko było strasznie oblodzone, więc wybraliśmy powrót do głównej drogi z niej wjazd na boczną trasę do Wilna i po ok. 20km docieramy do naszego celu!

Przed samym Wilnem zaczęło już solidnie lać, więc do centrum dojeżdżamy zdrowo przemarznięci i zmęczeni oraz bardzo szczęśliwi, że to już koniec tych męczarni. Niestety czasu było już za mało na rundkę po centrum, do tego lało cały czas, więc zwiedzanie nam się zupełnie nie uśmiechało, woleliśmy posiedzieć w ciepłym Macu :)).
Trasa bardzo wymagająca, do Wilna jechałem już nieraz (także i w grudniu), ale w tym roku trafiły się najtrudniejsze warunki z wszystkich tych moich wileńskich tras. Dlatego wielkie podziękowania dla Marty za wspólną jazdę, bo każda inna dziewczyna to by mnie zabiła za jeżdżenie 500km na mokro i po ciemku przy 0'C, a Marta nawet słowem nie narzekała :)). A jakie mieliśmy warunki na trasie najlepiej pokazuje stan moich przednich klocków hamulcowych po tej trasie, zdarte do blachy. Drugi komplet też do wymiany, ale nie ma co narzekać - tam gdzie drwa rąbią tam wióry lecą! :))

Filmik z IG Marty
Zdjęcia z trasy
Dane wycieczki:
DST: 521.40 km AVS: 26.49 km/h
ALT: 2575 m MAX: 48.20 km/h
Temp:0.0 'C
Zimna Litwa
Ostatni weekend października to jedyny okres, gdy można pojeździć 25h na dobę - więc nie mogliśmy tej szansy zmarnować :)). A że przechodzimy na czas zimowy to jak mawiał klasyk z Misia "jak jest zima to musi być zimno" - ruszamy razem z Martą i Rafałem w najzimniejszy rejon w sensowym zasięgu, czyli na Litwę. Startujemy o 11 z Działdowa, od razu widać, że ciepło to dzisiaj nie będzie, są ledwie 3-4 stopnie. Oglądamy zamek krzyżacki w Nidzicy, następnie kierujemy się na Biskupiec, trasa prowadzi głównie lasami, więc można podziwiać piękne barwy jesieni.

Do Biskupca na Orlen docieramy już przemarznięci, więc wszyscy przebieramy się tu w grubsze ciuchy. Sanktuarium maryjne w Świętej Lipce oglądamy jeszcze za światła dziennego, do Kętrzyna i pobliskiego Wilczego Szańca docieramy już nocą.
Odcinek do Gołdapi mija całkiem sprawnie, tutaj robimy długi, ponad godzinny popas na wygodnym "kanapowym" Orlenie, stacje 24h znacznie podnoszą komfort zimowej jazdy. Za Gołdapią zaczyna się długi odcinek całkowitej "ciemnej dupy" - na 100km do Kalwarii na Litwie nie było żadnego oświetlenia w mijanych miasteczkach, a minęło nas na tym kawałku może z 5 samochodów. Na odcinku do Wiżajn wyremontowano drogę i odcinków z gorszym asfaltem zostało już bardzo niewiele. Udało nam się też zobaczyć Trójstyk granic Polski, Rosji i Litwy, spotkaliśmy tutaj co prawda patrol Straży Granicznej (a dochodziła północ) - ale nie robili żadnych problemów z podjechaniem kawałka pod sam słupek rozdzielający trzy granice. Okazało się, że słupek jako obiekt o szczególnie strategicznym znaczeniu jest szczelnie ogrodzony drutem kolczastym, czysto pokazowa komedia, bo skuteczność takiego rozwiązania w zatrzymywaniu imigrantów jest żadna, tym bardziej, że na długiej granicy z Rosją jest wiele dogodniejszych miejsc do przekroczenia granicy.

Kawałek dalej wjeżdżamy na Litwę, wychodzi księżyc i chwilami widoki są magiczne.

Ale zejście chmur z nieba oznaczało spadek temperatury, lekki mróz trzymał od Gołdapi, teraz spada tak na poziom -3'C, więc odliczamy już kilometry do stacji w Łoździejach, bo nocne 130km na mrozie to już daje zdrowo w kość. W Łoździejach na szczęście trafiamy na stację Circle K na dużym wypasie, gdzie można się wygodnie zregenerować, Marcie udało się nawet trochę pospać, my z Rafałem niestety nie posiedliśmy magicznej sztuki zasypiania w każdej pozycji w dowolnym miejscu ;))

Krótki kawałek za Łoździejami zaczyna świtać i jest bardzo zimno, aż do Druskiennik trzyma mróz na poziomie -3-4'C, ale widoki o świcie rekompensują to w całości.

Trochę przerobiliśmy pierwotną trasę do Druskiennik licząc, że oszczędzimy ok. 20km (nie przeliczając tego dokładnie), ale skrót okazał się sporo krótszy i już musieliśmy zacząć mocno pilnować czasu, by wyrobić się na pociąg w Augustowie; dlatego Druskienniki oglądamy tylko bardzo pobieżnie z rowerowego siodełka. Za Wiejsiejami zaczął się odcinek szutrowy z których słynie Litwa - i to jeden z najładniejszych jakie miałem okazję jechać; malownicze pagóreczki, pola, łąki i lasy w jesiennych barwach.

Do tego o tej porze roku szutry są twardo ubite, więc nawet na szosówkach nie są jakimś wielkim problemem, także jazda tego odcinka zajęła nam mniej czasu niż się obawialiśmy i mogliśmy jeszcze się zatrzymać w Gibach w lokalnym sklepiku, gdzie mieli bardzo smaczne drożdżówki; a na pociąg w Augustowie dotarliśmy z bezpiecznym półgodzinnym zapasem.
Trasa wymagająca, 500km pod koniec października to oznacza 14h nocy, do tego wypadło nam ok. 200km na mrozie, ani razu nie było cieplej niż 5'C. Ale frajdy taka jazda w dobrze zgranym rowerowo teamie daje masę, a jazda w trudniejszych warunkach pogodowych później mocno procentuje na wyścigach, bo pogoda na ultra to bardzo często jest kluczowy czynnik.
Zdjęcia z wyjazdu
Krótki filmik z IG Marty
Ostatni weekend października to jedyny okres, gdy można pojeździć 25h na dobę - więc nie mogliśmy tej szansy zmarnować :)). A że przechodzimy na czas zimowy to jak mawiał klasyk z Misia "jak jest zima to musi być zimno" - ruszamy razem z Martą i Rafałem w najzimniejszy rejon w sensowym zasięgu, czyli na Litwę. Startujemy o 11 z Działdowa, od razu widać, że ciepło to dzisiaj nie będzie, są ledwie 3-4 stopnie. Oglądamy zamek krzyżacki w Nidzicy, następnie kierujemy się na Biskupiec, trasa prowadzi głównie lasami, więc można podziwiać piękne barwy jesieni.

Do Biskupca na Orlen docieramy już przemarznięci, więc wszyscy przebieramy się tu w grubsze ciuchy. Sanktuarium maryjne w Świętej Lipce oglądamy jeszcze za światła dziennego, do Kętrzyna i pobliskiego Wilczego Szańca docieramy już nocą.
Odcinek do Gołdapi mija całkiem sprawnie, tutaj robimy długi, ponad godzinny popas na wygodnym "kanapowym" Orlenie, stacje 24h znacznie podnoszą komfort zimowej jazdy. Za Gołdapią zaczyna się długi odcinek całkowitej "ciemnej dupy" - na 100km do Kalwarii na Litwie nie było żadnego oświetlenia w mijanych miasteczkach, a minęło nas na tym kawałku może z 5 samochodów. Na odcinku do Wiżajn wyremontowano drogę i odcinków z gorszym asfaltem zostało już bardzo niewiele. Udało nam się też zobaczyć Trójstyk granic Polski, Rosji i Litwy, spotkaliśmy tutaj co prawda patrol Straży Granicznej (a dochodziła północ) - ale nie robili żadnych problemów z podjechaniem kawałka pod sam słupek rozdzielający trzy granice. Okazało się, że słupek jako obiekt o szczególnie strategicznym znaczeniu jest szczelnie ogrodzony drutem kolczastym, czysto pokazowa komedia, bo skuteczność takiego rozwiązania w zatrzymywaniu imigrantów jest żadna, tym bardziej, że na długiej granicy z Rosją jest wiele dogodniejszych miejsc do przekroczenia granicy.

Kawałek dalej wjeżdżamy na Litwę, wychodzi księżyc i chwilami widoki są magiczne.

Ale zejście chmur z nieba oznaczało spadek temperatury, lekki mróz trzymał od Gołdapi, teraz spada tak na poziom -3'C, więc odliczamy już kilometry do stacji w Łoździejach, bo nocne 130km na mrozie to już daje zdrowo w kość. W Łoździejach na szczęście trafiamy na stację Circle K na dużym wypasie, gdzie można się wygodnie zregenerować, Marcie udało się nawet trochę pospać, my z Rafałem niestety nie posiedliśmy magicznej sztuki zasypiania w każdej pozycji w dowolnym miejscu ;))

Krótki kawałek za Łoździejami zaczyna świtać i jest bardzo zimno, aż do Druskiennik trzyma mróz na poziomie -3-4'C, ale widoki o świcie rekompensują to w całości.

Trochę przerobiliśmy pierwotną trasę do Druskiennik licząc, że oszczędzimy ok. 20km (nie przeliczając tego dokładnie), ale skrót okazał się sporo krótszy i już musieliśmy zacząć mocno pilnować czasu, by wyrobić się na pociąg w Augustowie; dlatego Druskienniki oglądamy tylko bardzo pobieżnie z rowerowego siodełka. Za Wiejsiejami zaczął się odcinek szutrowy z których słynie Litwa - i to jeden z najładniejszych jakie miałem okazję jechać; malownicze pagóreczki, pola, łąki i lasy w jesiennych barwach.

Do tego o tej porze roku szutry są twardo ubite, więc nawet na szosówkach nie są jakimś wielkim problemem, także jazda tego odcinka zajęła nam mniej czasu niż się obawialiśmy i mogliśmy jeszcze się zatrzymać w Gibach w lokalnym sklepiku, gdzie mieli bardzo smaczne drożdżówki; a na pociąg w Augustowie dotarliśmy z bezpiecznym półgodzinnym zapasem.
Trasa wymagająca, 500km pod koniec października to oznacza 14h nocy, do tego wypadło nam ok. 200km na mrozie, ani razu nie było cieplej niż 5'C. Ale frajdy taka jazda w dobrze zgranym rowerowo teamie daje masę, a jazda w trudniejszych warunkach pogodowych później mocno procentuje na wyścigach, bo pogoda na ultra to bardzo często jest kluczowy czynnik.
Zdjęcia z wyjazdu
Krótki filmik z IG Marty
Dane wycieczki:
DST: 501.20 km AVS: 26.50 km/h
ALT: 3259 m MAX: 61.30 km/h
Temp:1.0 'C
Pielgrzymka
...czyli trasa z Martą i Rafałem by odwiedzić najbardziej soczyste perełki polskiej architektury sakralnej.
Ruszamy na trasę wściekle wcześnie, z Żoliborza wspólnie startujemy o 4 rano, a z Ursynowa wyjechałem trochę po 3. Wg prognoz mieliśmy przecinać front ze sporymi opadami, ale na nasze szczęście okazało się, że rozeszło się to po kościach, jedynie trochę popadało, nawet stóp nie zamoczyliśmy. Świta na wysokości Śladowa, pierwszy postój robimy w Płocku na Wzgórzu Tumskim, gdzie zapoznajemy takiego kolegę:

Za Płockiem zaczyna już solidnie wiać w twarz, ale w trzy osoby pod wiatr jedzie się dużo lepiej niż samotnie, bo Marta żadnej taryfy ulgowej dla kobiet nie uznaje i zasuwa na zmianie tak jak wszyscy ;). Na odcinku w rejonie Dobrzynia kilka hopek, a przed Włocławkiem zjazd na słynną tamę na Wiśle, można powiedzieć - największą zbrodnię na polskiej przyrodzie. We Włocławku zakupy w Żabce, a większy popas robimy pod Grzybkiem w Ciechocinku, oglądamy też słynne tężnie - największy tego typu obiekt na świecie.

Z Ciechocinka już tylko rzut beretem do Torunia, który jako serce imperium Ojca Dyrektora był jednym z celów naszej wycieczki. Odwiedzamy siedzibę Radia Maryja, a następnie Kościół Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i świętego Jana Pawła II. Ta grafomańska tytulatura dobrze oddaje istotę obiektu, dlatego dla miłośników sacro-polo to obowiązkowa pozycja. Niestety trwało nabożeństwo i nie udało nam się dotrzeć do słynnego witraża z ojcem Rydzykiem ;)

Z centrum Rydzyka przenosimy się do centrum Torunia - tu są prawdziwe zabytki i katedra, która wygląda jak powinien wyglądać prawdziwy kościół, a nie sztuczna gigantomania głaszcząca czyjeś ego. Z Torunia bierzemy kierunek na Licheń, po drodze łapie nas zmrok. Zastanawialiśmy się czy nie zboczyć kawałek, by nie zobaczyć "Titanica" pod Koninem, ale że wymagałoby to nadrobienia ok. 15km odpuściliśmy. I to było doskonałą decyzją, bo dzięki temu do Lichenia dotarliśmy w idealnej porze i to w ogóle tego nie planując. Akurat, gdy dojechaliśmy do sanktuarium z głośników poleciała papieska "Barka", bo była godzina 21.37. To miało prawdziwy klimat, a nocą podświetlona bazylika prezentowała się o wiele lepiej niż za dnia (byłem tu już kilka razy). A Marta po 21.37 w Wadowicach na MPP miała kolejny symbol do kolekcji ;)

Na powrót do Warszawy zmieniamy trasę z bocznych dróg na krajówkę DK92 - i to była dobra decyzja, ta droga ze względu na szerokie pobocze i bardzo dobry asfalt jest wygodna na rower, a nocą ruch był symboliczny; jedynie na odcinku województwa łódzkiego trzeba uważać na przystankach, które są brukowane. Po drodze jeszcze trochę przygód z lampką Marty, markowy Bontrager przestał się ładować (podobno już w drugim egzemplarzu ten sam problem), z kolei Convoya ciężko było zainstalować na zintegrowanym kokpicie. Po drodze na zjeździe lampka odpadła, bo badziewne mocowanie się rozkręciło; ale Convoy to nie Bontrager - grzmotnął o asfalt na zjeździe i dalej działał ;)).
W rejonie Warszawy Rafała zaczęła już łapać solidniej gorączka, bo na trasę ruszył trochę podziębiony, zrobić prawie 600km z chorobą - duży szacun! A noc była zimna, temperatury trzymały chwilami po 4-5 stopni. Do stolicy dojeżdżamy już za dnia, wjeżdżając do miasta od strony Bemowa; bardzo udana trasa!
Zdjęcia z wyjazdu
Krótki filmik z IG Marty
...czyli trasa z Martą i Rafałem by odwiedzić najbardziej soczyste perełki polskiej architektury sakralnej.
Ruszamy na trasę wściekle wcześnie, z Żoliborza wspólnie startujemy o 4 rano, a z Ursynowa wyjechałem trochę po 3. Wg prognoz mieliśmy przecinać front ze sporymi opadami, ale na nasze szczęście okazało się, że rozeszło się to po kościach, jedynie trochę popadało, nawet stóp nie zamoczyliśmy. Świta na wysokości Śladowa, pierwszy postój robimy w Płocku na Wzgórzu Tumskim, gdzie zapoznajemy takiego kolegę:

Za Płockiem zaczyna już solidnie wiać w twarz, ale w trzy osoby pod wiatr jedzie się dużo lepiej niż samotnie, bo Marta żadnej taryfy ulgowej dla kobiet nie uznaje i zasuwa na zmianie tak jak wszyscy ;). Na odcinku w rejonie Dobrzynia kilka hopek, a przed Włocławkiem zjazd na słynną tamę na Wiśle, można powiedzieć - największą zbrodnię na polskiej przyrodzie. We Włocławku zakupy w Żabce, a większy popas robimy pod Grzybkiem w Ciechocinku, oglądamy też słynne tężnie - największy tego typu obiekt na świecie.

Z Ciechocinka już tylko rzut beretem do Torunia, który jako serce imperium Ojca Dyrektora był jednym z celów naszej wycieczki. Odwiedzamy siedzibę Radia Maryja, a następnie Kościół Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i świętego Jana Pawła II. Ta grafomańska tytulatura dobrze oddaje istotę obiektu, dlatego dla miłośników sacro-polo to obowiązkowa pozycja. Niestety trwało nabożeństwo i nie udało nam się dotrzeć do słynnego witraża z ojcem Rydzykiem ;)

Z centrum Rydzyka przenosimy się do centrum Torunia - tu są prawdziwe zabytki i katedra, która wygląda jak powinien wyglądać prawdziwy kościół, a nie sztuczna gigantomania głaszcząca czyjeś ego. Z Torunia bierzemy kierunek na Licheń, po drodze łapie nas zmrok. Zastanawialiśmy się czy nie zboczyć kawałek, by nie zobaczyć "Titanica" pod Koninem, ale że wymagałoby to nadrobienia ok. 15km odpuściliśmy. I to było doskonałą decyzją, bo dzięki temu do Lichenia dotarliśmy w idealnej porze i to w ogóle tego nie planując. Akurat, gdy dojechaliśmy do sanktuarium z głośników poleciała papieska "Barka", bo była godzina 21.37. To miało prawdziwy klimat, a nocą podświetlona bazylika prezentowała się o wiele lepiej niż za dnia (byłem tu już kilka razy). A Marta po 21.37 w Wadowicach na MPP miała kolejny symbol do kolekcji ;)

Na powrót do Warszawy zmieniamy trasę z bocznych dróg na krajówkę DK92 - i to była dobra decyzja, ta droga ze względu na szerokie pobocze i bardzo dobry asfalt jest wygodna na rower, a nocą ruch był symboliczny; jedynie na odcinku województwa łódzkiego trzeba uważać na przystankach, które są brukowane. Po drodze jeszcze trochę przygód z lampką Marty, markowy Bontrager przestał się ładować (podobno już w drugim egzemplarzu ten sam problem), z kolei Convoya ciężko było zainstalować na zintegrowanym kokpicie. Po drodze na zjeździe lampka odpadła, bo badziewne mocowanie się rozkręciło; ale Convoy to nie Bontrager - grzmotnął o asfalt na zjeździe i dalej działał ;)).
W rejonie Warszawy Rafała zaczęła już łapać solidniej gorączka, bo na trasę ruszył trochę podziębiony, zrobić prawie 600km z chorobą - duży szacun! A noc była zimna, temperatury trzymały chwilami po 4-5 stopni. Do stolicy dojeżdżamy już za dnia, wjeżdżając do miasta od strony Bemowa; bardzo udana trasa!
Zdjęcia z wyjazdu
Krótki filmik z IG Marty
Dane wycieczki:
DST: 575.20 km AVS: 27.11 km/h
ALT: 1717 m MAX: 52.70 km/h
Temp:12.0 'C
Sobota, 9 września 2023Kategoria Ultramaraton, Canyon Disc 2023, >500km, >300km, >200km, >100km
Maraton Północ - Południe 2023
Początek września to tradycyjnie pora na MPP, który wraz z RTP uważam za najciekawsze szosowe imprezy ultra w Polsce; więc nie mogło mnie zabraknąć na starcie. Uczestnictwo w tej imprezie to już swoisty rytuał - dojazd koleją najpierw do Gdyni, tam przesiadka na pociąg na Hel (gdzie zawsze jest wesoło z kwestią zabierania rowerów ;). Razem z Wyciorem i wieloma innymi kolarzami nocujemy w Cassubii, hotel przeszedł w ostatnim czasie remont, poprawił się standard, ale wraz z tym obsługa wyraźnie zhardziała i zaczęli zabraniać zabierania rowerów do pokoju, z czym we wcześniejszych latach nie było najmniejszego problemu. Na dzień dobry notuję więc starcie z nieuprzejmą babą z recepcji (której podpadłem już tym, że poprosiłem o długi formularz meldunkowy, żebym go wypełniał w czasie gdy obsługiwała osobę przede mną), ale łatwo się nie dałem, więc byłem jednym z nielicznych, którym udało się wstawić rower do pokoju.
Kolejny element rytuału to spacer nad morze, a warunki ku temu są doskonałe - pogoda po prostu perfekcyjna, ciepło, praktycznie zerowy wiatr; doszedłem plażą do Początku Polski; następnie idziemy wraz z Wyciorem, Maćkiem Orszulskim i Tomkiem Iwankiem (z którymi jechaliśmy sporo na tegorocznym Podróżniku) na dobry obiad, gdzie tankujemy do pełna. Noc udało mi się przespać sensownie, a to istotna sprawa przed takim maratonem, szczególnie w kontekście próby jazdy "na jeden strzał", co wymaga dwóch pełnych nocy na rowerze..
Rano przed helską latarnią są już tłumy rowerzystów - w tym roku doskonałe prognozy pogody spowodowały rekordową frekwencję, sumarycznie wystartowało aż 155 osób, do tego obsada jest bardzo mocna. MPP to jeden z nielicznych maratonów, gdzie start jest wspólny, a nie w grupach, więc 150-osobowy peleton robi duże wrażenie.

Tradycyjne wspólne odliczanie przed startem - i o godzinie 9 ruszamy na trasę! Odcinek do Władysławowa, który jedziemy w eskorcie policji okazał się nadspodziewanie szarpany, chwilami było ledwo powyżej 20km/h, chwilami dużo szybciej. Z kolei w drugiej części tego kawałka poszło już bardzo mocne tempo pod 40km/h, z tego co słyszałem podobno jeden z zawodników jadących z przodu wyskoczył mocno przed eskortę policyjną by się wysikać i nie tracić dystansu, na co owa eskorta mocno przyspieszyła.
Maraton circa 1000km można tradycyjnie podzielić na 3 fazy, to się sprawdza na niemal każdej tego typu imprezie:
I faza (0 - 300/400km) - CIŚNIEMY lub jak wolą inni NAKURWIAMY :))
Tę fazę maratonu dobrze określa tekst - "jadę na 110%, wiem że za to beknę, ale i tak nie mogę przestać"
Od Władysławowa zaczyna się prawdziwe ściganie, z przodu od razu formują się mocno cisnące grupki, ja również staram się jechać szybko jak na swoje możliwości, trzymając się blisko Tomka Wyciszczaka, który wygrał tegorocznego Podróżnika. Pierwsze górki dość szybko robią selekcję w peletonikach, ale przy tak dużej liczbie startujących składy grupek mieszają się co chwilę. Widać to szczególnie dobrze na najcięższym kaszubskim podjeździe znad jeziora Żarnowieckiego - tam część osób odpada z wolniejszych grupek, część przesuwa się do przodu.

Generalnie jedzie mi się nadspodziewanie dobrze, w tym roku ledwie 2 razy udało mi się zrobić na trasach pod domem średnie koło 30km/h, a tu daję radę jechać mniej więcej te 30km/h w pagórkowatym terenie; co budzi u mnie pewne obawy co do owej metafory o 110% ;)). Jednak wyścig to zupełnie inny stopień motywacji, nie ma żadnego porównania do jakiś tam nudnych treningów pod domem czy prywatnych wyjazdów, tutaj motywacja jest na zupełnie innym poziomie i pozwala wycisnąć z siebie sporo więcej, zgodnie z kolejną kultową metaforą z Batmana :)
http://www.youtube.com/watch?v=Ldfvw5xAbZ4
Pogoda jest dokonała - słonecznie, a wraz z upływem dnia wręcz ciepło, w okolicach 28 stopni; dla niektórych osób robi się już za gorąco, mi jeszcze ten poziom wiele nie przeszkadza; wiatr przeciwny, ale na tyle symboliczny, że prawie go nie czuć. Koło 70km muszę już stanąć na sikanie odpuszczając fajną grupkę, odtąd jadę z reguły samotnie, choć dalej "zagęszczenie" zawodników jest na tyle duże, że wystarczy postać parę minut by co najmniej kilka osób przejechało. Koło 100km jadę kawałek z Radkiem Rogóżem, co znowu budzi moje obawy czy nie przeginam.
Na pierwszy postój staję na stacji w Egiertowie, tutaj jeszcze jeść mi się wielce nie chciało, więc jedynie uzupełniłem wodę i zjadłem trochę ciastek, na trasę wracając razem z Wyciorem, który tutaj jadł na ciepło. Następnie kawałkami jedziemy wspólnie, po ok. 200km kaszubskie górki odpuszczają i wyraźnie się wypłaszcza. Zaczynają się stopniowe zjazdy w stronę Wisły, przejeżdżamy przez Starogard Gdański, następnie Pelplin na wyjeździe z którego stajemy parę minut na przejeździe kolejowym, gdzie dogania nas ekipa Maćka Orszulskiego i Tomka Iwanka, a jednego z zawodników podczas zsiadania z roweru łapie silny skurcz uda. Kawałek dalej wjeżdżamy na ok.10km na DK91, z drogi widać zamek krzyżacki w Gniewie. Następnie, już po zjechaniu z krajówki jest kapitalny widok na dolinę Wisły i charakterystyczny most pod Kwidzynem, którym wkrótce przekraczamy rzekę.

W Kwidzynie miałem w planach dłuższy postój przed nocą na Orlenie, ale postanawiam iść bardziej na żywioł i stanąć na dłużej dopiero za blisko 100km w Golubiu; niemniej z 15min się zeszło pod Żabką na uzupełnienie płynów i krótkie odzipnięcie. Na wyjeździe z Kwidzyna dogania mnie Żubr, kawałek dalej stajemy na sikanie, a wtedy mija nas Tomek Wyciszczak, więc mobilizujemy się i go doganiamy i dłuższy kawałek jedziemy wspólnie. Coraz bardziej zaczyna mnie też męczyć żołądek, Tomek, który jak zwykle jest przygotowany na każdą ewentualność ratuje mnie proszkami na ból żołądka, które na pewien czas przynoszą ulgę, wielkie dzięki! Ten odcinek bardzo klimatyczny - nadwiślańskie równiny oświetlone zachodzącym słońcem, pachnące lasy sosnowe. Wraz z zachodem słońca jazda się nieco psuje bo zaczyna się bardziej dziurawy odcinek i takich dróg jest sporo na kawałku do Golubia-Dobrzynia. Na krótkim postoju, gdy Tomek coś tam poprawiał Żubr nam odjeżdża i pomimo, że sporo cisnęliśmy to już do Golubia nie udało nam się go dogonić, po tym zakupie Grizla zrobiła się z niego prawdziwa maszyna :)).
Do Golubia docieramy koło 22.20, tutaj pierwszy raz spotykam Tadka Baranowskiego, który już się zbiera do wyjazdu, a chwilę po nas dojeżdża ekipa z którą dojechałem do Kwidzyna. Robię tu dłuższy postój, jem zapiekankę, wracam na trasę trochę po Tomku. Odcinek do Włocławka monotonny, wrześniowa noc długo się ciągnie, do tego kiepskich nawierzchni tutaj też nie brakuje. Spotykam tu Joannę Rumińską-Pietrzak, jedną z trzech bardzo mocnych dziewczyn, które jechały na tegorocznym MPP; ta rywalizacja wśród kobiet była bardzo ciekawa i dość dokładnie ją śledziłem na monitoringu, bo jechałem mniej więcej w przedziale 1-2h od czołówki kobiecej, a na monitoringu dziewczyny miały pomarańczowe kropki, przez co od razu rzucała się w oczy ich pozycja. Ale widać od razu, że to nie był dzień Asi, mocno narzekała na problemy z żołądkiem i jak się okazało później we Włocławku odpuściła dalszą jazdę wycofując się z wyścigu. Na wjeździe do Włocławka dogania mnie ekipa Maćka i Tomka, razem przejeżdżamy brukowanymi uliczkami przez centrum i dojeżdżamy na Orlen, gdzie spotykam starych znajomych, czyli Wyciora i Żubra.
II faza - (300/400-700/800km) - PLANY ZACZYNAJĄ SIĘ SYPAĆ
czyli jak to dystans wyciska swoje piętno na zawodnikach ;)
We Włocławku robię tylko krótki postój zaopatrzeniowy i ruszam parę minut po Tomku postanawiając go dogonić. Ostro się nażyłowałem,, ale udało mi się dojechać i spory odcinek jedziemy wspólnie, a to rozmawiając, a to jadąc w zasięgu światełek. Noc jest bardzo wilgotna, przez co muszę jechać bez okularów, robi się też coraz chłodniej, więc w pewnym momencie decyduję się zatrzymać na przebranie się na długo i tutaj chyba ostatni raz się widziałem na maratonie z Tomkiem Wyciszczakiem - dzięki za wspólną jazdę! Później trochę tego żałowałem, bo temperatura była w sumie na granicy i można było dać sobie radę bez nogawek czy zimowej czapki; to zależało od fragmentu trasy - na odcinkach przez łąki gdzie mgła się kumulowała wjeżdżało się w takie "zastoiska mrozowe", a jak wyjeżdżało się z owej mgły to było całkiem znośnie. W Kutnie nie stawałem na stacji, na wyjeździe z miasta spotykam jadącą samotnie Magdalenę Łączak, która jako cały bagaż miała jedynie malutką narzędziowa podsiodłówkę i kamizelkę sportową. Za Kutnem powoli zaczyna już dnieć - pierwsza nocka przetrwana, a to zawsze duży zastrzyk motywacyjny.

Rejony pod Łodzią całkiem przyjemne do jazdy, o tej godzinie nie ma jeszcze dużego ruchu. Dociągam do Lutomierska na Orlen na 556km i tam robię duży popas na ok. 45min jedząc m.in. pizzę (prawdziwa pizza to nie jest, ale zapchać się zawsze można), co mi nieźle zrobiło bo z żołądkiem znowu jest wyraźnie gorzej. Na stacji spotkałem Krzyśka Sienkiewicza, któremu zgodnie z fazą wyścigu plany się nieco zmieniły i przestawił tryb jazdy z mocno sportowego na bardziej podróżniczy ;).
Gdy kończę postój dojeżdża większa ekipa z Maćkiem, Tomkiem i Tadkiem, po jakiś 20-30km doganiają mnie Tadek z Markiem Garusem z Grupetta, kawałek z nimi pojechałem, ale było to dla mnie nieco za mocne tempo, a przede wszystkim grupowa jazda wymaga szarpanej jazdy z fazami przyspieszeń na zmianie, a to już na tym etapie wyścigu mi zupełnie nie służy, wolę jechać samotnie trochę wolniej, ale równym tempem. Ale generalnie jest całkiem dobrze - w 24h udało się ujechać 590km, a to jak na mnie doskonały wynik. Niemniej dzisiejszego dnia warunki są inne niż wczoraj i jazda grupowa na tym odcinku bardzo dużo wnosi - bo tym razem okolica jest głównie bezleśna i przeciwny wiatr jest wyraźnie odczuwalny, a prawie cały czas wieje w buźkę. Do tego szybko zaczyna się robić gorąco, gdy dojeżdżamy w rejon Kleszczowa to już zaczyna smażyć koło 30 stopni. Chłopaki robią tu dłuższy postój, ja jedynie tankuję i jadę dalej.
Kolejny odcinek to narastający kryzys - kumulacja dystansu, upału i przeciwnego wiatru powoduje, że jedzie mi się coraz słabiej. Im bliżej Jury tym bardziej podnosi się temperatura, chwilami osiągając poziom 33 stopni. Do tego kilka mało efektywnych postojów oraz rosnące problemy z żołądkiem. Po przecięciu DK46 na ok. 725km wjeżdżam na Próg Lelowski - i zaczyna się Jura, od teraz to już niemal do mety będą same podjazdy. Idzie to dość drętwo, do tego w niedzielne popołudnie ruch na jurajskich szosach jest chwilami dotkliwy, szczególnie, że trasa MPP prowadzi koło pięknych zamków w Bobolicach i Mirowie, które w doskonałą niedzielną pogodę wiele osób wybrało się odwiedzić.

Problemy żołądkowe sięgają apogeum tuż przed Podzamczem, tutaj już tak mnie docisnęło, że blisko było do słynnej akcji Toma Dumouilina z Giro d'Italia, na szczęście miejsce było dużo lepsze, a ja posiadałem "taśmę życia" :))
https://www.youtube.com/watch?v=2gr970HUV74
Na Podzamczu miła niespodzianka - spotykam mieszkającego w Ogrodzieńcu Marka Dembowskiego, który wyjechał na rowerze pokibicować na trasę maratonu, a kawałek dalej dołącza się jadący z naprzeciwka Zbyszek. Bardzo fajnie było się na chwilę wyrwać z monotonii samotnej jazdy, pogadać ze znajomymi - dzięki chłopaki! Za Kluczami doganiają mnie Krzysztof Sienkiewicz i Marek Garus - razem dojeżdżamy do prawdziwej mekki rowerowych maratończyków, czyli McDonaldsa w Olkuszu. A po posiłku w owym McDonaldsie - już do końca trasy nie miałem większych problemów z żołądkiem, a ludzie tak narzekają na tamtejszą dietę :))
III faza (700/800km - META) - IMPROWIZACJA!
czyli zwycięstwo spontanu nad rozsądkiem ;)
W Olkuszu mam w nogach już potężną liczbę 800km, do tego wyjeżdżam z miasta, gdy właśnie zaczyna się druga noc na trasie. To zawsze jest bardzo śliski temat - czy jechać na wynik i pójść spontanicznie na żywioł drugiej nocy, walcząc z nieuchronną sennością i przenosząc się w odmienne stany świadomości? Czy też pójść za głosem rozsądku - wziąć nocleg, przespać się ze 3-4h i ruszyć na trasę w miarę zregenerowanym, do tego robiąc najpiękniejszy górski odcinek maratonu za światła dziennego? Ale jako, że ultra rzadko idzie w parze z rozsądkiem - postanawiam jednak spróbować pojechać całość na jeden strzał, co oznacza całą drugą noc w siodle; co będzie to będzie - nie ma to jak stara dobra improwizacja!
Wyjazd z Olkusza to chyba najsłabsza część trasy tegorocznego maratonu - długi podjazd pokonywany w wielkim ruchu samochodowym, fatalnie to się jechało. Sytuacja uspokaja się dopiero po ok. 10km, po zjechaniu z drogi wojewódzkiej do Chrzanowa. W tym roku rejon dolinek podkrakowskich idzie zupełnie nowym wariantem, kilku odcinków zupełnie nie znałem, szczególnie ciekawego kawałka wąską dróżką w rejonie rezerwatu przyrody Doliny Potoku Rudno; było tam kilka ostrych ścianek, a i też zjazdy tak wąskimi drogami wymagały dużej koncentracji. Sumarycznie wymagający odcinek, trzeba było zaliczyć wiele podjazdów zanim się dotarło do Wisły, którą już po raz trzeci na tym maratonie przekraczamy tamą w Łączanach.
Po drugiej stronie Wisły zawodników witają ostre ścianki Pogórza Wielickiego, na odcinku do Wadowic były 3 solidniejsze podjazdy, w tym ostra 13% ścianka w Witanowicach, którą dobrze zapamiętałem z wcześniejszych wyjazdów. Na Orlenie w Wadowicach spotykam się z Marcinem Kabałą i Gosią Warelich zajmującą obecnie 2 pozycję wśród kobiet; prowadząca Marta Gryczko jest ok. 1,5-2h z przodu. Po krótkim postoju wyjeżdżamy w trójkę, za Wadowicami fajny odcinek drogą rowerową, a następnie zaczyna się najostrzejszy podjazd tegorocznego MPP, czyli Leśniówka drogą ze Świnnej-Poręby. Podjazd ostro daje w kość, pierwszy odcinek 15%, później lekko łagodnieje, by w drugiej dużo dłuższej części znów uderzyć do 15% i trzymać już do końca. Ale wszyscy troje dajemy radę wciągnąć to w korbach, jadąc w pewnych odstępach. Później jest druga, nieco łatwiejsza ścianka i trzeci, znowu bardzo wymagający podjazd, czyli Marcówka. Na szczyt wjeżdżamy razem z Marcinem, Gosi nie ma, bo jak się później okazało zdecydowała się chwilę przespać.
Puszczam lepiej zjeżdżającego Marcina przodem i po jakimś kilometrze zjazdu widzę sytuację, która zmroziła mi krew w żyłach - rower leży na środku drogi, przed nim leży Marcin, gdy podjeżdżam bliżej widzę krew na asfalcie. Okazało się, że w bok roweru Marcina uderzyła sarna, w wyniku czego upadł i uderzył głową o szosę. Z początku Marcin jest w niezłym szoku, nie bardzo kontaktuje co i jak; ale zdecydowanie nie chce by wzywać pogotowie. Niemniej w tym stanie nie można go było zostawiać samego w środku nocy na zadupiu, trzeba go było asekurować do pobliskiej stacji BP w Zembrzycach, gdzie jest już cywilizacja. Parę kolejnych osób przejechało nie będąc specjalnie skorymi do pomocy, na szczęście trafił się jeszcze jeden zawodnik z którym wspólnie asekurujemy Marcina do Zembrzyc. Jedziemy z duszą na ramieniu, bo początkowo Marcina znosiło w stronę krawężnika, ale później już doszedł jako tako do siebie i jechał nawet po 40km/h. Dodatkowym problemem jest mocno szwankujący napęd, w wyniku uderzenia sarny w rower awarii uległa przednia przerzutka, a blat się wygiął, tak więc gdy Marcin kręci to napęd mocno skacze; ale na szczęście ten odcinek to były głównie zjazdy.
Docieramy z ulgą na wygodną stację BP, jest tutaj kanapa, gdzie można się sensownie przespać. Marcin Kabała to prawdziwy twardziel - odpoczął kilka godzin i pomimo tego groźnego wypadku kontynuował jazdę. Na szczęście miał ze sobą normalne, pełnowymiarowe kombinerki, którymi naprostował jako-tako blat, ruszył dalej i dał radę dojechać na metę z czasem 58h38min! Chapeau bas!
Na całą tę operację poleciało ze 30min, tyle dobrego, że adrenaliny dało to tyle, że senność odeszła mnie na parę godzin. Ruszam więc dalej, w rejonie Suchej i Makowa ciekawy objazd ruchliwej DK28, boczna lokalna dróżka na której było kilka krótkich, ale bardzo ostrych ścianek. Następnie sprawnie zaliczam długi i wymagający podjazd do Wieprzca, spotykani w tym rejonie rowerzyści są poubierani we wszystko co mają, podczas gdy ja jadę jedynie w krótkich spodenkach, rękawkach i cienkiej bluzie. Nie chciało mi się już tracić czasu na ubieranie jak zeszłej nocy, a dawało się wytrzymać, bo na podjazdach temperatura szybko szła do góry, na zjazdach oczywiście trochę trzepało, ale do przeżycia; za to taka jazda typu "hipotermicznego" dobrze mi zrobiła na problemy z sennością.
Na długim zjeździe do Skomielnej spotykam prowadzącą wśród kobiet Martę Gryczko z charakterystycznym długim warkoczem oraz jadącego z nią Krzysztofa Tlagę.

Widać było, ze Marta jest już solidnie ujechana, ale zrobiła na mnie duże wrażenie tym, że cały czas nie odpuszczała, jak było za ciężko pod górę to najwyżej schodziła na chwilę z roweru; ale cały czas do przodu; taka właśnie mocna psychika jest kluczowa na ultra i widać ją najlepiej nie wtedy, gdy jesteśmy w pełni sił, a właśnie w takich sytuacjach jak ta, gdy już dochodzimy do ściany. Zarówno Marta Gryczko, jak i Gosia Warelich uzyskały czasy poniżej 50h i są pierwszymi paniami którym się to udało na MPP od czasu, gdy przestała jeździć polska Królowa Ultra, czyli Agata Wójcikiewicz; kolejne chapeau bas dla obu dziewczyn!
Kontynuuję jazdę, w rejonie Naprawy bardzo sztywna ścianka, znana mi z powrotów z Głodówki do Krakowa, jakoś w drugą stronę nie wydawała się aż tak ostra :)). Za Naprawą dłuższy odcinek dojazdowy do Raby Wyżnej, niby tu większych podjazdów nie było, ale cały czas teren pofalowany, do tego robi się już naprawdę zimno, koło 6 stopni, więc z ulgą przyjmuję początek podjazdu na Harkabuz. Tutaj dogania mnie Marek Garus, później ja go trochę wyprzedzam, a wreszcie na szczycie spotykamy jeszcze dwóch zawodników, w tym Tomka Iwanka i tą czwórką jedziemy prawie do mety. Podjazd bardzo długi, najdłuższy na tym maratonie, w sumie aż 400m w pionie i też sporo trudniejszy niż to miałem w pamięci, trzymał długimi fragmentami 9-10%, na tym poziomie zmęczenia dał nieźle w kość. Na Harkabuzie doskonale widać zjawisko inwersji temperaturowej - na górze na 800m jest koło 12 stopni. A tymczasem gdy zjeżdżamy w dół i wjeżdżamy na silnie zamglone łąki Podhala to temperatura spada do zaledwie 4'C, dzięki czemu poprawiłem mój rekord temperaturowy jazdy w krótkich spodenkach ;)). W moim zestawie ubraniowym zrobiło się już mocno poniżej granicy komfortu, ale nie było czasu na przebieranie się, a meta na tyle blisko, że uznałem, iż dam radę przetrzymać. Za Czarnym Dunajcem zaczęło dnieć, a sam wschód słońca oglądamy ze szczytu podjazdu na Ząb.

Z Zębu szybki zjazd, zaczyna się już poranny ruch, potem podjazd przez Murzasichle, który mnie zaskoczył, bo poprzednim razem, gdy ten wariant był na MPP prowadził główną drogą na Toporową Cyrhlę, teraz jedziemy bokiem przez kolejne wymagające, ponad 10% ścianki. Na skrzyżowaniu z Drogą Oswalda Balcera na chwilę stanąłem by wyjąć czekoladę z sakwy, bo już mnie odcinać zaczynało, w tym czasie dwójka zawodników z naszej grupki odjechała i już na nas nie czekała; my z Tomkiem Iwankiem wspólnie zaliczamy podjazd na Wierch Poroniec, przed wjazdem na Głodówkę jeszcze strzelamy sobie fotki z piękną panoramą Tatr i razem meldujemy się na mecie z czasem 46h45min co dało 22 pozycję na 155 osób, które wystartowały.

Wyścig dla mnie bardzo udany, udało się zrealizować sportowe założenia i zejść poniżej 48h. Pogoda na maratonie dopisała, dzięki czemu odsetek wycofów nie był duży; zdecydowaną większość trasy jechało się z dużą przyjemnością. Co nie znaczy, że było łatwo, upał drugiego dnia dochodził do 33 stopni, a to we wrześniu duża rzadkość, do tego doszedł przeciwny wiatr, co spowodowało, że ten drugi dzień dla większości ludzi był kryzysowy. Do tego tradycyjnie MPP oznacza masę przygód, przez ten 1000km tyle się dzieje, że trudno to wszystko ogarnąć. No i oczywiście trzymająca wspaniały klimat meta na Głodówce, pod tym względem zdecydowanie numer jeden na polskich maratonach; podziękowania dla organizatorów za świetną imprezę!
Zdjęcia z maratonu
Początek września to tradycyjnie pora na MPP, który wraz z RTP uważam za najciekawsze szosowe imprezy ultra w Polsce; więc nie mogło mnie zabraknąć na starcie. Uczestnictwo w tej imprezie to już swoisty rytuał - dojazd koleją najpierw do Gdyni, tam przesiadka na pociąg na Hel (gdzie zawsze jest wesoło z kwestią zabierania rowerów ;). Razem z Wyciorem i wieloma innymi kolarzami nocujemy w Cassubii, hotel przeszedł w ostatnim czasie remont, poprawił się standard, ale wraz z tym obsługa wyraźnie zhardziała i zaczęli zabraniać zabierania rowerów do pokoju, z czym we wcześniejszych latach nie było najmniejszego problemu. Na dzień dobry notuję więc starcie z nieuprzejmą babą z recepcji (której podpadłem już tym, że poprosiłem o długi formularz meldunkowy, żebym go wypełniał w czasie gdy obsługiwała osobę przede mną), ale łatwo się nie dałem, więc byłem jednym z nielicznych, którym udało się wstawić rower do pokoju.
Kolejny element rytuału to spacer nad morze, a warunki ku temu są doskonałe - pogoda po prostu perfekcyjna, ciepło, praktycznie zerowy wiatr; doszedłem plażą do Początku Polski; następnie idziemy wraz z Wyciorem, Maćkiem Orszulskim i Tomkiem Iwankiem (z którymi jechaliśmy sporo na tegorocznym Podróżniku) na dobry obiad, gdzie tankujemy do pełna. Noc udało mi się przespać sensownie, a to istotna sprawa przed takim maratonem, szczególnie w kontekście próby jazdy "na jeden strzał", co wymaga dwóch pełnych nocy na rowerze..
Rano przed helską latarnią są już tłumy rowerzystów - w tym roku doskonałe prognozy pogody spowodowały rekordową frekwencję, sumarycznie wystartowało aż 155 osób, do tego obsada jest bardzo mocna. MPP to jeden z nielicznych maratonów, gdzie start jest wspólny, a nie w grupach, więc 150-osobowy peleton robi duże wrażenie.

Tradycyjne wspólne odliczanie przed startem - i o godzinie 9 ruszamy na trasę! Odcinek do Władysławowa, który jedziemy w eskorcie policji okazał się nadspodziewanie szarpany, chwilami było ledwo powyżej 20km/h, chwilami dużo szybciej. Z kolei w drugiej części tego kawałka poszło już bardzo mocne tempo pod 40km/h, z tego co słyszałem podobno jeden z zawodników jadących z przodu wyskoczył mocno przed eskortę policyjną by się wysikać i nie tracić dystansu, na co owa eskorta mocno przyspieszyła.
Maraton circa 1000km można tradycyjnie podzielić na 3 fazy, to się sprawdza na niemal każdej tego typu imprezie:
I faza (0 - 300/400km) - CIŚNIEMY lub jak wolą inni NAKURWIAMY :))
Tę fazę maratonu dobrze określa tekst - "jadę na 110%, wiem że za to beknę, ale i tak nie mogę przestać"
Od Władysławowa zaczyna się prawdziwe ściganie, z przodu od razu formują się mocno cisnące grupki, ja również staram się jechać szybko jak na swoje możliwości, trzymając się blisko Tomka Wyciszczaka, który wygrał tegorocznego Podróżnika. Pierwsze górki dość szybko robią selekcję w peletonikach, ale przy tak dużej liczbie startujących składy grupek mieszają się co chwilę. Widać to szczególnie dobrze na najcięższym kaszubskim podjeździe znad jeziora Żarnowieckiego - tam część osób odpada z wolniejszych grupek, część przesuwa się do przodu.

Generalnie jedzie mi się nadspodziewanie dobrze, w tym roku ledwie 2 razy udało mi się zrobić na trasach pod domem średnie koło 30km/h, a tu daję radę jechać mniej więcej te 30km/h w pagórkowatym terenie; co budzi u mnie pewne obawy co do owej metafory o 110% ;)). Jednak wyścig to zupełnie inny stopień motywacji, nie ma żadnego porównania do jakiś tam nudnych treningów pod domem czy prywatnych wyjazdów, tutaj motywacja jest na zupełnie innym poziomie i pozwala wycisnąć z siebie sporo więcej, zgodnie z kolejną kultową metaforą z Batmana :)
http://www.youtube.com/watch?v=Ldfvw5xAbZ4
Pogoda jest dokonała - słonecznie, a wraz z upływem dnia wręcz ciepło, w okolicach 28 stopni; dla niektórych osób robi się już za gorąco, mi jeszcze ten poziom wiele nie przeszkadza; wiatr przeciwny, ale na tyle symboliczny, że prawie go nie czuć. Koło 70km muszę już stanąć na sikanie odpuszczając fajną grupkę, odtąd jadę z reguły samotnie, choć dalej "zagęszczenie" zawodników jest na tyle duże, że wystarczy postać parę minut by co najmniej kilka osób przejechało. Koło 100km jadę kawałek z Radkiem Rogóżem, co znowu budzi moje obawy czy nie przeginam.
Na pierwszy postój staję na stacji w Egiertowie, tutaj jeszcze jeść mi się wielce nie chciało, więc jedynie uzupełniłem wodę i zjadłem trochę ciastek, na trasę wracając razem z Wyciorem, który tutaj jadł na ciepło. Następnie kawałkami jedziemy wspólnie, po ok. 200km kaszubskie górki odpuszczają i wyraźnie się wypłaszcza. Zaczynają się stopniowe zjazdy w stronę Wisły, przejeżdżamy przez Starogard Gdański, następnie Pelplin na wyjeździe z którego stajemy parę minut na przejeździe kolejowym, gdzie dogania nas ekipa Maćka Orszulskiego i Tomka Iwanka, a jednego z zawodników podczas zsiadania z roweru łapie silny skurcz uda. Kawałek dalej wjeżdżamy na ok.10km na DK91, z drogi widać zamek krzyżacki w Gniewie. Następnie, już po zjechaniu z krajówki jest kapitalny widok na dolinę Wisły i charakterystyczny most pod Kwidzynem, którym wkrótce przekraczamy rzekę.

W Kwidzynie miałem w planach dłuższy postój przed nocą na Orlenie, ale postanawiam iść bardziej na żywioł i stanąć na dłużej dopiero za blisko 100km w Golubiu; niemniej z 15min się zeszło pod Żabką na uzupełnienie płynów i krótkie odzipnięcie. Na wyjeździe z Kwidzyna dogania mnie Żubr, kawałek dalej stajemy na sikanie, a wtedy mija nas Tomek Wyciszczak, więc mobilizujemy się i go doganiamy i dłuższy kawałek jedziemy wspólnie. Coraz bardziej zaczyna mnie też męczyć żołądek, Tomek, który jak zwykle jest przygotowany na każdą ewentualność ratuje mnie proszkami na ból żołądka, które na pewien czas przynoszą ulgę, wielkie dzięki! Ten odcinek bardzo klimatyczny - nadwiślańskie równiny oświetlone zachodzącym słońcem, pachnące lasy sosnowe. Wraz z zachodem słońca jazda się nieco psuje bo zaczyna się bardziej dziurawy odcinek i takich dróg jest sporo na kawałku do Golubia-Dobrzynia. Na krótkim postoju, gdy Tomek coś tam poprawiał Żubr nam odjeżdża i pomimo, że sporo cisnęliśmy to już do Golubia nie udało nam się go dogonić, po tym zakupie Grizla zrobiła się z niego prawdziwa maszyna :)).
Do Golubia docieramy koło 22.20, tutaj pierwszy raz spotykam Tadka Baranowskiego, który już się zbiera do wyjazdu, a chwilę po nas dojeżdża ekipa z którą dojechałem do Kwidzyna. Robię tu dłuższy postój, jem zapiekankę, wracam na trasę trochę po Tomku. Odcinek do Włocławka monotonny, wrześniowa noc długo się ciągnie, do tego kiepskich nawierzchni tutaj też nie brakuje. Spotykam tu Joannę Rumińską-Pietrzak, jedną z trzech bardzo mocnych dziewczyn, które jechały na tegorocznym MPP; ta rywalizacja wśród kobiet była bardzo ciekawa i dość dokładnie ją śledziłem na monitoringu, bo jechałem mniej więcej w przedziale 1-2h od czołówki kobiecej, a na monitoringu dziewczyny miały pomarańczowe kropki, przez co od razu rzucała się w oczy ich pozycja. Ale widać od razu, że to nie był dzień Asi, mocno narzekała na problemy z żołądkiem i jak się okazało później we Włocławku odpuściła dalszą jazdę wycofując się z wyścigu. Na wjeździe do Włocławka dogania mnie ekipa Maćka i Tomka, razem przejeżdżamy brukowanymi uliczkami przez centrum i dojeżdżamy na Orlen, gdzie spotykam starych znajomych, czyli Wyciora i Żubra.
II faza - (300/400-700/800km) - PLANY ZACZYNAJĄ SIĘ SYPAĆ
czyli jak to dystans wyciska swoje piętno na zawodnikach ;)
We Włocławku robię tylko krótki postój zaopatrzeniowy i ruszam parę minut po Tomku postanawiając go dogonić. Ostro się nażyłowałem,, ale udało mi się dojechać i spory odcinek jedziemy wspólnie, a to rozmawiając, a to jadąc w zasięgu światełek. Noc jest bardzo wilgotna, przez co muszę jechać bez okularów, robi się też coraz chłodniej, więc w pewnym momencie decyduję się zatrzymać na przebranie się na długo i tutaj chyba ostatni raz się widziałem na maratonie z Tomkiem Wyciszczakiem - dzięki za wspólną jazdę! Później trochę tego żałowałem, bo temperatura była w sumie na granicy i można było dać sobie radę bez nogawek czy zimowej czapki; to zależało od fragmentu trasy - na odcinkach przez łąki gdzie mgła się kumulowała wjeżdżało się w takie "zastoiska mrozowe", a jak wyjeżdżało się z owej mgły to było całkiem znośnie. W Kutnie nie stawałem na stacji, na wyjeździe z miasta spotykam jadącą samotnie Magdalenę Łączak, która jako cały bagaż miała jedynie malutką narzędziowa podsiodłówkę i kamizelkę sportową. Za Kutnem powoli zaczyna już dnieć - pierwsza nocka przetrwana, a to zawsze duży zastrzyk motywacyjny.

Rejony pod Łodzią całkiem przyjemne do jazdy, o tej godzinie nie ma jeszcze dużego ruchu. Dociągam do Lutomierska na Orlen na 556km i tam robię duży popas na ok. 45min jedząc m.in. pizzę (prawdziwa pizza to nie jest, ale zapchać się zawsze można), co mi nieźle zrobiło bo z żołądkiem znowu jest wyraźnie gorzej. Na stacji spotkałem Krzyśka Sienkiewicza, któremu zgodnie z fazą wyścigu plany się nieco zmieniły i przestawił tryb jazdy z mocno sportowego na bardziej podróżniczy ;).
Gdy kończę postój dojeżdża większa ekipa z Maćkiem, Tomkiem i Tadkiem, po jakiś 20-30km doganiają mnie Tadek z Markiem Garusem z Grupetta, kawałek z nimi pojechałem, ale było to dla mnie nieco za mocne tempo, a przede wszystkim grupowa jazda wymaga szarpanej jazdy z fazami przyspieszeń na zmianie, a to już na tym etapie wyścigu mi zupełnie nie służy, wolę jechać samotnie trochę wolniej, ale równym tempem. Ale generalnie jest całkiem dobrze - w 24h udało się ujechać 590km, a to jak na mnie doskonały wynik. Niemniej dzisiejszego dnia warunki są inne niż wczoraj i jazda grupowa na tym odcinku bardzo dużo wnosi - bo tym razem okolica jest głównie bezleśna i przeciwny wiatr jest wyraźnie odczuwalny, a prawie cały czas wieje w buźkę. Do tego szybko zaczyna się robić gorąco, gdy dojeżdżamy w rejon Kleszczowa to już zaczyna smażyć koło 30 stopni. Chłopaki robią tu dłuższy postój, ja jedynie tankuję i jadę dalej.
Kolejny odcinek to narastający kryzys - kumulacja dystansu, upału i przeciwnego wiatru powoduje, że jedzie mi się coraz słabiej. Im bliżej Jury tym bardziej podnosi się temperatura, chwilami osiągając poziom 33 stopni. Do tego kilka mało efektywnych postojów oraz rosnące problemy z żołądkiem. Po przecięciu DK46 na ok. 725km wjeżdżam na Próg Lelowski - i zaczyna się Jura, od teraz to już niemal do mety będą same podjazdy. Idzie to dość drętwo, do tego w niedzielne popołudnie ruch na jurajskich szosach jest chwilami dotkliwy, szczególnie, że trasa MPP prowadzi koło pięknych zamków w Bobolicach i Mirowie, które w doskonałą niedzielną pogodę wiele osób wybrało się odwiedzić.

Problemy żołądkowe sięgają apogeum tuż przed Podzamczem, tutaj już tak mnie docisnęło, że blisko było do słynnej akcji Toma Dumouilina z Giro d'Italia, na szczęście miejsce było dużo lepsze, a ja posiadałem "taśmę życia" :))
https://www.youtube.com/watch?v=2gr970HUV74
Na Podzamczu miła niespodzianka - spotykam mieszkającego w Ogrodzieńcu Marka Dembowskiego, który wyjechał na rowerze pokibicować na trasę maratonu, a kawałek dalej dołącza się jadący z naprzeciwka Zbyszek. Bardzo fajnie było się na chwilę wyrwać z monotonii samotnej jazdy, pogadać ze znajomymi - dzięki chłopaki! Za Kluczami doganiają mnie Krzysztof Sienkiewicz i Marek Garus - razem dojeżdżamy do prawdziwej mekki rowerowych maratończyków, czyli McDonaldsa w Olkuszu. A po posiłku w owym McDonaldsie - już do końca trasy nie miałem większych problemów z żołądkiem, a ludzie tak narzekają na tamtejszą dietę :))
III faza (700/800km - META) - IMPROWIZACJA!
czyli zwycięstwo spontanu nad rozsądkiem ;)
W Olkuszu mam w nogach już potężną liczbę 800km, do tego wyjeżdżam z miasta, gdy właśnie zaczyna się druga noc na trasie. To zawsze jest bardzo śliski temat - czy jechać na wynik i pójść spontanicznie na żywioł drugiej nocy, walcząc z nieuchronną sennością i przenosząc się w odmienne stany świadomości? Czy też pójść za głosem rozsądku - wziąć nocleg, przespać się ze 3-4h i ruszyć na trasę w miarę zregenerowanym, do tego robiąc najpiękniejszy górski odcinek maratonu za światła dziennego? Ale jako, że ultra rzadko idzie w parze z rozsądkiem - postanawiam jednak spróbować pojechać całość na jeden strzał, co oznacza całą drugą noc w siodle; co będzie to będzie - nie ma to jak stara dobra improwizacja!
Wyjazd z Olkusza to chyba najsłabsza część trasy tegorocznego maratonu - długi podjazd pokonywany w wielkim ruchu samochodowym, fatalnie to się jechało. Sytuacja uspokaja się dopiero po ok. 10km, po zjechaniu z drogi wojewódzkiej do Chrzanowa. W tym roku rejon dolinek podkrakowskich idzie zupełnie nowym wariantem, kilku odcinków zupełnie nie znałem, szczególnie ciekawego kawałka wąską dróżką w rejonie rezerwatu przyrody Doliny Potoku Rudno; było tam kilka ostrych ścianek, a i też zjazdy tak wąskimi drogami wymagały dużej koncentracji. Sumarycznie wymagający odcinek, trzeba było zaliczyć wiele podjazdów zanim się dotarło do Wisły, którą już po raz trzeci na tym maratonie przekraczamy tamą w Łączanach.
Po drugiej stronie Wisły zawodników witają ostre ścianki Pogórza Wielickiego, na odcinku do Wadowic były 3 solidniejsze podjazdy, w tym ostra 13% ścianka w Witanowicach, którą dobrze zapamiętałem z wcześniejszych wyjazdów. Na Orlenie w Wadowicach spotykam się z Marcinem Kabałą i Gosią Warelich zajmującą obecnie 2 pozycję wśród kobiet; prowadząca Marta Gryczko jest ok. 1,5-2h z przodu. Po krótkim postoju wyjeżdżamy w trójkę, za Wadowicami fajny odcinek drogą rowerową, a następnie zaczyna się najostrzejszy podjazd tegorocznego MPP, czyli Leśniówka drogą ze Świnnej-Poręby. Podjazd ostro daje w kość, pierwszy odcinek 15%, później lekko łagodnieje, by w drugiej dużo dłuższej części znów uderzyć do 15% i trzymać już do końca. Ale wszyscy troje dajemy radę wciągnąć to w korbach, jadąc w pewnych odstępach. Później jest druga, nieco łatwiejsza ścianka i trzeci, znowu bardzo wymagający podjazd, czyli Marcówka. Na szczyt wjeżdżamy razem z Marcinem, Gosi nie ma, bo jak się później okazało zdecydowała się chwilę przespać.
Puszczam lepiej zjeżdżającego Marcina przodem i po jakimś kilometrze zjazdu widzę sytuację, która zmroziła mi krew w żyłach - rower leży na środku drogi, przed nim leży Marcin, gdy podjeżdżam bliżej widzę krew na asfalcie. Okazało się, że w bok roweru Marcina uderzyła sarna, w wyniku czego upadł i uderzył głową o szosę. Z początku Marcin jest w niezłym szoku, nie bardzo kontaktuje co i jak; ale zdecydowanie nie chce by wzywać pogotowie. Niemniej w tym stanie nie można go było zostawiać samego w środku nocy na zadupiu, trzeba go było asekurować do pobliskiej stacji BP w Zembrzycach, gdzie jest już cywilizacja. Parę kolejnych osób przejechało nie będąc specjalnie skorymi do pomocy, na szczęście trafił się jeszcze jeden zawodnik z którym wspólnie asekurujemy Marcina do Zembrzyc. Jedziemy z duszą na ramieniu, bo początkowo Marcina znosiło w stronę krawężnika, ale później już doszedł jako tako do siebie i jechał nawet po 40km/h. Dodatkowym problemem jest mocno szwankujący napęd, w wyniku uderzenia sarny w rower awarii uległa przednia przerzutka, a blat się wygiął, tak więc gdy Marcin kręci to napęd mocno skacze; ale na szczęście ten odcinek to były głównie zjazdy.
Docieramy z ulgą na wygodną stację BP, jest tutaj kanapa, gdzie można się sensownie przespać. Marcin Kabała to prawdziwy twardziel - odpoczął kilka godzin i pomimo tego groźnego wypadku kontynuował jazdę. Na szczęście miał ze sobą normalne, pełnowymiarowe kombinerki, którymi naprostował jako-tako blat, ruszył dalej i dał radę dojechać na metę z czasem 58h38min! Chapeau bas!
Na całą tę operację poleciało ze 30min, tyle dobrego, że adrenaliny dało to tyle, że senność odeszła mnie na parę godzin. Ruszam więc dalej, w rejonie Suchej i Makowa ciekawy objazd ruchliwej DK28, boczna lokalna dróżka na której było kilka krótkich, ale bardzo ostrych ścianek. Następnie sprawnie zaliczam długi i wymagający podjazd do Wieprzca, spotykani w tym rejonie rowerzyści są poubierani we wszystko co mają, podczas gdy ja jadę jedynie w krótkich spodenkach, rękawkach i cienkiej bluzie. Nie chciało mi się już tracić czasu na ubieranie jak zeszłej nocy, a dawało się wytrzymać, bo na podjazdach temperatura szybko szła do góry, na zjazdach oczywiście trochę trzepało, ale do przeżycia; za to taka jazda typu "hipotermicznego" dobrze mi zrobiła na problemy z sennością.
Na długim zjeździe do Skomielnej spotykam prowadzącą wśród kobiet Martę Gryczko z charakterystycznym długim warkoczem oraz jadącego z nią Krzysztofa Tlagę.

Widać było, ze Marta jest już solidnie ujechana, ale zrobiła na mnie duże wrażenie tym, że cały czas nie odpuszczała, jak było za ciężko pod górę to najwyżej schodziła na chwilę z roweru; ale cały czas do przodu; taka właśnie mocna psychika jest kluczowa na ultra i widać ją najlepiej nie wtedy, gdy jesteśmy w pełni sił, a właśnie w takich sytuacjach jak ta, gdy już dochodzimy do ściany. Zarówno Marta Gryczko, jak i Gosia Warelich uzyskały czasy poniżej 50h i są pierwszymi paniami którym się to udało na MPP od czasu, gdy przestała jeździć polska Królowa Ultra, czyli Agata Wójcikiewicz; kolejne chapeau bas dla obu dziewczyn!
Kontynuuję jazdę, w rejonie Naprawy bardzo sztywna ścianka, znana mi z powrotów z Głodówki do Krakowa, jakoś w drugą stronę nie wydawała się aż tak ostra :)). Za Naprawą dłuższy odcinek dojazdowy do Raby Wyżnej, niby tu większych podjazdów nie było, ale cały czas teren pofalowany, do tego robi się już naprawdę zimno, koło 6 stopni, więc z ulgą przyjmuję początek podjazdu na Harkabuz. Tutaj dogania mnie Marek Garus, później ja go trochę wyprzedzam, a wreszcie na szczycie spotykamy jeszcze dwóch zawodników, w tym Tomka Iwanka i tą czwórką jedziemy prawie do mety. Podjazd bardzo długi, najdłuższy na tym maratonie, w sumie aż 400m w pionie i też sporo trudniejszy niż to miałem w pamięci, trzymał długimi fragmentami 9-10%, na tym poziomie zmęczenia dał nieźle w kość. Na Harkabuzie doskonale widać zjawisko inwersji temperaturowej - na górze na 800m jest koło 12 stopni. A tymczasem gdy zjeżdżamy w dół i wjeżdżamy na silnie zamglone łąki Podhala to temperatura spada do zaledwie 4'C, dzięki czemu poprawiłem mój rekord temperaturowy jazdy w krótkich spodenkach ;)). W moim zestawie ubraniowym zrobiło się już mocno poniżej granicy komfortu, ale nie było czasu na przebieranie się, a meta na tyle blisko, że uznałem, iż dam radę przetrzymać. Za Czarnym Dunajcem zaczęło dnieć, a sam wschód słońca oglądamy ze szczytu podjazdu na Ząb.

Z Zębu szybki zjazd, zaczyna się już poranny ruch, potem podjazd przez Murzasichle, który mnie zaskoczył, bo poprzednim razem, gdy ten wariant był na MPP prowadził główną drogą na Toporową Cyrhlę, teraz jedziemy bokiem przez kolejne wymagające, ponad 10% ścianki. Na skrzyżowaniu z Drogą Oswalda Balcera na chwilę stanąłem by wyjąć czekoladę z sakwy, bo już mnie odcinać zaczynało, w tym czasie dwójka zawodników z naszej grupki odjechała i już na nas nie czekała; my z Tomkiem Iwankiem wspólnie zaliczamy podjazd na Wierch Poroniec, przed wjazdem na Głodówkę jeszcze strzelamy sobie fotki z piękną panoramą Tatr i razem meldujemy się na mecie z czasem 46h45min co dało 22 pozycję na 155 osób, które wystartowały.

Wyścig dla mnie bardzo udany, udało się zrealizować sportowe założenia i zejść poniżej 48h. Pogoda na maratonie dopisała, dzięki czemu odsetek wycofów nie był duży; zdecydowaną większość trasy jechało się z dużą przyjemnością. Co nie znaczy, że było łatwo, upał drugiego dnia dochodził do 33 stopni, a to we wrześniu duża rzadkość, do tego doszedł przeciwny wiatr, co spowodowało, że ten drugi dzień dla większości ludzi był kryzysowy. Do tego tradycyjnie MPP oznacza masę przygód, przez ten 1000km tyle się dzieje, że trudno to wszystko ogarnąć. No i oczywiście trzymająca wspaniały klimat meta na Głodówce, pod tym względem zdecydowanie numer jeden na polskich maratonach; podziękowania dla organizatorów za świetną imprezę!
Zdjęcia z maratonu
Dane wycieczki:
DST: 1001.10 km AVS: 24.13 km/h
ALT: 8772 m MAX: 66.90 km/h
Temp:19.0 'C