Do sklepu
Dane wycieczki:
DST: 7.90 km AVS: 26.33 km/h
ALT: 8 m MAX: 29.00 km/h
Temp:20.0 'C
Do pracy
Dane wycieczki:
DST: 15.30 km AVS: 21.86 km/h
ALT: 49 m MAX: 36.60 km/h
Temp:22.0 'C
Niedziela, 24 czerwca 2012Kategoria Rower szosowy, Wycieczka
Powrót z dworca
Dane wycieczki:
DST: 9.20 km AVS: 23.00 km/h
ALT: 27 m MAX: 37.90 km/h
Temp:17.0 'C
Sobota, 23 czerwca 2012Kategoria >100km, >200km, Rower szosowy, Wycieczka
Rowerem na Rysy!
Kraków - Dobczyce - Mszana Dolna - Obidowa (803m) - Gliczarów Górny - Łysa Polana - Morskie Oko (1398m) - [pieszo] - Rysy (2499m) [SK] - Popradzkie Pleso (1500m) - Sztyrbskie Pleso - Tatrzańska Kotlinka - przeł. Zdziarska (1080m) - [PL] - Łysa Polana - Zakopane
Przy planowaniu rowerowych wypraw nie zawsze logiczna ocena sytuacji ma decydujące znaczenie - czasem idzie się po prostu na żywioł; ten wyjazd właśnie do tej kategorii się zalicza ;) Wiadomo, że na Rysach na rowerze się nie pojeździ, ale satysfakcja z dotarcia rowerem na najwyższy szczyt Polski - jednak ogromna!
Do Krakowa docieram przed 23, parę minut przygotowań - i ruszam na trasę robiąc tradycyjne kółeczko po krakowskim rynku i pod Wawelem. O tej godzinie nocne życie tętni pełną parą, w centrum setki (głównie) młodych ludzi, wielu dopingujących kibiców itd. Z miasta wyjeżdżam drogą na Wieliczkę, skąd dalej kieruję się na Dobczyce. Zaskakuje mnie poziom oświetlenia - niemal całość kawałka do Dobczyc jadę w świetle sodowych latarni, dalej też jest z tym przyzwoicie. Trasa wymagająca, górki są cały czas - najpierw Pogórze Wielickie, następnie duży podjazd przed Kasiną (niecałe 600m). Ale noc fajna, na drogach zupełna pustka, więc jedzie się przyzwoicie. W Rabce wjeżdżam na zakopiankę i zaliczam bardzo klimatyczny podjazd na Obidową. Już na samym początku pojawia się gęsta mgła, tak że po jakiś 25m metrach w pionie w ogóle nie widać już świateł całkiem sporej Rabki. Spory kawałek jechałem w tej mgle, po czym na wysokości trochę ponad 600m - mgła ustępuje jak nożem uciął, nad sobą mam gwiaździste niebo, na wschodzie pierwsze przebłyski nadciągającego brzasku; jednym słowem - kto ranu wstaje temu Pan Bóg daje.
Za Nowym Targiem robię na przystanku pierwszy postój; musiałem się ubrać w cieplejsze rzeczy, bo temperatura spadła do 6'C. Ale, że kawałek dalej czeka mnie Gliczarów - więc na trasę ruszam w krótkich spodenkach; tam z rozgrzaniem się nie ma problemów :)) 22% ściana dała mi potężnie w kość, jazda na takiej pile z przełożeniem 39-28 wycina niesamowicie, wjechałem ledwo-ledwo z kadencją koło 40. Dalej czeka mnie bardzo widokowa jazda grzbietem na Głodówkę, cały czas mam atrakcyjne widoki na Tatry, szkoda że częściowo skryte pod chmurami, słońce też jakoś niemrawo przebłyskuje zza chmur. Specjalnie wyruszałem tak wcześnie by dotrzeć pod bramkę na drodze do Morskiego Oka przed godz.6 by uniknąć kontroli - ale okazało się że w sobotę licząc na dobre "łupy" sprzedają bilety jeszcze wcześniej, rozmowa z "dziadem bramkowym" nie dała żadnych efektów, więc po pyskówce wycofałem się kawałek i przebijając się zaroślami wyszedłem na drogę powyżej bramki; z lekkim rowerem poszło to dużo wygodniej niż z trekingiem z sakwami parę lat temu; choć rosa była taka, że zupełnie przemoczyłem buty i skarpetki. Podjazd do Morskiego Oka to nachylenie 5-7%, dość długi, głównie w lesie, dopiero w końcówce pojawiają się szersze widoki na ścianę gór z Mięguszowieckim Szczytem na pierwszym planie.
Nad Morskim Okiem dłuższy postój połączony z przygotowaniami do pieszej wędrówki - przepakowanie bagażu, skomplikowany montaż złożonego roweru do plecaka. Na trasę ruszam koło 7 - początek dość łatwy, spacer nad urokliwym Morskim Okiem; plecak z rowerem trzyma się całkiem-całkiem, więc nabieram otuchy przed czekającym mnie wyzwaniem. Podejście do Czarnego Stawu pokazuje, że łatwo nie będzie, na plecach mam w sumie jakieś 17kg - i to się na podejściu zdecydowanie czuje. Nad Czarnym Stawem lekkie zwątpienie - widać, że u góry jest sporo śniegu, a to może uniemożliwić dojście na szczyt, pogoda też mizerna, spore zachmurzenie. Ale nie poddaję się i ruszam w górę by przekonać się jak to będzie wyglądać z bliska (trzeba też sforsować bród na strumieniu wypływającym z jeziora). Podejście w okolicę Buli pod Rysami (2055m) bardzo męczące - duże nachylenie stoku, monotonne zdobywanie wysokości, w dodatku ze względu na liczne płaty śniegu trzeba parę razy schodzić ze szlaku omijając śnieg bokiem po sypkich kamyczkach, na których łatwo o poślizg. Wyżej jest dłuższa przeprawa po śniegu, do tego jest i mgła ograniczająca widoczność, więc krajobrazy jak z wędrówki po lodowcu ;) Spory kawałek pokonuję tutaj z dwójką turystów, ludzi na szlaku mimo średniej pogody z dziesięciu jest, cieszy to że mimo tego ciężkiego bagażu, nieprzespanej nocy i 140km górskiej trasy w nogach - idę podobnym tempem.
Za Bulą pod Rysami jeszcze kawałek podejścia - i zaczynają się łańcuchy i wspinaczka po skałach. Tutaj już z moim nietypowym bagażem nie jest tak wesoło - przeszkadza duża waga, ale przede wszystkim jej nietypowe i niestabilne rozłożenie - bo roweru nie sposób na sztywno przyczepić, zawsze się będzie mniej lub więcej bujać, co na ostro nachylonych skałach stwarza spore niebezpieczeństwo, bo bagażem może bujnąć, co powoduje utratę równowagi - i nieszczęście gotowe. Idę więc bardzo ostrożnie, kroki stawiam tylko gdy mam pewne podparcie obu rąk na skałach, z łańcuchów korzystam cały czas (ten szlak skalą trudności nie może się równać z Orlą Percią, spora część łańcuchów jest założona na wszelki wypadek). Odcinek wspinaczki długi - ok. 300m w pionie, więc i męczący, zostaję trochę za turystami, ale nie ma co ryzykować szarżowania. Po długiej wspinaczce dochodzi się na szczyt zbocza - i tutaj bardzo nieprzyjemny kawałek trzeba przejść krótkim trawersem przez taką klasyczną szczerbę oddzielającą owo zbocze od kopułki szczytowej Rysów, taki kawałek z rowerem na plecach idzie się nieciekawie, bo bagaż łatwo może odgiąć w tył - a pod stopami długie urwisko ;)
Z dużą satysfakcją docieram na szczyt - na którym jest już całkiem sporo turystów, przede wszystkim słowackich, bo od tamtej strony wejście na Rysy jest o wiele łatwiejsze. Tutaj oczywiście obowiązkowe skręcenie roweru i fotka zdobywcy na najwyższym szczycie Polski; nie trzeba dodawać że byłem tu (jak i na całej trasie) prawdziwą atrakcją turystyczną, sporo osób robiło sobie ze mną zdjęcia, zagadywało i wyrażało swój podziw, że dałem radę się tu wepchnąć z rowerem.
Ze szczytu schodzę na słowacką stronę, tutaj nie ma trudności technicznych - po prostu długie żmudne zejście, bo deniwelacja zbliżona do tej od polskiej strony. Za to tutaj jest sporo więcej śniegu, jest ładnych parę miejsc, gdzie leżą wielkie płaty śniegu, które trzeba przecinać; a że nachylenie solidne - więc bez paru wywrotek na śliskim śniegu się nie obeszło. Po stronie słowackiej ruch o wiele większy; chwilami już mocno uciążliwy; dużo przyjemniej podchodziło się po polskiej stronie, gdzie ze względu na trudność szlaku w góry ruszają już tylko bardziej zaprawieni turyści. Odwiedzam słynną Chatę pod Rysami - najwyżej położone w Tatrach schronisko (2250m), zaopatrywane tylko siłą ludzkich mięśni. Odbudowywane kilka razy po serii lawin - niestety po ostatniej przebudowie wygląda po prostu koszmarnie - z dachem i ścianami z chamskiej blachy zupełnie nie komponuje się z wspaniałym wysokogórskim krajobrazem; nie ma porównania z pięknymi polskimi schroniskami; starsza wersja schroniska, którą widziałem na zdjęciach była o wiele bardziej udana. Dalsza część zejścia - bardzo upierdliwa, strasznie we znaki zaczął się dawać ból pleców, szlak ciągnął się w nieskończoność, widok asfaltu pod Popradskim Plesem przyjąłem z potężną ulgą.
Składam rower (podczas wspinaczki i licznych spotkań ze skałami wygiął się hak i wózek przerzutki, które musiałem ręcznie naprostować) i zjeżdżam do Sztyrbskiego Plesa, tam w restauracji zjadam porządny obiad, bo i głód już odczuwałem po całej tej przeprawie niezły. Do Polski wracam przez przełęcz Żdziarską - w skrócie cała trasa to są góry, odcinków płaskich nie ma właściwie w ogóle - więc w sumie na 220km uzbierało się ponad 3500m podjazdów, a to już znacząca cyfra. Do Zakopanego docieram już w ciemnościach, przed 22, trochę poczekałem na dworcu, bo mój autokar odjeżdżał przed północą; ale że nie było wielu ludzi, więc można było zająć 4 fotele i co nieco się przespać.
Podsumowując - trasa prawdziwie mordercza, 220km ciężkiej górskiej trasy, a do tego jeszcze dużo cięższy odcinek pieszy z niemal 20kg na plecach; ale i satysfakcja w momencie wejścia na wierzchołek Rysów - ogromna; dotrzeć wyżej z rowerem w Polsce - już się nie da!
Zdjęcia z trasy
Kraków - Dobczyce - Mszana Dolna - Obidowa (803m) - Gliczarów Górny - Łysa Polana - Morskie Oko (1398m) - [pieszo] - Rysy (2499m) [SK] - Popradzkie Pleso (1500m) - Sztyrbskie Pleso - Tatrzańska Kotlinka - przeł. Zdziarska (1080m) - [PL] - Łysa Polana - Zakopane
Przy planowaniu rowerowych wypraw nie zawsze logiczna ocena sytuacji ma decydujące znaczenie - czasem idzie się po prostu na żywioł; ten wyjazd właśnie do tej kategorii się zalicza ;) Wiadomo, że na Rysach na rowerze się nie pojeździ, ale satysfakcja z dotarcia rowerem na najwyższy szczyt Polski - jednak ogromna!
Do Krakowa docieram przed 23, parę minut przygotowań - i ruszam na trasę robiąc tradycyjne kółeczko po krakowskim rynku i pod Wawelem. O tej godzinie nocne życie tętni pełną parą, w centrum setki (głównie) młodych ludzi, wielu dopingujących kibiców itd. Z miasta wyjeżdżam drogą na Wieliczkę, skąd dalej kieruję się na Dobczyce. Zaskakuje mnie poziom oświetlenia - niemal całość kawałka do Dobczyc jadę w świetle sodowych latarni, dalej też jest z tym przyzwoicie. Trasa wymagająca, górki są cały czas - najpierw Pogórze Wielickie, następnie duży podjazd przed Kasiną (niecałe 600m). Ale noc fajna, na drogach zupełna pustka, więc jedzie się przyzwoicie. W Rabce wjeżdżam na zakopiankę i zaliczam bardzo klimatyczny podjazd na Obidową. Już na samym początku pojawia się gęsta mgła, tak że po jakiś 25m metrach w pionie w ogóle nie widać już świateł całkiem sporej Rabki. Spory kawałek jechałem w tej mgle, po czym na wysokości trochę ponad 600m - mgła ustępuje jak nożem uciął, nad sobą mam gwiaździste niebo, na wschodzie pierwsze przebłyski nadciągającego brzasku; jednym słowem - kto ranu wstaje temu Pan Bóg daje.
Za Nowym Targiem robię na przystanku pierwszy postój; musiałem się ubrać w cieplejsze rzeczy, bo temperatura spadła do 6'C. Ale, że kawałek dalej czeka mnie Gliczarów - więc na trasę ruszam w krótkich spodenkach; tam z rozgrzaniem się nie ma problemów :)) 22% ściana dała mi potężnie w kość, jazda na takiej pile z przełożeniem 39-28 wycina niesamowicie, wjechałem ledwo-ledwo z kadencją koło 40. Dalej czeka mnie bardzo widokowa jazda grzbietem na Głodówkę, cały czas mam atrakcyjne widoki na Tatry, szkoda że częściowo skryte pod chmurami, słońce też jakoś niemrawo przebłyskuje zza chmur. Specjalnie wyruszałem tak wcześnie by dotrzeć pod bramkę na drodze do Morskiego Oka przed godz.6 by uniknąć kontroli - ale okazało się że w sobotę licząc na dobre "łupy" sprzedają bilety jeszcze wcześniej, rozmowa z "dziadem bramkowym" nie dała żadnych efektów, więc po pyskówce wycofałem się kawałek i przebijając się zaroślami wyszedłem na drogę powyżej bramki; z lekkim rowerem poszło to dużo wygodniej niż z trekingiem z sakwami parę lat temu; choć rosa była taka, że zupełnie przemoczyłem buty i skarpetki. Podjazd do Morskiego Oka to nachylenie 5-7%, dość długi, głównie w lesie, dopiero w końcówce pojawiają się szersze widoki na ścianę gór z Mięguszowieckim Szczytem na pierwszym planie.
Nad Morskim Okiem dłuższy postój połączony z przygotowaniami do pieszej wędrówki - przepakowanie bagażu, skomplikowany montaż złożonego roweru do plecaka. Na trasę ruszam koło 7 - początek dość łatwy, spacer nad urokliwym Morskim Okiem; plecak z rowerem trzyma się całkiem-całkiem, więc nabieram otuchy przed czekającym mnie wyzwaniem. Podejście do Czarnego Stawu pokazuje, że łatwo nie będzie, na plecach mam w sumie jakieś 17kg - i to się na podejściu zdecydowanie czuje. Nad Czarnym Stawem lekkie zwątpienie - widać, że u góry jest sporo śniegu, a to może uniemożliwić dojście na szczyt, pogoda też mizerna, spore zachmurzenie. Ale nie poddaję się i ruszam w górę by przekonać się jak to będzie wyglądać z bliska (trzeba też sforsować bród na strumieniu wypływającym z jeziora). Podejście w okolicę Buli pod Rysami (2055m) bardzo męczące - duże nachylenie stoku, monotonne zdobywanie wysokości, w dodatku ze względu na liczne płaty śniegu trzeba parę razy schodzić ze szlaku omijając śnieg bokiem po sypkich kamyczkach, na których łatwo o poślizg. Wyżej jest dłuższa przeprawa po śniegu, do tego jest i mgła ograniczająca widoczność, więc krajobrazy jak z wędrówki po lodowcu ;) Spory kawałek pokonuję tutaj z dwójką turystów, ludzi na szlaku mimo średniej pogody z dziesięciu jest, cieszy to że mimo tego ciężkiego bagażu, nieprzespanej nocy i 140km górskiej trasy w nogach - idę podobnym tempem.
Za Bulą pod Rysami jeszcze kawałek podejścia - i zaczynają się łańcuchy i wspinaczka po skałach. Tutaj już z moim nietypowym bagażem nie jest tak wesoło - przeszkadza duża waga, ale przede wszystkim jej nietypowe i niestabilne rozłożenie - bo roweru nie sposób na sztywno przyczepić, zawsze się będzie mniej lub więcej bujać, co na ostro nachylonych skałach stwarza spore niebezpieczeństwo, bo bagażem może bujnąć, co powoduje utratę równowagi - i nieszczęście gotowe. Idę więc bardzo ostrożnie, kroki stawiam tylko gdy mam pewne podparcie obu rąk na skałach, z łańcuchów korzystam cały czas (ten szlak skalą trudności nie może się równać z Orlą Percią, spora część łańcuchów jest założona na wszelki wypadek). Odcinek wspinaczki długi - ok. 300m w pionie, więc i męczący, zostaję trochę za turystami, ale nie ma co ryzykować szarżowania. Po długiej wspinaczce dochodzi się na szczyt zbocza - i tutaj bardzo nieprzyjemny kawałek trzeba przejść krótkim trawersem przez taką klasyczną szczerbę oddzielającą owo zbocze od kopułki szczytowej Rysów, taki kawałek z rowerem na plecach idzie się nieciekawie, bo bagaż łatwo może odgiąć w tył - a pod stopami długie urwisko ;)
Z dużą satysfakcją docieram na szczyt - na którym jest już całkiem sporo turystów, przede wszystkim słowackich, bo od tamtej strony wejście na Rysy jest o wiele łatwiejsze. Tutaj oczywiście obowiązkowe skręcenie roweru i fotka zdobywcy na najwyższym szczycie Polski; nie trzeba dodawać że byłem tu (jak i na całej trasie) prawdziwą atrakcją turystyczną, sporo osób robiło sobie ze mną zdjęcia, zagadywało i wyrażało swój podziw, że dałem radę się tu wepchnąć z rowerem.
Ze szczytu schodzę na słowacką stronę, tutaj nie ma trudności technicznych - po prostu długie żmudne zejście, bo deniwelacja zbliżona do tej od polskiej strony. Za to tutaj jest sporo więcej śniegu, jest ładnych parę miejsc, gdzie leżą wielkie płaty śniegu, które trzeba przecinać; a że nachylenie solidne - więc bez paru wywrotek na śliskim śniegu się nie obeszło. Po stronie słowackiej ruch o wiele większy; chwilami już mocno uciążliwy; dużo przyjemniej podchodziło się po polskiej stronie, gdzie ze względu na trudność szlaku w góry ruszają już tylko bardziej zaprawieni turyści. Odwiedzam słynną Chatę pod Rysami - najwyżej położone w Tatrach schronisko (2250m), zaopatrywane tylko siłą ludzkich mięśni. Odbudowywane kilka razy po serii lawin - niestety po ostatniej przebudowie wygląda po prostu koszmarnie - z dachem i ścianami z chamskiej blachy zupełnie nie komponuje się z wspaniałym wysokogórskim krajobrazem; nie ma porównania z pięknymi polskimi schroniskami; starsza wersja schroniska, którą widziałem na zdjęciach była o wiele bardziej udana. Dalsza część zejścia - bardzo upierdliwa, strasznie we znaki zaczął się dawać ból pleców, szlak ciągnął się w nieskończoność, widok asfaltu pod Popradskim Plesem przyjąłem z potężną ulgą.
Składam rower (podczas wspinaczki i licznych spotkań ze skałami wygiął się hak i wózek przerzutki, które musiałem ręcznie naprostować) i zjeżdżam do Sztyrbskiego Plesa, tam w restauracji zjadam porządny obiad, bo i głód już odczuwałem po całej tej przeprawie niezły. Do Polski wracam przez przełęcz Żdziarską - w skrócie cała trasa to są góry, odcinków płaskich nie ma właściwie w ogóle - więc w sumie na 220km uzbierało się ponad 3500m podjazdów, a to już znacząca cyfra. Do Zakopanego docieram już w ciemnościach, przed 22, trochę poczekałem na dworcu, bo mój autokar odjeżdżał przed północą; ale że nie było wielu ludzi, więc można było zająć 4 fotele i co nieco się przespać.
Podsumowując - trasa prawdziwie mordercza, 220km ciężkiej górskiej trasy, a do tego jeszcze dużo cięższy odcinek pieszy z niemal 20kg na plecach; ale i satysfakcja w momencie wejścia na wierzchołek Rysów - ogromna; dotrzeć wyżej z rowerem w Polsce - już się nie da!
Zdjęcia z trasy
Dane wycieczki:
DST: 219.30 km AVS: 21.93 km/h
ALT: 3634 m MAX: 60.20 km/h
Temp:12.0 'C
Do pracy
Dane wycieczki:
DST: 15.30 km AVS: 22.95 km/h
ALT: 38 m MAX: 38.80 km/h
Temp:23.0 'C
Do pracy
Dane wycieczki:
DST: 15.30 km AVS: 23.54 km/h
ALT: 45 m MAX: 35.10 km/h
Temp:28.0 'C
Przejażdżka po Lasku Kabackim
Dane wycieczki:
DST: 16.40 km AVS: 20.94 km/h
ALT: 39 m MAX: 26.90 km/h
Temp:23.0 'C
Do pracy
Dane wycieczki:
DST: 15.30 km AVS: 22.39 km/h
ALT: 43 m MAX: 34.30 km/h
Temp:25.0 'C
Do pracy
Dane wycieczki:
DST: 15.30 km AVS: 21.86 km/h
ALT: 42 m MAX: 34.60 km/h
Temp:23.0 'C
Krwawa Pętla po raz drugi
Czerwiec to optymalny termin na długie trasy (szczególnie w terenie) - więc postanowiłem się po raz drugi wybrać na słynną Krwawą Pętlę, czyli czerwony szlak stanowiący wraz z kampinoskimi łącznikami Warszawską Obwodnicę Turystyczną.
Ruszam na trasę przed 4 rano, trochę przed świtem, na szlak wjeżdżam kawałek za Piasecznem - jest już widno, duża różnica w porównaniu z zeszłoroczną wrześniową jazdą, temperatura 11-12'C. Pierwsze kilometry idą bardzo sprawnie, pogoda niebrzydka, na łąkach bardzo dużo rosy (że aż spod kół bryzga). Ten odcinek szlaku nie jest jakoś nadzwyczajnie widowiskowy, lasy głównie liściaste, nawigacyjnie prosty, szlaki przyzwoitej jakości, więc można jechać w miarę szybko. Za Podkową Leśną i Brwinowem zaczyna się najłatwiejszy odcinek pętli - obszary bez lasów, głównie asfaltem i łatwymi szutrówkami. Dopiero za Zaborowem zaczyna się poważniejsza terenowa jazda - piękne kampinoskie lasy. Niebieskim szlakiem docieram do Leszna (miasteczko rozkopane z powodu budowy kanalizacji) i tam na ryneczku robię pierwszy postój, pogoda idealna - słonecznie, temperatura koło 20'C. Z Leszna ruszam żółtym szlakiem na północ, jest trochę piasku, a za Babską Górką zaczynają się bagna, ale widać że poziom wody nie jest za wysoki. Po paru kilometrach docieram nad kanał Łasica - w tym rejonie kapitalnie położony - na dużym obszarze bezleśnym w środku wielkiej puszczy, zupełnie puściutko - lubię takie klimaty. Za Starą Dąbrową wjeżdżam na niebieski szlak, jest ostra wydma ok. 30%, którą trzeba podprowadzić. Kampinos opuszczam zielonym szlakiem nad Wisłę - zdecydowanie polecam ten wariant szlaków łącznikowych Krwawej Pętli, a nie bardziej asfaltową trasę przez Cybulice, wybieraną przez część osób; moim zdaniem w ideę takiego szlaku dookoła Warszawy po najciekawszych terenach Mazowsza - przejazd nad samą Wisłą (bardzo urokliwą na tym odcinku) idealnie się wpisuje, a na zielonym szlaku jest parę miejsc, gdzie można zejść nad samą rzekę.
Znad Wisły oczywiście obowiązkowy dojazd na początek czerwonego szlaku na PKP Modlin (trzeba nadrobić kilka kilometrów). W rejonie Wólki Górskiej i Sochocina tym razem w ogóle nie kołowałem, nowa wersja szlaku jest już nawet oficjalnie wyznaczona. Odcinek przez Lasy Chotomowskie - wymagający, jest trochę piasku, jest odcinek z wyciętym drzewami (lenistwo leśników, którzy dość chamsko zostawili na szlaku pościnane gałęzie z drzew), są góreczki. Są też dwa bagna, ale od razu widać, że poziom wody nieporównywalny z zeszłorocznym - na jednym można przejść po ułożonych gałęziach, drugie już forsowałem na piechotę (specjalnie zabrałem w tym celu klapki) - ale wody było do połowy łydki, nie prawie do pasa jak w zeszłym roku; do tego nieźle się nabrałem, bo dopiero po przejściu zauważyłem, że z boku był wygodny objazd, który w zeszłym roku też był pod wodą. Do Nieporętu docieram już mocno zmordowany, temperatura wyższa (27-28'C) - no i długi wymagający odcinek bez postojów. Staję więc na dłużej, zjadając podwójne lody i sporo słodyczy.
Za Nieporętem w miarę łatwy odcinek do Marek, tutaj zaczyna się najbardziej parszywy kawałek Krwawej Pętli - słynne Horowe Bagno, którego pamiętając zeszły rok mocno się obawiałem. Tymczasem rzeczywistość okazała się nadspodziewanie łaskawa - szlak (wariantem rowerowym oczywiście) dało się przejść suchą stopą, w paru miejscach trzeba było tylko rower przeprowadzić (ale komarów całe roje). W zeszłym roku ten kawałek mnie zupełnie dobił - na długim odcinku grzęzłem z rowerem w wodzie za kolana, straciłem na to mnóstwo sił; teraz poszło to właściwie bezboleśnie. Za Zielonką zaczyna się już MPK i bardziej piaszczyste tereny - piękny szlak do Wiązownej (tam robię krótki postój), a dalej kręty szlak Mieni. Do Otwocka tym razem dotarłem za dnia - więc nie pogubiłem się i przejechałem szlak prawidłowym wariantem; ten kawałek męczący, jest sporo ostrych górek. Za Pogorzelą jest już łatwiej - dość dobra droga, jest tylko fajne odbicie w bok nad ładną wielką polanę leśną i niemiecki bunkier z II wojny światowej. W rejonie Małego Otwocka sprawdzałem stary wariant szlaku - ale jazda tamtędy nie ma sensu, wymaga to prowadzenia roweru przez ok. 1km zarośniętych pól, pojechałem więc swoim wariantem z zeszłego roku, z tego co widziałem patrząc na znaki w przeciwnym kierunku - obecnie prawidłowy wariant to z Otwocka Małego cały czas na wschód do szosy dęblińskiej - i dalej szosą ok. 1km na południe do skrętu na szutrówkę na wschód.
Końcówka szlaku to wał w stronę Góry Kalwarii, niepotrzebnie pierwszy kawałek pojechałem samym wałem (na tym pierwszym odcinku jest alternatywa w postaci dróżki pod wałem) - wysokie na półtora metra chaszcze, rychło wkręciło mi się kupę zielska w przerzutkę. Do Góry Kalwarii wjeżdża się piękną ścianką 13-14% z nierówną kostką, do tego (jako, że trochę już popadywało) mokrą - ale nie odpuszczałem - cały podjazd zaliczyłem kostką, nie zjeżdżałem na chodnik ;)). W Górze króciutki postój na batona - i ruszam na ostatni odcinek szlaku. Ten niestety okazuje się fatalny, jak dotąd jechało mi się świetnie, nawet nie byłem wielce zmęczony; tak te 20km dało mi zdrowo popalić. Kawałek za Górą - lunął mocny deszcz i zamienił szlaki Lasów Chojnowskich w kupę błota; w tych lasach jest tak syfiasta gleba, że jechało się po tym tragicznie, jeszcze w którymś momencie zamroziło mi GPS, więc pojechałem z kilometr za dużo myśląc, że jadę prawidłową drogą. Tak więc końcóweczka dała mi do wiwatu niewąsko, do tego ostatnie kilometry już nocą; na koniec terenu pod Piasecznem docieram z ogromną ulgą, wyglądałem jak nieboskie stworzenie, usyfiony od stóp do głów; na końcu szlaku melduję się z przyzwoitym czasem 17h 12min. I tyle to dla mnie akurat; gdybym się bardzo spinał i jechał w optymalnych warunkach, pewnie urwałbym z tego ze 2h - ale taka jazda nie dałaby już tyle przyjemności; tutaj jechałem spokojnym tempem, miałem czas na postoje, miałem czas na robienie zdjęć, a jazda z nosem w liczniku, to na tak krajobrazową trasę nie dla mnie.
Krwawa Pętla to wielkie wyzwanie, szlak bardzo meczący - ale dopiero teraz gdy jechałem w dobrych warunkach (poza fatalną końcówką) - mogłem docenić w pełni jego walory. Daje niesamowity przekrój wszystkich podwarszawskich terenów, jest tu niemal wszystko co pod Warszawą w terenie warto zobaczyć, chwilami szlak jest bardzo widowiskowy. Dużą uwagę trzeba tu przywiązywać to terminu wycieczki i pogody - gdy w zeszłym roku pojechałem we wrześniu - warunki były bardzo trudne, kupa błota, tereny które teraz przechodziło się suchą stopą wtedy zaliczałem niemal po pas w wodzie; do tego z 80km terenu zaliczałem ciemną nocą - a tego typu jazda "na przejechanie" nie daje tyle przyjemności co powinna. Podobnie i obecna końcówka pokazała, że poważniejszy deszcz zamienia jazdę w koszmar, nie warto ryzykować jazdy w takich warunkach, na taki wypad warto się wybrać w pewnych warunkach, gdy nie ma żadnego ryzyka deszczu, ja zrobiłem ten błąd, że zlekceważyłem prognozę pogody zapowiadającą na wieczór delikatne deszczyki ok. 1-2mm; a jak to z prognozami bywa - zamiast małego deszczyku lunęło jak z cebra.
Zdjęcia z trasy
Czerwiec to optymalny termin na długie trasy (szczególnie w terenie) - więc postanowiłem się po raz drugi wybrać na słynną Krwawą Pętlę, czyli czerwony szlak stanowiący wraz z kampinoskimi łącznikami Warszawską Obwodnicę Turystyczną.
Ruszam na trasę przed 4 rano, trochę przed świtem, na szlak wjeżdżam kawałek za Piasecznem - jest już widno, duża różnica w porównaniu z zeszłoroczną wrześniową jazdą, temperatura 11-12'C. Pierwsze kilometry idą bardzo sprawnie, pogoda niebrzydka, na łąkach bardzo dużo rosy (że aż spod kół bryzga). Ten odcinek szlaku nie jest jakoś nadzwyczajnie widowiskowy, lasy głównie liściaste, nawigacyjnie prosty, szlaki przyzwoitej jakości, więc można jechać w miarę szybko. Za Podkową Leśną i Brwinowem zaczyna się najłatwiejszy odcinek pętli - obszary bez lasów, głównie asfaltem i łatwymi szutrówkami. Dopiero za Zaborowem zaczyna się poważniejsza terenowa jazda - piękne kampinoskie lasy. Niebieskim szlakiem docieram do Leszna (miasteczko rozkopane z powodu budowy kanalizacji) i tam na ryneczku robię pierwszy postój, pogoda idealna - słonecznie, temperatura koło 20'C. Z Leszna ruszam żółtym szlakiem na północ, jest trochę piasku, a za Babską Górką zaczynają się bagna, ale widać że poziom wody nie jest za wysoki. Po paru kilometrach docieram nad kanał Łasica - w tym rejonie kapitalnie położony - na dużym obszarze bezleśnym w środku wielkiej puszczy, zupełnie puściutko - lubię takie klimaty. Za Starą Dąbrową wjeżdżam na niebieski szlak, jest ostra wydma ok. 30%, którą trzeba podprowadzić. Kampinos opuszczam zielonym szlakiem nad Wisłę - zdecydowanie polecam ten wariant szlaków łącznikowych Krwawej Pętli, a nie bardziej asfaltową trasę przez Cybulice, wybieraną przez część osób; moim zdaniem w ideę takiego szlaku dookoła Warszawy po najciekawszych terenach Mazowsza - przejazd nad samą Wisłą (bardzo urokliwą na tym odcinku) idealnie się wpisuje, a na zielonym szlaku jest parę miejsc, gdzie można zejść nad samą rzekę.
Znad Wisły oczywiście obowiązkowy dojazd na początek czerwonego szlaku na PKP Modlin (trzeba nadrobić kilka kilometrów). W rejonie Wólki Górskiej i Sochocina tym razem w ogóle nie kołowałem, nowa wersja szlaku jest już nawet oficjalnie wyznaczona. Odcinek przez Lasy Chotomowskie - wymagający, jest trochę piasku, jest odcinek z wyciętym drzewami (lenistwo leśników, którzy dość chamsko zostawili na szlaku pościnane gałęzie z drzew), są góreczki. Są też dwa bagna, ale od razu widać, że poziom wody nieporównywalny z zeszłorocznym - na jednym można przejść po ułożonych gałęziach, drugie już forsowałem na piechotę (specjalnie zabrałem w tym celu klapki) - ale wody było do połowy łydki, nie prawie do pasa jak w zeszłym roku; do tego nieźle się nabrałem, bo dopiero po przejściu zauważyłem, że z boku był wygodny objazd, który w zeszłym roku też był pod wodą. Do Nieporętu docieram już mocno zmordowany, temperatura wyższa (27-28'C) - no i długi wymagający odcinek bez postojów. Staję więc na dłużej, zjadając podwójne lody i sporo słodyczy.
Za Nieporętem w miarę łatwy odcinek do Marek, tutaj zaczyna się najbardziej parszywy kawałek Krwawej Pętli - słynne Horowe Bagno, którego pamiętając zeszły rok mocno się obawiałem. Tymczasem rzeczywistość okazała się nadspodziewanie łaskawa - szlak (wariantem rowerowym oczywiście) dało się przejść suchą stopą, w paru miejscach trzeba było tylko rower przeprowadzić (ale komarów całe roje). W zeszłym roku ten kawałek mnie zupełnie dobił - na długim odcinku grzęzłem z rowerem w wodzie za kolana, straciłem na to mnóstwo sił; teraz poszło to właściwie bezboleśnie. Za Zielonką zaczyna się już MPK i bardziej piaszczyste tereny - piękny szlak do Wiązownej (tam robię krótki postój), a dalej kręty szlak Mieni. Do Otwocka tym razem dotarłem za dnia - więc nie pogubiłem się i przejechałem szlak prawidłowym wariantem; ten kawałek męczący, jest sporo ostrych górek. Za Pogorzelą jest już łatwiej - dość dobra droga, jest tylko fajne odbicie w bok nad ładną wielką polanę leśną i niemiecki bunkier z II wojny światowej. W rejonie Małego Otwocka sprawdzałem stary wariant szlaku - ale jazda tamtędy nie ma sensu, wymaga to prowadzenia roweru przez ok. 1km zarośniętych pól, pojechałem więc swoim wariantem z zeszłego roku, z tego co widziałem patrząc na znaki w przeciwnym kierunku - obecnie prawidłowy wariant to z Otwocka Małego cały czas na wschód do szosy dęblińskiej - i dalej szosą ok. 1km na południe do skrętu na szutrówkę na wschód.
Końcówka szlaku to wał w stronę Góry Kalwarii, niepotrzebnie pierwszy kawałek pojechałem samym wałem (na tym pierwszym odcinku jest alternatywa w postaci dróżki pod wałem) - wysokie na półtora metra chaszcze, rychło wkręciło mi się kupę zielska w przerzutkę. Do Góry Kalwarii wjeżdża się piękną ścianką 13-14% z nierówną kostką, do tego (jako, że trochę już popadywało) mokrą - ale nie odpuszczałem - cały podjazd zaliczyłem kostką, nie zjeżdżałem na chodnik ;)). W Górze króciutki postój na batona - i ruszam na ostatni odcinek szlaku. Ten niestety okazuje się fatalny, jak dotąd jechało mi się świetnie, nawet nie byłem wielce zmęczony; tak te 20km dało mi zdrowo popalić. Kawałek za Górą - lunął mocny deszcz i zamienił szlaki Lasów Chojnowskich w kupę błota; w tych lasach jest tak syfiasta gleba, że jechało się po tym tragicznie, jeszcze w którymś momencie zamroziło mi GPS, więc pojechałem z kilometr za dużo myśląc, że jadę prawidłową drogą. Tak więc końcóweczka dała mi do wiwatu niewąsko, do tego ostatnie kilometry już nocą; na koniec terenu pod Piasecznem docieram z ogromną ulgą, wyglądałem jak nieboskie stworzenie, usyfiony od stóp do głów; na końcu szlaku melduję się z przyzwoitym czasem 17h 12min. I tyle to dla mnie akurat; gdybym się bardzo spinał i jechał w optymalnych warunkach, pewnie urwałbym z tego ze 2h - ale taka jazda nie dałaby już tyle przyjemności; tutaj jechałem spokojnym tempem, miałem czas na postoje, miałem czas na robienie zdjęć, a jazda z nosem w liczniku, to na tak krajobrazową trasę nie dla mnie.
Krwawa Pętla to wielkie wyzwanie, szlak bardzo meczący - ale dopiero teraz gdy jechałem w dobrych warunkach (poza fatalną końcówką) - mogłem docenić w pełni jego walory. Daje niesamowity przekrój wszystkich podwarszawskich terenów, jest tu niemal wszystko co pod Warszawą w terenie warto zobaczyć, chwilami szlak jest bardzo widowiskowy. Dużą uwagę trzeba tu przywiązywać to terminu wycieczki i pogody - gdy w zeszłym roku pojechałem we wrześniu - warunki były bardzo trudne, kupa błota, tereny które teraz przechodziło się suchą stopą wtedy zaliczałem niemal po pas w wodzie; do tego z 80km terenu zaliczałem ciemną nocą - a tego typu jazda "na przejechanie" nie daje tyle przyjemności co powinna. Podobnie i obecna końcówka pokazała, że poważniejszy deszcz zamienia jazdę w koszmar, nie warto ryzykować jazdy w takich warunkach, na taki wypad warto się wybrać w pewnych warunkach, gdy nie ma żadnego ryzyka deszczu, ja zrobiłem ten błąd, że zlekceważyłem prognozę pogody zapowiadającą na wieczór delikatne deszczyki ok. 1-2mm; a jak to z prognozami bywa - zamiast małego deszczyku lunęło jak z cebra.
Zdjęcia z trasy
Dane wycieczki:
DST: 297.20 km AVS: 18.57 km/h
ALT: 801 m MAX: 33.00 km/h
Temp:23.0 'C

