Do pracy
Dane wycieczki:
DST: 15.30 km AVS: 22.95 km/h
ALT: 47 m MAX: 43.40 km/h
Temp:16.0 'C
Do pracy
Dane wycieczki:
DST: 15.30 km AVS: 22.39 km/h
ALT: 35 m MAX: 37.00 km/h
Temp:18.0 'C
Do praca i po mieście
Dane wycieczki:
DST: 31.20 km AVS: 21.52 km/h
ALT: 50 m MAX: 38.00 km/h
Temp:16.0 'C
Wtorek, 4 października 2011Kategoria Wycieczka, Rower szosowy, >100km
Warszawa - Góra Kalwaria - Kołbiel - Wiązowna - Warszawa
Dłuższa przejażdżka szosowa. Piękna pogoda, trochę wiało raz w plecy raz w twarz ;)
Powrót szosą lubelską oraz przez centrum Warszawy, gdzie miałem sprawę do załatwienia
Dłuższa przejażdżka szosowa. Piękna pogoda, trochę wiało raz w plecy raz w twarz ;)
Powrót szosą lubelską oraz przez centrum Warszawy, gdzie miałem sprawę do załatwienia
Dane wycieczki:
DST: 106.10 km AVS: 28.17 km/h
ALT: 273 m MAX: 44.70 km/h
Temp:23.0 'C
Warszawa - Lipków - Zaborów Leśny - Leszno - Granica - Brochów - Tułowice - Piaski - Stara Dąbrowa - Cybulice - Łomianki - Warszawa
Jako, że ostatnio pogoda cały czas dopisuje postanowiłem się wybrać na dłuższą trasę po Kampinosie, moim celem były z grubsza niebieskie szlaki - zarówno południowy jak i północny, których fragmentów jeszcze nigdy nie zaliczałem. Sprawnie docieram do Lipkowa, tutaj wjeżdżam do lasu, z początku jest sporo piachu, później lepiej, a za Zaborowem Leśnym zaczynają się bagienka i odcinek szlaku znany z konieczności forsowania rozlewisk. Ale dziś poziom wody był umiarkowany i nie było specjalnych problemów, choć w jednym miejscu wyrwało się drzewo z korzeniami psując jedną z przepraw. Z Zaborowa (już nie Leśnego) jadę do Leszna odcinkiem który pokonywałem podczas Krwawej Pętli, mijam m.in miejsce gdzie zaliczyłem porządną glebę - w sumie nie jest właściwie w ogóle groźne, nieźle się wtedy załatwiłem ;). Za Lesznem kieruję się w stronę Karpat (dociera się tu ok. kilometrową groblą przez bagna); następny odcinek to ładne pagórki Karpat w sosnowym lesie. Później mniej ciekawy odcinek do Granicy, za cmentarzem z 1939 wjeżdżam na zielony szlak w stronę Famułek (bardzo fajny odcinek szczególnie w rejonie Góry koło Św. Teresy). Do Brochowa docieram drogami szutrowymi i asfaltem, zaliczam gminę (zrezygnowałem z fotografowania urzędów, za bardzo było to upierdliwe, teraz przerzucam się na robienie fotek tabliczek miast lub jakiś ciekawszych zabytków ;)); też robię tu większy popas.
Dalej asfaltem do Tułowic, tutaj fajny kawałek zielonym szlakiem, w rejonie skrzyżowania z niebieskim niepotrzebnie trzymałem się szlaku przedzierając się przez mocno zarośniętą drogę z dużą ilością pni blokujących jazdę. Dalej długi nudny odcinek wzdłuż nieczynnej wąskotorówki; dopiero za Starą Dąbrową szlak zrobił się ciekawy, do Jakubowszczyzny nie brakowało ostrych górek, szlak mocno kręcił. W Cybulicach kończy się las, miałem wracać boczną drogą przez Czosnów i Cząstków, ale że zaczęło trochę padać - pojechałem szybszą szosą gdańską(sprawdzalność prognoz jak zwykle żenująca, specjalnie sprawdzałem je tuż przed wyjściem - miało być cały czas słońce)
Kilka fotek
Zaliczone gminy - 1 (Kampinos)
Jako, że ostatnio pogoda cały czas dopisuje postanowiłem się wybrać na dłuższą trasę po Kampinosie, moim celem były z grubsza niebieskie szlaki - zarówno południowy jak i północny, których fragmentów jeszcze nigdy nie zaliczałem. Sprawnie docieram do Lipkowa, tutaj wjeżdżam do lasu, z początku jest sporo piachu, później lepiej, a za Zaborowem Leśnym zaczynają się bagienka i odcinek szlaku znany z konieczności forsowania rozlewisk. Ale dziś poziom wody był umiarkowany i nie było specjalnych problemów, choć w jednym miejscu wyrwało się drzewo z korzeniami psując jedną z przepraw. Z Zaborowa (już nie Leśnego) jadę do Leszna odcinkiem który pokonywałem podczas Krwawej Pętli, mijam m.in miejsce gdzie zaliczyłem porządną glebę - w sumie nie jest właściwie w ogóle groźne, nieźle się wtedy załatwiłem ;). Za Lesznem kieruję się w stronę Karpat (dociera się tu ok. kilometrową groblą przez bagna); następny odcinek to ładne pagórki Karpat w sosnowym lesie. Później mniej ciekawy odcinek do Granicy, za cmentarzem z 1939 wjeżdżam na zielony szlak w stronę Famułek (bardzo fajny odcinek szczególnie w rejonie Góry koło Św. Teresy). Do Brochowa docieram drogami szutrowymi i asfaltem, zaliczam gminę (zrezygnowałem z fotografowania urzędów, za bardzo było to upierdliwe, teraz przerzucam się na robienie fotek tabliczek miast lub jakiś ciekawszych zabytków ;)); też robię tu większy popas.
Dalej asfaltem do Tułowic, tutaj fajny kawałek zielonym szlakiem, w rejonie skrzyżowania z niebieskim niepotrzebnie trzymałem się szlaku przedzierając się przez mocno zarośniętą drogę z dużą ilością pni blokujących jazdę. Dalej długi nudny odcinek wzdłuż nieczynnej wąskotorówki; dopiero za Starą Dąbrową szlak zrobił się ciekawy, do Jakubowszczyzny nie brakowało ostrych górek, szlak mocno kręcił. W Cybulicach kończy się las, miałem wracać boczną drogą przez Czosnów i Cząstków, ale że zaczęło trochę padać - pojechałem szybszą szosą gdańską(sprawdzalność prognoz jak zwykle żenująca, specjalnie sprawdzałem je tuż przed wyjściem - miało być cały czas słońce)
Kilka fotek
Zaliczone gminy - 1 (Kampinos)
Dane wycieczki:
DST: 165.80 km AVS: 20.22 km/h
ALT: 423 m MAX: 44.60 km/h
Temp:20.0 'C
Do pracy
Dane wycieczki:
DST: 15.30 km AVS: 22.95 km/h
ALT: 42 m MAX: 39.00 km/h
Temp:15.0 'C
Do pracy
Dane wycieczki:
DST: 15.30 km AVS: 23.54 km/h
ALT: 35 m MAX: 38.10 km/h
Temp:18.0 'C
Do pracy, a później na Żoliborz odebrać nagrodę za ukończenie BB Tour - czyli unikalny strój rowerowy (już mój drugi :))
Dane wycieczki:
DST: 38.90 km AVS: 23.34 km/h
ALT: 61 m MAX: 41.10 km/h
Temp:19.0 'C
Do pracy
Dane wycieczki:
DST: 15.30 km AVS: 22.95 km/h
ALT: 41 m MAX: 33.30 km/h
Temp:17.0 'C
Granią Tatr 5
V dzień - Polana Chochołowska - Grześ (1653m) - Rakoń (1879m) - Wołowiec (2064m) - [SK] - Zabrat (1656m) - Tatliakove Pleso (1377m) - Zuberec - Sucha Hora - [PL] - Chochołów - Chabówka - Myślenice - Kraków
Wczoraj byłem na grani Tatr pieszo; dziś postanowiłem uderzyć tam z rowerem :)) Dlatego właśnie wybrałem Dolinę Chochołowską, bo Tatry Zachodnie mają inny charakter niż Wysokie, więcej tu połonin i łagodniejszych gór. Na trasę ruszam bardzo wcześnie, już o 7; pierwszy odcinek to podejście na samą grań, na ok. 1450m, na rowerze jadę tylko symbolicznie. Na grani mocno się rozczarowałem, bo okazało się, że szlak na Grzesia jest bardzo stromy, a podejście sporo wredniejsze niż to co było niżej. Ale jakoś się tam wpakowałem, Grześ jest już ponad lasem - więc pojawiły się kapitalne widoki na góry; pogoda kolejny dzień jest po prostu idealna, słonecznie, świetna widoczność, a do tego (co jest rzadkością w wysokich górach) praktycznie bezwietrznie. Warto dodać, że na szlaku o tak wczesnej godzinie jest zupełnie pusto, do Wołowca spotkałem tylko jedną osobę; więc całe góry mam niejako dla siebie!
Na grani już się trochę pojechało; niemniej odcinki pod górę, głównie z buta. W sumie z rowerem dotarłem na ok. 1950m; tutaj podejście pod Wołowiec było już koszmarne, spokojnie koło 50%; więc spiąłem po prostu koło do ramy, a sam poszedłem na szczyt na piechotę. Z Wołowca mam wspaniałe widoki na piękny masyw Rohaczy po słowackiej stronie. Obserwując też z góry przebieg rozmaitych szlaków i analizując je na GPS (niestety papierowej mapy Tatr nie miałem) postanawiam zjechać do Tatliakovego Plesa, gdzie dociera asfalt (byłem tam już kiedyś na szosówce, ale dojechać z góry to coś zupełnie innego :)). Kawałek z Wołowca sprowadzam, na Rakoń już pojechałem, nawet mi się na szczyt udało rowerem wpakować; turyści piesi (w międzyczasie sporo ich dotarło ze Słowacji) mimo zakazu jazdy na rowerze podchodzili do mnie z dużą sympatią, wielu mnie fotografowało jako nielichą ciekawostkę. Zjazd na przełęcz Zabrat bardzo stromy, licznik pokazał tu nawet 40%, więc większą część sprowadzałem bo nie brakowało tu luźnych kamieni, aczkolwiek ktoś z większym doświadczeniem w zjazdach mógłby się pewnie pokusić o zjazd całości. Z kolei z przełęczy do Tatliakovego Plesa wąska ścieżynka, sporo kamieni, a niżej korzenie; tez się wiele nie najechałem.
Z Plesa już elegancko w dół asfaltem; na oponach 2,25 wyciągnąłem niemal tyle co na szosówce, naprawdę dobrze zjeżdża ten full :)). Powrót do Krakowa przyjemną i mocno górzystą trasą przez Oravice, Suchą Horę, Chochołów, Czarny Dunajec; na zakopiankę wjeżdżam dopiero w Chabówce. Kawałek do Lubnia jak zwykle mało przyjemny, wielki ruch na drodze bez pobocza, a do tego największa plaga naszych dróg - czyli idioci, którzy muszą wyprzedzać zawsze i wszędzie; w żadnym razie nie mogą sobie pozwolić na odczekanie tych 20-30 sekund na bezpieczny manewr. Za Lubieniem wjeżdżam już na starą zakopianką, a za Myślenicami jest szerokie pobocze. Niepotrzebnie zatrzymałem się jeszcze na stacji na hot-dogi, przez co w Krakowie musiałem już zdrowo zasuwać na pociąg; niemniej udało się wyrobić. IR do Warszawy spóźnił się ponad godzinę (na 3h trasie!); z Krakowa IR po prostu nie opłaca się jeździć, gdy jest bilet rewelacyjny (cena na TLK ta sama co IR); bo niestety IR na Magistrali musi puszczać wszystkie pociągi i łapie spore opóźnienia z powodu postojów.
Wyjazd bardzo udany, zapoznałem się z jazdą w poważnym górskim terenie; bardzo dobrym pomysłem była rezygnacja z Beskidów i przerzucenie się Tatry, te dwa dni w najwyższych polskich górach (pieszo i rowerem) dostarczyły mi masę wrażeń; Tatry biją atrakcyjnością Beskidy na głowę; to tak jakby porównywać Ligę Mistrzów z naszą ligą piłkarską :)). Rower sprawdził się świetnie, nie miałem z nim żadnych problemów; do mojego stylu jazdy ten typ fulla (ze skokiem 100mm) pasuje jak ulał, jakieś karkołomne zjazdy mnie nie interesują; pod górę jeździ się całkiem przyzwoicie, a na asfalcie prezentuje się dużo lepiej niż tego oczekiwałem. Doskonale sprawdził się także ekwipunek, jazda z bagażem w górach to coś zupełnie innego niż na szosie; tutaj sakwy w ogóle się nie sprawdzą (nie można tak dociążać tyłu), natomiast sensownie rozłożony bagaż (trochę na tyle, kierownicy i w plecaku) - niemal w ogóle nie ogranicza, czuło się go głównie przy podprowadzaniu czy przenoszeniu roweru. Natomiast mobilność w górach zwiększa w sposób potężny, dzięki sprzętowi biwakowemu byłem całkowicie niezależny od sieci kwater, mogłem nocować gdzie mnie akurat łapał zmrok. Wymaga to oczywiście drastycznego obcięcia ilości przewożonego sprzętu w porównaniu z tym co wozi się w sakwach - ale coś za coś, wyprawy typu enduro to nie jest coś dla francuskich piesków, którzy bez codziennego prysznica i świeżego ubrania na każdy dzień nie dadzą rady; najbardziej denerwuje brak lepszego aparatu fotograficznego, niestety zdjęcia z małego kompaktu wychodzą marnie.
Zdjęcia z wyjazdu
V dzień - Polana Chochołowska - Grześ (1653m) - Rakoń (1879m) - Wołowiec (2064m) - [SK] - Zabrat (1656m) - Tatliakove Pleso (1377m) - Zuberec - Sucha Hora - [PL] - Chochołów - Chabówka - Myślenice - Kraków
Wczoraj byłem na grani Tatr pieszo; dziś postanowiłem uderzyć tam z rowerem :)) Dlatego właśnie wybrałem Dolinę Chochołowską, bo Tatry Zachodnie mają inny charakter niż Wysokie, więcej tu połonin i łagodniejszych gór. Na trasę ruszam bardzo wcześnie, już o 7; pierwszy odcinek to podejście na samą grań, na ok. 1450m, na rowerze jadę tylko symbolicznie. Na grani mocno się rozczarowałem, bo okazało się, że szlak na Grzesia jest bardzo stromy, a podejście sporo wredniejsze niż to co było niżej. Ale jakoś się tam wpakowałem, Grześ jest już ponad lasem - więc pojawiły się kapitalne widoki na góry; pogoda kolejny dzień jest po prostu idealna, słonecznie, świetna widoczność, a do tego (co jest rzadkością w wysokich górach) praktycznie bezwietrznie. Warto dodać, że na szlaku o tak wczesnej godzinie jest zupełnie pusto, do Wołowca spotkałem tylko jedną osobę; więc całe góry mam niejako dla siebie!
Na grani już się trochę pojechało; niemniej odcinki pod górę, głównie z buta. W sumie z rowerem dotarłem na ok. 1950m; tutaj podejście pod Wołowiec było już koszmarne, spokojnie koło 50%; więc spiąłem po prostu koło do ramy, a sam poszedłem na szczyt na piechotę. Z Wołowca mam wspaniałe widoki na piękny masyw Rohaczy po słowackiej stronie. Obserwując też z góry przebieg rozmaitych szlaków i analizując je na GPS (niestety papierowej mapy Tatr nie miałem) postanawiam zjechać do Tatliakovego Plesa, gdzie dociera asfalt (byłem tam już kiedyś na szosówce, ale dojechać z góry to coś zupełnie innego :)). Kawałek z Wołowca sprowadzam, na Rakoń już pojechałem, nawet mi się na szczyt udało rowerem wpakować; turyści piesi (w międzyczasie sporo ich dotarło ze Słowacji) mimo zakazu jazdy na rowerze podchodzili do mnie z dużą sympatią, wielu mnie fotografowało jako nielichą ciekawostkę. Zjazd na przełęcz Zabrat bardzo stromy, licznik pokazał tu nawet 40%, więc większą część sprowadzałem bo nie brakowało tu luźnych kamieni, aczkolwiek ktoś z większym doświadczeniem w zjazdach mógłby się pewnie pokusić o zjazd całości. Z kolei z przełęczy do Tatliakovego Plesa wąska ścieżynka, sporo kamieni, a niżej korzenie; tez się wiele nie najechałem.
Z Plesa już elegancko w dół asfaltem; na oponach 2,25 wyciągnąłem niemal tyle co na szosówce, naprawdę dobrze zjeżdża ten full :)). Powrót do Krakowa przyjemną i mocno górzystą trasą przez Oravice, Suchą Horę, Chochołów, Czarny Dunajec; na zakopiankę wjeżdżam dopiero w Chabówce. Kawałek do Lubnia jak zwykle mało przyjemny, wielki ruch na drodze bez pobocza, a do tego największa plaga naszych dróg - czyli idioci, którzy muszą wyprzedzać zawsze i wszędzie; w żadnym razie nie mogą sobie pozwolić na odczekanie tych 20-30 sekund na bezpieczny manewr. Za Lubieniem wjeżdżam już na starą zakopianką, a za Myślenicami jest szerokie pobocze. Niepotrzebnie zatrzymałem się jeszcze na stacji na hot-dogi, przez co w Krakowie musiałem już zdrowo zasuwać na pociąg; niemniej udało się wyrobić. IR do Warszawy spóźnił się ponad godzinę (na 3h trasie!); z Krakowa IR po prostu nie opłaca się jeździć, gdy jest bilet rewelacyjny (cena na TLK ta sama co IR); bo niestety IR na Magistrali musi puszczać wszystkie pociągi i łapie spore opóźnienia z powodu postojów.
Wyjazd bardzo udany, zapoznałem się z jazdą w poważnym górskim terenie; bardzo dobrym pomysłem była rezygnacja z Beskidów i przerzucenie się Tatry, te dwa dni w najwyższych polskich górach (pieszo i rowerem) dostarczyły mi masę wrażeń; Tatry biją atrakcyjnością Beskidy na głowę; to tak jakby porównywać Ligę Mistrzów z naszą ligą piłkarską :)). Rower sprawdził się świetnie, nie miałem z nim żadnych problemów; do mojego stylu jazdy ten typ fulla (ze skokiem 100mm) pasuje jak ulał, jakieś karkołomne zjazdy mnie nie interesują; pod górę jeździ się całkiem przyzwoicie, a na asfalcie prezentuje się dużo lepiej niż tego oczekiwałem. Doskonale sprawdził się także ekwipunek, jazda z bagażem w górach to coś zupełnie innego niż na szosie; tutaj sakwy w ogóle się nie sprawdzą (nie można tak dociążać tyłu), natomiast sensownie rozłożony bagaż (trochę na tyle, kierownicy i w plecaku) - niemal w ogóle nie ogranicza, czuło się go głównie przy podprowadzaniu czy przenoszeniu roweru. Natomiast mobilność w górach zwiększa w sposób potężny, dzięki sprzętowi biwakowemu byłem całkowicie niezależny od sieci kwater, mogłem nocować gdzie mnie akurat łapał zmrok. Wymaga to oczywiście drastycznego obcięcia ilości przewożonego sprzętu w porównaniu z tym co wozi się w sakwach - ale coś za coś, wyprawy typu enduro to nie jest coś dla francuskich piesków, którzy bez codziennego prysznica i świeżego ubrania na każdy dzień nie dadzą rady; najbardziej denerwuje brak lepszego aparatu fotograficznego, niestety zdjęcia z małego kompaktu wychodzą marnie.
Zdjęcia z wyjazdu
Dane wycieczki:
DST: 162.50 km AVS: 19.38 km/h
ALT: 1700 m MAX: 68.70 km/h
Temp:21.0 'C

