Wpisy archiwalne w kategorii
>500km
| Dystans całkowity: | 53178.77 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 2087:45 |
| Średnia prędkość: | 24.74 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 79.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 384679 m |
| Suma kalorii: | 257587 kcal |
| Liczba aktywności: | 77 |
| Średnio na aktywność: | 690.63 km i 27h 28m |
| Więcej statystyk | |



Dane wycieczki:
DST: 560.73 km AVS: 24.10 km/h
ALT: 4881 m MAX: 58.76 km/h
Temp:19.0 'C
Białe Noce w Inflantach
...czyli z Warszawy do Tallina w 60h
Pomysłem na ten wyjazd wyjazd było przejechanie przez całą Pribałtykę w okresie białych nocy. Wyjazd wypalił jak mało kiedy - wstrzeliłem się idealną pogodę, upału miałem tylko koło 100km w Polsce, poza tym temperatury perfekcyjne do jazdy, w okolicach 20-25 stopni, podczas gdy w Polsce była w tym okresie gęsta zupa i gwałtowne burze, również i wiatr większość trasy miałem korzystny. Trasa z mocną nutką sportową, blisko 1100km do Tallina pokonałem w 60h, więc można powiedzieć w limicie BBT i MPP, wliczając w to krótki nocleg na Łotwie.
Ale to co "zrobiło" tę trasę to magia wschodów i zachodów słońca, o tej porze roku te barwy są niesamowite, a fazy zarówno brzasku jak i świtu ciągną się długo, więc te magiczne chwile trwają dużo dłużej niż na naszej szerokości geograficznej. Wspaniale się to komponowało to z moim prywatnym filmem drogi na tak długiej trasie, na możliwości obserwowania jak "day destroys the night. night divides the day" - jednym słowem czysta poezja! Tego można doświadczyć tylko jadąc w stylu ultra, bo przy tradycyjnej jeździe z noclegami większość tych magicznych chwil na trasie nas omija.



Zdjęcia z wyjazdu
...czyli z Warszawy do Tallina w 60h
Pomysłem na ten wyjazd wyjazd było przejechanie przez całą Pribałtykę w okresie białych nocy. Wyjazd wypalił jak mało kiedy - wstrzeliłem się idealną pogodę, upału miałem tylko koło 100km w Polsce, poza tym temperatury perfekcyjne do jazdy, w okolicach 20-25 stopni, podczas gdy w Polsce była w tym okresie gęsta zupa i gwałtowne burze, również i wiatr większość trasy miałem korzystny. Trasa z mocną nutką sportową, blisko 1100km do Tallina pokonałem w 60h, więc można powiedzieć w limicie BBT i MPP, wliczając w to krótki nocleg na Łotwie.
Ale to co "zrobiło" tę trasę to magia wschodów i zachodów słońca, o tej porze roku te barwy są niesamowite, a fazy zarówno brzasku jak i świtu ciągną się długo, więc te magiczne chwile trwają dużo dłużej niż na naszej szerokości geograficznej. Wspaniale się to komponowało to z moim prywatnym filmem drogi na tak długiej trasie, na możliwości obserwowania jak "day destroys the night. night divides the day" - jednym słowem czysta poezja! Tego można doświadczyć tylko jadąc w stylu ultra, bo przy tradycyjnej jeździe z noclegami większość tych magicznych chwil na trasie nas omija.



Zdjęcia z wyjazdu
Dane wycieczki:
DST: 1089.14 km AVS: 27.48 km/h
ALT: 3363 m MAX: 58.48 km/h
Temp:21.0 'C
Sobota, 8 czerwca 2024Kategoria >500km, >300km, >200km, >100km, Canyon 2024, Ultramaraton
Maraton Podróznika 2024
Maraton Podróżnika to obowiązkowa pozycja w moim kalendarzu startów, jak dotąd udało mi się zaliczyć wszystkie 10 edycji (na dystansie 500km), więc i na jedenastej nie mogło mnie zabraknąć. W tym roku Podróżnik jedzie po Jurze, więc to świetna okazja do spotkania z Markiem Dembowskim i Zbyszkiem, przed maratonem nocuję u Marka w Ogrodzieńcu (podziękowania dla Uli i Marka za gościnę!), wstajemy wcześnie rano przed 5 i zbierając po drodze Zbyszka autem dojeżdżamy do bazy maratonu w Siedlcu.
Dystans 300km w którym startują chłopaki rusza wcześniej, więc z tego powodu przepisałem się do pierwszej grupy startowej, by nie czekać długo na starcie. Okazało się, że jedzie w niej Ania Kopytowska poznana na zimowym maratonie WOŚP z Tyczyna do Warszawy, razem z Michałem Matlą strzelamy sobie fotkę klubu "Chorych Pojebów" ;))

Pierwsze kilometry po starcie od razu pokazują, że łatwo to dzisiaj nie będzie, tempo jest ostre od samego początku, żeby się utrzymać w grupie trzeba walczyć na każdej górce. Bo jak to na Jurze - trasa jest wybitnie interwałowa, nie ma wielkich podjazdów, ale małe górki, nierzadko całkiem solidnie nachylone są cały czas. Ania tradycyjnie niszczy psychikę facetom na podjazdach, z łatwością nam odjeżdżając na każdej hopce, stopniowo urywając z grupki kolejne osoby, tak że po jakiś 40-50km jedziemy już tylko w czwórkę.

fot. Koło Ultra
Tempo było dla mnie zabójcze, po 350-400W na każdym podjeździe, więc już ledwo się trzymałem na tych górkach, bojąc się by znowu nie naciągnąć mięśnia jak to miało miejsce na RTP. I w takim 4-os składzie dojeżdżamy do Wolbromia (ok.100km), tutaj reszta ekipy decyduje się na pierwszy postój, dla mnie jeszcze było na to za wcześnie, więc już samotnie ruszam dalej. Trochę uspokajam tempo, już tak nie szarżując pod górę, ale dalej staram się jechać dość mocno, póki są siły. Dojeżdżam w ten sposób do Krzeszowic na ok. 160km, tutaj zgodnie z planem staję na pierwszy postój i tankowanie, bo jako że zrobiło się ciepło woda zaczyna szybko schodzić.
Od Krzeszowic zaczyna się najtrudniejszy fragment Podróżnika, aż do Miechowa są to niekończące się podjazdy, płaskiego prawie nie ma, tylko co chwilę 100m w górę i w dół. W rejonie dolinek podkrakowskich na trasie jako kibica spotykam Jędruchę z dzieciakami, bardzo miłe spotkanie! Maraton prowadzi między innymi przez Ojcowski Park Narodowy, wczesnym sobotnim popołudniem jest tu mnóstwo turystów, ale droga dość szeroka, więc nie stanowiło to problemu. Starałem się dociągnąć na postój na 290km do Książa Wielkiego, ale już pod Miechowem skończyła mi się woda, więc robię tam szybki postój na tankowanie, a 20km później w Książu (po drodze nieoczekiwane parę kilometrów szutru, ale po RTP to weszło bez mrugnięcia okiem ;)) staję na właściwy postój pod Żabką, Źle to rozegrałem, nie sprawdziłem dobrze lokalizacji, bo okazało się że do Żabki trzeba było zjechać ze 300m z trasy, no ale już trudno.

fot. Koło Ultra
Za Książem wreszcie kończą się górki, moja strategia jazdy z małą ilością postojów zdecydowanie zaprocentowała, przeglądając na postoju monitoring okazało się, że jadę w okolicy 7 miejsca, co oczywiście zwiększyło moją motywację by dalej pocisnąć. Na płaskich odcinkach jechało mi się przyzwoicie, zmierzch łapie mnie w okolicach Pińczowa, na tym fragmencie trasy kilka razy mijamy się z Tomkiem Górniakiem i Kamilem Partyką, którzy gdzieś tak od okolic Chęcin zaczęli jechać wspólnie, trzymając trochę większe tempo od mojego. Przed Włoszczową tracę jeszcze głupio z 5min wymieniając baterię w lampce, zapomniałem przygotować zapasowe ogniwo, musiałem szukać tego po ciemku w bagażu, a chłopaki w tym czasie odjechały, a te migające z przodu lampki to jest zawsze świetny motywator do jazdy. Więc już trochę odpuściłem, ale gdy za Włoszczową sprawdziłem monitoring okazało się, ze chłopaki stanęli tam na stacji, a do tego, co już było dla mnie sporym zaskoczeniem mocno zbliżyłem się do zajmującego trzecią pozycję Jarosława Piekarza. Więc choć już byłem wypruty naprawdę solidnie - postanawiam spróbować powalczyć o pudło, bo o takim wyniku przed startem nawet nie marzyłem.
Tak więc końcówka na metę to już jazda na bardzo dużym zmęczeniu, Jarka Piekarza w końcu udało mi się dogonić kawałek za Koniecpolem, akurat wtedy gdy dorwała nas zapowiadana burza, od dobrych dwóch godzin błyskało cały czas na niebie, aż w końcu lunęło. Była to totalna ściana deszczu, jadąc ciemną nocą na zupełnie odkrytym terenie miało to swoisty urok, na szczęście nie aż tak długo to potrwało, ze 20-30min może, tak więc nawet nie zakładałem kapoty przeciwdeszczowej, bo było w miarę ciepło. By zająć trzecie miejsce Jarka Piekarza nie wystarczyło wyprzedzić, musiałem jeszcze nadrobić 5min ze startu - co na szczęście się udało, ale na metę wjechałem już na bardzo miękkich nogach ;))

Ale było warto, satysfakcja z zajęcia trzeciego miejsca bardzo duża, zupełnie nie spodziewałem się takiego wyniku, tym bardziej, że 400km jechałem samotnie. Do tego trasy typu interwałowego nigdy nie były moją specjalnością, ale najwyraźniej zaprocentował przejechany niecałe dwa tygodnie wcześniej RTP, a przede wszystkim wytrzymałość. Bo kluczem do dobrego wyniku był mój czas postojów, zaledwie 51min, tak mało na samowystarczalnym maratonie 500km to jeszcze nigdy mi się nie udało osiągnąć. Trasa mi się podobała - zaprojektowana przez Żubra z dużym znawstwem terenu, było mnóstwo ciekawych jurajskich ścianek, też dobrym rozwiązaniem było wstawienie na noc znacznie bardziej płaskiego odcinka, w zdecydowanej większości z dobrymi asfaltami.
Zdjęcia z maratonu
Maraton Podróżnika to obowiązkowa pozycja w moim kalendarzu startów, jak dotąd udało mi się zaliczyć wszystkie 10 edycji (na dystansie 500km), więc i na jedenastej nie mogło mnie zabraknąć. W tym roku Podróżnik jedzie po Jurze, więc to świetna okazja do spotkania z Markiem Dembowskim i Zbyszkiem, przed maratonem nocuję u Marka w Ogrodzieńcu (podziękowania dla Uli i Marka za gościnę!), wstajemy wcześnie rano przed 5 i zbierając po drodze Zbyszka autem dojeżdżamy do bazy maratonu w Siedlcu.
Dystans 300km w którym startują chłopaki rusza wcześniej, więc z tego powodu przepisałem się do pierwszej grupy startowej, by nie czekać długo na starcie. Okazało się, że jedzie w niej Ania Kopytowska poznana na zimowym maratonie WOŚP z Tyczyna do Warszawy, razem z Michałem Matlą strzelamy sobie fotkę klubu "Chorych Pojebów" ;))

Pierwsze kilometry po starcie od razu pokazują, że łatwo to dzisiaj nie będzie, tempo jest ostre od samego początku, żeby się utrzymać w grupie trzeba walczyć na każdej górce. Bo jak to na Jurze - trasa jest wybitnie interwałowa, nie ma wielkich podjazdów, ale małe górki, nierzadko całkiem solidnie nachylone są cały czas. Ania tradycyjnie niszczy psychikę facetom na podjazdach, z łatwością nam odjeżdżając na każdej hopce, stopniowo urywając z grupki kolejne osoby, tak że po jakiś 40-50km jedziemy już tylko w czwórkę.

fot. Koło Ultra
Tempo było dla mnie zabójcze, po 350-400W na każdym podjeździe, więc już ledwo się trzymałem na tych górkach, bojąc się by znowu nie naciągnąć mięśnia jak to miało miejsce na RTP. I w takim 4-os składzie dojeżdżamy do Wolbromia (ok.100km), tutaj reszta ekipy decyduje się na pierwszy postój, dla mnie jeszcze było na to za wcześnie, więc już samotnie ruszam dalej. Trochę uspokajam tempo, już tak nie szarżując pod górę, ale dalej staram się jechać dość mocno, póki są siły. Dojeżdżam w ten sposób do Krzeszowic na ok. 160km, tutaj zgodnie z planem staję na pierwszy postój i tankowanie, bo jako że zrobiło się ciepło woda zaczyna szybko schodzić.
Od Krzeszowic zaczyna się najtrudniejszy fragment Podróżnika, aż do Miechowa są to niekończące się podjazdy, płaskiego prawie nie ma, tylko co chwilę 100m w górę i w dół. W rejonie dolinek podkrakowskich na trasie jako kibica spotykam Jędruchę z dzieciakami, bardzo miłe spotkanie! Maraton prowadzi między innymi przez Ojcowski Park Narodowy, wczesnym sobotnim popołudniem jest tu mnóstwo turystów, ale droga dość szeroka, więc nie stanowiło to problemu. Starałem się dociągnąć na postój na 290km do Książa Wielkiego, ale już pod Miechowem skończyła mi się woda, więc robię tam szybki postój na tankowanie, a 20km później w Książu (po drodze nieoczekiwane parę kilometrów szutru, ale po RTP to weszło bez mrugnięcia okiem ;)) staję na właściwy postój pod Żabką, Źle to rozegrałem, nie sprawdziłem dobrze lokalizacji, bo okazało się że do Żabki trzeba było zjechać ze 300m z trasy, no ale już trudno.

fot. Koło Ultra
Za Książem wreszcie kończą się górki, moja strategia jazdy z małą ilością postojów zdecydowanie zaprocentowała, przeglądając na postoju monitoring okazało się, że jadę w okolicy 7 miejsca, co oczywiście zwiększyło moją motywację by dalej pocisnąć. Na płaskich odcinkach jechało mi się przyzwoicie, zmierzch łapie mnie w okolicach Pińczowa, na tym fragmencie trasy kilka razy mijamy się z Tomkiem Górniakiem i Kamilem Partyką, którzy gdzieś tak od okolic Chęcin zaczęli jechać wspólnie, trzymając trochę większe tempo od mojego. Przed Włoszczową tracę jeszcze głupio z 5min wymieniając baterię w lampce, zapomniałem przygotować zapasowe ogniwo, musiałem szukać tego po ciemku w bagażu, a chłopaki w tym czasie odjechały, a te migające z przodu lampki to jest zawsze świetny motywator do jazdy. Więc już trochę odpuściłem, ale gdy za Włoszczową sprawdziłem monitoring okazało się, ze chłopaki stanęli tam na stacji, a do tego, co już było dla mnie sporym zaskoczeniem mocno zbliżyłem się do zajmującego trzecią pozycję Jarosława Piekarza. Więc choć już byłem wypruty naprawdę solidnie - postanawiam spróbować powalczyć o pudło, bo o takim wyniku przed startem nawet nie marzyłem.
Tak więc końcówka na metę to już jazda na bardzo dużym zmęczeniu, Jarka Piekarza w końcu udało mi się dogonić kawałek za Koniecpolem, akurat wtedy gdy dorwała nas zapowiadana burza, od dobrych dwóch godzin błyskało cały czas na niebie, aż w końcu lunęło. Była to totalna ściana deszczu, jadąc ciemną nocą na zupełnie odkrytym terenie miało to swoisty urok, na szczęście nie aż tak długo to potrwało, ze 20-30min może, tak więc nawet nie zakładałem kapoty przeciwdeszczowej, bo było w miarę ciepło. By zająć trzecie miejsce Jarka Piekarza nie wystarczyło wyprzedzić, musiałem jeszcze nadrobić 5min ze startu - co na szczęście się udało, ale na metę wjechałem już na bardzo miękkich nogach ;))

Ale było warto, satysfakcja z zajęcia trzeciego miejsca bardzo duża, zupełnie nie spodziewałem się takiego wyniku, tym bardziej, że 400km jechałem samotnie. Do tego trasy typu interwałowego nigdy nie były moją specjalnością, ale najwyraźniej zaprocentował przejechany niecałe dwa tygodnie wcześniej RTP, a przede wszystkim wytrzymałość. Bo kluczem do dobrego wyniku był mój czas postojów, zaledwie 51min, tak mało na samowystarczalnym maratonie 500km to jeszcze nigdy mi się nie udało osiągnąć. Trasa mi się podobała - zaprojektowana przez Żubra z dużym znawstwem terenu, było mnóstwo ciekawych jurajskich ścianek, też dobrym rozwiązaniem było wstawienie na noc znacznie bardziej płaskiego odcinka, w zdecydowanej większości z dobrymi asfaltami.
Zdjęcia z maratonu
Dane wycieczki:
DST: 526.79 km AVS: 26.99 km/h
ALT: 5431 m MAX: 68.40 km/h
Temp:19.0 'C
Poniedziałek, 27 maja 2024Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Ultramaraton
RTP - część druga
Relacja
Relacja
Dane wycieczki:
DST: 631.63 km AVS: 19.11 km/h
ALT: 9110 m MAX: 68.18 km/h
Temp:15.0 'C
Sobota, 25 maja 2024Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon 2024, Ultramaraton
RTP - część pierwsza
Relacja
Relacja
Dane wycieczki:
DST: 826.04 km AVS: 22.66 km/h
ALT: 9935 m MAX: 69.67 km/h
Temp:16.0 'C
Majówka - dzień 9


Jako, że na majówkę trafiły się bardzo sensowne warunki pogodowe postanowiłem ten okres wykorzystać na intensywną wyprawę w Alpy. Głównym celem był Hochtor i prowadząca nań Grossglockner Hochalpenstrasse, zwyczajowo otwierana właśnie na początku maja. Moim marzeniem było wstrzelić się w dobrą pogodę właśnie na tej trasie, tak by zobaczyć tę przepiękną drogę w stricte zimowej szacie, z wielkimi zwałami śniegu, jadąc szosą wyrąbaną pługami w 5-metrowych ścianach śniegu. I ten punkt udało się zrealizować w 100%, niemal całość trasy na Hochtor wjeżdżałem w pięknym słońcu, dopiero w samej końcówce pogoda zaczęła się psuć; te widoki zostaną mi w pamięci bardzo długo, podobnie jak i forsowanie jeszcze nieodśnieżonej Solkpass.
Cenę za te świetne warunki trzeba było zapłacić, jeszcze tego samego dnia w Dolomitach przyszło duże załamanie - ulewny deszcz i 2-3 stopnie. Nocleg na 1600m nie należał do przyjemności, podobnie jak i kolejnego dnia ruszanie na zjazd do Cortiny w kompletnie mokrych ciuchach. Załamanie było takie, że na Falzarego wjeżdżałem już w regularnej śnieżycy. Ale deszcz i śnieg też dla ludzi - z pewnością było warto. Jeden dzień fatalnej pogody na dziesięć dni jazdy to jak na Alpy w maju doskonały wynik, więc nie było żadnych powodów by narzekać na pogodę na wyprawie, grunt, że miałem słońce na Hochtorze!
Od strony sprzętowej - pierwszy raz miałem okazję jechać w Alpach na rowerze z hydraulicznymi hamulcami tarczowymi i to jest jednak game changer. Rower z dobrze wyważonym bagażem szedł na zjazdach jak zły, zjeżdżało się zauważalnie lepiej niż na pustym rowerze, 60km/h to wchodziło na niemal każdym zjeździe w Alpach, a dzięki mocnym i pewnym hamulcom z dobrą modulacją nawet w śniegu i deszczu w Dolomitach miałem pełną kontrolę nad rowerem.
Drugim założeniem wyjazdu był dobry trening przed Race Through Poland, sumarycznie wyszła z tego najbardziej intensywna wyprawa jaką kiedykolwiek zrobiłem, ze średnią na dzień koło 220km; w 10 dni przejechałem ponad 2200km i 26tys w pionie. Do tego zawsze chciałem sprawdzić, czy dałbym radę zrobić ultramaraton na koniec trudnej wyprawy - no i sprawdziłem . 550km z pełnym bagażem na jeden strzał spod Monachium do Polski mocno dało w kość, Czechy z ich niekończącymi się podjazdami potrafią zniszczyć, tu zjazd kończy się podjazdem, a podjazd zjazdem Ale cyferki czy treningi - to tylko mało istotne dodatki, kwintesencją takiej wyprawy jest aforyzm "Droga jest Celem", taki wyjazd to przede wszystkim prywatny film drogi, a przy doskonałej pogodzie na jaką trafiłem i fenomenalnych widokach w zaśnieżonych górach jazda była czystą przyjemnością.
Duża galeria zdjęć i filmów z wyprawy:
https://photos.app.goo.gl/w7unPKunoUATw4nc9
Dwa krótkie filmiki z IG:
https://www.instagram.com/p/C6thEphI7qG/
https://www.instagram.com/p/C6wK6_BIWxP/
Cenę za te świetne warunki trzeba było zapłacić, jeszcze tego samego dnia w Dolomitach przyszło duże załamanie - ulewny deszcz i 2-3 stopnie. Nocleg na 1600m nie należał do przyjemności, podobnie jak i kolejnego dnia ruszanie na zjazd do Cortiny w kompletnie mokrych ciuchach. Załamanie było takie, że na Falzarego wjeżdżałem już w regularnej śnieżycy. Ale deszcz i śnieg też dla ludzi - z pewnością było warto. Jeden dzień fatalnej pogody na dziesięć dni jazdy to jak na Alpy w maju doskonały wynik, więc nie było żadnych powodów by narzekać na pogodę na wyprawie, grunt, że miałem słońce na Hochtorze!
Od strony sprzętowej - pierwszy raz miałem okazję jechać w Alpach na rowerze z hydraulicznymi hamulcami tarczowymi i to jest jednak game changer. Rower z dobrze wyważonym bagażem szedł na zjazdach jak zły, zjeżdżało się zauważalnie lepiej niż na pustym rowerze, 60km/h to wchodziło na niemal każdym zjeździe w Alpach, a dzięki mocnym i pewnym hamulcom z dobrą modulacją nawet w śniegu i deszczu w Dolomitach miałem pełną kontrolę nad rowerem.
Drugim założeniem wyjazdu był dobry trening przed Race Through Poland, sumarycznie wyszła z tego najbardziej intensywna wyprawa jaką kiedykolwiek zrobiłem, ze średnią na dzień koło 220km; w 10 dni przejechałem ponad 2200km i 26tys w pionie. Do tego zawsze chciałem sprawdzić, czy dałbym radę zrobić ultramaraton na koniec trudnej wyprawy - no i sprawdziłem . 550km z pełnym bagażem na jeden strzał spod Monachium do Polski mocno dało w kość, Czechy z ich niekończącymi się podjazdami potrafią zniszczyć, tu zjazd kończy się podjazdem, a podjazd zjazdem Ale cyferki czy treningi - to tylko mało istotne dodatki, kwintesencją takiej wyprawy jest aforyzm "Droga jest Celem", taki wyjazd to przede wszystkim prywatny film drogi, a przy doskonałej pogodzie na jaką trafiłem i fenomenalnych widokach w zaśnieżonych górach jazda była czystą przyjemnością.
Duża galeria zdjęć i filmów z wyprawy:
Dwa krótkie filmiki z IG:
https://www.instagram.com/p/C6thEphI7qG/
https://www.instagram.com/p/C6wK6_BIWxP/


Dane wycieczki:
DST: 556.01 km AVS: 22.48 km/h
ALT: 6587 m MAX: 65.95 km/h
Temp:13.0 'C
Pogórza, czyli lato w marcu
Zawsze wiosną nadchodzi taki moment, gdy można się odkuć za te setki kilometrów dziadowskiej pogody, za te miesiące bez słońca, za długie noce - i tak można zakwalifikować ten wyjazd ;)). Celem wyjazdu był Radom, ale postanowiliśmy do owego celu trochę kilometrów dokręcić, żeby sprostać mottu umieszczonemu na koszulce Marty ;)

W południe ruszamy z Martą i Rafałem z Warszawy, pierwszy odcinek to jazda serwisówkami wzdłuż szosy lubelskiej. Za Kurowem łapie nas zmierzch, tam odbijamy w kierunku Wisły - na Józefów, Annopol i Sandomierz.

Większy popas robimy w Tarnobrzegu w Macu (czynnym o dziwo do 2 w nocy). Noc piękna do jazdy, koło 10 stopni i świeci piękny księżyc

Świt łapie nas na Pogórzu Strzyżowskim, a na Pogórze Ciężkowickie wjeżdżamy ostrą ścianą za Brzostkiem, po przekroczeniu Wisłoki, która owe pogórza rozdziela. Trasa jak to na pogórzach - bardzo wymagająca, płaskich odcinków niewiele, a większość podjazdów ma sekcje po 10% i więcej. Pogodę mamy doskonałą - ze 2h po świcie jest już na tyle ciepło, że można jechać na krótko, pierwszy raz w tym roku, bo temperatura koło południa osiąga już poziom 25 stopni, więc można powiedzieć ideał na rower.


Za Ciężkowicami zaliczamy jeszcze jedną ostrą ścianę - i bierzemy kierunek na północ. Wiatr mocno pcha nas do przodu, na trasie wzdłuż Dunajca chwilami przekraczamy nawet 40km/h na prostej, odbijając sobie z nawiązką piątkową jazdę pod wiatr. W Nowym Korczynie długi popas w miejscowej pizzeri i ruszamy na końcowe 140km do Radomia, z czego prawie całość wypadła już nocą. Ale nocka niemal letnia, dominowały temperatury koło 15'C, więc pomimo dużego już zmęczenia jechało się bardzo przyzwoicie.
Zdjęcia z trasy
Krótki filmik z IG
Zawsze wiosną nadchodzi taki moment, gdy można się odkuć za te setki kilometrów dziadowskiej pogody, za te miesiące bez słońca, za długie noce - i tak można zakwalifikować ten wyjazd ;)). Celem wyjazdu był Radom, ale postanowiliśmy do owego celu trochę kilometrów dokręcić, żeby sprostać mottu umieszczonemu na koszulce Marty ;)

W południe ruszamy z Martą i Rafałem z Warszawy, pierwszy odcinek to jazda serwisówkami wzdłuż szosy lubelskiej. Za Kurowem łapie nas zmierzch, tam odbijamy w kierunku Wisły - na Józefów, Annopol i Sandomierz.

Większy popas robimy w Tarnobrzegu w Macu (czynnym o dziwo do 2 w nocy). Noc piękna do jazdy, koło 10 stopni i świeci piękny księżyc

Świt łapie nas na Pogórzu Strzyżowskim, a na Pogórze Ciężkowickie wjeżdżamy ostrą ścianą za Brzostkiem, po przekroczeniu Wisłoki, która owe pogórza rozdziela. Trasa jak to na pogórzach - bardzo wymagająca, płaskich odcinków niewiele, a większość podjazdów ma sekcje po 10% i więcej. Pogodę mamy doskonałą - ze 2h po świcie jest już na tyle ciepło, że można jechać na krótko, pierwszy raz w tym roku, bo temperatura koło południa osiąga już poziom 25 stopni, więc można powiedzieć ideał na rower.


Za Ciężkowicami zaliczamy jeszcze jedną ostrą ścianę - i bierzemy kierunek na północ. Wiatr mocno pcha nas do przodu, na trasie wzdłuż Dunajca chwilami przekraczamy nawet 40km/h na prostej, odbijając sobie z nawiązką piątkową jazdę pod wiatr. W Nowym Korczynie długi popas w miejscowej pizzeri i ruszamy na końcowe 140km do Radomia, z czego prawie całość wypadła już nocą. Ale nocka niemal letnia, dominowały temperatury koło 15'C, więc pomimo dużego już zmęczenia jechało się bardzo przyzwoicie.
Zdjęcia z trasy
Krótki filmik z IG
Dane wycieczki:
DST: 656.26 km AVS: 25.16 km/h
ALT: 4907 m MAX: 74.12 km/h
Temp:14.0 'C
Sobota, 16 grudnia 2023Kategoria >100km, >200km, >300km, >500km, Canyon Disc 2023
Wilno
Grudzień to miesiąc z najdłuższymi nocami w roku i ... najlepszy czas na tradycyjną trasę do Wilna :)). Ponad 16-godzinna noc na rowerze to kawał wyzwania, szczególnie dla psychiki.

Dlatego dużo lepiej jechać w towarzystwie, a Marty to na takie soczyste trasy nie trzeba długo namawiać ;).Ruszamy z Warszawy dość późno, koło 15, tuż przed zachodem słońca. Pierwszy odcinek tradycyjnie mocno nieprzyjemny, czyli przebijanie się przez warszawską aglomerację, dopiero po ok. 40km robi się spokój na drogach. Wiatr elegancki, ale pojawiają się opady deszczu ze śniegiem, co jazdy nie ułatwia, szybko można zapomnieć o suchych stopach. Pierwszy popas robimy w Węgrowie, na kolejny do Wysokiego Mazowieckiego mamy sporo bocznych dróg, trochę się obawialiśmy o ich stan, bo temperatura oscyluje między -1'C a 0'C, ale nie ma z tym problemów. Jest co prawda mokro, ale co najważniejsze nie ma zalodzeń i ślisko na tyle co wynika z mokrej drogi. Nocną jazdę urozmaicają iluminacje świąteczne w co większych miasteczkach

Za Wysokiem Mazowieckiem czeka nas bardzo długi, aż 150km przerzut do Augustowa, bez żadnej infrastruktury. Tradycyjnie ciągnie się ten odcinek bardzo długo, drogi cały czas mokre; a odpoczynki "polowe" wymagają sporego zahartowania ;)

W Korycinie zastanawialiśmy czy jechać długim objazdem DK8 przez Janów, czy też jednak wybrać jazdę główną szosą. Postawiliśmy w końcu na objazd - i była to bardzo dobra decyzja, bo na tym fragmencie DK8, którego w drodze do Augustowa już się nie da objechać okazało się, ze ruch tirów w związku z pandemią oraz wojną na Ukrainie wcale się nie zmniejszył, to dalej jest jedna z najbardziej hardkorowych dróg w Polsce. Marta tak cisnęła na tym kawałku, że aż udało się jej zdobyć QOM-a ;). Gdy wjeżdżamy do Augustowa zaczyna już świtać, robimy tutaj długi, ponad godzinny popas, ruszając z Orlenu już za dnia. Odcinek do granicy niebrzydki, przez ośnieżone lasy Puszczy Augustowskiej, niestety (podobnie jak temu, gdy jechaliśmy do Wilna z Tadkiem) pogoda się zepsuła i zaczęło padać. Nie był to jakiś wielki deszcz, padało albo lekko, albo w formie mżawki, ale trzymało to już praktycznie do końca trasy.
Na Litwie trasa robi się bardziej pagórkowata, a wraz z dystansem pokonywanym na wschód pojawia się coraz więcej śniegu, tutaj taki lokalny Radio Tower (czyli znany podjazd na Zwifcie, jak to żartowała Marta)

Kolejny popas robimy po 410km w Olicie, kawałek po przekroczeniu Niemna wjeżdżamy w drugą noc na trasie. Zmęczenie robi się już coraz większe, sama trasa do Wilna jakaś specjalnie trudna nie jest, ale 500km o tej porze roku to jest już bardzo dużo, a my jedziemy praktycznie całą trasę po mokrych szosach, z połowę w deszczu, a temperatura maksymalna nie przekracza 2'C. Tak wiec do Troków docieramy już zdrowo ujechani, zrobiliśmy rundkę po pięknie podświetlonym mieście i dojechaliśmy nad zamek na jeziorze Galwe.

Natomiast z rundki nad jeziorem i przejazdu po mostkach musieliśmy już zrezygnować, bo wszystko było strasznie oblodzone, więc wybraliśmy powrót do głównej drogi z niej wjazd na boczną trasę do Wilna i po ok. 20km docieramy do naszego celu!

Przed samym Wilnem zaczęło już solidnie lać, więc do centrum dojeżdżamy zdrowo przemarznięci i zmęczeni oraz bardzo szczęśliwi, że to już koniec tych męczarni. Niestety czasu było już za mało na rundkę po centrum, do tego lało cały czas, więc zwiedzanie nam się zupełnie nie uśmiechało, woleliśmy posiedzieć w ciepłym Macu :)).
Trasa bardzo wymagająca, do Wilna jechałem już nieraz (także i w grudniu), ale w tym roku trafiły się najtrudniejsze warunki z wszystkich tych moich wileńskich tras. Dlatego wielkie podziękowania dla Marty za wspólną jazdę, bo każda inna dziewczyna to by mnie zabiła za jeżdżenie 500km na mokro i po ciemku przy 0'C, a Marta nawet słowem nie narzekała :)). A jakie mieliśmy warunki na trasie najlepiej pokazuje stan moich przednich klocków hamulcowych po tej trasie, zdarte do blachy. Drugi komplet też do wymiany, ale nie ma co narzekać - tam gdzie drwa rąbią tam wióry lecą! :))

Filmik z IG Marty
Zdjęcia z trasy
Grudzień to miesiąc z najdłuższymi nocami w roku i ... najlepszy czas na tradycyjną trasę do Wilna :)). Ponad 16-godzinna noc na rowerze to kawał wyzwania, szczególnie dla psychiki.

Dlatego dużo lepiej jechać w towarzystwie, a Marty to na takie soczyste trasy nie trzeba długo namawiać ;).Ruszamy z Warszawy dość późno, koło 15, tuż przed zachodem słońca. Pierwszy odcinek tradycyjnie mocno nieprzyjemny, czyli przebijanie się przez warszawską aglomerację, dopiero po ok. 40km robi się spokój na drogach. Wiatr elegancki, ale pojawiają się opady deszczu ze śniegiem, co jazdy nie ułatwia, szybko można zapomnieć o suchych stopach. Pierwszy popas robimy w Węgrowie, na kolejny do Wysokiego Mazowieckiego mamy sporo bocznych dróg, trochę się obawialiśmy o ich stan, bo temperatura oscyluje między -1'C a 0'C, ale nie ma z tym problemów. Jest co prawda mokro, ale co najważniejsze nie ma zalodzeń i ślisko na tyle co wynika z mokrej drogi. Nocną jazdę urozmaicają iluminacje świąteczne w co większych miasteczkach

Za Wysokiem Mazowieckiem czeka nas bardzo długi, aż 150km przerzut do Augustowa, bez żadnej infrastruktury. Tradycyjnie ciągnie się ten odcinek bardzo długo, drogi cały czas mokre; a odpoczynki "polowe" wymagają sporego zahartowania ;)

W Korycinie zastanawialiśmy czy jechać długim objazdem DK8 przez Janów, czy też jednak wybrać jazdę główną szosą. Postawiliśmy w końcu na objazd - i była to bardzo dobra decyzja, bo na tym fragmencie DK8, którego w drodze do Augustowa już się nie da objechać okazało się, ze ruch tirów w związku z pandemią oraz wojną na Ukrainie wcale się nie zmniejszył, to dalej jest jedna z najbardziej hardkorowych dróg w Polsce. Marta tak cisnęła na tym kawałku, że aż udało się jej zdobyć QOM-a ;). Gdy wjeżdżamy do Augustowa zaczyna już świtać, robimy tutaj długi, ponad godzinny popas, ruszając z Orlenu już za dnia. Odcinek do granicy niebrzydki, przez ośnieżone lasy Puszczy Augustowskiej, niestety (podobnie jak temu, gdy jechaliśmy do Wilna z Tadkiem) pogoda się zepsuła i zaczęło padać. Nie był to jakiś wielki deszcz, padało albo lekko, albo w formie mżawki, ale trzymało to już praktycznie do końca trasy.
Na Litwie trasa robi się bardziej pagórkowata, a wraz z dystansem pokonywanym na wschód pojawia się coraz więcej śniegu, tutaj taki lokalny Radio Tower (czyli znany podjazd na Zwifcie, jak to żartowała Marta)

Kolejny popas robimy po 410km w Olicie, kawałek po przekroczeniu Niemna wjeżdżamy w drugą noc na trasie. Zmęczenie robi się już coraz większe, sama trasa do Wilna jakaś specjalnie trudna nie jest, ale 500km o tej porze roku to jest już bardzo dużo, a my jedziemy praktycznie całą trasę po mokrych szosach, z połowę w deszczu, a temperatura maksymalna nie przekracza 2'C. Tak wiec do Troków docieramy już zdrowo ujechani, zrobiliśmy rundkę po pięknie podświetlonym mieście i dojechaliśmy nad zamek na jeziorze Galwe.

Natomiast z rundki nad jeziorem i przejazdu po mostkach musieliśmy już zrezygnować, bo wszystko było strasznie oblodzone, więc wybraliśmy powrót do głównej drogi z niej wjazd na boczną trasę do Wilna i po ok. 20km docieramy do naszego celu!

Przed samym Wilnem zaczęło już solidnie lać, więc do centrum dojeżdżamy zdrowo przemarznięci i zmęczeni oraz bardzo szczęśliwi, że to już koniec tych męczarni. Niestety czasu było już za mało na rundkę po centrum, do tego lało cały czas, więc zwiedzanie nam się zupełnie nie uśmiechało, woleliśmy posiedzieć w ciepłym Macu :)).
Trasa bardzo wymagająca, do Wilna jechałem już nieraz (także i w grudniu), ale w tym roku trafiły się najtrudniejsze warunki z wszystkich tych moich wileńskich tras. Dlatego wielkie podziękowania dla Marty za wspólną jazdę, bo każda inna dziewczyna to by mnie zabiła za jeżdżenie 500km na mokro i po ciemku przy 0'C, a Marta nawet słowem nie narzekała :)). A jakie mieliśmy warunki na trasie najlepiej pokazuje stan moich przednich klocków hamulcowych po tej trasie, zdarte do blachy. Drugi komplet też do wymiany, ale nie ma co narzekać - tam gdzie drwa rąbią tam wióry lecą! :))

Filmik z IG Marty
Zdjęcia z trasy
Dane wycieczki:
DST: 521.40 km AVS: 26.49 km/h
ALT: 2575 m MAX: 48.20 km/h
Temp:0.0 'C
Zimna Litwa
Ostatni weekend października to jedyny okres, gdy można pojeździć 25h na dobę - więc nie mogliśmy tej szansy zmarnować :)). A że przechodzimy na czas zimowy to jak mawiał klasyk z Misia "jak jest zima to musi być zimno" - ruszamy razem z Martą i Rafałem w najzimniejszy rejon w sensowym zasięgu, czyli na Litwę. Startujemy o 11 z Działdowa, od razu widać, że ciepło to dzisiaj nie będzie, są ledwie 3-4 stopnie. Oglądamy zamek krzyżacki w Nidzicy, następnie kierujemy się na Biskupiec, trasa prowadzi głównie lasami, więc można podziwiać piękne barwy jesieni.

Do Biskupca na Orlen docieramy już przemarznięci, więc wszyscy przebieramy się tu w grubsze ciuchy. Sanktuarium maryjne w Świętej Lipce oglądamy jeszcze za światła dziennego, do Kętrzyna i pobliskiego Wilczego Szańca docieramy już nocą.
Odcinek do Gołdapi mija całkiem sprawnie, tutaj robimy długi, ponad godzinny popas na wygodnym "kanapowym" Orlenie, stacje 24h znacznie podnoszą komfort zimowej jazdy. Za Gołdapią zaczyna się długi odcinek całkowitej "ciemnej dupy" - na 100km do Kalwarii na Litwie nie było żadnego oświetlenia w mijanych miasteczkach, a minęło nas na tym kawałku może z 5 samochodów. Na odcinku do Wiżajn wyremontowano drogę i odcinków z gorszym asfaltem zostało już bardzo niewiele. Udało nam się też zobaczyć Trójstyk granic Polski, Rosji i Litwy, spotkaliśmy tutaj co prawda patrol Straży Granicznej (a dochodziła północ) - ale nie robili żadnych problemów z podjechaniem kawałka pod sam słupek rozdzielający trzy granice. Okazało się, że słupek jako obiekt o szczególnie strategicznym znaczeniu jest szczelnie ogrodzony drutem kolczastym, czysto pokazowa komedia, bo skuteczność takiego rozwiązania w zatrzymywaniu imigrantów jest żadna, tym bardziej, że na długiej granicy z Rosją jest wiele dogodniejszych miejsc do przekroczenia granicy.

Kawałek dalej wjeżdżamy na Litwę, wychodzi księżyc i chwilami widoki są magiczne.

Ale zejście chmur z nieba oznaczało spadek temperatury, lekki mróz trzymał od Gołdapi, teraz spada tak na poziom -3'C, więc odliczamy już kilometry do stacji w Łoździejach, bo nocne 130km na mrozie to już daje zdrowo w kość. W Łoździejach na szczęście trafiamy na stację Circle K na dużym wypasie, gdzie można się wygodnie zregenerować, Marcie udało się nawet trochę pospać, my z Rafałem niestety nie posiedliśmy magicznej sztuki zasypiania w każdej pozycji w dowolnym miejscu ;))

Krótki kawałek za Łoździejami zaczyna świtać i jest bardzo zimno, aż do Druskiennik trzyma mróz na poziomie -3-4'C, ale widoki o świcie rekompensują to w całości.

Trochę przerobiliśmy pierwotną trasę do Druskiennik licząc, że oszczędzimy ok. 20km (nie przeliczając tego dokładnie), ale skrót okazał się sporo krótszy i już musieliśmy zacząć mocno pilnować czasu, by wyrobić się na pociąg w Augustowie; dlatego Druskienniki oglądamy tylko bardzo pobieżnie z rowerowego siodełka. Za Wiejsiejami zaczął się odcinek szutrowy z których słynie Litwa - i to jeden z najładniejszych jakie miałem okazję jechać; malownicze pagóreczki, pola, łąki i lasy w jesiennych barwach.

Do tego o tej porze roku szutry są twardo ubite, więc nawet na szosówkach nie są jakimś wielkim problemem, także jazda tego odcinka zajęła nam mniej czasu niż się obawialiśmy i mogliśmy jeszcze się zatrzymać w Gibach w lokalnym sklepiku, gdzie mieli bardzo smaczne drożdżówki; a na pociąg w Augustowie dotarliśmy z bezpiecznym półgodzinnym zapasem.
Trasa wymagająca, 500km pod koniec października to oznacza 14h nocy, do tego wypadło nam ok. 200km na mrozie, ani razu nie było cieplej niż 5'C. Ale frajdy taka jazda w dobrze zgranym rowerowo teamie daje masę, a jazda w trudniejszych warunkach pogodowych później mocno procentuje na wyścigach, bo pogoda na ultra to bardzo często jest kluczowy czynnik.
Zdjęcia z wyjazdu
Krótki filmik z IG Marty
Ostatni weekend października to jedyny okres, gdy można pojeździć 25h na dobę - więc nie mogliśmy tej szansy zmarnować :)). A że przechodzimy na czas zimowy to jak mawiał klasyk z Misia "jak jest zima to musi być zimno" - ruszamy razem z Martą i Rafałem w najzimniejszy rejon w sensowym zasięgu, czyli na Litwę. Startujemy o 11 z Działdowa, od razu widać, że ciepło to dzisiaj nie będzie, są ledwie 3-4 stopnie. Oglądamy zamek krzyżacki w Nidzicy, następnie kierujemy się na Biskupiec, trasa prowadzi głównie lasami, więc można podziwiać piękne barwy jesieni.

Do Biskupca na Orlen docieramy już przemarznięci, więc wszyscy przebieramy się tu w grubsze ciuchy. Sanktuarium maryjne w Świętej Lipce oglądamy jeszcze za światła dziennego, do Kętrzyna i pobliskiego Wilczego Szańca docieramy już nocą.
Odcinek do Gołdapi mija całkiem sprawnie, tutaj robimy długi, ponad godzinny popas na wygodnym "kanapowym" Orlenie, stacje 24h znacznie podnoszą komfort zimowej jazdy. Za Gołdapią zaczyna się długi odcinek całkowitej "ciemnej dupy" - na 100km do Kalwarii na Litwie nie było żadnego oświetlenia w mijanych miasteczkach, a minęło nas na tym kawałku może z 5 samochodów. Na odcinku do Wiżajn wyremontowano drogę i odcinków z gorszym asfaltem zostało już bardzo niewiele. Udało nam się też zobaczyć Trójstyk granic Polski, Rosji i Litwy, spotkaliśmy tutaj co prawda patrol Straży Granicznej (a dochodziła północ) - ale nie robili żadnych problemów z podjechaniem kawałka pod sam słupek rozdzielający trzy granice. Okazało się, że słupek jako obiekt o szczególnie strategicznym znaczeniu jest szczelnie ogrodzony drutem kolczastym, czysto pokazowa komedia, bo skuteczność takiego rozwiązania w zatrzymywaniu imigrantów jest żadna, tym bardziej, że na długiej granicy z Rosją jest wiele dogodniejszych miejsc do przekroczenia granicy.

Kawałek dalej wjeżdżamy na Litwę, wychodzi księżyc i chwilami widoki są magiczne.

Ale zejście chmur z nieba oznaczało spadek temperatury, lekki mróz trzymał od Gołdapi, teraz spada tak na poziom -3'C, więc odliczamy już kilometry do stacji w Łoździejach, bo nocne 130km na mrozie to już daje zdrowo w kość. W Łoździejach na szczęście trafiamy na stację Circle K na dużym wypasie, gdzie można się wygodnie zregenerować, Marcie udało się nawet trochę pospać, my z Rafałem niestety nie posiedliśmy magicznej sztuki zasypiania w każdej pozycji w dowolnym miejscu ;))

Krótki kawałek za Łoździejami zaczyna świtać i jest bardzo zimno, aż do Druskiennik trzyma mróz na poziomie -3-4'C, ale widoki o świcie rekompensują to w całości.

Trochę przerobiliśmy pierwotną trasę do Druskiennik licząc, że oszczędzimy ok. 20km (nie przeliczając tego dokładnie), ale skrót okazał się sporo krótszy i już musieliśmy zacząć mocno pilnować czasu, by wyrobić się na pociąg w Augustowie; dlatego Druskienniki oglądamy tylko bardzo pobieżnie z rowerowego siodełka. Za Wiejsiejami zaczął się odcinek szutrowy z których słynie Litwa - i to jeden z najładniejszych jakie miałem okazję jechać; malownicze pagóreczki, pola, łąki i lasy w jesiennych barwach.

Do tego o tej porze roku szutry są twardo ubite, więc nawet na szosówkach nie są jakimś wielkim problemem, także jazda tego odcinka zajęła nam mniej czasu niż się obawialiśmy i mogliśmy jeszcze się zatrzymać w Gibach w lokalnym sklepiku, gdzie mieli bardzo smaczne drożdżówki; a na pociąg w Augustowie dotarliśmy z bezpiecznym półgodzinnym zapasem.
Trasa wymagająca, 500km pod koniec października to oznacza 14h nocy, do tego wypadło nam ok. 200km na mrozie, ani razu nie było cieplej niż 5'C. Ale frajdy taka jazda w dobrze zgranym rowerowo teamie daje masę, a jazda w trudniejszych warunkach pogodowych później mocno procentuje na wyścigach, bo pogoda na ultra to bardzo często jest kluczowy czynnik.
Zdjęcia z wyjazdu
Krótki filmik z IG Marty
Dane wycieczki:
DST: 501.20 km AVS: 26.50 km/h
ALT: 3259 m MAX: 61.30 km/h
Temp:1.0 'C
Pielgrzymka
...czyli trasa z Martą i Rafałem by odwiedzić najbardziej soczyste perełki polskiej architektury sakralnej.
Ruszamy na trasę wściekle wcześnie, z Żoliborza wspólnie startujemy o 4 rano, a z Ursynowa wyjechałem trochę po 3. Wg prognoz mieliśmy przecinać front ze sporymi opadami, ale na nasze szczęście okazało się, że rozeszło się to po kościach, jedynie trochę popadało, nawet stóp nie zamoczyliśmy. Świta na wysokości Śladowa, pierwszy postój robimy w Płocku na Wzgórzu Tumskim, gdzie zapoznajemy takiego kolegę:

Za Płockiem zaczyna już solidnie wiać w twarz, ale w trzy osoby pod wiatr jedzie się dużo lepiej niż samotnie, bo Marta żadnej taryfy ulgowej dla kobiet nie uznaje i zasuwa na zmianie tak jak wszyscy ;). Na odcinku w rejonie Dobrzynia kilka hopek, a przed Włocławkiem zjazd na słynną tamę na Wiśle, można powiedzieć - największą zbrodnię na polskiej przyrodzie. We Włocławku zakupy w Żabce, a większy popas robimy pod Grzybkiem w Ciechocinku, oglądamy też słynne tężnie - największy tego typu obiekt na świecie.

Z Ciechocinka już tylko rzut beretem do Torunia, który jako serce imperium Ojca Dyrektora był jednym z celów naszej wycieczki. Odwiedzamy siedzibę Radia Maryja, a następnie Kościół Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i świętego Jana Pawła II. Ta grafomańska tytulatura dobrze oddaje istotę obiektu, dlatego dla miłośników sacro-polo to obowiązkowa pozycja. Niestety trwało nabożeństwo i nie udało nam się dotrzeć do słynnego witraża z ojcem Rydzykiem ;)

Z centrum Rydzyka przenosimy się do centrum Torunia - tu są prawdziwe zabytki i katedra, która wygląda jak powinien wyglądać prawdziwy kościół, a nie sztuczna gigantomania głaszcząca czyjeś ego. Z Torunia bierzemy kierunek na Licheń, po drodze łapie nas zmrok. Zastanawialiśmy się czy nie zboczyć kawałek, by nie zobaczyć "Titanica" pod Koninem, ale że wymagałoby to nadrobienia ok. 15km odpuściliśmy. I to było doskonałą decyzją, bo dzięki temu do Lichenia dotarliśmy w idealnej porze i to w ogóle tego nie planując. Akurat, gdy dojechaliśmy do sanktuarium z głośników poleciała papieska "Barka", bo była godzina 21.37. To miało prawdziwy klimat, a nocą podświetlona bazylika prezentowała się o wiele lepiej niż za dnia (byłem tu już kilka razy). A Marta po 21.37 w Wadowicach na MPP miała kolejny symbol do kolekcji ;)

Na powrót do Warszawy zmieniamy trasę z bocznych dróg na krajówkę DK92 - i to była dobra decyzja, ta droga ze względu na szerokie pobocze i bardzo dobry asfalt jest wygodna na rower, a nocą ruch był symboliczny; jedynie na odcinku województwa łódzkiego trzeba uważać na przystankach, które są brukowane. Po drodze jeszcze trochę przygód z lampką Marty, markowy Bontrager przestał się ładować (podobno już w drugim egzemplarzu ten sam problem), z kolei Convoya ciężko było zainstalować na zintegrowanym kokpicie. Po drodze na zjeździe lampka odpadła, bo badziewne mocowanie się rozkręciło; ale Convoy to nie Bontrager - grzmotnął o asfalt na zjeździe i dalej działał ;)).
W rejonie Warszawy Rafała zaczęła już łapać solidniej gorączka, bo na trasę ruszył trochę podziębiony, zrobić prawie 600km z chorobą - duży szacun! A noc była zimna, temperatury trzymały chwilami po 4-5 stopni. Do stolicy dojeżdżamy już za dnia, wjeżdżając do miasta od strony Bemowa; bardzo udana trasa!
Zdjęcia z wyjazdu
Krótki filmik z IG Marty
...czyli trasa z Martą i Rafałem by odwiedzić najbardziej soczyste perełki polskiej architektury sakralnej.
Ruszamy na trasę wściekle wcześnie, z Żoliborza wspólnie startujemy o 4 rano, a z Ursynowa wyjechałem trochę po 3. Wg prognoz mieliśmy przecinać front ze sporymi opadami, ale na nasze szczęście okazało się, że rozeszło się to po kościach, jedynie trochę popadało, nawet stóp nie zamoczyliśmy. Świta na wysokości Śladowa, pierwszy postój robimy w Płocku na Wzgórzu Tumskim, gdzie zapoznajemy takiego kolegę:

Za Płockiem zaczyna już solidnie wiać w twarz, ale w trzy osoby pod wiatr jedzie się dużo lepiej niż samotnie, bo Marta żadnej taryfy ulgowej dla kobiet nie uznaje i zasuwa na zmianie tak jak wszyscy ;). Na odcinku w rejonie Dobrzynia kilka hopek, a przed Włocławkiem zjazd na słynną tamę na Wiśle, można powiedzieć - największą zbrodnię na polskiej przyrodzie. We Włocławku zakupy w Żabce, a większy popas robimy pod Grzybkiem w Ciechocinku, oglądamy też słynne tężnie - największy tego typu obiekt na świecie.

Z Ciechocinka już tylko rzut beretem do Torunia, który jako serce imperium Ojca Dyrektora był jednym z celów naszej wycieczki. Odwiedzamy siedzibę Radia Maryja, a następnie Kościół Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i świętego Jana Pawła II. Ta grafomańska tytulatura dobrze oddaje istotę obiektu, dlatego dla miłośników sacro-polo to obowiązkowa pozycja. Niestety trwało nabożeństwo i nie udało nam się dotrzeć do słynnego witraża z ojcem Rydzykiem ;)

Z centrum Rydzyka przenosimy się do centrum Torunia - tu są prawdziwe zabytki i katedra, która wygląda jak powinien wyglądać prawdziwy kościół, a nie sztuczna gigantomania głaszcząca czyjeś ego. Z Torunia bierzemy kierunek na Licheń, po drodze łapie nas zmrok. Zastanawialiśmy się czy nie zboczyć kawałek, by nie zobaczyć "Titanica" pod Koninem, ale że wymagałoby to nadrobienia ok. 15km odpuściliśmy. I to było doskonałą decyzją, bo dzięki temu do Lichenia dotarliśmy w idealnej porze i to w ogóle tego nie planując. Akurat, gdy dojechaliśmy do sanktuarium z głośników poleciała papieska "Barka", bo była godzina 21.37. To miało prawdziwy klimat, a nocą podświetlona bazylika prezentowała się o wiele lepiej niż za dnia (byłem tu już kilka razy). A Marta po 21.37 w Wadowicach na MPP miała kolejny symbol do kolekcji ;)

Na powrót do Warszawy zmieniamy trasę z bocznych dróg na krajówkę DK92 - i to była dobra decyzja, ta droga ze względu na szerokie pobocze i bardzo dobry asfalt jest wygodna na rower, a nocą ruch był symboliczny; jedynie na odcinku województwa łódzkiego trzeba uważać na przystankach, które są brukowane. Po drodze jeszcze trochę przygód z lampką Marty, markowy Bontrager przestał się ładować (podobno już w drugim egzemplarzu ten sam problem), z kolei Convoya ciężko było zainstalować na zintegrowanym kokpicie. Po drodze na zjeździe lampka odpadła, bo badziewne mocowanie się rozkręciło; ale Convoy to nie Bontrager - grzmotnął o asfalt na zjeździe i dalej działał ;)).
W rejonie Warszawy Rafała zaczęła już łapać solidniej gorączka, bo na trasę ruszył trochę podziębiony, zrobić prawie 600km z chorobą - duży szacun! A noc była zimna, temperatury trzymały chwilami po 4-5 stopni. Do stolicy dojeżdżamy już za dnia, wjeżdżając do miasta od strony Bemowa; bardzo udana trasa!
Zdjęcia z wyjazdu
Krótki filmik z IG Marty
Dane wycieczki:
DST: 575.20 km AVS: 27.11 km/h
ALT: 1717 m MAX: 52.70 km/h
Temp:12.0 'C

